środa, 6 września 2017

W pogoni za deszczem

    Jakie pogody mamy w tym roku każdy widzi i żeby odkładać każdy wyjazd ze względu na możliwy deszcz, to człek by chyba prawie cały czas w domu siedział. Najlepsi "przepowiadacze" z meteo.pl wróżyli przelotne opady na Mazurach na które wybierałem się z kolegą Wzorowym i niestety sprawdziło się i to z nawiązką.
    Początek nawet obiecujący. Dobrze zachowane ruiny wiatraka w Kamiennej Starej i kesz "Drewniany wiatrak Holenderski z 1910 roku" OP8LMW. Słońce jeszcze nie wstało i w lekkim półmroku budynek prezentował się jak z filmu o Frankensteinie. Szkoda tylko że w odróżnieniu od pałaców, dworów czy kościołów zabytki techniki z terenów wiejskich o ile nie trafiają do skansenu to powoli niszczeją.
    Jadąc do Lipska już z daleka widać wieże kościoła. W tym małym miasteczku nad Biebrzą to dominująca budowla, wydaje się wręcz za duża do potrzeb. Powstała jak wiele kościołów na terenie zaboru rosyjskiego po wydaniu przez cara Mikołaja II w 1905 edyktu tolerancyjnego. Mi się bardzo podobał, bo jak już nieraz pisałem uwielbiam neogotyk. Początkowo świątynia miała pecha, bo oddano ją do użytku w 1914r. czyli roku wybuchu wojny i już w 1915 mocno ucierpiała w wyniku ostrzału artyleryjskiego.
    W okolicach jest sporo bunkrów linii Mołotowa i w jednym wciąż mam nieznaleziona skrzynkę. Myślałem że to doskonała okazja do jej zaliczenia. Schowana na poziomie -2 i niby nawet ktoś drąg wrzucił by było łatwiej wyjść, ale nie wzbudził mojego zaufania. Nie chciało mi się biegać w tą i z powrotem po linę, wiec kesz dalej wisi na mapie. Niespecjalnie mnie to martwi, bo za to obejrzałem sobie niezły schron. Półkaponiera artyleryjska, której głównym uzbrojeniem były dwie armaty 76,2mm. Takie same armaty montowano w słynnym czołgu T-34.


    Przez dobrych kilkanaście kilometrów nie wpadła żadna skrzynka, za to za Suwałkami zaczęły się piękne widoki. To właśnie na północ i zachód od tego miasta możemy oglądać cudowne widoki pagórków i pochowanych między nimi jeziorek. Najładniej jest tu jesienią, kiedy świeci słońce, a liście na drzewach zmieniają kolor. Jednak nawet w taki dzień jak w czasie wycieczki, kiedy jest pochmurnie i czasem pada to wędrujące mgły tworzą wspaniały klimat. Jeziora tez robią się inne. To nie te letnie miejsca, gdzie na brzegu można rozłożyć się z kocem, ciesząc się słońcem i szukając ochłody w wodzie. Teraz to idealne miejsce by zapatrzyć się na widoki, które przypominają trochę czarno białe fotografie. Ale takie naprawdę stare, gdzie kontury już się rozmywają, a tło jest jakieś nieostre.


    Łażąc po skrzynki ukryte nawet niedaleko dróg, bo cóż to jest 200m. nieraz trzeba było iść po łąkach. I tak dość szybko przemoczyłem sobie buty, całe szczęście było ciepło i jakoś niespecjalnie mi to przeszkadzało. Jednak były takie skrzynki jak np "Najdalej wysunięty na północ punkt Suwalszczyzny..." gdzie perspektywa przedzierania się przez mokre krzaki kazała odpuścić. Czasami czekała nas mimo wszystko miła niespodzianka. Taki kesz "folwark Skombombole" OP83ZL, też zapowiadał się nie do zdobycia. Tymczasem pokrzywy nie takie gęste i nie wysokie i prawie susi dotarliśmy na miejsce. Przy okazji jak zwykle jestem pełen podziwu dla keszerów którzy wynajdują takie miejsca. Jakieś kamienne ruiny, nawet nie do końca wiadomo jakiego budynku do których nie ma żadnej ścieżki. W "Polsce Egzotycznej" Grzegorza Rąkowskiego znalazłem informację, że to była wielka obora. Przy okazji miłośnikom Polski płn.-wsch. polecam ten dwuczęściowy przewodnik.
    Nasza droga wypadła wzdłuż zachodniego brzegu jeziora Wiżajny, które tym razem widziałem w zamglonym anturażu. To była częściowo wycieczka po miejscach już znanych, jak chociażby przy keszu "Granica PL-RU w Żytkiejmach" OP3D9A. Bardzo lubię odwiedzać granicę z naszymi wschodnimi sąsiadami, bo ma to lekki posmak tajemnicy. Wszak na pas drogi granicznej wchodzić nie można, a Rosję czy Białoruś przed wzrokiem ciekawskich zawsze kryją lasy i krzaki. Tylko ostatnio zniknął lekki dreszczyk emocji spotkania patrolu SG. Kiedyś to była dodatkowa atrakcja, a dziś to dla mnie strata czasu i mógłbym być już w drodze gdzie indziej. Mimo wszystko pozdrawiam funkcjonariuszy SG, bo rozmowy przy okazji legitymowania zawsze były miłe.


    W pełni udane keszowanie to takie które choć trochę zahacza o kolej. Tym razem udało się odwiedzić dom będącym kiedyś stacją na linii Gołdap - Żytkiejmy. Torów już dawno nie ma a główną atrakcją po tej linii są wiadukty, z których najsłynniejsze to te w Stańczykach. Istnieją za to tory z Ełku do Gołdapi na linii nr 41. Niestety na odcinku z Olecka do Gołdapi są całkowicie nieprzejezdne. Szkoda że kesz "Budynek stacyjny kolei Gołdap-Żytkiejmy w Błąkałach" OP8B58 zdobyliśmy tylko w przelocie. Ale tak się rozpadało że wyjście nawet na kilka minut z auta skutkowałoby przemoczeniem do majtek. Bardziej obiecująco wyglądał kesz w Gołdapi na ruinach mostu. Początkowo nawet po torach wiodła ścieżka, ale z czasem zanikła i dalszej drogi broniły krzaki, które oferowały darmowy prysznic. W ubraniu to średnia przyjemność, więc zawróciliśmy.


    Przez deszcz plan wycieczki mocno się okroił, ale były takie skrzynki jak "Góra Szeska" OP8AZ5 po które musiałem koniecznie się udać. W końcu nie co dzień jest okazja wejść na najwyższą górę Pojezierza Mazurskiego.  Nie wymaga to kondycji, bo z drogi u podnóża do szczytu dojście zabiera parę minut, ale co najwyższy szczyt to najwyższy. Prawdę mówiąc to niekoniecznie tu najładniej. Wokół las, więc z widoków nici, które oferują inne okoliczne górki, a całkowitym kuriozum jest platforma na szczycie. Taka metrowej wysokości, do teraz nie mogę wymyślić dla niej przeznaczenia.


    Z pewnością najciekawszym miejscem okazały się ruiny z keszem "Ruiny kościoła w Mieruniszkach" OP8N6X. Uwielbiam wszelkie ruiny i te nowsze, fabryk, domów, ale zdecydowanie wolę obiekty zabytkowe. Pałace, zamki, kościoły to uczta dla moich oczu. Szczególnie cenię sobie ruiny kościołów, bo te są najrzadsze. Społeczności lokalne zazwyczaj starają się odbudować świątynie, będące ważnym miejscem lokalnej społeczności. Ostatnio widziałem ich więcej pod zachodnią granicą, gdzie żyje ludność napływowa, ale na ziemiach gdzie ludzie żyją od wieków to nieczęsty widok.


    Mimo paru lat na karku nigdy nie byłem w Olecku. Ełk, Suwałki, Gołdap, Giżycko, tam bywałem, nawet pomieszkiwałem, ale Olecko znałem tylko z okien PKS-u. Przy okazji paru skrzynek była okazja nadrobić te zaległości. Tego dnia w miasteczku główna atrakcją był ślub kogoś powszechnie znanego, przynajmniej w lokalnej skali. Ratownicy wodni robili bramę, była drogówka, a i nie zabrakło gapiów, którzy jak było widać specjalnie przyszli pod salę weselną. Moim zdaniem to całkiem sympatyczne. Myśmy jednak skupili się głównie na skrzynkach. Zaczęliśmy od przedmieść Olecka i kesza "Energetyczny Don Kichot - Bitwa pod Oleckiem" OP8J0S. Pokazuje on farmę wiatrową, które budzą kontrowersje. Nie znam się zupełnie na tym i nawet nie próbuję zabierać głosu w dyskusji, czy ogromne wiatraki maja więcej plusów czy minusów. Mogę ocenić je jedynie pod względem widoku i dla mnie stanowią ciekawy element krajobrazu. Choć zdaję sobie sprawę, że są tacy, dla których wielkie śmigła szpecą widoki.
    W centrum Olecka, nad jeziorem Olecko Wielkie nie udało nam się znaleźć kesza, za to mieliśmy okazję posłuchać prób do koncertu na zakończenie wakacji. Lekko rozczarował mnie zamek, bo zazwyczaj na to słowo wyobrażamy sobie obronne mury, baszty, fosę, albo malownicze ruiny. Tymczasem zamek był, ale do XIXw. kiedy to już wtedy ruiny rozebrano i postawiono urząd starostwa w stylu neogotyckim. Oczywiście nic całkowicie nie ginie i w latach 80-tych XXw. przeprowadzono prace wykopaliskowe, które odsłoniły zachowane fragmenty.
    Już wcześniej wspomniałem o tym, że dobre keszowanie to zaliczenie kolejowych klimatów. Nie zabrakło ich i w Olecku. Przy okazji kesza "Wiadukt drogowy nad linią kolejową 39 Olecko - Suwałki" OP8NBQ. Po wpisie do kesza jak Wzorowy zabrał się za zbieranie owoców róży na nalewki ja miałem okazję bliżej przyjrzeć się konstrukcji wiaduktu. Budowany w stylu jaki często spotyka się na Mazurach, ale w słabym stanie technicznym. Beton wietrzeje i widać liczne pęknięcia. Obawiam się, że zostanie niedługo zamknięty dla ruchu w obawie przed katastrofą budowlaną. Po stanie szyn widać, że czasami coś się tędy przetoczy. Z pewnością składy towarowe, bo pociągi osobowe są zawieszone.


    W Wieliczkach przy okazji kesza "Polska drewniana - zabytkowy kościół w wieliczkach" OP42ED mogliśmy obejrzeć wspomnianą świątynię, przy której warto zwrócić uwagę na mury, które tworzą tu tor przeszkód, przynajmniej od strony ulicy. W opisie zwróciłem uwagę na to że przy wznoszeniu głównej konstrukcji nie używano gwoździ, ale tak sobie teraz myślę czy przy budynkach z bali przy ich łączeniu kiedykolwiek był sens używania gwoździ? Przy tak grubych kawałkach drewna stosowało się i chyba stosuje inne rozwiązania, które pozwalają utrzymać wszystko w kupie?
    No i nastał ten czas że została ostatnia skrzynka tego dnia czyli "Schron w Nowym Młynie" OP8NBP. Nie czytając opisu byłby lekko rozczarowujący. Niski, ciasny, pewną atrakcją jest tylko wzmocnienie w postaci obudowania od wewnątrz stalą w kształcie harmonijki. Najciekawszy okazuje się sposób jego maskowania w postaci domu mieszkalnego. Szkoda że atrapa nad nim się nie zachowała, bo byłoby to arcyciekawe, ale sama świadomość że było tu kiedyś coś takiego, podniosła atrakcyjność obiektu w moich oczach.
    Po drodze do domu przejechaliśmy się jeszcze przez centrum Ełku licząc na "maka', ale nie było więc skończyło się na stacji paliw i Biedronce. Przed Prostkami pojawiło się kilka keszy przy schronach, gdzie jeśli byśmy się zatrzymali to wpadłby FTF, ale było już ciemno i jakoś ochoty zabrakło. Wobec tego wysilając wzrok, czy w ciemnościach nie wyskoczy mi jakiś łoś poprowadziłem wprost na Białystok.

wtorek, 22 sierpnia 2017

Ku morzu cz.I - Pod niemiecką granicę

    W tym roku postanowiłem przeprosić się z rowerem i wakacje spędzić na siodełku. Jakoś prawie nie bywam w zachodnich rejonach Polski, bo wiadomo z Białegostoku daleko, więc pomyślałem by na raz  zaliczyć prawie całą zachodnią granicę. Najłatwiej było dotrzeć do Jeleniej Góry, teoretycznie, bo jedyny pociąg bezpośredni akurat w dniach wyjazdu nie zabierał roweru. Wobec tego musiałem jechać z przesiadką w Warszawie, w której byłem po 22, a następny skład wyjeżdżał o 5 rano. Mając w perspektywie kilka godzin i upalną noc, dwie, trzy godziny pokręciłem się przy Warszawie Wschodniej, potem po centrum, głównie Starym Mieście, resztę dospałem na peronie i tak zleciało. W Jeleniej Górze zameldowałem się około południa, ale tego dnia już mi się nie chciało ruszać na szlak. Wobec tego rozbiłem się na campingu i ruszyłem zwiedzać miasto. Nie miałem jakiegoś planu, wiedziałem tylko by obejrzeć starówkę i odszukać z dwa kesze. Największe wrażenie zrobił na mnie barokowy kościół Podwyższenia Krzyża Świętego. Niby kościół wybudowany jako protestancki, ale czas w jakim powstał zobowiązuje i jest pięknie zdobiony. Najbardziej zwraca uwagę dekoracja malarska w żywych kolorach i z taką ilością szczegółów, że człek może spędzić tu sporo czasu, wciąż dostrzegając coś nowego.


     Z kolei za skrzynkami pojechałem na cmentarz i to był dobry wybór. Cmentarz jakich wiele, ale jedna rzecz go wyróżnia, a mianowicie spora kaplica cmentarna. Kiedyś pełniła rolę krematorium, a  jako świątynia służy od 1945r. pod wezwaniem Michała Archanioła. I właśnie jego płaskorzeźba góruje nad wejściem. Początkowo postać anioła z mieczem wziąłem za jakiegoś teutońskiego rycerza, spoglądającego co tu najechać, jednak siła stereotypu jest ogromna.


    Noc minęła niezbyt spokojnie bo przyszła burza, a jak się jest od świata się oddzielonym kawałkiem sztucznej tkaniny, to nawałnica przestaje być romantycznym widokiem. Całe szczęście tylko postraszyło, więc rano zwinąłem majdan i ruszyłem na szlak. Szybko opuściłem Jelenią Górę i pierwszy przystanek zrobiłem sobie przy keszu "Krzyż pokutny w Wojcieszycach" OP5739. Szczególnie spodobały mi się zachowane kapliczki grobowe. Wyglądają jak domki pustelników w górach i sprawiają sympatyczne wrażenie.


    Dość szybko przypomniałem sobie że jestem w tej górskiej części Polski. Całe szczęście tutaj jeszcze nie było ostrych podjazdów, ale drogę wznoszącą się przez kilka kilometrów czuć w nogach. Jednak nie było tak najgorzej, w końcu to dolnośląskie z dość dużym nasyceniem zabytków i innych ciekawych obiektów. A to wiadukt kolejowy na wysokich łukach, a to kaskada na strumieniu, który i tak szybko toczy swe wody, ruiny zamku, zapomniany cmentarz, czy w końcu nawet widok, który z górami na horyzoncie nigdy nie pozwala się nudzić. Nawet zwykłe domy niezwykle ciekawe. Poniemieckie budownictwo, ale inne niż na niedalekich od mego domu Mazurach. Tu widać że żyło się dostatniej, przez co domy budowano dużo większe, nieraz sporo uwagi poświęcając na zdobienia.


    Pierwszą, większą miejscowością był Mirsk. Jeszcze kawałeczek przed miasteczkiem warto obejrzeć kamienną zaporę, element systemu przeciwpowodziowego. Oczywiście z keszem, ale jak to nieraz bywało w czasie tego wyjazdu, nie do podjęcia bo trwały jakieś drobne prace konserwatorskie. Mirsk to miasto z prawdziwego zdarzenia bo jest rynek, a na nim ratusz. I wszystko pięknie by wyglądało, gdyby nie zepsuto tego dostawiając w okresie PRL zwykłe bloki. Przy zabytkowych kamienicach i ratuszu widać jakie to jest brzydkie. Z rynku warto podjechać do ruin kościoła ewangelickiego z XVIIIw. Duża bryła z której zachowały si wciąż ściany i wieża. Nieczęsto spotyka się ruiny kościoła w takim stanie i na mnie zawsze robią duże wrażenie i co by tu nie mówić są niezwykle fotogeniczne.


    W Mirsku warto jeszcze chwilę się pokręcić bo jest tu trochę ciekawych kamienic. Ja tak uczyniłem i nie żałuję, ale czas było ruszać dalej. W Giebułtowie obejrzałem kościół i ruiny dworu, w Augustowie wdrapałem się na skałki z rewelacyjnymi widokami i się zaczęło. Na mapie droga zaznaczona ciągłą kreską, w rzeczywistości skończył się asfalt i przyszło mi jechać wyboistym szutrem. Bałem się głównie o rower bo swoje lata ma już za sobą i nie wiedziałem jak wytrzyma wstrząsy, ale poradził sobie dzielnie. Dojechałem znów do asfaltu skąd niedaleko miałem do zapory Złotnickiej. To z pewnością najpiękniejsza zapora jaką dotąd widziałem. Droga na nią wiedzie przez dwa krótkie tunele wykute w skale, a jeden z nich pilnowany jest przez lwa. Trzeba się dobrze przypatrywać by go zobaczyć, bo świetnie maskuje się wśród skał.  O ile dobrze pamiętam stał kiedyś przed jakimś pałacem. Na dole zapory jest budynek, zapewne obsługi zapory jak i elektrowni wodnej. Ot taki trochę większy dom, ale przy wielkiej kamiennej ścianie wydaje się niezwykle kruchy. Warto było tu delikatnie odbić. A jeszcze na deser skrzynka przy schronie wartowniczym i wizyta okazała się nad wyraz udana.


    Niedaleko kolejna spora atrakcja, czyli zamek Czocha. I tutaj pozostał pewien niedosyt. Przed bramą natknąłem się na płaczącego dzieciaka, w kolejce kolejne dwa też z czegoś niezadowolone i postanowiłem odpuścić sobie zwiedzanie wnętrz z przewodnikiem. Już kiedyś to przerabiałem i tylko rośnie poziom irytacji na marudzące dzieciaki. Cóż, takie są uroki wakacji, w takie miejsca warto wybierać się poza sezonem i w tygodniu. Zostałem przy obejrzeniu dziedzińca i zewnętrznych murów. Mimo licznych przebudów i prób nadaniu mu charakteru bardziej pałacu niż warowni, wciąż widać że to stare założenie obronne sięgające XIIIw. Szczególnie można to zauważyć przy ścianach wyrastających z litej skały. Miejsce można skojarzyć chociażby ze starej komedii wojennej "Gdzie jest generał?", ale i z innych filmów. Wcale się nie dziwię, że stał się plenerem dla kilku filmów, bo jest naprawdę malowniczy, jeden z piękniejszych jakie widziałem.


    W Leśnej żelazny repertuar do obejrzenia: ratusz, kamienice i kościół, a w tym miasteczku nawet dwa. Na dłużej zapamiętam dawny ewangelicki, ale nie z powodu imponującego wyposażenia czy niezwykłej sylwetki, lesz płyty nagrobnej w ścianie zewnętrznej. Już wcześniej zauważyłem, że w kościołach tutejszych dość często w ścianach można znaleźć płyty nagrobne i epitafia. Imponujących rozmiarów i w liczbie niespotykanej przeze mnie w innych częściach Polski. Tutaj jednak jedna z płyt bardziej zwróciła moja uwagę. Naturalnej wielkości płaskorzeźba szlachcica, zapewne z XVIIIw. widać że fundator był bogaty, bo raz że tablica duża, a dwa wyrzeźbienie takiego dzieła nie można było powierzyć byle komu.


    Za Leśną zaczęło mi się jechać coraz ciężej. Wszystko przez to, że na pierwszy dzień zaplanowałem za dużo kilometrów. Przez cały dzień wyszło około stu, co jest za dużo jak na mnie, z mocno obciążonym pełnymi sakwami rowerem. Te ostatnie 20-30km. marzyłem głównie o dojechaniu do celu. Jak jednak minąć tak ciekawą miejscowość jak Radomierzyce? Już sama granica na Nysie jest jakąś tam atrakcją. A warto tu jeszcze zajrzeć do kościoła obok którego stoi kaplica cmentarna w ciekawej formie. Niestety ten zabytek niszczeje, dobrze chociaż że zabezpieczono wejścia, bo dotarłem do zdjęć z wnętrza na których widać wywleczone trumny. Z Radomierzycami, a szczególnie pałacem wiąże się  jedna z zagadek PRL. Pod koniec wojny dotarł tu Piotr Jaroszewicz, późniejszy premier, wtedy wysoki oficer 1 Armii WP. Wiadomo, że z dwiema innymi osobami wszedł w posiadanie ważnych niemieckich dokumentów. Nie wiadomo co w nich było i gdzie się teraz znajdują, ale on jak i dwaj pozostali zostali w końcu zamordowani w niewyjaśnionych okolicznościach. Stąd jedna z teorii, że były to dane niemieckiego wywiadu, które mogły skompromitować niektórych polityków. Co prawda dotyczyło ludzi którzy na początku lat 90-tych byli już na emeryturze, ale nawet wtedy mogło to wywołać polityczne trzęsienie ziemi. Sam pałac jakby do dzisiaj strzegł jakieś tajemnice, bo bardzo wysoki mur zasłania widok na niego, Zresztą podejście pod bramę też nie jest do końca legalne, bo mija się tabliczkę teren prywatny.


    Jeszcze tylko parę kilometrów i był mój cel, czyli Zgorzelec. Przyjechałem dość późno i jedyne o czym marzyłem to rozbić namiot, zjeść kolację i iść spać, co też uczyniłem. I tak zakończył się pierwszy dzień wycieczki, a przede mną jeszcze tyle dni jazdy. Przynajmniej jest o czym pisać, a z moim tempem do wiosny może uda mi się opisać całość, bo na każdy dzień postanowiłem zrobić oddzielny wpis. O keszach tym razem będzie mniej, bo owszem przez te dni sporo ich wpadło, ale bardziej skupiłem się na jeździe i zwiedzaniu, skrzyneczki zostawiając na "przy okazji".

czwartek, 13 lipca 2017

Pod Warszawą (i w stolicy trochę też)

    To miał być jeden wyjazd w zachodnie rejony Warszawy i do miasteczek i wsi z nią graniczących.  Przez pogodę wyszły dwa, z czego się nawet cieszę, zawsze mogłem więcej zobaczyć. Obie wycieczki rowerowe na cały dzień i noc, chciałem wykorzystać wolny czas do maksimum, a tego mi niestety brakuje.
    Pociąg z Białegostoku miałem o 9 i paręnaście minut po jedenastej byłem już na Dworcu Zachodnim. Skład ciągnęła pomarańczowa lokomotywa EP08 na co nie zwróciłbym uwagi, gdybym na twarzoksiążce nie zauważył, że cieszy się ona dużą popularnością wśród miłośników kolei. Pewnie przez ten kolor, bo przecież malowanie PKP to odcienie niebieskiego. Keszowanie zacząłem od paru keszy niedaleko dworca, poświęconych piwu. Temat o tyle mi bliski, że bardzo lubię ten złocisty napój. Fajne, proste skrzynki w miejscach w które bym się w życiu nie wybrał. Typowe przytorowe tereny, jakieś magazyny, działki, domy w nienajlepszym stanie, czyli wszystko co miasta starają się ukryć. Zresztą ten wyjazd nie obfitował w widoki powalające na kolona. Na rogatkach Warszawy przywitał mnie widok, który stał się dla mnie symbolem wyjazdu. Pole uprawne, w oddali bloki, a nad tym wszystkim samolot.


    Ursus jak większości Polaków kojarzy mi się z fabryką traktorów. Chyba trzeba zacząć się odzwyczajać od tego skojarzenia. Pierwsze na co wyjechałem to galeria handlowa. Potem resztówka dawnych budynków należących pewnie kiedyś do fabryki. W jednym z nich mieści się dom kultury, obok którego kesz "M-40. Kino Ursus" OP8K1A. Jednak nie oddają one wielkości dawnych zakładów, na terenie których uliczki miały nawet swoje nazwy. Podejrzewam że z czasem jedyną pamiątką po fabryce będzie niewielki obelisk upamiętniający wydarzenia z czerwca 1976r. kiedy robotnicy zaprotestowali przeciw drakońskiej podwyżce cen na żywność.


     W Pruszkowie oprócz skrzynki "Nerka Prezesa (na Broadwayu)" OP6E52 dłużej zatrzymałem się przy pomniku poległym we wrześniu 1939r. Niewysoki murek doskonale nadał się na mały odpoczynek i obiad. Pokręciłem się jeszcze po okolicznych miasteczkach: Piastów, Brwinów, Milanówek, ciężko czasem zorientować się gdzie się jest, bo z mniejszymi wioskami tworzą prawdziwą mozaikę. I tak sobie jadąc niespiesznie rowerem dotarłem do pierwszej, prawdziwej atrakcji, którą nadaje się nawet do zwykłych przewodników turystycznych. Mowa tu o drewnianym kościele w Izdebnie Kościelnym z XVIIIw. a odbudowanym po pożarze w 1992r. Lubię takie małe, drewniane kościółki, są niezwykle urocze, a szczególnie gdy tak jak ten otoczone są starymi lipami. Do tego na tyłach świątyni można obejrzeć stary, przykościelny cmentarz z niewielką ilością zachowanych nagrobków, ale wszystkie warto obejrzeć.


    Jak przy kościele spędziłem miłe chwile, tak przy skrzynce "Bramki- opuszczone gospodarstwo" OP88L4 już długo nie zabawiłem. Miejsce całkiem malownicze, opuszczony dom wśród gęstej zieleni. Widać, że nie mieszkał tu biedny rolnik, może była tu nawet namiastka dworu. Jednak miejsce nie nastraja do długich odwiedzin, jakby kryło jakąś mroczną tajemnicę. Gdybym szukał schronienia na noc, omijałbym ruiny gospodarstwa z daleka.


    Kolejną miłą rzeczą w czasie keszowania wokół Warszawy jest gęsta sieć linii kolejowych. Bliżej Warszawy natykałem się głównie na pociągi regionalne, ale czym dalej to akurat miałem to szczęście, że spotkałem głównie dalekobieżne. Chociaż mogło to się wiązać z popołudniowym szczytem, kiedy ludzie załatwiwszy swoje sprawy w stolicy wracali do domów, a kolej odpowiada na ich potrzeby. Jednak nic tak nie cieszy jak zobaczenie pociągu towarowego. Być może przez niewielką prędkość, ogromną masę i spory hałas jaki tworzą wydają się bardziej majestatyczne od lokomotywy z kilkoma lekkimi, pasażerskimi wagonami. Przynajmniej ja to tak odbieram.


    Po znalezieniu kesza" DPS Bramki" OP817L chciałem jeszcze poszukać tego obok w leśnym uroczysku. Ale przez błota i pokrzywy nie znalazłem drogi i nawet się nie zbliżyłem. Po wyjściu z krzaków zamyśliłem jechać po kolejnego z listy, ale niebo od południa za bardzo mi się nie podobało. Już od dłuższego czasu słychać było pomruki burzy, a widnokrąg robił się coraz bardziej granatowy. W swej naiwności myślałem, że może pójdzie bokiem. Jednak nie i jak tylko skryłem się pod przystankiem, nagle poszarzało, na niebie widać było linię przesuwającego się frontu, a potem się zaczęło. O tych burzach potem w necie poczytałem, jakie straty przyniosła. A ja w jej czasie miałem strach w oczach, szczególnie jak tuż obok walnął piorun, a między błyskiem a grzmotem nie było różnicy. Głośny, suchy trzask aż uszy zabolały.


    Przestało padać więc hajda po zaplanowaną skrzynkę "Dworek w Starym Łuszczewku" OP8CX3. Wysokie trawy, krzaki i już po chwili miałem przemoczone buty, ale co tam, skrzynka najważniejsza. I nie wiedzieć kiedy przyszła kolejna tura burz. Jak dobrze że kawałek dalej był kolejny przystanek, gdzie znów znalazłem schronienie przed deszczem. Tym razem jak się rozpadało to na dobre i spędziłem tam kilka godzin. Zabawa na całego, deszcz leje, pioruny biją, ja jem kolację i zastanawiam się czy do rana przejdzie. Na szczęście około północy przestało i postanowiłem jechać już na Warszawę po  drodze robiąc parę skrzynek. Najpierw "Dworek Rochale Wielkie" OP8CX2 gdzie miałem wspaniały spektakl. Na horyzoncie, nad Warszawą niebo co kilka sekund rozjaśniały pioruny. Wyglądało to jak na filmach wojennych gdy nocą artyleria prowadzi ostrzał. Wiem, że żywioł dał się tej nocy we znaki, ale ja patrzyłem jak urzeczony na te groźne piękno.
    Keszowanie po nocy ma jedną, wielką wadę. Zazwyczaj nie widać tego co opisują skrzynki. Jak jeszcze zabytek, pomnik czy co tam jeszcze jest podświetlone, to pół biedy. Ale zwykły dworek zamieszkiwany do dziś, zza parkowych drzew nawet nie widać gdzie stoi. Albo łażenie nocą po cmentarzu po nazwisko z nagrobka, które jest hasłem do logu. Zmarłych nie ma co się bać, ale trafi się jakiś patrol i z tego nie dałoby się wytłumaczyć. I nieoczekiwanie dla mnie samego z wszystkich nocnych skrzynek, których najwięcej znalazłem w Błoniach najbardziej podobała mi się "Prywatny wiadukt" OP8CXJ, który opisuje przejazd między halami magazynowymi których jest tu ogrom. A to dlatego że fajnie mi się jechało między wielkimi magazynami. Koła przyjemnie szumiały na asfalcie, przy niektórych magazynach toczyło się życie w zwolnionym tempie, jak to w nocy, a niektóre place manewrowe zamieniły się w wielkie jeziora. Z jakiegoś powodu urzekł mnie ten klimat, albo po prostu ze zmęczenia byłem jakby na haju i gdziebym nie był to na wszystko by mi się podobało.
    Po Błoniach nic już nie znalazłem, mimo, że przejeżdżałem nawet 50m. od skrzynki. Jakoś  nie chciało mi się zatrzymywać, tak wspaniale pedałowało mi się przez podwarszawskie miejscowości, a potem samą stolicę. Musiałem przez to czekać długo na dworcu na pociąg, ale ogólnie byłem zadowolony. I już wtedy wiedziałem że trzeba wrócić jak najszybciej, bo takie opuszczone skrzynki to normalnie grzech. I znów z braku czasu jedyne wyjście to poświęcenie prawie doby na wycieczkę.
    Początek to dobrze znane klimaty Alei Jerozolimskich, Popularnej czy Świerszcza. Tym razem w Ursusie trochę inny zestaw skrzynek. Jeden z tutejszych dworców mogłem poznać z nieco brzydszej strony, zaniedbanej i odrapanej tak że aż pięknej. Teren po byłej fabryce traktorów zobaczyłem teraz od innej strony czyli od ul. Posagu 7 Panien. Nowe bloki, biurowce i jeszcze czasami gdzieś zapomniane resztki budynków przemysłowych, albo wielki plac na którym nikt nie zaczął jeszcze inwestycji, ale pewnie już niedługo.


    I znów intrygujący zestaw Piastów, Pruszków czy Brwinów. Trochę się najeździłem rowerem po osiedlowych uliczkach tych miejscowości, oczywiście po kesze, chłonąc leniwy klimat podwarszawskich satelitów. W czasie mej keszerskiej kariery nauczyłem się jednego: nie ma słabych miejsc, najwyżej kesze są słabo opisane. Chociażby taki kesz "Nietypowa mapa" OP8HY6 obok przepompowni ścieków, gdzie zresztą czuć charakterystyczny zapaszek. Niby nic wielkiego, ale czytając opis czuć, że robiła go osoba która kocha miejsce w którym mieszka, może skąd pochodzi, itd. Włożyła w to serce, a ja lubię słuchać historii opowiadanych przez pasjonatów, nawet jak nie znam się na temacie który jest opowiadany.
    Tym razem nie obyło się bez urbexu, co cieszy bo lubię takie klimaty. W Kłudzienku był kiedyś jakiś instytut rolnictwa. Pod inną nazwą działa do dziś, przez co większość budynków dotrwała do dzisiaj w dobrym stanie, a niektóre wciąż są używane. Pierwsze co zwraca uwagę to wielki, zielony napis WYSTWA na jakimś magazynie. Widać że pochodzi z lepszych czasów, ale do dzisiaj nieźle się prezentuję. Jedyny opuszczony budynek to kotłownia z keszem "Stara kotłownia" OP0A01. Skrzynka była na zewnątrz, ale że można wejść to zwiedziłem wnętrza. Jest nawet wyjście na dach, czego nie mogłem sobie odpuścić, bo to zawsze jedna z niewielu okazji spojrzeć z jakiegoś wyższego punktu.


     Po dotarciu do Błonia odpocząłem na tamtejszym rynku w jednej z restauracji. Można poprosić tam obsługę o kesza "Błonie Rynek" OP4D2F. Jako, że nie lubię wpadać do takich miejsc jak po ogień, wpisać się do kesza i uciekać to zamówiłem kawę i deser lodowy. Pyszności, ale nawet to nie przekonało mnie do keszy przy których trzeba wchodzić w interakcję z nieznanymi ludźmi. Sam rynek z dominującym ratuszem ładnie odnowiony, jest fontanna, trochę zieleni, pomniczek, typowo ale miło. W samym Błoniu czekały mnie jeszcze dwie skrzynki. Jedna przy cmentarzu żydowskim "Cmentarz żydowski" OP25E3. Od założenia kesza pojawiło się tu nowe ogrodzenie, co z jednej strony smuci bo nie ma jak wejść, a z drugiej cieszy bo chroni go to przed wandalami. Po drodze na kirkut minąłem kościół mariawitów. Ani z daleka, ani z bliska nie prezentuje się najlepiej. Z daleka przypomina jakiś magazyn i tylko zamarkowana wieża z krzyżem świadczy, że to świątynia. Z bliska też nie lepiej i widać, że budynek wymaga remontu.


    Pod samym Błoniem, jako że zbliżała się moja zwyczajowa pora kolacji, pomyślałem że idealnym miejscem na rozłożenie się będą okolice kesza "Grodzisko - Błonie" OP2794. I byłoby to świetne miejsce, szczyt obwałowań starego grodu, gdzie można by usiąść na trawie i wyciągnąć co tam sobie w sakwach wiozłem. Było tylko jedno ale, czyli komary. Nie jakieś pojedyncze sztuki trochę się naprzykrzające, ale dzikie hordy. W ramach eksperymentu nie odpędzałem ich z jednej ręki i po chwili już do mojej krwi dobierało się kilkanaście sztuk, a następne się na to szykowały. Niedawno miałem okazję iść po kesza w środku bagien Biebrzy, gdzie w błocie zapadałem się po kolana, ale nawet tam, w królestwie różnych żądlących miałem większy komfort. Czym prędzej ewakuowałem się spod grodziska.


    Część drogi wypadło mi po DK92, czyli po starej drodze łączącej Warszawę z Poznaniem. Niby wybudowano autostradę, ale ruch nadal tu ogromny. Całe szczęście są szerokie pobocza, a czasami chodniki połączone z drogami rowerowymi. Rad, nierad tutaj na jednym z przystanków posiedziałem chwilę i w końcu zjadłem kolację. A jadąc tą drogą, mimo pewnych niedogodności, to zawsze da się wypatrzyć coś ciekawego. Tym razem moją uwagę zwrócił most nad Utratą. Jak się okazało pochodzi jeszcze z 1929r.


    Całe szczęście dość szybko zjechałem z "krajówki" i znów mogłem przyjemnie pedałować po dróżkach lokalnych. Ciężko czasem było się zorientować w jakiej jest się wsi, ale to sprawa drugorzędna. Najważniejsze że dłuższy czas spędziłem przy linii kolejowej. Tego dnia nie trafiłem na żadną towarówkę, ale osobowych było sporo. Przez to delikatne niebezpieczeństwo pojawiło się przy keszu "Sabotażowy most na Utracie" OP4231. Skrzynka jest na zachodnim brzegu, a najlepsza droga jest od wschodu i siłą rzeczy trzeba z mostu skorzystać. Jest pewien problem, bo pociągi wyłaniają się tu zza nieodległych zakrętów, a prędkości osiągają znaczne. Z tym niebezpieczeństwem to bez przesady, wystarczyło na chwilę przestać myśleć o niebieskich migdałach i szybko przedostać się na drugi brzeg. Niedaleko tego kesza, przy cmentarzu na skraju Wolicy moją uwagę zwrócił wysoki, drewniany, polny krzyż. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że na Mazowszu nie spotykałem ich tak wiele. Kapliczek całkiem sporo, ale krzyży właśnie brak, albo to ja jakoś mniej zwracałem do tej pory na nie uwagę. Następnym razem zweryfikuję swoje wrażenia.


    Do Warszawy dotarłem akurat jak już zmierzchało. Wskoczyłem w długie ciuchy przy keszu "CPN lokomotywowni" OP4E25 (swoją drogą ciekawe czy młode pokolenie mówi jeszcze na stacje paliw "cepeen"). Tutaj zrezygnowałem z kilku zaległych skrzynek przy torowiskach na Odolanach. Już ten pierwszy kesz wprowadził wystarczająco ponury klimat i wizualizacje nocnej rzeczywistości w której grasują dewianci, kolejowi złodzieje i SOK. Jak dla mnie mieszanka zbyt wybuchowa.
    W ten sposób wczesną nocą trafiłem na Cmentarz Wolski i Park Powstańców Warszawy po kesza "Polegli Niepokonani" OP38D4. Zdarzyło mi się kiedyś być obok, ale aż dziwne, że nie doczytałem jakie ciekawe miejsce mijałem. Z pewnością trzeba tu będzie zawitać jeszcze za dnia, bo po ciemku niewiele widać. Za to przypadkowo trafiłem na wystawę poświęconą ofiarom powstania. Na podświetlonych słupach umieszczono ponad 57tyś, nazwisk cywilnych ofiar. Szczególnie niesamowicie to wygląda jak przez dalsze słupy przechodzi jakiś człowiek. Widać tylko niewyraźną sylwetkę, niczym ducha którego prochy leżą w nieodległych zbiorowych mogiłach.


    Bardzo wesoło zrobiło mi się przy keszu "[RuMAK] Młyny wiatrowe Warszawy" OP8KUZ. Samotny rowerzysta, 200km. od domu, w środku Lasku na Kole, gdzieś o północy i do tego wspina się na drzewo. Moim zdaniem sytuacja tak absurdalna, że uśmiechnąłem się sam do siebie. Na szczęście dalej było już bardziej standardowo. Skrzynki pochowane przy ulicach i w parkach. Niby łatwiej ich szukać bo nie przeszkadzają tłumy, ale czasem samotny człowiek czuje się jak na patelni, jedyny człowiek w zasięgu wzroku.
    Nieoczekiwanie dla siebie samego nad ranem dotarłem pod Warszawską Syrenkę. Tę najsłynniejszą, znad Wisły, przy moście Świętokrzyskim. Niby jeden z żelaznych punktów wycieczek do stolicy, ale mnie tu jakoś nie przywiało do tej pory. Dobrze się złożyło, że to był ten czas. Słońce dopiero powoli się budziło, przemykały pojedyncze niedobitki po nocnych baletach, a pracownicy oczyszczania miasta sprzątali głównie butelki. Nawet bym nie pomyślał, że odgłos tłukących się o siebie butelek nad ranem to taki nierealny dźwięk. Jeden z przyjemniejszych momentów tej wycieczki to było tu posiedzieć, w tym otoczeniu.


    Jako że był to piątek w pociągu do Białegostoku było sporo rowerzystów, jadących jednak dalej bo skład leciał aż do Suwałk. Całe szczęście by specjalny wagon rowerowy i wszyscy się bez problemu pomieścili. Ja że miałem miejscówkę to się wygodnie rozsiadłem i prawie całą drogę przespałem. Zmęczony, ale jak to po każdej wycieczce byłem niezwykle zadowolony. Trzeba przyznać, że Mazowsze dal takiego rowerzysty jak ja to prawdziwy raj. Większość dróg asfaltowych, nawet tych mocno lokalnych. Do tego brak górek, więc można sobie pedałować jednym tempem, byle deszczu i wiatru w twarz nie było, a jeździć można sobie nawet kilkanaście godzin.

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Esełka, czyli krew, pot i łzy

    Już od kilku miesięcy chodził mi po głowie pomysł wybrania się na "esełkę" ze Skierniewic do Czachówka. Pomyślałem, że najwygodniej będzie rowerem, boczne dróżki, ścieżki i nie taka duża odległość, akurat na półtorej dnia wolnego jakie miałem. I jak zaplanowałem tak zrobiłem. O 7 rano wyjechałem z Białegostoku, a że miałem pociąg bezpośredni to już o 10 zameldowałem się w Skierniewicach. Po wyjściu z wagonu od razu zabrałem się za kesza "S-Ł: Skierniewickie dworce" OP73C1. Dużo cyferek do zebrania, więc potem siedząc na ławce zastanawiałem się czy gdzieś się nie pomylę, ale od razu wyszedł mi prawidłowy wynik. Naprawdę warto pozbierać te cyferki przy okazji dokładnie oglądając sobie dworzec. Z pewnością jeden z ciekawszych jaki widziałem. Zbudowany w stylu neogotyckim, czyli takim jak lubię, w środku wyremontowany, ale pozostawiono drewniane, skrzypiące drzwi, które nadają charakteru. I wisienka na torcie czyli sgraffito, spadek po socrealizmie, który jednak nabrał szlachetności. Jak dobrze że dzieło nie zniknęło pod tynkiem, jak to się stało chociażby z kilkoma pracami w Białymstoku. Małym minusem jest nieczynna fontanna przy toaletach, jakoś nie pasuje do tego miejsca i wydaje się niedbale wykonana. No i kładki nad torami. Owszem są windy, ale trochę za ciasne na rower z sakwami (niby wchodzi, ale na sztorc) i przez to wolałem śmigać z rowerem po schodach.


    Po dworcu postanowiłem podjechać do opuszczonego garnizonu. Miałem nadzieję na znalezienie dwóch skrzynek. I z keszem "Magazyn mundurów" OP5C73 poszło mi sprawnie. Od czasu mojej ostatniej wizyty ktoś odbił dyktę i można znów wchodzić do środka. Typowy carski budynek wojskowy. Grube, ceglane mury, łuki i nic poza tym. I właśnie ta surowość z tym, że było w miarę czysto, a po podłodze nie wala się gruz, zrobiła na mnie największe wrażenie. Chciałoby się by wszystkie opuszczone budynki tak właśnie wyglądały. Miałem nadzieję jeszcze na "Vault 13". Wiedziałem gdzie mniej więcej jest finał, bo w końcu już byłem w odpowiednim schronie. Ale tym razem diabeł ogonem nakrył i dobrych kilkanaście kręciłem się po krzakach i nie znalazłem. Odpuściłem jak już uznałem że więcej oparzeń pokrzywą nie wytrzymam. Może jeszcze wrócę jak już zielono nie będzie, to pewnie namierzę.


    Na obrzeżach Skierniewic czekał na mnie kesz "S-Ł: Skierniewickie bocznice" OP7628. Pewnym problemem jest to że część bocznic została rozebrana. Porosły na tym krzaki, jakieś wysokie trawy, początkowo nawet da się jechać z rowerem, ale w końcu trzeba go prowadzić. Nieźle się spociłem nim się przebiłem, na szczęście kesz szybko znaleziony, a czas umilały przejeżdżające pociągi, których tu sporo. Postanowiłem iść na wschód, zamiast wracać znanym śladem. I to był największy błąd. Znów wysokie trawy, osty, usypane górki z zebranego tłucznia z rozebranych bocznic, ale jakoś dotarłem do przejazdu kolejowego i regularnej drogi. Na mapie lepiej to wyglądało, bo zdjęcie satelitarne obiecywało ścieżkę, ale widocznie było stare i już nic tu takiego nie ma. Pewnie na którymś z kolców złapałem gumę, ale taką malutką, że dziurki nie znajdziesz, a powietrze schodzi niezwykle powoli. No to dawaj wymieniać dętkę. I tu zobaczyłem, że nie zabrałem takiej z długim wentylem, jaka pasuje mi do tylnego koła. No to w internet, sklep rowerowy w Skierniewicach, dojazd, zakup, wymiana i była godzina 14, a ja nie wyjechałem ze Skierniewic. No to usiadłem zjeść obiad i zastanowiłem się co robić. I tu odezwała się moja część mózgu odpowiedzialna za myślenie zadaniowe. Oj nie zobaczysz ty Psikiszku za wiele esełki, czasu już mało, a za urlop na żądanie w okresie wakacyjnym to regulamin przewiduje dyby i chłostę. Ale od czego jest auto, przyjemność ta sama, bo lubię jeździć wszystkim co ma koła, a od skrzynki do skrzynki szybciej się przemieszczę. Jak pomyślałem tak zrobiłem i już po godzinie z powrotem siedziałem w pociągu do Białegostoku, gdzie się tylko przespałem w domu i rano ruszyłem znów na szlak.
    Zacząłem od wysokiego C i to nie tylko w przenośni, ale naprawdę. Kesz "S-Ł vs wiedenka" OP7627 wprowadził mnie w lekkie oszołomienie. Ja mam tam wleźć? Pewnie się pośliznę i koncertowo zlecę w dół. Ale już po paru szczebelkach wszystkie obawy zniknęły i spokojnie szedłem sobie jak po drabinie, spoglądając to w górę to w dół, co u mnie oznacza, że czułem się wręcz komfortowo. Przy keszu to można sobie nawet usiąść wygodnie i w spokoju podziwiać widoki. Szkoda, że żaden towarowy się nie napatoczył, ale osobowych naprawdę sporo, bo w końcu trwał poranny szczyt, który jak widać obowiązuje i na torach.


    Nie oddalając się zbytnio od torów znalazłem kilka keszy spoza ścieżki esełkowej. Tak to wpadł jeden o działaniach wojennych na tych terenach z okresu I wojny światowej. Kto wie czy jesienią się tu nie wybiorę, by podążać śladami historii. Najbardziej szkoda mi nieznalezienia skrzynki przy młynie w Rawie, ale akurat rozłożyli się tam robotnicy drogowi. A młyn imponujących rozmiarów i do tego z drewna, miło że przetrwał do naszych czasów.



    Powrót na esełkę i znów trudności. Tym razem przy keszu "S-Ł: Posterunek odstępowy Kamion" OP731E. Zaparkowałem przed znakiem zakaz ruchu i poszedłem 400m. choć można było podjechać, ale wolałem nie kusić losu. Posterunek dzisiaj to ruina bez dachu. Najpierw go obszedłem, zajrzałem do środka szukając optymalnej drogi na poddasze z keszem. W końcu uznałem, że najlepiej będzie w jednym z miejsc gdzie było okno. Praktyka wykazała, że to jednak nienajlepsze miejsce. Blaszki po rynnach, które wydawały się świetnymi uchwytami raczej nie utrzymałyby mojego i tak niewielkiego ciężaru. Po kolejnym obejściu budynku doszedłem do wniosku, że jednak optymalnie będzie przez dawne wyjście na poddasze. Co prawda drabiny nie było, ale na szybko zaimprowizowałem nową. Z worków z śmieciami i nadproża zrobiłem podest z którego już pewnie mogłem chwycić brzeg otworu i przy akompaniamencie jęków jakoś się wydźwignąłem. Po wpisie została jeszcze kwestia zejścia. Tym razem trochę szybciej, ale i tak po tym keszu mam jeszcze pamiątkę w postaci mocno obdartego łokcia. Najbardziej żałuję tego, że mimo sporego czasu jaki tu spędziłem, nie doczekałem się żadnego pociągu, a miejsce na fotkę z poddasza bez dachu było idealne.


    Bardzo urzekły mnie wszelkie przejazdy. Dziś się je raczej likwiduje. Coraz szybsze pociągi sprawiają, że te malutkie, na których z względów ekonomicznych nie montuje się szlabanów idą pod nóż. Na szczęście nie dotyczy to esełki. Pociągi towarowe nie osiągają zawrotnych prędkości, więc mamy wciąż przejazdy w ciągach niewielkich, gruntowych dróg. Choć jak się przekonałem, jadąc autem nieraz trzeba niezwykle uważać. Szczególnie jak tory idą w wykopie to nie mamy dalekiego widoku na ewentualny pociąg. Mimo że podobały mi się wszystkie skrzynki przejazdowe, to jednak dwie będę pamiętał szczególnie. Jeden przy keszu "S-Ł: Przejazd na zadupiu #2" OP7462, gdzie możemy odwiedzić opuszczoną chatkę. Niby jedna z wielu, ale przez pozostawione artefakty panuje tu atmosfera smutku nad przemijaniem. Człowiek się stara, gromadzi i pstryk nagle znika, tak naprawdę nic po sobie nie pozostawiając. Z tych niewesołych myśli wyrwał mnie pociąg, który akurat pojawił się zza krzaczka. Natomiast druga wspomniana skrzynka to "S-Ł Przejazd na zadupiu #1" OP738C. Tutaj akurat przejazd jest wyjątkiem, bo został zlikwidowany. Zostały po nim znaki stopu, przez co miejsce wygląda trochę surrealistycznie.


    Na esełce zbyt dużo stacji nie ma, ruch osobowy zawsze miał tu drugorzędne znaczenie, dziś na większej części w ogóle go nie ma. Szkoda że nawet przystanki wyglądają tu gorzej niż w części na wschód od Wisły. Tam jak mogłem się przekonać zostały jeszcze tablice z nazwami, tym razem ich prawie nie uświadczyłem. Zostały tylko na stacjach i to w stanie agonalnym. Za to właśnie na jednej z nich, w Puszczy Mariańskiej esełka w końcu się odczarowała. Akurat tak się złożyło, że wszystkie wcześniejsze kesze przy tej linii obyły się bez pociągów. Tu od razu dwie lokomotywy luzem, SM42 i ET22, czyli typy chyba najbardziej popularne, ale niezmiernie się ucieszyłem. Jeszcze jako bonus przetoczył się skład węglarek ciągnięty przez ET22.


    Kolejną atrakcją były wszelkiego rodzaju przepusty, mniejsze i większe, ale wejście do każdego dostarczyło miłych wrażeń. Dzień był dość gorący, a w środku przepustów panuje miły chłodek. Jakoś w żadnym wypadku nie spieszyło mi się by je opuszczać. Był jednak przepust, który miał inne pod sobą, czyli "S-Ł: Przepust pod Tarczynem #1" OP3746. Płytka i czysta rzeczka Tarczynka przepływa tu wysokim, jajowatym przepustem. By dojść do skrzynki trzeba iść nurtem. Może w zimne dni, jak się nie ma kaloszy to niezbyt ciekawe doświadczenie, ale w ten ciepły dzień to była rozkosz. Mogłem spłukać kurz z prawie całodziennego keszowania i ślady krwi z zadrapań jakich nabawiłem się szczególnie na nasypach kolejowych, które zazwyczaj porastają kolczaste rośliny.


    W esełce podobało mi się jej oddalenie od wielkiej cywilizacji. Przez to skrzynek można szukać w spokoju. Jak tylko zawitałem do większego ośrodka w postaci Mszczonowa, od razu pojawił się problem. Chciałem wyciągnąć mobilniaka "S-Ł: ET22" OP74E5, ale jak zabrałem się do szukania to  w cieniu pobliskich krzaków zaparkował samochód pracowników PKP Cargo i najwyraźniej na coś mieli długo czekać bo się wygodnie rozłożyli. Myślałem że ich przeczekam, zajadając w międzyczasie obiad, obserwując dwa składy które się przetoczyły, zrobiłem fotki stacji i lokomotyw które stały na bocznicy, ale oni ciągle stali. Pojechałem więc zrobić inną skrzynkę i jak wróciłem, to auto wciąż stało na szczęście już puste. Tym razem nie żałowałem że byłem autem, bo te kilka dodatkowych kilometrów to nic.


    Ciekawymi miejscami były skrzyżowania torów. Tam gdzie esełka krzyżuje się z CMK możemy obejrzeć ciekawy wiadukt. Szeroki z miejscem na dodatkowy tor, tylko zastanawia mnie, że nasyp zaraz za nim się zwęża i już ten tor nie miałby miejsca. Może to tylko zabezpieczenie na wypadek uszkodzenia jednej strony przejazdu? Świetne miejsce, ale jeszcze lepsze było przy keszu "S-Ł vs kolejka grójecka" OP3743. Górą, wiaduktem idą tory esełki, a dołem zapomniana linia wąskotorówki. No może nie całkiem zapomniana, bo na odcinku Piaseczno - Tarczyn wciąż jest czynna i są przejazdy turystyczne, ale tu gdzie jest skrzynka to nawet wszystkich szyn nie ma. Bardzo lubię takie zapomniane linie, czasem nawet z całkowicie zwiniętymi torami. Chyba nawet bardziej niż szlaki wciąż używane. Szkoda tylko, że pogoda się zepsuła i lekko siąpiło, ale całe szczęście burza która dawała znać o sobie grzmotami przeszła bokiem.


    Czas się zbliżać ku końcowi tej opowieści. Jeszcze tylko ostatnia skrzynka "S-Ł: Czachówkowski Węzeł Kolejowy" OP8G40, gdzie największą atrakcją jest tajemniczy obiekt. Wygląda jak schron, tylko wejście ma nietypowe, bo przez klapę z góry. I wciąż pozostaje dla mnie tajemnicą, bo na wejściu założono solidną kłódkę. Przy tym keszu akurat zaczęło się ściemniać, więc czasowo wyrobiłem się idealnie. Nie opisałem oczywiście wszystkich keszy, ani nie zachowałem jakiejś skrupulatnej chronologii, ale nie ma co zanudzać. Jestem niezwykle zadowolony, że w końcu dane mi było tak dokładnie poznać esełkę. Wiele sobie po tutejszych skrzynkach obiecywałem i przy żadnej się nie zawiodłem. To z pewnością wymagająca seria, ale dawno nie miałem tak dobrej zabawy jak tutaj. I aż żal że te kilka sztuk, które pozostały to quizy których nie dam rady rozwiązać, lub zadania których z moją sprawnością sam wolałem się nie podejmować. Z drugiej strony jakby ktoś zaproponował wycieczkę po tych samych skrzynkach, nawet minuty bym się nie zastanawiał i jeszcze raz wrócił na szlak.

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Z Bugiem

    Okres wakacyjny to gorący czas w pracy i ciężko mi się wyrwać bez urlopu. Dlatego mając w perspektywie dwa dni wolnego postanowiłem ruszyć na wycieczkę mimo, że skończyłem nocną szychtę i powinienem raczej odsypiać. Samochodem dojechałem do Mielnika, a stamtąd już dalej rowerem. Plan był na dojechanie do Terespola jednego dnia i powrót następnego, co udało się całkowicie.
    Na samym początku ciekawa atrakcja, czyli przedostanie się na drugi brzeg Bugu promem o napędzie ręcznym. Chwilę to trwało, bo prom bardzo leniwie pokonuje rzekę. Mi to nie przeszkadzało, przecież nigdzie się nie spieszyłem, a była okazja rozejrzeć się wokół z perspektywy Bugu. Niestety na drugim brzegu czekało mnie małe rozczarowanie w postaci braku kesza "Prom w Zabużu" OP8JT5. Nawet następnego dnia gdy byłem tu po raz drugi, dzwoniłem do poprzednich znalazców, bo może coś przegapiłem, niestety raczej potwierdzili moje przypuszczenia.


    Właśnie na drugim brzegu Bugu rozpocząłem swoją prawdziwą wycieczkę. Nie ujechałem daleko i zaraz kolejny kesz przy dworku, przerobionym na hotel, taki ekskluzywny. Nie wiem jak w środku, ale z zewnątrz odnowiony zgodnie z duchem czasu w którym powstał. A za dworem może z kilometr kolejny kesz, tym razem przy punkcie serwisowym. Na gęstość skrzynek nie ma co narzekać.
    W Serpelicach pierwsza skrzynką jaką znalazłem była Pocztówka z Serpelic" OP8KBK. Schowana na tyłach ośrodka wypoczynkowego całkiem niedaleko Bugu, kilkanaście metrów od brzegu. Akurat trafiłem na spływ kajakowy, więc mimo wszystko wolałem przeczekać. Trochę mnie zazdrość wzięła, bo pogoda była optymalna na jednodniowy spływ, no ale nie można mieć wszystkiego. Wracając do tytułu kesza to nawiązuje do pocztówek jakie się kiedyś wysyłało z wakacji. Obrazek z miejsca gdzie byliśmy, na odwrocie z dwa zdania z pozdrowieniami, ale wydaje mi się że dostanie takiej pocztówki było bardzo miłe. Na pocztówkach z Serpelic pewnie był głównie Bug i lokalne ośrodki. Jadąc zwróciłem uwagę, że od czasu komuny większość z nich się niewiele zmieniła. Taki skansen z czasów funduszu wczasów pracowniczych.


    Oprócz ośrodków i Bugu atrakcją Serpelic jest Kalwaria Podlaska. Kolejne stacje Drogi Krzyżowej wiodą nas przez las. Mnie akurat bardziej prowadziły punkty multaka "Kalwaria Podlaska" OP8L9E. Najgorzej było na leśnych dróżkach, bo niestety sypki piasek dawał się we znaki. całe szczęście dużo jeżdżenia nie było i tego kesza da się zrobić nawet na piechotę. Szczególnie polecam historię powstania tego miejsca, a lektura jak to ksiądz Adam Krajewski musiał radzić sobie w czasach PRL jest fascynująca. Niezależnie od naszego stosunku do religii, opowieść jest uniwersalna, że jak się ma prawdziwą ideę to napotykane przeszkody wydaja się mniejsze i do przejścia.


    Kolejny postój w Gnojnie przy tamtejszych keszach. Warto zwrócić uwagę na nazwy miejscowości nad Bugiem: Gnojno, Stary Bubel, Zaczopki to chyba te ciekawsze. Niestety w Gnojnie kesza przy kościele nie mogłem szukać bo akurat trwała msza, ale tego przy promie "GNOJNO-przeprawa promowa" OP8H3J jak najbardziej. Trzeba uważać czy akurat tego dnia ten prom kursuje, bo na drugi brzeg można dostać się tylko w dni nieparzyste. Na szczęście ja nie miałem takiej potrzeby i tylko posiedziałem na tutejszym MOR-ze. A, muszę wyjaśnić że do Terespola jechałem szlakiem rowerowym Green Velo, a MOR to miejsce obsługi rowerzystów. Są to drewniane wiaty z ławkami i stolikami, dodatkowo stojaki na rowery, czasem punkt serwisowy z podstawowymi narzędziami do samodzielnej naprawy drobnych usterek. Tutaj MOR mocno się rozrósł, chyba był największy jaki widziałem, a jeszcze do tego postawiono logo szlaku, takie na ponad 1,5m. Wszystko to wyglądało całkiem imponująco, ale ja i tak najbardziej zachwyciłem się Bugiem.


    Jadąc dalej podziwiałem piękny krajobraz. Może nie spektakularny, ale przypadł mi do gustu. Warto tu też zwrócić uwagę na budownictwo, szczególnie te starsze, drewniane. Prawdę mówiąc to jak zauważyłem bale w domach są łączone na jaskółczy ogon, czyli tak jak i wokół Białegostoku, ale te starsze domy tu zdecydowanie mniejsze. A w Starym Bublu piękny, drewniany kościół z oddzielnie stojącą dzwonnicą. Zbudowany jako cerkiew unicka, przez pewien czas prawosławna, potem neounicka, by skończyć jako kościół rzymskokatolicki. Dobry przykład na skomplikowane dzieje religijne dzisiejszej wschodniej Polski. W turystycznych folderach reklamowych wielokulturowość, tolerancja, jednak jak się tu mieszka to wiadomo, że wystarczy trochę poskrobać a pod tym sreberkiem już tak cukierkowo nie jest.


    Kolejny etap wycieczki przez Stary Pawłów, Janów Podlaski, Werchliś i Zaczopki wspominam jak jeden punkt. Pamiętam że jechałem, robiłem przerwy na kesze, ale chyba mózg po nocnej zmianie postanowił jednak dać sobie na pewien czas wolne. Ograniczył mnie do minimum, pedałowanie, szukanie skrzynek i kilka zdjęć w miejscach które przypadły mi szczególnie do gustu. Gdybym kiedyś kilka razy nie przemierzył tego odcinka służbowo i raz rowerem, to poza tym co mam w aparacie nic bym nie zapamiętał. Na szczęście znów "odpaliłem" w Pratulinie, miejscu skądinąd ciekawym historycznie. Tutaj rozegrał się jeden z tragicznych epizodów z okresu likwidacji kościoła unickiego. Tutejsza ludność, która nie chciała przejść na prawosławie zorganizowała czynny opór w wyniku czego interweniowało wojsko i zostało zabitych 13 osób. Z czasem zyskali status męczenników, a w Pratulinie powstało niewielkie sanktuarium. Zazwyczaj w takich miejscach kościół jest najciekawszym miejscem. Tutaj jednak moim zdaniem warto bardziej zwrócić uwagę na Drogę Krzyżową z rzeźbami naturalnej wielkości, a także na drewnianą mniejszą świątynię. Miałem wrażenie że ten kościółek jest przeniesiony gdzieś z Bieszczad. Co prawda to nie ten styl, ale klimat jak najbardziej, czuje się podobne zagubienie gdzieś na końcu świata. No może ten drewniany płotek wokół tak na mnie zadziałał.


    Z pewnością jednym z piękniejszych miejsc były okolice kesza "KRZYCZEW-kościół" OP8H33. Sympatyczny niewielki, drewniany kościółek otoczony zielenią na brzegu Bugu, który po polskiej stronie jest wyższy. Parę metrów od kościoła stoi słupek graniczny, przy którym jest ścieżka w dół do samej rzeki. A na brzegach wielkie, uschnięte pnie drzew przyniesione tu przez rzekę. Patrząc na zarośniętą białoruską stronę można odnieść wrażenie, że się jest nad jakąś rzeką w dżungli.


    W Neplach i okolicach nastąpiła spora kumulacja skrzynek. Zacząłem od punktu widokowego na Bug i pobliskiego czołgu, który został ustawiony tu jako pamiątka forsowania Bugu przez Armię Czerwoną. Szczególnie ucieszyłem się z kesza "NEPLE - kamienna Baba". Kiedyś jadąc tędy rowerem nie mogłem namierzyć tego obiektu, a teraz dzięki OC trafiłem tam bez problemu. Myślałem, że kamienna baba jest mniejsza, lekko wystająca z trawy, a to spory kawał obrobionego kamienia w kształcie krzyża. Jest tylko jeden problem, nie do końca wiadomo czym to jest. Przyjmuje się, że wyciosano ją w XVw., ale trwają spory czy kształt krzyża to solarny symbol pogański, czy mamy tu już do czynienia z krzyżem chrześcijańskim.


    Chwilę pokręciłem się jeszcze po Neplach nad uroczą rzeką Krzną i ruszyłem do Terespola. To był cel mojej przejażdżki na ten dzień. Jednak jeszcze w miasteczku czekają na mnie cztery skrzynki z czego znalazłem tylko jedną, "Terespol - prochownia OP8H2W. Przy kościele i cerkwi nie mogłem szukać przez ludzi, a ta przy cmentarzu prawosławnym zaginęła. Fajnie, że udało mi się dotrzeć do prochowni w której jeszcze nie byłem. Co prawda zamknięta, ale i z zewnątrz warta zobaczenia, a szczególnie betonowe słupki przed nią z jakimiś rosyjskimi oznaczeniami.
    Czas było poszukiwać miejsca noclegowego. Pomyślałem, że może nieźle będzie przy "Twierdza Brześć - Koszary Obronne" OP8913. Najpierw kesz po jednej stronie fortu. Łatwo się tam dostać nie było. Gęste krzaki, część z nich z kolcami, gdyby nie skrzynka to na pewno nie zdecydowałbym się tam wejść. Natomiast z drugiej strony ładna polanka wśród krzaków, które otaczały mnie z każdej strony i tam rozbiłem namiot. Myślałem że może spać wewnątrz fortu i gdyby burza która przeszła tej nocy była silniejsza, to pewnie bym się tam przeniósł.


    Rankiem dnia następnego przywitały mnie szare chmury, ale nie ma tego złego bo temperatura była w miarę optymalna, zresztą potem i tak wróciło słońce. Keszowanie zacząłem od okolicy strzelnicy sportowej, z której dzień wcześniej słychać było strzały z różnych rodzajów broni. Po znalezieniu kesza przy kopcu w Kobylanach czekało mnie łażenie po ciemnych wnętrzach fortu w poszukiwaniu skrzynki "Snuffer- Fort Kobylany" OP011B. Rower zostawiłem przy jednym z wejść bo już nie chciało mi się go ciągać po leśnych ścieżkach i poszedłem do wejścia wskazanego przez kordy. Samotne łażenie po mrocznych korytarzach dostarczyło mi trochę dreszczyku emocji. A nuż coś wyskoczy z bocznego korytarza. Jako że opis dojścia jest dość precyzyjny za długo nie błądziłem. Szczególnie ciekawy był ostatni etap, gdy idzie się po gruzie powstałym z odpadniętego, grubego tynku. Opalone, czarne ściany chyba są śladem po czasie kiedy wysadzono fort. Wracając postanowiłem skorzystać z pierwszego napotkanego wyjścia i jakie było moje zadowolenie, kiedy wyszedłem wprost na rower.


    Podjechałem do DK2 którą kawałek miałem do Małaszewicz i tam skręciłem w stronę składów celnych i bocznic. To miejsce to istny raj dla miłośników kolei. Można popatrzyć na różne rodzaje wagonów i lokomotyw. Najwięcej widziałem SM48, zarówno stojących jak i ciągnących wagony. W ogóle warto tam uważać przekraczając tory, bo ruch jest naprawdę spory. Mnie tu przyciągnęła głównie skrzynka "Morderstwo NA Orient Expressie" OP8DR2. Są to prawdziwe wagony, którymi w luksusowych warunkach można było w 1988r. przejechać turystycznie z Paryża do Hongkongu. Mimo, że oryginalny Orient Express kursował na linii Paryż - Istambuł to w latach 80-tych prywatny przedsiębiorca uruchomił kilka połączeń odwołujących się do legendy. Są to pozarozkładowe kursy, na których bilet kosztuje ciężkie pieniądze. I właśnie jeden ze składów utknął kiedyś w Małaszewiczach. Przez niejasne powiązania biznesowe dziś trudno nawet ustalić czyje te wagony są i niszczeją sobie na bocznym torze. Z zewnątrz prezentują się nieźle, a złote napisy i delikatne linie, choć nieco wyblakłe wcale nie wyglądają kiczowato, a podkreślają luksus. Po znalezieniu kesza postanowiłem obejrzeć cały skład i tak sobie idąc zauważyłem wejście zrobione już pewnie przez szabrowników. Takiej okazji nie mogłem przepuścić i tylko się rozejrzałem czy na horyzoncie nie widać patrolu SOK czy innych pracowników kolei i szybko wspiąłem się do środka. Początkowo wagony sypialne, każdy wyposażony w umywalkę. Niestety mocno zdewastowane. Wszystko przewrócone na druga stronę, jakby ktoś przeszukiwał poszczególne przedziały w nadziei na zapomniane czy zagubione kosztowności. Gdzieniegdzie ocalały jednak szafki z ozdobnymi monogramami, czasem piękny klosz lampy. Ładne też były okienka przy końcach wagonów. Małe, okrągłe z delikatnym wzorkiem i mlecznymi szybami, nawiązywały do lat 20 i 30-tych XXw. W wagonie z łazienkami wszystkie drzwi były pozdejmowane, ale poza tym kabiny prysznicowe, umywalki były w całości. Jako, że to skład z lat 80-tych to ścianki tutaj zrobione na wysoki połysk. Jest i wagon obsługi w której sporą część zajmuje kuchnia. Zostały po niej tylko blaty ze stali nierdzewnej. I w końcu wisienka na torcie czyli wagon pełniący rolę salonu, a następny baru. Szerokie, skórzane fotele, niektóre ponakrywane białymi prześcieradłami. Do dzisiaj nieźle się na nich siedzi. Tam gdzie jest bar centralne miejsce zajmuje pianino, jak sprawdziłem wciąż sprawne. Do intymnych rozmów stworzono nawet oddzielne pomieszczenie z kanapą, dwoma fotelami i stolikiem. Co ciekawe te dwa wagony jakby nie ruszone ręką szabrowników. Czas zrobił swoje i widać że wnętrza niszczeją chociażby z braku ogrzewania, ale wciąż panuje tu czystość i porządek. To było jedno z keszerskich miejsc, które zapamiętam do końca życia.


    Z żalem rozstałem się z kolejowymi klimatami Małaszewicz, ale już za niedługo miałem kolejną atrakcję z keszem "Snuffer- Fort Koroszczyn OP011A. Do fortu wiedzie zapewne jakaś niezła ścieżka bo obok spotkałem grupę młodzieży, pewnie na wagarach. Ja niestety przedzierałem się jakąś ledwo widoczną, a i tak dobrze że rower zostawiłem na skraju lasu. W odróżnieniu do poprzedniej skrzynki Snuffera w forcie tutaj czekał mnie spacer mniejszym korytarzem. Ale na szczęście cały czas na tyle szerokim i wysokim, by można swobodnie iść. Miło, że tutejsze forty mimo, że opuszczone to w środku są czyste. W pobliżu ludzkich siedzib to wcale takie oczywiste nie jest i wszelkie schrony bywają śmietnikami na wielkogabarytowe śmieci.


    Jeszcze dwie skrzynki i czekało mnie kilkadziesiąt kilometrów do Zabuża, skąd promem z powrotem do Mielnika. Wybrałem inną drogę by zobaczyć coś nowego. Zaplanowałem jechać przez Rokitno i Konstantynów. I przekonałem się dlaczego szlak Green Velo idzie akurat w tych okolicach nad Bugiem. Ciekawa jest nie tylko sama rzeka, ale i piękniejsze są widoki, a mijane wsie mają bardziej interesującą architekturę. Nie mogę powiedzieć, że nic wartego uwagi nie było, bo i drewniany kościół w Rokitnie, czy murowany w Klonownicy Dużej, oba wybudowane jako cerkwie. To jednak za mało by równać się drodze która wiedzie przy samym Bugu.
    Po dojeździe do Zabuża odpocząłem chwilę przy wiacie i zszedłem na brzeg do promu. A z drugiej strony pan krzyczy "prom dziś nie działa, lina zerwana". No żesz k..., tylko pomyślałem. Na drugim brzegu widzę zaparkowany samochód, a jeszcze tak daleko. Miałem dwie drogi do wyboru, albo prom w Niemirowie, albo most kolejowy w okolicach Mierzwic. Odległość do obu przepraw podobna, ale pomyślałem że w tym przypadku skorzystam z pewniejszej rzeczy, czyli mostu. Ostatni kilometr przed przeprawą musiałem prowadzić rower, bo po tutejszych piaskach nie dało się jechać. Wychodząc z lasu zobaczyłem że jedna strona jest zamknięta i remontowana, a wokół krzątają się robotnicy. Nie będę jechał jednak aż do Siemiatycz na most drogowy, więc na pewniaka wszedłem na tor, mijanemu pracownikowi powiedziałem tylko dzień dobry, i tak jakby most był moją własnością wszedłem na niego i bez problemu przeszedłem używaną wciąż stroną. Właśnie przeszedłem, bo przejazd po słabych deskach, których zresztą miejscami brakuje byłby zbyt niebezpieczny.


    W Mielniku jeszcze trochę zabawiłem, bo jakiś dziadek chciał się zabrać na stopa do Siemiatycz. Finalnie nie pojechał, a straciłem dużo czasu. Bo jeszcze do sklepu, bo obiad, chyba jakiś czar rzucił skoro nie odjechałem po kilku minutach, a czekałem.... dwie godziny. W końcu udało mi się wyrwać. Za to z Siemiatycz zabrałem jakiegoś chłopaka. Sam kiedyś trochę pojeździłem stopem, więc dziś sam zabieram pasażerów. Trzeba jednak przyznać, że na poboczach nieczęsto już spotyka się ludzi szukających okazji.