poniedziałek, 12 czerwca 2017

Z Bugiem

    Okres wakacyjny to gorący czas w pracy i ciężko mi się wyrwać bez urlopu. Dlatego mając w perspektywie dwa dni wolnego postanowiłem ruszyć na wycieczkę mimo, że skończyłem nocną szychtę i powinienem raczej odsypiać. Samochodem dojechałem do Mielnika, a stamtąd już dalej rowerem. Plan był na dojechanie do Terespola jednego dnia i powrót następnego, co udało się całkowicie.
    Na samym początku ciekawa atrakcja, czyli przedostanie się na drugi brzeg Bugu promem o napędzie ręcznym. Chwilę to trwało, bo prom bardzo leniwie pokonuje rzekę. Mi to nie przeszkadzało, przecież nigdzie się nie spieszyłem, a była okazja rozejrzeć się wokół z perspektywy Bugu. Niestety na drugim brzegu czekało mnie małe rozczarowanie w postaci braku kesza "Prom w Zabużu" OP8JT5. Nawet następnego dnia gdy byłem tu po raz drugi, dzwoniłem do poprzednich znalazców, bo może coś przegapiłem, niestety raczej potwierdzili moje przypuszczenia.


    Właśnie na drugim brzegu Bugu rozpocząłem swoją prawdziwą wycieczkę. Nie ujechałem daleko i zaraz kolejny kesz przy dworku, przerobionym na hotel, taki ekskluzywny. Nie wiem jak w środku, ale z zewnątrz odnowiony zgodnie z duchem czasu w którym powstał. A za dworem może z kilometr kolejny kesz, tym razem przy punkcie serwisowym. Na gęstość skrzynek nie ma co narzekać.
    W Serpelicach pierwsza skrzynką jaką znalazłem była Pocztówka z Serpelic" OP8KBK. Schowana na tyłach ośrodka wypoczynkowego całkiem niedaleko Bugu, kilkanaście metrów od brzegu. Akurat trafiłem na spływ kajakowy, więc mimo wszystko wolałem przeczekać. Trochę mnie zazdrość wzięła, bo pogoda była optymalna na jednodniowy spływ, no ale nie można mieć wszystkiego. Wracając do tytułu kesza to nawiązuje do pocztówek jakie się kiedyś wysyłało z wakacji. Obrazek z miejsca gdzie byliśmy, na odwrocie z dwa zdania z pozdrowieniami, ale wydaje mi się że dostanie takiej pocztówki było bardzo miłe. Na pocztówkach z Serpelic pewnie był głównie Bug i lokalne ośrodki. Jadąc zwróciłem uwagę, że od czasu komuny większość z nich się niewiele zmieniła. Taki skansen z czasów funduszu wczasów pracowniczych.


    Oprócz ośrodków i Bugu atrakcją Serpelic jest Kalwaria Podlaska. Kolejne stacje Drogi Krzyżowej wiodą nas przez las. Mnie akurat bardziej prowadziły punkty multaka "Kalwaria Podlaska" OP8L9E. Najgorzej było na leśnych dróżkach, bo niestety sypki piasek dawał się we znaki. całe szczęście dużo jeżdżenia nie było i tego kesza da się zrobić nawet na piechotę. Szczególnie polecam historię powstania tego miejsca, a lektura jak to ksiądz Adam Krajewski musiał radzić sobie w czasach PRL jest fascynująca. Niezależnie od naszego stosunku do religii, opowieść jest uniwersalna, że jak się ma prawdziwą ideę to napotykane przeszkody wydaja się mniejsze i do przejścia.


    Kolejny postój w Gnojnie przy tamtejszych keszach. Warto zwrócić uwagę na nazwy miejscowości nad Bugiem: Gnojno, Stary Bubel, Zaczopki to chyba te ciekawsze. Niestety w Gnojnie kesza przy kościele nie mogłem szukać bo akurat trwała msza, ale tego przy promie "GNOJNO-przeprawa promowa" OP8H3J jak najbardziej. Trzeba uważać czy akurat tego dnia ten prom kursuje, bo na drugi brzeg można dostać się tylko w dni nieparzyste. Na szczęście ja nie miałem takiej potrzeby i tylko posiedziałem na tutejszym MOR-ze. A, muszę wyjaśnić że do Terespola jechałem szlakiem rowerowym Green Velo, a MOR to miejsce obsługi rowerzystów. Są to drewniane wiaty z ławkami i stolikami, dodatkowo stojaki na rowery, czasem punkt serwisowy z podstawowymi narzędziami do samodzielnej naprawy drobnych usterek. Tutaj MOR mocno się rozrósł, chyba był największy jaki widziałem, a jeszcze do tego postawiono logo szlaku, takie na ponad 1,5m. Wszystko to wyglądało całkiem imponująco, ale ja i tak najbardziej zachwyciłem się Bugiem.


    Jadąc dalej podziwiałem piękny krajobraz. Może nie spektakularny, ale przypadł mi do gustu. Warto tu też zwrócić uwagę na budownictwo, szczególnie te starsze, drewniane. Prawdę mówiąc to jak zauważyłem bale w domach są łączone na jaskółczy ogon, czyli tak jak i wokół Białegostoku, ale te starsze domy tu zdecydowanie mniejsze. A w Starym Bublu piękny, drewniany kościół z oddzielnie stojącą dzwonnicą. Zbudowany jako cerkiew unicka, przez pewien czas prawosławna, potem neounicka, by skończyć jako kościół rzymskokatolicki. Dobry przykład na skomplikowane dzieje religijne dzisiejszej wschodniej Polski. W turystycznych folderach reklamowych wielokulturowość, tolerancja, jednak jak się tu mieszka to wiadomo, że wystarczy trochę poskrobać a pod tym sreberkiem już tak cukierkowo nie jest.


    Kolejny etap wycieczki przez Stary Pawłów, Janów Podlaski, Werchliś i Zaczopki wspominam jak jeden punkt. Pamiętam że jechałem, robiłem przerwy na kesze, ale chyba mózg po nocnej zmianie postanowił jednak dać sobie na pewien czas wolne. Ograniczył mnie do minimum, pedałowanie, szukanie skrzynek i kilka zdjęć w miejscach które przypadły mi szczególnie do gustu. Gdybym kiedyś kilka razy nie przemierzył tego odcinka służbowo i raz rowerem, to poza tym co mam w aparacie nic bym nie zapamiętał. Na szczęście znów "odpaliłem" w Pratulinie, miejscu skądinąd ciekawym historycznie. Tutaj rozegrał się jeden z tragicznych epizodów z okresu likwidacji kościoła unickiego. Tutejsza ludność, która nie chciała przejść na prawosławie zorganizowała czynny opór w wyniku czego interweniowało wojsko i zostało zabitych 13 osób. Z czasem zyskali status męczenników, a w Pratulinie powstało niewielkie sanktuarium. Zazwyczaj w takich miejscach kościół jest najciekawszym miejscem. Tutaj jednak moim zdaniem warto bardziej zwrócić uwagę na Drogę Krzyżową z rzeźbami naturalnej wielkości, a także na drewnianą mniejszą świątynię. Miałem wrażenie że ten kościółek jest przeniesiony gdzieś z Bieszczad. Co prawda to nie ten styl, ale klimat jak najbardziej, czuje się podobne zagubienie gdzieś na końcu świata. No może ten drewniany płotek wokół tak na mnie zadziałał.


    Z pewnością jednym z piękniejszych miejsc były okolice kesza "KRZYCZEW-kościół" OP8H33. Sympatyczny niewielki, drewniany kościółek otoczony zielenią na brzegu Bugu, który po polskiej stronie jest wyższy. Parę metrów od kościoła stoi słupek graniczny, przy którym jest ścieżka w dół do samej rzeki. A na brzegach wielkie, uschnięte pnie drzew przyniesione tu przez rzekę. Patrząc na zarośniętą białoruską stronę można odnieść wrażenie, że się jest nad jakąś rzeką w dżungli.


    W Neplach i okolicach nastąpiła spora kumulacja skrzynek. Zacząłem od punktu widokowego na Bug i pobliskiego czołgu, który został ustawiony tu jako pamiątka forsowania Bugu przez Armię Czerwoną. Szczególnie ucieszyłem się z kesza "NEPLE - kamienna Baba". Kiedyś jadąc tędy rowerem nie mogłem namierzyć tego obiektu, a teraz dzięki OC trafiłem tam bez problemu. Myślałem, że kamienna baba jest mniejsza, lekko wystająca z trawy, a to spory kawał obrobionego kamienia w kształcie krzyża. Jest tylko jeden problem, nie do końca wiadomo czym to jest. Przyjmuje się, że wyciosano ją w XVw., ale trwają spory czy kształt krzyża to solarny symbol pogański, czy mamy tu już do czynienia z krzyżem chrześcijańskim.


    Chwilę pokręciłem się jeszcze po Neplach nad uroczą rzeką Krzną i ruszyłem do Terespola. To był cel mojej przejażdżki na ten dzień. Jednak jeszcze w miasteczku czekają na mnie cztery skrzynki z czego znalazłem tylko jedną, "Terespol - prochownia OP8H2W. Przy kościele i cerkwi nie mogłem szukać przez ludzi, a ta przy cmentarzu prawosławnym zaginęła. Fajnie, że udało mi się dotrzeć do prochowni w której jeszcze nie byłem. Co prawda zamknięta, ale i z zewnątrz warta zobaczenia, a szczególnie betonowe słupki przed nią z jakimiś rosyjskimi oznaczeniami.
    Czas było poszukiwać miejsca noclegowego. Pomyślałem, że może nieźle będzie przy "Twierdza Brześć - Koszary Obronne" OP8913. Najpierw kesz po jednej stronie fortu. Łatwo się tam dostać nie było. Gęste krzaki, część z nich z kolcami, gdyby nie skrzynka to na pewno nie zdecydowałbym się tam wejść. Natomiast z drugiej strony ładna polanka wśród krzaków, które otaczały mnie z każdej strony i tam rozbiłem namiot. Myślałem że może spać wewnątrz fortu i gdyby burza która przeszła tej nocy była silniejsza, to pewnie bym się tam przeniósł.


    Rankiem dnia następnego przywitały mnie szare chmury, ale nie ma tego złego bo temperatura była w miarę optymalna, zresztą potem i tak wróciło słońce. Keszowanie zacząłem od okolicy strzelnicy sportowej, z której dzień wcześniej słychać było strzały z różnych rodzajów broni. Po znalezieniu kesza przy kopcu w Kobylanach czekało mnie łażenie po ciemnych wnętrzach fortu w poszukiwaniu skrzynki "Snuffer- Fort Kobylany" OP011B. Rower zostawiłem przy jednym z wejść bo już nie chciało mi się go ciągać po leśnych ścieżkach i poszedłem do wejścia wskazanego przez kordy. Samotne łażenie po mrocznych korytarzach dostarczyło mi trochę dreszczyku emocji. A nuż coś wyskoczy z bocznego korytarza. Jako że opis dojścia jest dość precyzyjny za długo nie błądziłem. Szczególnie ciekawy był ostatni etap, gdy idzie się po gruzie powstałym z odpadniętego, grubego tynku. Opalone, czarne ściany chyba są śladem po czasie kiedy wysadzono fort. Wracając postanowiłem skorzystać z pierwszego napotkanego wyjścia i jakie było moje zadowolenie, kiedy wyszedłem wprost na rower.


    Podjechałem do DK2 którą kawałek miałem do Małaszewicz i tam skręciłem w stronę składów celnych i bocznic. To miejsce to istny raj dla miłośników kolei. Można popatrzyć na różne rodzaje wagonów i lokomotyw. Najwięcej widziałem SM48, zarówno stojących jak i ciągnących wagony. W ogóle warto tam uważać przekraczając tory, bo ruch jest naprawdę spory. Mnie tu przyciągnęła głównie skrzynka "Morderstwo NA Orient Expressie" OP8DR2. Są to prawdziwe wagony, którymi w luksusowych warunkach można było w 1988r. przejechać turystycznie z Paryża do Hongkongu. Mimo, że oryginalny Orient Express kursował na linii Paryż - Istambuł to w latach 80-tych prywatny przedsiębiorca uruchomił kilka połączeń odwołujących się do legendy. Są to pozarozkładowe kursy, na których bilet kosztuje ciężkie pieniądze. I właśnie jeden ze składów utknął kiedyś w Małaszewiczach. Przez niejasne powiązania biznesowe dziś trudno nawet ustalić czyje te wagony są i niszczeją sobie na bocznym torze. Z zewnątrz prezentują się nieźle, a złote napisy i delikatne linie, choć nieco wyblakłe wcale nie wyglądają kiczowato, a podkreślają luksus. Po znalezieniu kesza postanowiłem obejrzeć cały skład i tak sobie idąc zauważyłem wejście zrobione już pewnie przez szabrowników. Takiej okazji nie mogłem przepuścić i tylko się rozejrzałem czy na horyzoncie nie widać patrolu SOK czy innych pracowników kolei i szybko wspiąłem się do środka. Początkowo wagony sypialne, każdy wyposażony w umywalkę. Niestety mocno zdewastowane. Wszystko przewrócone na druga stronę, jakby ktoś przeszukiwał poszczególne przedziały w nadziei na zapomniane czy zagubione kosztowności. Gdzieniegdzie ocalały jednak szafki z ozdobnymi monogramami, czasem piękny klosz lampy. Ładne też były okienka przy końcach wagonów. Małe, okrągłe z delikatnym wzorkiem i mlecznymi szybami, nawiązywały do lat 20 i 30-tych XXw. W wagonie z łazienkami wszystkie drzwi były pozdejmowane, ale poza tym kabiny prysznicowe, umywalki były w całości. Jako, że to skład z lat 80-tych to ścianki tutaj zrobione na wysoki połysk. Jest i wagon obsługi w której sporą część zajmuje kuchnia. Zostały po niej tylko blaty ze stali nierdzewnej. I w końcu wisienka na torcie czyli wagon pełniący rolę salonu, a następny baru. Szerokie, skórzane fotele, niektóre ponakrywane białymi prześcieradłami. Do dzisiaj nieźle się na nich siedzi. Tam gdzie jest bar centralne miejsce zajmuje pianino, jak sprawdziłem wciąż sprawne. Do intymnych rozmów stworzono nawet oddzielne pomieszczenie z kanapą, dwoma fotelami i stolikiem. Co ciekawe te dwa wagony jakby nie ruszone ręką szabrowników. Czas zrobił swoje i widać że wnętrza niszczeją chociażby z braku ogrzewania, ale wciąż panuje tu czystość i porządek. To było jedno z keszerskich miejsc, które zapamiętam do końca życia.


    Z żalem rozstałem się z kolejowymi klimatami Małaszewicz, ale już za niedługo miałem kolejną atrakcję z keszem "Snuffer- Fort Koroszczyn OP011A. Do fortu wiedzie zapewne jakaś niezła ścieżka bo obok spotkałem grupę młodzieży, pewnie na wagarach. Ja niestety przedzierałem się jakąś ledwo widoczną, a i tak dobrze że rower zostawiłem na skraju lasu. W odróżnieniu do poprzedniej skrzynki Snuffera w forcie tutaj czekał mnie spacer mniejszym korytarzem. Ale na szczęście cały czas na tyle szerokim i wysokim, by można swobodnie iść. Miło, że tutejsze forty mimo, że opuszczone to w środku są czyste. W pobliżu ludzkich siedzib to wcale takie oczywiste nie jest i wszelkie schrony bywają śmietnikami na wielkogabarytowe śmieci.


    Jeszcze dwie skrzynki i czekało mnie kilkadziesiąt kilometrów do Zabuża, skąd promem z powrotem do Mielnika. Wybrałem inną drogę by zobaczyć coś nowego. Zaplanowałem jechać przez Rokitno i Konstantynów. I przekonałem się dlaczego szlak Green Velo idzie akurat w tych okolicach nad Bugiem. Ciekawa jest nie tylko sama rzeka, ale i piękniejsze są widoki, a mijane wsie mają bardziej interesującą architekturę. Nie mogę powiedzieć, że nic wartego uwagi nie było, bo i drewniany kościół w Rokitnie, czy murowany w Klonownicy Dużej, oba wybudowane jako cerkwie. To jednak za mało by równać się drodze która wiedzie przy samym Bugu.
    Po dojeździe do Zabuża odpocząłem chwilę przy wiacie i zszedłem na brzeg do promu. A z drugiej strony pan krzyczy "prom dziś nie działa, lina zerwana". No żesz k..., tylko pomyślałem. Na drugim brzegu widzę zaparkowany samochód, a jeszcze tak daleko. Miałem dwie drogi do wyboru, albo prom w Niemirowie, albo most kolejowy w okolicach Mierzwic. Odległość do obu przepraw podobna, ale pomyślałem że w tym przypadku skorzystam z pewniejszej rzeczy, czyli mostu. Ostatni kilometr przed przeprawą musiałem prowadzić rower, bo po tutejszych piaskach nie dało się jechać. Wychodząc z lasu zobaczyłem że jedna strona jest zamknięta i remontowana, a wokół krzątają się robotnicy. Nie będę jechał jednak aż do Siemiatycz na most drogowy, więc na pewniaka wszedłem na tor, mijanemu pracownikowi powiedziałem tylko dzień dobry, i tak jakby most był moją własnością wszedłem na niego i bez problemu przeszedłem używaną wciąż stroną. Właśnie przeszedłem, bo przejazd po słabych deskach, których zresztą miejscami brakuje byłby zbyt niebezpieczny.


    W Mielniku jeszcze trochę zabawiłem, bo jakiś dziadek chciał się zabrać na stopa do Siemiatycz. Finalnie nie pojechał, a straciłem dużo czasu. Bo jeszcze do sklepu, bo obiad, chyba jakiś czar rzucił skoro nie odjechałem po kilku minutach, a czekałem.... dwie godziny. W końcu udało mi się wyrwać. Za to z Siemiatycz zabrałem jakiegoś chłopaka. Sam kiedyś trochę pojeździłem stopem, więc dziś sam zabieram pasażerów. Trzeba jednak przyznać, że na poboczach nieczęsto już spotyka się ludzi szukających okazji.

piątek, 2 czerwca 2017

Marsz na Śnieżkę

    Z Jeleniej Góry na Śnieżkę wycieczka jest szybka i prosta. Dojechać do Karpacza, rano wyjść z miasteczka, wejść na górę i z powrotem na dole można być już na obiedzie. Jak jeszcze wyciąg działa to nawet z małymi dziećmi można się wybrać. Tyle teorii, bo jak wiadomo keszer zawsze jakieś inne drogi wybiera, a szczególnie te, gdzie po drodze znajdzie pochowane pudełka. Nie inaczej mogło być u mnie i na Śnieżkę postanowiłem się dostać z Jeleniej Góry śladem keszy "Geocaching dookoła Kotliny Jeleniogórskiej". Celem nie było zaliczenie ścieżki bo w planach miałem tylko jej zachodnią część, jako alternatywę dla popularnych szlaków.
    Z Białegostoku pociągiem wyjechałem o 5 rano, a w Jeleniej Górze byłem po 15. Ładnych kilka godzin w podróży, ale Polskę trzeba przeciąć po przekątnej. W mieście nie zabawiłem długo, tylko szybko ruszyłem na szlak. Początek wzdłuż Bobru do pensjonatu Perła Zachodu. To jeszcze ucywilizowane rejony. Na początku ścieżki stoi wielka wieża, która jest świetnym punktem widokowym na miasto. Zbudowana w 1911r. jest jedyną ocalałą pamiątką po istniejącej niegdyś na Wzgórzu Krzywoustego restauracji.



    Mając Bóbr po prawej stronie szedłem sobie ścieżką niczym alejką w parku. Czasem wyprzedził mnie jakiś rowerzysta, a to minąłem rodzinę z dziećmi i oczywiście po drodze zbierałem skrzynki. Obok Perły Zachodu jest imponująca elektrownia wodna, oczywiście nie tak wielka jak te najsłynniejsze, ale i tak zrobił na mnie wrażenie kilkunastometrowy spadek. Przy okazji tuż obok miałem pierwszą okazję poskakać po skałkach w poszukiwaniu kesza "Elektrownia Wodna Bobrowice I" OP876W.


    W planach miałem nocleg w wspomnianym pensjonacie, ale godzina była jeszcze w miarę młoda, wszak to końcówka maja i dzień jest w miarę długi. Postanowiłem ruszać więc dalej i noclegu szukać tam gdzie mnie wieczór zastanie. Muszę przyznać, że niektóre skrzynki sprawiły mi trudność. Nie tyle miejscem ukrycia, a dojściem do nich. Tak np. kesz "Jeleniogórski Helikon - Urania" OP810Q schowany przy skałce. Niestety brak do niej jakiejkolwiek ścieżki i gdyby można było iść normalnie przez las, to pół biedy, ale trzeba było przedzierać się przez zrąb i plątaninę pozostawionych po ścince gałęzi. Za to wszystkie trudy niweluje piękno skał, które trwają tu od wieków. A jak się jeszcze wejdzie na jedną czy drugą i stanie na wysokości czubków pobliskich drzew, to satysfakcja jest podwójna.


    Po znalezieniu kesza "GDKJ - Legenda o ucieczce więźnia z Chojnika" OP83NA  postanowiłem rozglądać się za noclegiem. Idealnym miejscem wydało mi się mijane kilka minut wcześniej niewielkie wzgórze porośnięte łąką. Miękka trawa niczym materac, na to karimata żeby zimno od ziemi nie ciągnęło, zawinąłem się w śpiwór i dopiero rano obudziły mnie jakieś straszne dźwięki dobiegające z lasu. Jakby jakiś drapieżnik dorwał ofiarę i tej już nic nie pozostało, tylko ostatnie krzyki.
    Dalej więc w drogę. Ten dzień obejdzie się bez forsownych podejść i szybkich zejść. Nie można jednak powiedzieć że się nudziłem, bo było sporo miejsc wartych zobaczenia. Na pierwszym miejscu oczywiście skałki, robiące na mnie nieodparte wrażenie. Najlepsze były te na które bez problemu da się wejść na szczyt. W dzieciństwie lubiłem chodzić po budowach, których wtedy zbytnio nikt nie pilnował i hasanie po kamieniach bardzo mi to przypomina. Do tego jakie piękne nazwy: Biesy, Skalica, Komorzyca czy Kazalnica.


    Inną niewątpliwą atrakcją są sztolnie. I to część nie byle jaka, ale pozostałe po poszukiwaniach uranu. W 1948r. podpisano porozumienie między ZSRR a Polską i radzieccy geolodzy zaczęli poszukiwania tego cennego pierwiastka, a badania sondażowe w Sudetach przyniosły pozytywne wyniki. Po rozpoczęciu wydobycia złoża dość szybko się wyczerpały, ale pozostały sztolnie. To niesamowite jak szybko po wejściu zmienia się klimat. Na samym skraju, na granicy słońca i cienia grasują roje komarów i muszek. Wystarczy jednak parę kroków do wnętrza i klimat jest zupełnie inny. Temperatura spada o kilka stopni, ściany robią się mokre a poziom wilgoci szybuje w górę. Najlepsze są odgłosy kapania dochodzące z głębi. Miarowe kap, kap zamiast uspokajać swoją regularnością, podsuwa wyobraźni stwory które czają się w tym niegościnnym miejscu.


    Nie można zapomnieć o widokach, których mam teraz sporą kolekcję. Myślę że trochę niedoceniane są wyżynne łąki i pola. Z jednej strony jeszcze niżej położone wioski, z drugiej majestatyczne góry na horyzoncie. Łagodne przejście z cywilizacji w najwyższe rejony, gdzie tylko las, a potem krzewy. Jednak nic nie może się równać z  widokami górskimi. Wejście na jakikolwiek szczyt i spojrzenie dookoła, dostarcza niezapomnianych wrażeń. Majestat gór i nieskończoność morza, te dwa tak różne widoki zawsze mi uświadamiają jak małym jest człowiek wobec przyrody.


    W Górach Izerskich najwyższy szczyt jaki zaliczyłem to Wysoki Kamień, gdzie obecnie jest schronisko. I zaczęło się długie schodzenie, po drodze mijając takie ciekawostki jak torfowiska wysokie. Najbardziej  żałuję, że nie zatrzymałem się dłużej przy skrzynce "GDKJ żyły kwarcu w Górach Izerskich" OP82BH. Pobliską kopalnię kwarcu obejrzałem tylko ze ścieżki i drogi. Myślałem że jest czynna bo słyszałem zza hałd jakieś rozmowy, pewnie inni turyści. Dopiero w domu dowiedziałem się, że kopalnia jest zamknięta i można podejść bliżej, a po zdjęciach widać, że jest na co popatrzeć. Od kopalni już asfaltem do Rozdroża pod Cichą Równiną. Stoi tam spora wiata, gdzie rozłożyłem się na noc. Zresztą nie tylko jak tę noc postanowiłem tu spędzić. Jak się okazuje miłośników spania gdzie popadnie jest całkiem sporo. Dobrze że znalazłem miejsce pod dachem, bo w nocy padało i była burza.


     Następnego dnia wyruszyłem dość późno jak na mnie, bo o 7 rano. Myślałem że do Jakuszyc dalej będę szedł asfaltem, ale na szczęście szlak szybko skręcił w las i odtąd miałem miłą dla nóg drogę gruntową. Do tej chwili żyłem przekonaniem, że Jakuszyce to jakaś większa wieś, a okazało się, że to tylko dzielnica Szklarskiej Poręby z kilkoma budynkami usługowymi dla turystów. Za to tutaj jest najwyżej położona stacja kolejowa w Polsce, którą sobie obejrzałem. Po uzupełnieniu zapasów smakołyków w stacji paliw znów wszedłem w las. Zielony szlak doprowadził mnie do leśnego zbiornika retencyjnego. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Kamienne murki, sztuczne kaskady, jakieś zbiorniki wyrównawcze, wszystko to wyglądało jak jakieś rewitalizowane ruiny osady leśnej.


    W tym miejscu zmieniono przebieg szlaku zielonego, a ja poszedłem jego starym przebiegiem, tak jak wyznaczyły mi skrzynki. Stara droga leśna ulega powoli degradacji przez spływającą wodę. Odsłonięte zostały wielkie kamienie, po których skakałem sobie coraz wyżej. Dobrze że nie było dużego nachylenia terenu i nie było to zbyt męczące. Dzięki temu miałem możliwość docenić piękno dawnego szlaku.


    Po osiągnięciu Przedziału na Śląskim Grzbiecie czas było schodzić do wodospadu Kamieńczyka. I tutaj GPS bardzo mi pomógł. Początkowo miałem iść dalej leśną drogą i to się zgadzało. Z czasem miałem odbić na wschód, według mapy też drogą. Idę już spory kawałek, a drogi nie widać. Włączyłem GPS i widzę, że minąłem ją jakieś 200m. wcześniej. Wydaje mi się to niemożliwe, ale wracam, a tam jakaś ścieżynka w dół. Nie  było wyboru i uważając by się nie pośliznąć i zjechać na tyłku zszedłem aż do Kamieńczyka. Ależ to oblegane turystycznie miejsce. Jedna wycieczka schodzi i zaraz pojawia się nowa. Tutejszej skrzynki nie było nawet jak szukać, ale mogłem sobie popatrzeć na najwyższy wodospad w polskich Sudetach.


    W schronisku obok wodospadu wypiłem kubek herbaty i ruszyłem dalej. Kupiłem bilety do Karkonoskiego Parku Narodowego i... chciałoby się napisać: wstąpiłem w królestwo dzikiej przyrody. Tymczasem w górę wiodła mnie droga z trylinki, którą można podjechać nawet zwykłym autem. Czasem gdy przystawałem dla odpoczynku odwracałem się i miałem ładny widok, co rekompensowało znojne podejście. Chwilę posiedziałem przy schronisku na Hali Szrenickiej i dalej coraz wyżej. Niestety osiągnąwszy Szrenicę widok miałem jedynie na kilkanaście, czasem kilkadziesiąt metrów. Niestety na wysokości ponad 1300m. tego dnia już niewiele zobaczę. Ale nie ma co narzekać, bo trafią się niższe odcinki i tam jeżeli chodzi o widoczność będzie lepiej.


    I znów tym co mnie zachwyciło były skałki, jakich sporo minąłem między Szrenicą a Przełęczą Karkonoską. Co prawda przy dwóch nie znalazłem kesza, ale zawsze miałem przyjemność z łażenia po owych skałkach. Najbardziej podobało mi się na Czarciej Ambonie. Uważając da się wejść na szczyt, na którym to jednak nie spędziłem zbyt dużo czasu ze względu na porywisty wiatr. Ze skałki tajemniczo wyglądała wieża przekaźnikowa, którą początkowo wziąłem za schronisko. Oddalona o kilkanaście metrów tonęła w chmurach. Tutaj też góry mnie zaskoczyły. Bo zaledwie przeszedłem Śnieżne Kotły od innej strony, a wiatr rozwiał chmury i mogłem podziwiać groźne urwiska z wspomnianą stacją prawie na ich krawędzi.


    Po dotarciu na Przełęcz Karkonoską swoje kroki skierowałem do schronisko Odrodzenie. Zamówiłem tu obiad, a w planach miałem nocowanie. Jednak rzut oka na mapę z zaznaczonymi czasami przejścia na Śnieżkę i do Karpacza, a potem spojrzenie na zegarek i długo się nie namyślając, zdecydowałem sie że idę, najwyżej do miasteczka będę schodził już o zmierzchu. Szybkie podejście na Śląski Grzbiet i już mogłem sobie iść bez większych zmian w wysokości. Do tego ciekawa ścieżka. Dla wygody ułożono kamienie, które płaską strona wyznaczają szlak. Mimo to trzeba uważać gdzie się nogę stawia, a ja się cieszyłem że było sucho, bo po deszczu wędrówka po nich może być trochę karkołomna.


    Duże wrażenie wywarł na mnie Wielki i Mały Staw. Znów lekko uśmiechnęło się do mnie szczęście i wiatr przegonił chmury. Strome zbocza opadające w stronę wody to jeden z piękniejszych widoków, jakie zobaczyłem w czasie wycieczki. Tutaj ulepiłem jeszcze śnieżną kulkę, bo w zagłębieniach zalegał wciąż śnieg. Dwa kamyczki jakiś mikropatyk i zostawiłem za sobą miniaturowego bałwanka.


    Znów wyszedłem na porządną, brukowana drogę, zmorę dla stóp. Gdzie się dało tam szedłem gruntowym poboczem, niestety nie zawsze to było możliwe.  W końcu jest, ścieżka w prawo wiodąca na szczyt Śnieżki. Z każdym metrem w górę wiatr przybierał na sile. Można było odczuć jak potężnym żywiołem potrafi być powietrze. Do tego widoczność na kilkanaście metrów. I takie też warunki zastałem na szczycie. Oprócz mnie było jeszcze tylko dwoje miłośników gór. Z powodu warunków, ale i późnej pory nie zabawiłem tu zbyt długo. Jeszcze tylko selfik i można schodzić.


    Do Karpacza już tylko z górki co znowu też wcale lekkie nie jest jak długo idzie się stromym zejściem. Za to jakby wycieczka była planowana w najdrobniejszym szczególe, bo do miasteczka zszedłem akurat jak się ściemniło. Niestety dalej już tak różowo nie było. Załapałem się na ostatni autobus do Jeleniej Góry, tylko nie wiedziałem o której będzie pociąg do Białegostoku. Okazało się że musiałem przenocować na dworcu, o czwartej rano Kolejami Dolnośląskimi do Wrocławia, a stamtąd już tylko godzina czekania na bezpośrednie połączenie z rodzinnym miastem. Teraz myślę, czy nie wrócić na szlak "GDKJ", ale chyba nie bo i inne góry czekają na poznanie od keszerskiej strony. Przy okazji przepraszam, że nie opisałem prawie żadnej skrzynki, ale w czasie tej wycieczki zeszły na dalszy plan. Jednak polecam wszystkie, każdą oceniłem na ocenę znakomitą, zresztą poukrywane w takich miejscach, że inaczej być nie mogło.