wtorek, 23 kwietnia 2013

Nad Narwią

     W ciągu kilku ostatnich dni przejeżdżałem mostem przez Narew kilka razy. Niestety zawsze autem i w pracy, więc nie było jak się zatrzymać i obejrzeć pięknych rozlewisk. Od czego jednak rower. Myślałem najpierw nad przejażdżką do Suraża, ale dość silny wiatr skorygował trochę plany i pojechałem na zachód Białegostoku, gdzie Narew płynie zaledwie kilka kilometrów od granic miasta.
     Do Żółtek dojechałem ścieżką rowerową wzdłuż S8. Minęło niecałe dwa tygodnie, a po śniegu w końcu ani śladu. W Żółtkach odbiłem w lokalną drogę na północ. Zaraz za ostatnimi budynkami zaczyna się las. Powoli zaczyna budzić się do życia. Na niektórych drzewach pojawiają się nieśmiało pączki, w bardziej nasłonecznionych miejscach z ziemi zaczyna przebijać się zielone. Spotkałem też dwie sarny i dwa zające. Nie zdążyłem nawet pomyśleć o zdjęciu, a już ich nie było.
Przy drodze od lat stoi za to kuty w żelazie krzyż. Był przymocowany betonem do kamienia. Jednak lata zrobiły swoje i beton skruszał. Dobre ręce postawiły go obok, by dalej strzegł rozjazdu dróg.



    Rozrośnięte krzaki czy drzewa z liśćmi nie zasłaniają jeszcze widoku. Dzięki temu widać że las, przynajmniej w niektórych miejscach jeszcze kilkadziesiąt lat temu był być może polem, może obejściem gospodarstwa. Natykam się na ślady orki, choć to może być stara szkółka leśna. Doły po kopcach na ziemniaki. Na skraju lasu natykam się na jakieś zdziczałe drzewka owocowe, a obok prawie zapadnięta studnia. Po budynkach nie ma już śladu. Objeżdżając okolice Białegostoku można się natknąć na wiele takich miejsc.



    Jadąc coraz bardziej zapomnianymi dróżkami dojechałem w końcu do rozlewisk Narwi. Najbardziej malowniczo wyglądają jej granice. Płytka, niebieska woda, mocno kontrastuje z zielonymi łąkami. Pewnie dobrym aparatem da się wychwycić wspaniałą grę kolorów, ale jak ma się to co się ma... postałem długą chwilę ciesząc się widokiem.



    Można by iść dalej, aż do głównego nurtu. Wystarczy uważać na rowy i mieć kalosze. Tych ostatnich nie posiadam, zostało więc poszukanie jakiegoś wzniesienia by zobaczyć całą Narew wiosną. Wbrew powszechnemu przekonaniu okolice Białegostoku, jak i całe Podlasie wcale nie jest płaskie. Wystarczy zerknąć na mapę. I ja więc długo nie szukałem odpowiedniego miejsca. Niestety słońce chyliło się ju.z ku zachodowi, a rzekę miałem właśnie po tej stronie, więc trochę mnie oślepiało.  Ale i tak dla tego co widziałem warto było się wybrać na krótką przejażdżkę.


sobota, 13 kwietnia 2013

Wiosna, to Ty?

     Zajrzałem do archiwum i zobaczyłem że pierwszy raz na rowerze rok temu wybrałem się przed 20 marca. Trochę lodu znalazłem jeszcze na leśnych ścieżkach. W tym roku pierwszą normalną przejażdżkę zrobiłem sobie 11 kwietnia. Wiosnę czuć w powietrzu, ale niekoniecznie jeszcze wszędzie widać.



    Z kronikarskiego obowiązku napisze że przy okazji znalazłem kesza "Spalona Jawrówka" OP5ACD. Ale że to quiz nic więcej nie dodam. Na chwilę wyjechałem na "krajówkę" w stronę Ełku. Mogłem jechać spokojnymi lokalnymi drogami, ale po zimowych naprawach licznik mi się rozregulował i przy pomocy słupków metrycznych ustawiłem go na nowo. Kilka prób i w końcu się udało. Przy okazji był czas na uwiecznienie pięknych, wiosennych łąk.





    W Dobrzyniewie Dużym skręciłem w lokalną drogę. Aż do Jaworówki wygodnie jechałem asfaltem. W jaworówce kawałkiem po bruku, a za wsią zaczyna się szuter. Zaczął rozmarzać i nie dość że trochę ciężko się jedzie to jeszcze brudzi niemiłosiernie. Mijane wioski zmieniają się z typowo rolniczych w podmiejskie rezydencje. Pozostał jeszcze tylko polski krajobraz. Pola malowane i wierzby płaczące :) Tylko rzeczki nie wpisały się w tradycję. Zamiast leniwie toczyć swe wody, wartko pomykały do przodu.



    Czas zobaczyć jak miewa się Narew. Skręciłem w stronę jazu w Złotorii. Jak zwykle było tu trochę ludzi. Jeszcze nie zdarzyło mi się nie spotkać tu nikogo. Oprócz, nazwijmy ich, turystów byli tam robotnicy remontujący budki z urządzeniami hydrotechnicznymi. Po raz pierwszy udało mi się zajrzeć do środka. I niestety przeżyłem rozczarowanie. Tylko jedna rura, niczym się nie wyróżniająca, znikająca pod podłogą. Wyobrażałem sobie jakiś wymyślny system pomp czy plątaninę rur. A tu takie nic. Za to Narew pięknie przybrała.



    Z jazu pojechałem do wsi Złotoria. W jej centrum, przy samej drodze jest drewniany kościół św. Józefa z 1920r. Przed wejściem figury dwóch świętych. Niestety nie miałem okazji zajrzeć do środka. Pomyślałem że mozna by tu w przyszłości schować kesza. Obszedłem dookoła świątynię, ale nie wpadło mi w oko żadne pasujące miejsce. Te pasujące zbytnio widoczne z pobliskich domów.  A nigdy nie wiadomo kto za firanki patrzy. Przy lepszej pogodzie podjadę na pobliski cmentarz, może tam coś przypasuje.



    Zaraz za Złotorią w stronę Białegostoku "leci" ekspresówka". Pomyślano jednak i o ruchu lokalnym. Korzystając z dróg bocznych, a zaraz potem ze ścieżki rowerowej jadę w stronę miasta. Tym razem regularnym mostem przecinam Narew. Robię sobie chwile przerwy, bo i tutaj warto rozejrzeć sie mad miejscem na kesza. Chodzę po moście, zaglądając w miejsca gdzie chyba projektanci nie przewidzieli że komuś będzie się chciało zaglądać. W końcu przypominam sobie że mieli tam zamontować kamerki śledzące czy chodzą tamtędy łosie. Mam nadzieję że jednak ich nie było, bo mieliby uwiecznionego niezłego "łosia".
    Ścieżka rowerowa która jadę to naprawdę europejski styl. Równy asfalt, przejazdy pod wiaduktami. I jedzie się całkiem miło, aż za jednym z wiaduktów niespodzianka. Śniegu nawianego , tyle że o przejechaniu można zapomnieć. Zapadam się po kolana, dobrze że rower lżejszy, to przynajmniej "idzie" prawie cały czas prawie po wierzchu. Plus taki, że rama przy pedałach trochę z błota się wyczyściła.



   Potem już bez przeszkód dotarłem do Białegostoku. Przy okazji tej małej wycieczki wyszły małe niedociągnięcia przy przygotowaniu roweru po zimie do jazdy. Co trzeba poprawiłem i znów można czekać na trochę wolnego i dobrą pogodę na małą przejażdżkę.

wtorek, 9 kwietnia 2013

Modlin Fortress - Revenge

   Tytuł trochę po zagranicznemu, ale taka był oficjalna nazwa spotkania (po polsku event) w Twierdzy Modlin. Kolega keszer michael50 zorganizował mały spacer, który w założeniu miał być miłą przechadzką bez keszy wymagających świetnej kondycji czy czołgania się setkami metrów na wpół zasypanymi tunelami. Wiosna pokrzyżowała trochę plany, ale zabawa i tak była świetna.
    Do Modlina wyjechałem o siódmej rano. Po drodze zgarnąłem towarzysza wypraw keszerskich MiszkeWu i w drogę z dwoma przystankami. Pierwszy by zatankować, drugi przy "Chatka Puchatka #4" OP3301.
    Miejsce spotkania wyznaczono przy Bramie Ostrołęckiej. Aż tylu ludzi się nie spodziewałem. Ciekawe jak w takiej grupie będzie się keszować? Na początku tradycyjna wymiana own-ów. i mocno rozciągnięta grupa rusza przed siebie.



    Chyba nie ma sensu opisywać skrzynki po skrzynce, bo przy takiej liczbie ludzi kesze stają się ... anonimowe? Nie zdążysz dobrze doczytać opisu, a już niektóre są wydobyte. Już przy pierwszym keszu "Piłka za Wagą" OP4134 nie wszyscy zmieścili się w pomieszczeniu ze skrzynką. To znaczy może i by weszli,ale po co nabijać się jak śledzie w beczce.
    Przy kolejnych keszach coraz śmielej trwa obrzucanie się śniegiem. Na początku poćwiczono rzut do celu na Krysiulu wspinającym się po "Trzy tunele za beczką" OP4946. A na dobre zaczęło się przy "Grobie Oficera i Kaprala W.P." OP2CBA. Z drogi rozpoczął się gęsty ostrzał śnieżny, który nie pozostał bez odzewu. Dobrze że we wrażym obozie doszło do wewnętrznych walk frakcyjnych.
    W końcu i ja musiałem się wykazać. Przy keszu "Tuba Wentylacyjna" OP2CB7 postanowiłem wejść do środka. Nie obyło się bez pomocy i trochę się podciągając, trochę popychany od dołu wlazłem do środka. Droga na dół jak zwykle łatwa i ekspresowa.
    Skończył się w miarę lekki spacerek, zaczęło się łazikowanie po śniegu. Najgorzej mieli ci na początku, przecierający szlak. Jednak przy wchodzeniu czy schodzeniu z wałów problem mieli wszyscy. Z czasem co poniektórzy ułatwiali sobie drogę zjeżdżając na czterech literach. Sam spróbowałem tego sposobu i trzeba przyznać że się sprawdził. Tylko trzeba uważać na drzewa.



    Z czasem event podzielił się na dwie grupy. Część poszła zdobywać trudniejsze kesze w tunelach, ja z pozostała częścią teoretycznie łatwiejsze. Grupa powoli się wykruszała, bo i buty przemoczone i ze zmęczenia zaczęło się robić zimno. Trzeba przyznać że sama twierdza robi ogromne wrażenie. Ciągnące się koszary obronne, bramy z licznymi zakamarkami. Nie dziwię się że Twierdza Modlin stała się niejako mekką kezerów urbexowych.



   Okazało się że i na naszej drodze stanęły kesze bardziej wymagające. Przy "Bramie Gen. J. H. Dąbrowskiego z filarami mostu z 1837r." OP089C michael50 z mieszkiem wleźli do dziury i się przy czołganiu "trochę" pobrudzili. Potem ja wlazłem do "Szklanej pułapki" OP4923 czepiając się krat, gdy tymczasem kesz leżał rozbebeszony na ziemi. Kolejny, na szczęście krótki tunel przy "Cytadela Brama Wschodnia" OP2632. Z michelem50 wszedłem do jednego tunelu z keszem. Mieszko wszedł do drugiego po hasło. Znalazł dwa słowa i bardzo brakuje mi trzeciego, więc póki co nie mogę jej zaznaczyć jako znalezioną. Ale zrobiłem sobie taki smak na twierdzę że jeszcze tu z pewnością wrócę.



    W końcu docieramy do punktu wyjścia czyli Bramy ostrołęckiej. Mocno zmęczony, ale zadowolony z tak udanego keszowania. Udało się zobaczyć małą część Twierdzy, ale i tak jestem zdania że to najfajniejsze miejsce w jakim byłem po skrzynki. Spoglądam na mapę i widzę ile jeszcze ich tam zostało i w jakich ciekawych miejscach.
    Po drodze do Białegostoku udało się jeszcze zgarnąć dwie skrzynki w Serocku. "Pocztowy zajazd napoleoński" OP16AB i "Największą truskawkę na świecie" OP42C9. Truskawkę dedykuję wszystkim, którzy tak ja tęsknią za prawdziwą wiosną.

sobota, 16 marca 2013

Młynowa

     Zachęcony keszem praxisa "Młynowa 23" OP628 pomyślałem że warto przejść się jedną z głównych ulic przedwojennych Chanajek. Dzielnicy zamieszkałej przez biedną ludność żydowską. To była taka "dzielnica cudów", jaką ma każde miasto do której lepiej było nie zaglądać po zmroku.
Dziś zostało kilka kamienic i drewnianych domków w nienajlepszej kondycji. Kiedy byłem tam rok temu było ich więcej. Znikają niepostrzeżenie, a boję się że niedługo zgodnie ze słowami wieszcza "nie będzie niczego". Mimo że miasto wciągnęło część z nich na listę konserwatorską, ale nieznani sprawcy mogą pokrzyżować plany i puścić z dymem to, czego nie da się wyburzyć.
   Zaczynamy od ronda łączącego ulicę Młynową z Marjańskiego i Piękną. Stoi tam malutki, drewniany budynek zwany "wodopojką". Tutaj woźnice przybywający na targ mogli napoić konia, a przede wszystkim w środku zamówić setkę by przypieczętować udaną większą transakcję. Bo za "wodopojką" jest/był Rynek Sienny. Jest, bo wciąż ta nazwa funkcjonuje. Był, bo nie odbywają się tu już targowiska. Handel przeniesiono w 1968r. na nieodległą ul. Bema. Wciąż nie ma pomysłu na to miejsce. W latach 80-tych często rozbijały tu swoje namioty cyrki i objazdowe lunaparki. Teraz to darmowy parking blisko centrum miasta. Jedyne co się nie zmieniło, to postój taksówek towarowych w jego zachodniej części. Chociaż i tu mamy regres, bo dziś stoi jedna, dwie, a czasami nie ma żadnej.
    Z drugiej strony ronda stoją dwie kamienice. W ubiegłe lato pod nr2 ktoś jeszcze mieszkał  na piętrze. Dziś obie straszą. Zamurowano drzwi i okna na parterze. Zawieszono ogromny baner reklamowy i tak sobie stoją czekając na lepsze czasy.

   

Przez bramę można wejść na ich tyły. W mroźny dzień nie czuć było nawet zbyt mocno smrodu.

Z tyłu resztki drewnianej galerii którą można było dojść do komórek na piętrze.
    Idziemy dalej. Po prawej pusta przestrzeń, w której niedługo wyrośnie pewnie betonowy klocek. Mijamy knajpę zwaną swego czasu "golonką". Za nią trzy budynki. Drewniany, murowany i znów drewniany. Kiedyś taką przeplatanką znaczona była cała Młynowa i ulice przyległe. Dom pod 18 wciąż jest zamieszkały.  W murowanej kamienicy działa szewc. Zawód ginący, jak i ulica.



    Za nimi w prawo odchodzi ul. Odeska. Zamyka ją gmach opery. Jej budowa poważnie zmieniła otoczenie. Zniknęła część domków, zdziczałe sady. Pojawiła się za to kostka brukowa, stylowe latarnie. Okolica z pewnością tym zyskała.
     Przy Odeskiej działa elegancka restauracja. Dla mnie na zawsze pozostanie "Kuźnią", barem który działał tu przed laty.. Miejscem gdzie w czasie liceum chodziliśmy na piwo i nikt nas o dowód nie pytał. Zdarzyło się że przy stoliku obok biznesmeni ze wschodu na gazecie pojadali wędzonego śledzia. Ale dość sentymentów. Idziemy dalej.
    Znów dwaj braciszkowie. Jeden murowany, drugi drewniany. Niestety drewniany poważnie wypalony. Nadaje się jedynie do rozbiórki, co pewnie niedługo nastąpi. Naprzeciw nich ruiny jakiegoś warsztatu. Może jeszcze pamięta czasy napraw syrenek, wołg, skody 105? Na pewno to kawałek historii motoryzacji, której nikt już nie opowie.
   
Największą niespodzianką jest jednak wielki, drewniany dom na zapleczu braciszków. Latem ukryty wśród zieleni drzew. Widać że parter był nawet swego czasu zamieszkały. Górne piętra straszą pustymi miejscami po oknach. Jak taki budynek nazwać? Kamienica to raczej budynek murowany. Może willa byłaby odpowiednia?  I do tego dosłownie wkomponowuje się w otaczającą zieleń.
    Kolejni bohaterzy spaceru to dwa zrośnięte budynki. W ceglanym widać nieśmiałe próby przedłużenia jego żywotności. Drewniany też jeszcze długo by posłużył. Na pierwszy rzut oka wystarczy dd frontu wymienić szalunek. Zaś na szczycie chroni go wciąż zdrowy, ceglany mur.
    Docieramy do skrzyżowania z Kijowską. Na rogu stoją dwa spore budynki, które formalnie należą właśnie do Kijowskiej. Dwa, spore budynki są wpisane do rejestru zabytków i mimo dużego zniszczenia nie ma zgody na ich wyburzenie. W budynku z nr 2 jeszcze przed wojną był warsztat tkacki. Po wojnie był zamieszkany aż do 2009, kiedy częściowo spłonął. Ten bliżej skrzyżowania, pod nr 1też przed wojną służył jako fabryka tkacka. Po wojnie mieściła się tu szkoła, potem warsztaty szkolne czy magazyny, aż do lat 90-tych kiedy został opuszczony. I stoi tak do dziś.
    Za Kijowską 1 powstaje nowoczesny blok. By go wybudować wyburzono jedną z kamienic mającą prawdziwą wartość historyczną. Służby miejskie obudziły się już po wszystkim. Trochę się poobrzucały winą za ten stan rzeczy, ale wszystko ucichło i wszyscy są zadowoleni. Najbardziej developer i urzędnicy, bo winnego nie znaleziono.

  
 Za to po drugiej stronie stoi straszydło. Do kamienicy pozwolono dobudować piętro i użytkowe poddasze. Z miłej dla oka kamienicy powstało kuriozum, które ciężko do czegokolwiek dopasować.

  
 Naprzeciw prawdziwy relikt okolicy. Ulica Mławska. Gruntowa ulica po deszczu tonąca w błocie. W upalne lato wzbijają się tumany kurzu. Za tym akurat nie tęsknię, ale warto pamiętać i o takich miejscach. Kilka metrów dalej jest podobna ulica. Czarna zwaną. Bardziej reprezentacyjna i nie ślepa, więc można się nią przejść.

   
 Nie ruszając się z miejsca widać najepiej zachowany drewniany budynek. Siedzibę ma tu teatr "TrzyRzecze". I to że ma właściciela pozwala nam się cieszyć jego widokiem. Trochę przytłacza go wieżowiec "Miastoprojektu". Kiedyś projektowano w nim nowe dzielnice, dziś w większości stoi opustoszały. To jakaś klątwa ulicy Młynowej.

  
 Jesteśmy w końcu przy Młynowej 23. Jej historię pokrótce opisał praxis w keszu. Jednak warto bardziej przyjrzeć się wspornikowi dla numeru. Mały detal, których już nikomu nie chce się dziś robić. A ten z Warszawskiej,  z Gwiazdą Dawida, który teraz jest w Centrum Zamenhofa, wisiał nawet kiedy w budynku swą siedzibę miało SS.
   
Ostatni budynek na szlaku. Sąsiednia kamienica przy Młynowej 27. Niejako też symbol upadku ulicy. Jeszcze niezabezpieczone okna z resztkami szyb, które poruszane na wietrze wydają zgrzyt rodem z nawiedzonego domu. Po drugiej stronie zdziczały sad, który komponuje się z nastrojem opuszczenia.

   
Podejrzewam że część budynków mimo objęcia w ostatnim czasie ochroną konserwatora i tak zniknie. Jakąś szansę mają może te przy Kijowskiej, ale też niewielką, bo nawet w latach prosperity nie znalazł się poważny inwestor.I tak w niewesołych myślach kończę krótką wycieczkę i uciekam do domu, bo mimo połowy marca, wieje i zimno jak na Syberii.



niedziela, 10 marca 2013

Łorsłow baj najt gut

   Jak ktoś by mnie zbudził w środku nocy i rzucił krótkie pytanie - Warszawa? Odpowiedź byłaby taka jak w tytule. Ten cytat z najlepszego na świecie serialu, czyli "Alternatywy 4" chyba na zawsze będzie mi się kojarzył z naszą stolicą. I naprawdę nie ma w tym nic złego. Tak mi się kojarzy i już. Swoją drogą trochę nie rozumiem osób twierdzących że Warszawa to brzydkie miasto. Moim zdaniem wręcz odwrotnie. Zgodzę się że przedmieścia, typu Marki nie napawają optymizmem przy wjeździe, ale czy to one decydują o charakterze Warszawy? Oto krótka relacja z nocnej wizyty Psikiszka w stolicy.
    Kupiłem przez internet bilety na jedną z linii obsługujących trasę Warszawa - Białystok. Dzięki promocjom udało się zamknąć koszt wyprawy w 17zł. nie licząc kanapek i herbaty w termosie. I tak około dziesiątej w nocy ląduję na czymś zwanym Dworcem Autobusowym Metro Wilanowska. Przed sobą mam kilka godzin i kilka skrzynek do znalezienia. Zaczynam od "Orzeł na Kolumnie" OP5E8E autorstwa rubeusa. Orzeł z początków XIXw. wygląda niesamowicie na tle nowoczesnych bloków. Skojarzył mi się z bonusem do zadowolenia mieszkańców jaki występuje czasem w gierkach. Ciekawe czy lokatorzy bloku choć trochę doceniają, że mają w sąsiedztwie taki kawałek historii? A jeżeli tak, to ile dostają bonusu?



    Zajrzałem na Skarpę Mokotowską. Oczywiście jest tam skrzynka, ale w nocy raczej nie do podjęcia. Raz że szukanie po nocy w drzewkach ma małe szanse, dwa okolica jest pod czujnym nadzorem. Ambasada USA i dom Jaruzelskiego robią swoje. Przyznaję że zawiodła mnie tu bardziej ciekawość niż keszowanie Zresztą na podjęcie skrzynki i tak bym nie miał szans bo akurat patrol zrobił sobie obok przystanek. Popatrzyłem na światła miasta i poszedłem dalej., strasznie ciekawy jaki widok musi stąd roztaczać się w dzień.
    Wróciłem do ul Puławskiej. Jedną z rzeczy które urzekają mnie w Warszawie są szerokie ulice. Doświadczyłem kiedyś tego że i one potrafią się korkować, ale mimo to dają one wrażenie przestrzeni.



    I niesamowite jest to że dosłownie kilka metrów od głównej ulicy wchodzimy w zupełnie inny świat. Wąskie uliczki, piękne w swej prostocie kamieniczki, małe skwery, parki. I coś pomiędzy dworkiem, a pałacykiem. Taj jak w przypadku kesza "Dwór Ksawerów" OP5E8D. Lekko podświetlony ładnie się komponuje z otoczeniem. A może raczej to otoczenie dostosowuje sie do niego? Trochę się pomyliłem, bo generalnie starałem się szukać GPS free i sprawdzałem nie ten róg, ale zawsze miałem okazję przejść się wzdłuż całego dworku.
    I znów na drugą stronę Puławskiej. Do Królikarni, a raczej otaczającego go parku, bo pałacyk z ogrodem jest za murem, a bramy na noc niestety są zamykane. Początkowo ładnie oświetlona alejka w okolicach kesza "filips32: Jedziemy w niedzielę za miasto: Królikarnia" OP0101 przechodzi w parów w którym ciemno że oko wykol. Mała latarka diodowa poszła w ruch i kesz po chwili wylądował w moich łapkach.
    Ciemności przy tym keszu były przedsmakiem tego co czekało mnie kilkaset metrów dalej. "Dom Królikarnia Wysypisko , śmietnisko" OP2DE7. Opuszczona ruina, ale kto wie co się w niej czai. Może martwe zło? Bacznie obserwując dom, po cichu zakradałem się do miejsca schowania skarbu. Niespecjalnie mi to szło, bo i gruz i uschnięte patyki łamiąc się, wydają dźwięk wybuchających tysiąca bomb. A jakoś nie miałem ochoty na spotkanie kogokolwiek w tym miejscu.
    Z ulgą poszedłem po następnego kesza. "Park Arkadia" OP2DC2. W pełni zasługuje na tą nazwę. Cisza, spokój, mimo że obok osiedle bloków. Zresztą czego się spodziewać w środku nocy. No i ta ciekawa perspektywa na jakiś wieżowiec w oddali. Ciekawe czy to przypadek, czy miejscy architekci sami na to wpadli. Skorzystałem z uroków parku, przysiadłem chwilę na ławce, wpisałem się do logu, trochę się wzmocniłem i ruszyłem dalej



    A wzmocnienie bardzo się przydało. Po następnego kesza "KS Warszawianka" OP41A5 musiałem się wspinać po dość stromej skarpie. Cóż, Warszawianka skryła się obecnie pod wielkimi namiotami, rekompensował mi za to piękny widok na światła miasta. Tylko żebym jeszcze wiedział co widzę, byłbym całkiem szczęśliwy. Schodzę z drugiej strony skarpy, wyłażę z krzaków, idę parę metrów jakąś osiedlową uliczką, a obok mnie z piskiem parkują dwa radiowozy. Trochę wydał im się podejrzany typ który wylazł z krzaków. Okazali się jednak sympatyczni. Oczywiście nie obyło się bez sprawdzenia dokumentów, itp, ale bez nerwów. Próbowałem zarazić panów geocachingiem, ale jakoś nie mieli przekonania. Na koniec życzyli powodzenia w szukaniu kolejnych i każdy udał się w swoją drogę.
    Cały czas trzymam się rejonu ul Puławskiej idąć na północ. I znów odbijam lekko w bok w małe uliczki. Tym razem do kesza "z deszczu za rynne" OP24EB. Można by rzec miejski klasyk. Sam w sobie nie robi wrażenia, ale cały czas strasznie podobają mi się kamienice ukryte dosłownie kilka metrów od głównej drogi.
    Kolejny cel to "Glinianka przy Dolnej" OP264C. Już wiem że muszę odbić w prawo, ale trzeba przejść obok jakiejś chyba kamienicy. Nie znam miasta i nie wiem gdzie się lepiej nie zapuszczać wieczorem idę więc dalej by odkryć bezpieczniejsze i jaśniejsze przejście. Gdzieś z pobliskich bloków dochodzi śmiech podpitej młodzieży, więc będą już nad stawem osłaniam światło latarki jak najmocniej. Porywam kesza i szybko za kupkę piachu, by nacieszyć się skarbem, osłonięty od całego świata. Sam sobie przypominam Golluma. Błyskawiczna akcja odłożenia skrzynki  i wracam  do Dolnej przechodząc przy kamienicy, która nie okazała się taka straszna.
   Czas wrócić do cywilizacji. Kolejny miejski klasyk czyli kesz "Warszawska Fabryka Eteru" OP264A. Co może być ciekawego w blokowisku? Okazuje się że to czego już nie ma. Malutki kawałek historii przypomniany dzięki skrzynce. I jest to jeden z głównych powodów dla których w to się bawię. Docieram do miejsc jakich nie znajdę w żadnych przewodnikach.
    Przede mną pierwsze wielkie wyzwanie. "Pałac Szustra" OP0AE7. Z logów wiem że łatwo nie będzie. Szukam i nic. Nawet po raz pierwszy tej nocy GPS-a odpalam, ale to też niewiele daje.  W końcu wsadzam łapę tam gdzie nie powinienem i.. kopie mnie prąd. To jednak znak od Najwyższego że tej nocy ten kesz nie będzie mi dany.
    Trochę na północ docieram do kolejnej skarpy. I znów urzeczony widokiem miasta nocą, chwilę przystaję. Nie odchodzę daleko, a znów zatrzymuje mnie policja. Chyba wzięli mnie za bezdomnego, bo pierwsze pytanie to czy gdzieś mieszkam. Za to jeden z panów z pewnością detektywem zostanie , bo po akcencie poznał że nie jestem z Warszawy. Na szczęście i tym razem obyło się bez problemów, bo i panowie choć konkretni to bardzo kulturalni.
    Po drodze miałem podjąć kesza "bacza16 Gołębnik". Niestety obok była knajpa, a przed knajpą postój taksówek. I pan taksówkarz strasznie znudzony czekaniem na klienta znalazł obiekt zainteresowania, czyli mnie. Bezczelnie się gapił, cóż mi więc pozostało, jak tylko iść dalej.
    "Najstarsza kamienica Mokotowa" OP44A3. Wspominałem już że strasznie podobają mi się warszawskie kamienice? Podejrzewam że w dzień trochę tracą na swoim uroku przez ogromny ruch. Jeżeli miałbym zamieszkać w Warszawie to tylko w takim miejscu.
    Wkraczam na ulicę Marszałkowską. Dla mnie jeden z symbolów Warszawy. Może nie największa, ale dla mnie, przyjezdnego mającej "to coś".  Podejmuję keza "Szare Akcje" OP5CB0 i niespiesznym krokiem idę dalej podziwiając okolicę. Puste miasto, gdzieś o drugiej, trzeciej w nocy wygląda niesamowicie.



     Skręcam w mniejsze uliczki. Mokotowską, Kruczą Wilczą. Znam je z historii, szczególnie o Powstaniu Warszawskim, ale po raz pierwszy jestem tutaj osobiście. Odnajduję kesza "Pałacyk cukrowników" OP4274. Jednak pałacyk słabo wyeksponowany, trochę traci w nocy.
    Do następnego kesza "Starszy Pan, obywatel Warszawy" OP0F7F szedłem trochę z obawą. Według wpisów trudny do odkrycia. Jednak tym razem dopisuje mi szczęście. Niespecjalnie przykładam się do jego szukania, ale już przy trzeciej, czwartej miejscówce wpada mi w rękę. Ten kesz trochę mnie pobudza bo już mi nocka daje się trochę we znaki. Szybki i sprawnie podejmuję kolejną skrzynkę "Parkingowy Mural" OP5E84. Wracam na miejsce by go odłożyć, a tu z jednych drzwi z hotelu obok wychodzi jakiś mugol i staje kilka metrów od skrytki. Zastanawia mnie ile ma zamiar tutaj stać. Kilka minut niestety musiałem stracić. Miałem za to okazję podziwiać nowoczesny, ale tonący w lekko zamglonej poświacie Novotel, wyglądający wtedy jak wieża maga.



    Idę sobie samym centrum. Tutaj miasto nie zasypia. Jednak tego nie ma w folderach reklamowych. Nie śpi prostytutka, dwóch podpitych facetów o coś się kłócących, panowie sprzątający ulicę. I mniej więcej w takich okolicznościach podjąłem kesza "Kamienica Józefa Lipińskiego" OP5EC0. Ciekawe w jaki sposób można go wyciągnąć w dzień, tuż obok dworca?
    Coraz bardziej zbliża się godzina powrotu. Tuż przed wyjazdem rzuciłem jeszcze oko na mapę Warszawy i zobaczyłem nowego kesza. Narobiłem sobie smaku na FTF-a. Przeszedłem się trochę okrężna drogą obok filtrów, niestety w nocy nic tam szczególnego nie widać. A przynajmniej ja może nie wiedziałem gdzie patrzyć. W końcu docieram do Zieleńca Wielkopolskiego z keszem "Zwiastun WLKP TEJ!" OP620D. Znów odpalam GPS-a, bo jednak w parku ciężko zorientować się po mapie gdzie jest kesz. Muszę przyznać że fajny patent i gdybym go wcześniej nie widział może bym się od niego odbił. A tak wyciągam logbook, przeglądam i szczęściu nie wierzę. Udało się złapać FTF-a. Nie jestem ich zbieraczem, ale trzeba przyznać że jak się uda to trochę łechce próżność, tym bardziej na obcym terenie.
    Miałem jeszcze ochotę przejść się na basen na Polu Mokotowskim. Wszedłem w ciemne uliczki, ale w końcu zrezygnowałem. Zamiast w prawo do kesza, poszedłem w lewo przez park do Alei Niepodległości. I bardzo dobrze, bo jak się okazało to strasznie długa ulica. Szedłem i szedłem a z niewyspania czułem się lekko oszołomiony jak po dwóch piwkach. Docieram do przystanków na Wilanowskiej dosłownie 15 minut przed odjazdem busa. Gdybym poszedł właśnie po tego kesza w byłym basenie musiałbym sobie szukać innego transportu do domu. A tak mile ukołysany zasnąłem już na rogatkach Warszawy i obudziłem się tuż przed najdroższym memu sercu Białymstokiem.

poniedziałek, 18 lutego 2013

Chwilowe przebudzenie

   Natura rzadzi się nieubłaganymi prawami. Jednym z nich jest zapadanie gatunku Psikiszka w sen zimowy. Przesypia on prawie całą zimę w swojej małej, ciepłej norce. Aktywność ogranicza się do podjadania zapasów, które zgromadził jesienią. Przewraca się też z boku lewego na prawy, lub odwrotnie. Tutaj badania wciąż trwają, na który częściej.
   Czasami, w niektóre zimy w ogóle, wychodzi ze swej norki. Jest to wielkie przeżycie zarówno dla Psikiszka, jak i dla badaczy tej dziwnej istoty. Oto bardzo krótka historia o jedynym wyjściu w sezonie zimowym 2012/2013.
   Jakoś tak pod koniec stycznia po pewnym czasie z silnymi mrozami, od zachodu zaczęło nadchodzić ocieplenie. Nagła zmiana pogody wyrwała Psikiszka ze snu i spowodowała dziwny niepokój w jego, wydawałoby się, uporządkowanym świecie. Początkowo nie bardzo wiedział jaki jest tego powód. Jednak z czasem jego świadomość zaczęła dawać mu coraz jaśniejsze sygnały. W końcu nadeszła chwila, gdy ujrzał świat, takim jaki jest i przypomniał sobie o skarbie ukrytym na wyspie. O tym, który można już było zdobyć jesienią, ale i za łódź trzeba zapłacić, a i utopić się można.
   Jak wiadomo Psikiszek przemieszcza się różnymi pojazdami. Jak trzeba jest w stanie pokonywać niewielkie odległości na nogach. Tym razem wybrał pojazd czterokołowy. Długo zastanawiał się nad optymalną drogą. Łatwiejszą dla pojazdu, dłuższą dla nóg. I cięższą dla pojazdu, jednak zdecydowanie krótszą dla nóg. Wytrawni znawcy Psikiszka wiedzieli że wybierze tą gdzie trzeba chodzić jak najmniej. Będąc już w terenie Psikiszek zaczął żałować swojej decyzji. Wąska, zaśnieżona droga mogła spowodować uszkodzenie pojazdu. A gdyby ktoś jechał z naprzeciwka z pewnością rozegrałaby się krwawa walka o panowanie nad dróżką. Jednak dzięki odrobinie szczęścia i dużym umiejętnościom Psikiszek dotarł na sam brzeg rozlewiska. Zostało mu marne 100 metrów do wyspy. Siarczysty mróz, który panował jeszcze tak niedawno, skuł lodem całą powierzchnię. Mimo to, Psikiszek nauczony wieloletnim doświadczeniem stąpał ostrożnie. Obawiał się trochę lodu przy brzegach, bo ten zawsze jest zdradliwy, jednak tym razem nie dał się zaskoczyć. Na wyspie szybko odnalazł drzewo pod który ukryty był skarb. I tu znów dało o sobie znać szczęście. Inni podróżnicy - poszukiwacze rozgrzebali zmarzniętą ziemię, więc Psikiszkowi nie pozostało nic innego jak parę razy grzebnąć łapką. Jak to zwykle bywa, nacieszył swoje oczy skarbem i zakopał w tym samym miejscu. Nie jest to bowiem istota pożądająca dóbr doczesnych. Drogi powrotnej nie ma sensu opisywać, bo jak wiemy z książek i filmów to najnudniejsze częsci opowieści.
   Niestety/stety tym razem nie udało się uwiecznić Psikiszka. Za to możemy obejrzeć na jakie warunki musiał się narażać, gdy wezwał go zew natury. A miasto płonie :)



  Z kronikarskiego obowiązku trzeba dodać że skarb ma nr taktyczny OP5A6F "Burza19 - Wyspa Dywda". W drodze Psikiszkowi towarzyszył jego wierny druh MiszkaWu.

czwartek, 8 listopada 2012

Schronów nigdy dość

   Minęło sporo czasu od ostatniego wpisu. Tak to jest jak czasu brak na to co naprawdę ważne. Tylko praca i praca. Ale ile można. Trochę w październiku pośmigałem rowerem, ale nie wydarzyło się nic co warto byłoby opisać. Keszowanie też trochę zaniedbałem. Postanowiłem to nadrobić w listopadzie. Co prawda pogoda już nie bardzo nadaje się na rower, ale zawsze zostaje auto, którym można wybrać się na małą przejażdżkę. Tym bardziej że już od pewnego czasu miałem zamiar okeszować część linii Mołotowa w okolicach Lipska. Oczywiście nie tego niemieckiego, a naszego, biebrzańskiego. Do pomocy zatrudniłem kumpla MiszkaWu, któremu obowiązki rodzinne w końcu pozwoliły na mały wypad.
   Mapy google wyznaczyły najkrótszą trasę przez Suchowolę i Dąbrowę Białostocką. Po drodze był tylko jeden kesz, który znajdował się w bezpośredniej bliskości. "Drewniany krzyż" 3po3 OP1B1C. Ostatnio znaleziony ponad rok temu. Trochę się bałem że znajdziemy jakiegoś zgniłka do kompletnego serwisu, a czekała nas niespodzianka. Kesz widać rzeczywiście swoje przeleżał, ale w naprawdę dobrym stanie. Niestety to co miał pokazywać leżało przewrócone w trawie. Drewniany krzyż o niespotykanej już konstrukcji. Pewnie za parę lat pozostaną z niego marne resztki. Szkoda, bo sam jeszcze pamiętam sporo drewnianych krzyży, których niestety coraz mniej. Wciąż są na początku i końcu wsi, stawiane na rozstajach dróg, ale metalowe i nie mają już tego magicznego piękna.



   Stąd już bez przystanku pomknęliśmy do Lipska. Niewielkie miasteczko niedaleko źródeł Biebrzy. Senne i zamglone w listopadowy poranek. Przyjechaliśmy tu głównie założyć parę skrzynek. Schrony są w bezpośrednim sąsiedztwie domów, jakiś zakładów, a jeden wcina się nawet w miejscowy cmentarz. Dobrze że jest już listopad. Zieleń zniknęła, rośliny szykują się już do zimy. Część schronów wiosną i latem jest pewnie mocno zakryta przed niepowołanym wzrokiem. Już pierwszy schron daje pojęcie o tym jak przyroda skrywa tony betonu.



   Kolejny schron przy samej szkole. Miejsce wybitnie imprezowe. Na dachu ławeczka, w środku nieziemski syf. Niezłe miejsce na przerwy. Czemu takiego nie było przy mojej szkole? Powinny przy każdej takie budować.
   Kolejny przy samym cmentarzu. Nawet się w niego wcina, bo mur nie idzie prosto. Niestety w środku nie znalazłem żadnego odpowiedniego miejsca na kesza. Miszka powędrował więc na dach. Mi się nie chciało włazić. Czarną robotę wykonał MiszkaWu.



   Do następnego punktu, w linii prostej droga jest dość krótka.  Jednak trzeba zrobić mały objazd. I już jesteśmy przy kolejnym schronie, który teraz broni ogródków działkowych. Trochę się bałem że wejście będzie niemożliwe, bo otwory strzelnicze były zamurowane. Całe szczęście główne wejście pozostawiono nietknięte. Trochę się naszukałem odpowiedniego miejsca. W końcu po małym maskowaniu kesz znalazł swoje miejsce.
   Zaraz za placówką SG kolejny schron. Ładnie wygląda na końcu pola. Niestety mocno zniszczony. Ściany zewnętrzne wytrzymały jakoś, natomiast wewnątrz nie ostała się żadna ściana.
  Trzy następne w kupie. Podjechałem prawie pod nie autem mimo że to nie terenówka. Z dwoma nie było żadnych problemów. Obejrzane, skrzynki założone. Czas na małą przerwę i przekąskę. Przy okazji krótka narada jak dostać się do ostatniego z grupy. Widzimy go po drugiej stronie płotu. Jest na terenie czegoś w rodzaju starej bazy rolniczej. Na jej terenie działa teraz jakaś firma i jak na złość schron stoi w tej używanej wciąż części. Decydujemy się wjechać normalnie przez bramę. Samochód zostawiamy w części nieużytkowej i kawałek na piechotę. Przez nikogo niepokojeni wchodzimy do schronu. Najczyściejszy jaki widziałem. Nie ma do niego swobodnego dostępu, więc poza paroma puszkami piwa nic się nie wala po podłodze. Już po publikacji skrzynki mały komentarz dodał 3po3, który też zwiedził ten schron. Wchodził bardziej legalnie bo za cichym przyzwoleniem kierownika. Jedno się nie zmieniło. Wciąż służy za podręczny magazynek grabi, łopat i innego sprzętu do porządkowania placu.
   Jak cichaczem weszliśmy tak i po cichu oddaliliśmy do następnego punktu. Auto zostawiliśmy przy asfalcie, kawałek drogą do gospodarstwa i przez zaorane pole na przełaj. Ziemia mokra, gliniasta, więc i zaraz całe buty brudne. Pod schronem okazuje się można podejść od drugiej strony, przez łąkę. Czysto i nawet parę metrów bliżej.  Schron jak schron. Po prostu wielki kawał betonu. Tylko w odróżnieniu od tych w Prosienicy zachowało się sporo metalowych elementów. Szczególnie wyloty otworów strzelniczych.



 Do następnego schronu nie dało się dostać inaczej jak przez gliniaste pole. Wysadzony, zapadł się do środka. Z wejściem pod skruszone betony nie ma większego problemu. Trzeba tylko uważać, by nie przywalić głową o jakiś występ lub pręt. Paręset metrów dalej jest kolejny, zniszczony. Tym razem o wiele mocniej. Jako tako ocalała tylko jedna ściana.
   Przecinamy drogę 664. Zostały nam jeszcze dwa schrony koło Lipska. Jeden przy samej drodze. Na delikatnym wzniesieniu. Widoczny z daleka. Ostatni z tej serii też widać z daleka. Można podjechać na kilka metrów, ale wtedy auto trzeba zostawić chyba na prywatnym terenie gospodarstwa. Parkujemy więc przy głównej szosie i idziemy krótkim spacerkiem przez lasek. Schron jest ciekawie wkomponowany w pagórki. Moim zdaniem, jeden z ładniejszych jakie tego dnia widziałem.



   Zostawiamy za sobą Lipsk. Większa część roboty wykonana. Przed nami kilka schronów w rejonie pobliskiej wsi Kurianka. Schowane są w małym lasku. Do niektórych nie da się podjechać zbyt blisko autem, ale odległości do przejścia są naprawdę niewielkie. Pierwszy z serii stoi przy samej drodze na skraju lasu. Znajdujemy odpowiednie miejsce w środku na kesza i lekkim zarysem ścieżki idziemy do następnego. Wchodzę do środka i mnie natychmiast odrzuca. W środku leży martwy pies. Chyba całkiem świeży, bo jeszcze mocno nie cuchnie i nie wygląda najgorzej. Postanowiłem oszczędzić przykrego widoku i konieczności włażenia do środka i kesza po raz drugi schowałem na zewnątrz. Przy okazji przy tym schronie jest nieczęsta okazja obejrzeć go od spodu.
   Kolejny odnaleźliśmy po krótkim spacerku po lesie. Są nawet zachowane ślady transzei. A kilkanaście metrów dalej, jak ktoś takie zbiera, jest punkt geodezyjny. Najciekawsze jest jednak wnętrze. Czerwonoarmiści wcale nie mieli tak źle.



   Wróciliśmy do auta, podjechaliśmy trochę, by dostać się do ostatnich dwóch schronów. Przysłonięte trochę przez drzewa, ale ciemnobure bryły betonu nie tak trudno dostrzec. W ostatnim znaleźliśmy nawet na płaszczu pancernym przyspawaną tabliczkę z niewyraźnym napisem po rosyjsku. Może oznaczenie jednostki która to budowała lub tu stacjonowała?
   I to wszystkie schrony. Parę godzin chowania po nich keszy. Szukanie będzie pewnie trochę dłuższe. Dla nas nie był to jednak jeszcze koniec atrakcji. Pojechaliśmy w stronę granicy. Bliżej mieliśmy do Grodna niż do Białegostoku. Niestety pod samą granicę nie można podjechać autem, a na piechotę nie bardzo chciało nam się iść. Zrobiliśmy za to krótki postój nad Biebrzą. Nad jej początkowym biegiem, gdzieś za wsią Chorużowce.



     Po pewnym czasie dojechaliśmy do Różanegostoku. Nie było jeszcze zbyt późno, ale jak to w listopadzie, już po 15-stej  widać zbliżający się wieczór. Tym bardziej że dzień i tak był mocno pochmurny. Różanystok znany jest z cudownego obrazu Matki Boskiej. Znajduje się on w ogromnej barokowej bazylice. Niestety w świątyni otwarty był tylko przedsionek. Przez przeszklone drzwi widać było, że warto obejrzeć też wnętrze. Przy kościele była kiedyś szkoła rolnicza. Teraz jest jakiś kościelny ośrodek dla młodzieży. Na jego terenie schowany jest kesz teda "Różanystok" OP0663. Byłem tu już kiedyś i przez młodzież na podwórku nie mogłem podjąć skrzynki. Tym razem nikt nam nie przeszkadzał.
    Po drodze do Białegostoku zatrzymaliśmy się jeszcze w Sokółce. Pojawiło się tu parę keszy. Pierwszy przystanek przy tamtejszym cmentarzu żydowskim. Było już ciemno i raczej nie miało większego sensu włóczenie się po zarośniętym terenie. Ale i tak zza płotu żydowska nekropolia w wieczornej mgle robi niesamowite wrażenie. Oczywiście podjęliśmy kesza Stodowa "Cmentarz żydowski" OP5B59.


   W centrum Sokółki czekały nas kolejne dwa skarby. Ten przy cerkwi nie sprawił nam problemu."Cerkiew św. A. Newskiego" OP5B80. A trzeba przyznać że miejsce naprawdę może sprawiać kłopot w dzień, bo na przystanku po drugiej stronie ulicy prawie zawsze jest sporo osób. I tak było tym razem, ale na szczęście podjechał autobus i wszyscy się do niego załadowali. A sama cerkiew naprawdę piękna. Klasyczna forma, tynkowana na biało i ciekawie podświetlona. Trochę szkoda że niestety nie było można wejść na jej teren, bo na bramie wisiała kłódka.
   Po drugiej stronie ulicy miał być kesz  "300 lat O.T." OP5B5A. Niestety zaginął. Jakby ktoś nie wiedział co to "O.T." to wyjaśniam że chodzi o osadnictwo tatarskie. Z Sokółki jest zaledwie kilka kilometrów od Kruszynian czy Bohonik, będących centrum kultury Tatarów w Polsce.
   Został nam jeszcze tylko jeden kesz w Sokółce. Także autorstwa Stodowa "Kościół na Zielonym" OP5B7C. Akurat trafiliśmy na czas tuż przed wieczorną mszą, ale ludzi nie przyszło zbyt wiele i mogliśmy spokojnie szukać skrzynki. Ciemność, brak ludzi i krzaki ułatwiły zadanie. Natomiast sam kościół. Jeden z wielu jakie budowano przy końcu poprzedniego wieku. Jedno mogę z pewnością powiedzieć. Monumentalny.
   Dla mnie byłby to koniec poszukiwań, ale Miszka chciał podjąć jeszcze kesza na stacji w Gieniuszach OP0B1B. Znalazł go bez problemu. W tym czasie przez stację przejechały dwa pociągi towarowe. Na chwilę ożywiły tą pogrążoną w mroku stację, która swego czasu była ważnym punktem na trasie do Sokółki, szczególnie dla ruchu towarowego. Wracając do głównej szosy minęliśmy się jeszcze z UFO, które z bliska okazało się rolnikiem który swym nowoczesnym ciągnikiem orał pole. Oświetlony z każdej strony z daleka robi niezłe wrażenie.
   W końcu długa prosta aż do Wasilkowa. Przy okazji zatrzymaliśmy się przy moim keszyku OP4D5C. Kiedy zakładałem kesza wyglądało na to, że był tam park. Teraz teren jest uporządkowany, wytyczono alejki, a na szczycie pagórka postawiono obelisk informujący że był tu cmentarz. Samo miejsce nazywa się, o ile dobrze zapamiętałem, Kościelisko.
   I tak skończył się dzień pełen wrażeń. Kumpla odstawiłem do rodziny, a sam wziąłem się do roboty. Bardzo przyjemnej zresztą. Przy piwku w ciepłym domu opisałem wszystkie założone tego dnia kesze.