piątek, 17 maja 2013
Przerwa techniczna
W tym miejscu miała być epicka opowieść o eksploracji Twierdzy Modlin. Dwudniowa wyprawa, pełne przygotowanie, czołówki, liny. Nawet pogoda dopisała. Niestety przy pierwszym keszu "Stacja gołębi pocztowych", tego który ukryty jest na piętrze, złamałem nogę. Nie chciało mi się schodzić i uznałem że pierwsze piętro to nieduża wysokość. Zazwyczaj tak sobie skracam drogę w dół, ale tym razem coś poszło nie tak i w ten sposób jestem uziemiony co najmniej do początku lipca. Jak wyzdrowieję to sobie odbiję. Twierdzo - ja jeszcze wrócę.
czwartek, 25 kwietnia 2013
Ciągnie wilka do lasu
.... a właściwie Psikiszka. Co prawda najwygodniej jeździ się po asfalcie, ale nic tak nie wymęczy pozytywnie jak przejażdżka po lesie. Tym bardziej gdy wieje silny wiatr, a wśród drzew cisza. Nie ma co siedzieć w domu, gdy na zewnątrz piękna pogoda. Puszcza Knyszyńska zaczyna się zaraz za granicami Białegostoku, więc nie można przegapić takiej okazji.
Najpierw do Wasilkowa, mijam Świętą Wodę i w Horodniance odbijam w prawo w stronę lasu. Na jego skraju przycupnęła mała wieś o tajemniczej nazwie Małogruska. Nie zatrzymując się wjeżdżam w las. Pojawiają się pierwsze przylaszczki, pączki na drzewach. A w cieniu wciąż można natknąć się na resztki śniegu. Droga miejscami zostawia sporo do życzenia. W dołach zbiera się woda, dodatkowo rozjeżdżana przez sprzęt leśny i w efekcie rower trzeba prowadzić bokiem po krzakach. Ale takie drobnostki nie mogą zepsuć miłej wycieczki.
Z czasem droga robi się coraz lepsza. I nawet nie spostrzegam kiedy docieram do pierwszego etapu wycieczki. Kesza "Ponure" OP5A35. Piękna, duża, słoneczna polana. Kiedyś była tu wieś, której jedynym śladem są resztki fundamentów, ukryte w krzakach. Odpalam GPS by nie błąkać się po chaszczach w poszukiwaniu kesza i okazuje się że stoję od niego jedyne 14m. Niezły wynik jak na dojazd przy pomocy mapy. Chwilę postałem próbując sobie wyobrazić jak było, kiedy toczyło się tu ludzkie życie. Pamiętają to jedynie drzewa wokół, z których spora część to mocno zdziczałe sadki owocowe.
Krótkie spojrzenie na mapę. Powinno być łatwo. Na skrzyżowaniu przy którym stoję w drogę na północ (dobrze że słońce świeci), do dużego duktu leśnego w który w prawo i powinienem być w Ożynniku. Udało się trafić bez błądzenia. Gdyby tylko nie strasznie piaszczysta droga miejscami. Po drodze mijam leśne kapliczki. Najczęściej w najprostszej formie krzyża pod daszkiem. Myślę żeby zrobić małą serie skrzynek związanych z nimi. Na razie brak mi jeszcze wyraźnej koncepcji.
W Ożynniku jest kesz "Puszcza Knyszyńska" OP0082 jeszcze z 2006 roku. Ostatnie znalezienie w 2010 roku. Opis bardziej niż lakoniczny. Szukam, szukam i nic. Nie wiem nawet co to "drewniany obiekt w lesie". dzwonię w końcu do loegi, który ja kiedyś znalazł. Niestety nic nie pamięta. Pogrzebałem jeszcze trochę w okolicach, gdzie pokazują kordy, ale nie jestem dzikiem, więc ile można.
Niezrażony małym niepowodzeniem pojechałem do Sadowego Stoku. Okazuje się że jest to jedno gospodarstwo zagubione w środku lasu. Wydaje się spokojnym miejscem. Nagle wyskakuje cała banda psów. na szczęście żade3n nie chwycił za nogawkę. Hałas robią za to nieziemski. Zatrzymuję się na skraju lasu i szybciutko podejmuję kesza "Sadowy Stok" OP62D7. Jeden, wyjątkowy piesek cały czas mnie obszczekuje, przez co czuje sie trochę nieswojo i opuszczam to niezbyt przyjazne miejsce.
Niedługo potem przejeżdżam Jałówkę. Kilka drewnianych chat. Ładnie się prezentują. Nie jakieś dacze, czy pseudo góralskie domki, ale typowe podlaskie. Niewielkie z jednym kominem. Obok drewniana obórka i stodoła.
Zaraz za wsią Jałówka rozciąga się rezerwat przyrody o tej samej nazwie. Stworzony głównie dla ochrony kilku rzadkich roślin. Tutaj natykam się na dowód i że zwierzaki w końcu poczuły wiosnę.
Za rezerwatem, na skrzyżowaniu leśnych dróg zastanawiam się którędy wrócić do domu. Z mapy wygląda jakby bliżej było przez Supraśl. Jak postanawiam, tak czynię i ju8ż bez żadnych postojów docieram do domu. Mocno zmęczony, ale porządnie naładowany pozytywną energią. To była pierwsza wycieczka na kilkadziesiąt kilometrów. Mam nadzieję że czas i pogoda dopisze na następne.
Najpierw do Wasilkowa, mijam Świętą Wodę i w Horodniance odbijam w prawo w stronę lasu. Na jego skraju przycupnęła mała wieś o tajemniczej nazwie Małogruska. Nie zatrzymując się wjeżdżam w las. Pojawiają się pierwsze przylaszczki, pączki na drzewach. A w cieniu wciąż można natknąć się na resztki śniegu. Droga miejscami zostawia sporo do życzenia. W dołach zbiera się woda, dodatkowo rozjeżdżana przez sprzęt leśny i w efekcie rower trzeba prowadzić bokiem po krzakach. Ale takie drobnostki nie mogą zepsuć miłej wycieczki.
Z czasem droga robi się coraz lepsza. I nawet nie spostrzegam kiedy docieram do pierwszego etapu wycieczki. Kesza "Ponure" OP5A35. Piękna, duża, słoneczna polana. Kiedyś była tu wieś, której jedynym śladem są resztki fundamentów, ukryte w krzakach. Odpalam GPS by nie błąkać się po chaszczach w poszukiwaniu kesza i okazuje się że stoję od niego jedyne 14m. Niezły wynik jak na dojazd przy pomocy mapy. Chwilę postałem próbując sobie wyobrazić jak było, kiedy toczyło się tu ludzkie życie. Pamiętają to jedynie drzewa wokół, z których spora część to mocno zdziczałe sadki owocowe.
Krótkie spojrzenie na mapę. Powinno być łatwo. Na skrzyżowaniu przy którym stoję w drogę na północ (dobrze że słońce świeci), do dużego duktu leśnego w który w prawo i powinienem być w Ożynniku. Udało się trafić bez błądzenia. Gdyby tylko nie strasznie piaszczysta droga miejscami. Po drodze mijam leśne kapliczki. Najczęściej w najprostszej formie krzyża pod daszkiem. Myślę żeby zrobić małą serie skrzynek związanych z nimi. Na razie brak mi jeszcze wyraźnej koncepcji.
W Ożynniku jest kesz "Puszcza Knyszyńska" OP0082 jeszcze z 2006 roku. Ostatnie znalezienie w 2010 roku. Opis bardziej niż lakoniczny. Szukam, szukam i nic. Nie wiem nawet co to "drewniany obiekt w lesie". dzwonię w końcu do loegi, który ja kiedyś znalazł. Niestety nic nie pamięta. Pogrzebałem jeszcze trochę w okolicach, gdzie pokazują kordy, ale nie jestem dzikiem, więc ile można.
Niezrażony małym niepowodzeniem pojechałem do Sadowego Stoku. Okazuje się że jest to jedno gospodarstwo zagubione w środku lasu. Wydaje się spokojnym miejscem. Nagle wyskakuje cała banda psów. na szczęście żade3n nie chwycił za nogawkę. Hałas robią za to nieziemski. Zatrzymuję się na skraju lasu i szybciutko podejmuję kesza "Sadowy Stok" OP62D7. Jeden, wyjątkowy piesek cały czas mnie obszczekuje, przez co czuje sie trochę nieswojo i opuszczam to niezbyt przyjazne miejsce.
Niedługo potem przejeżdżam Jałówkę. Kilka drewnianych chat. Ładnie się prezentują. Nie jakieś dacze, czy pseudo góralskie domki, ale typowe podlaskie. Niewielkie z jednym kominem. Obok drewniana obórka i stodoła.
Zaraz za wsią Jałówka rozciąga się rezerwat przyrody o tej samej nazwie. Stworzony głównie dla ochrony kilku rzadkich roślin. Tutaj natykam się na dowód i że zwierzaki w końcu poczuły wiosnę.
Za rezerwatem, na skrzyżowaniu leśnych dróg zastanawiam się którędy wrócić do domu. Z mapy wygląda jakby bliżej było przez Supraśl. Jak postanawiam, tak czynię i ju8ż bez żadnych postojów docieram do domu. Mocno zmęczony, ale porządnie naładowany pozytywną energią. To była pierwsza wycieczka na kilkadziesiąt kilometrów. Mam nadzieję że czas i pogoda dopisze na następne.
wtorek, 23 kwietnia 2013
Nad Narwią
W ciągu kilku ostatnich dni przejeżdżałem mostem przez Narew kilka razy. Niestety zawsze autem i w pracy, więc nie było jak się zatrzymać i obejrzeć pięknych rozlewisk. Od czego jednak rower. Myślałem najpierw nad przejażdżką do Suraża, ale dość silny wiatr skorygował trochę plany i pojechałem na zachód Białegostoku, gdzie Narew płynie zaledwie kilka kilometrów od granic miasta.
Do Żółtek dojechałem ścieżką rowerową wzdłuż S8. Minęło niecałe dwa tygodnie, a po śniegu w końcu ani śladu. W Żółtkach odbiłem w lokalną drogę na północ. Zaraz za ostatnimi budynkami zaczyna się las. Powoli zaczyna budzić się do życia. Na niektórych drzewach pojawiają się nieśmiało pączki, w bardziej nasłonecznionych miejscach z ziemi zaczyna przebijać się zielone. Spotkałem też dwie sarny i dwa zające. Nie zdążyłem nawet pomyśleć o zdjęciu, a już ich nie było.
Przy drodze od lat stoi za to kuty w żelazie krzyż. Był przymocowany betonem do kamienia. Jednak lata zrobiły swoje i beton skruszał. Dobre ręce postawiły go obok, by dalej strzegł rozjazdu dróg.
Rozrośnięte krzaki czy drzewa z liśćmi nie zasłaniają jeszcze widoku. Dzięki temu widać że las, przynajmniej w niektórych miejscach jeszcze kilkadziesiąt lat temu był być może polem, może obejściem gospodarstwa. Natykam się na ślady orki, choć to może być stara szkółka leśna. Doły po kopcach na ziemniaki. Na skraju lasu natykam się na jakieś zdziczałe drzewka owocowe, a obok prawie zapadnięta studnia. Po budynkach nie ma już śladu. Objeżdżając okolice Białegostoku można się natknąć na wiele takich miejsc.
Jadąc coraz bardziej zapomnianymi dróżkami dojechałem w końcu do rozlewisk Narwi. Najbardziej malowniczo wyglądają jej granice. Płytka, niebieska woda, mocno kontrastuje z zielonymi łąkami. Pewnie dobrym aparatem da się wychwycić wspaniałą grę kolorów, ale jak ma się to co się ma... postałem długą chwilę ciesząc się widokiem.
Można by iść dalej, aż do głównego nurtu. Wystarczy uważać na rowy i mieć kalosze. Tych ostatnich nie posiadam, zostało więc poszukanie jakiegoś wzniesienia by zobaczyć całą Narew wiosną. Wbrew powszechnemu przekonaniu okolice Białegostoku, jak i całe Podlasie wcale nie jest płaskie. Wystarczy zerknąć na mapę. I ja więc długo nie szukałem odpowiedniego miejsca. Niestety słońce chyliło się ju.z ku zachodowi, a rzekę miałem właśnie po tej stronie, więc trochę mnie oślepiało. Ale i tak dla tego co widziałem warto było się wybrać na krótką przejażdżkę.
Do Żółtek dojechałem ścieżką rowerową wzdłuż S8. Minęło niecałe dwa tygodnie, a po śniegu w końcu ani śladu. W Żółtkach odbiłem w lokalną drogę na północ. Zaraz za ostatnimi budynkami zaczyna się las. Powoli zaczyna budzić się do życia. Na niektórych drzewach pojawiają się nieśmiało pączki, w bardziej nasłonecznionych miejscach z ziemi zaczyna przebijać się zielone. Spotkałem też dwie sarny i dwa zające. Nie zdążyłem nawet pomyśleć o zdjęciu, a już ich nie było.
Przy drodze od lat stoi za to kuty w żelazie krzyż. Był przymocowany betonem do kamienia. Jednak lata zrobiły swoje i beton skruszał. Dobre ręce postawiły go obok, by dalej strzegł rozjazdu dróg.
Rozrośnięte krzaki czy drzewa z liśćmi nie zasłaniają jeszcze widoku. Dzięki temu widać że las, przynajmniej w niektórych miejscach jeszcze kilkadziesiąt lat temu był być może polem, może obejściem gospodarstwa. Natykam się na ślady orki, choć to może być stara szkółka leśna. Doły po kopcach na ziemniaki. Na skraju lasu natykam się na jakieś zdziczałe drzewka owocowe, a obok prawie zapadnięta studnia. Po budynkach nie ma już śladu. Objeżdżając okolice Białegostoku można się natknąć na wiele takich miejsc.
Jadąc coraz bardziej zapomnianymi dróżkami dojechałem w końcu do rozlewisk Narwi. Najbardziej malowniczo wyglądają jej granice. Płytka, niebieska woda, mocno kontrastuje z zielonymi łąkami. Pewnie dobrym aparatem da się wychwycić wspaniałą grę kolorów, ale jak ma się to co się ma... postałem długą chwilę ciesząc się widokiem.
Można by iść dalej, aż do głównego nurtu. Wystarczy uważać na rowy i mieć kalosze. Tych ostatnich nie posiadam, zostało więc poszukanie jakiegoś wzniesienia by zobaczyć całą Narew wiosną. Wbrew powszechnemu przekonaniu okolice Białegostoku, jak i całe Podlasie wcale nie jest płaskie. Wystarczy zerknąć na mapę. I ja więc długo nie szukałem odpowiedniego miejsca. Niestety słońce chyliło się ju.z ku zachodowi, a rzekę miałem właśnie po tej stronie, więc trochę mnie oślepiało. Ale i tak dla tego co widziałem warto było się wybrać na krótką przejażdżkę.
sobota, 13 kwietnia 2013
Wiosna, to Ty?
Zajrzałem do archiwum i zobaczyłem że pierwszy raz na rowerze rok temu wybrałem się przed 20 marca. Trochę lodu znalazłem jeszcze na leśnych ścieżkach. W tym roku pierwszą normalną przejażdżkę zrobiłem sobie 11 kwietnia. Wiosnę czuć w powietrzu, ale niekoniecznie jeszcze wszędzie widać.
Z kronikarskiego obowiązku napisze że przy okazji znalazłem kesza "Spalona Jawrówka" OP5ACD. Ale że to quiz nic więcej nie dodam. Na chwilę wyjechałem na "krajówkę" w stronę Ełku. Mogłem jechać spokojnymi lokalnymi drogami, ale po zimowych naprawach licznik mi się rozregulował i przy pomocy słupków metrycznych ustawiłem go na nowo. Kilka prób i w końcu się udało. Przy okazji był czas na uwiecznienie pięknych, wiosennych łąk.
W Dobrzyniewie Dużym skręciłem w lokalną drogę. Aż do Jaworówki wygodnie jechałem asfaltem. W jaworówce kawałkiem po bruku, a za wsią zaczyna się szuter. Zaczął rozmarzać i nie dość że trochę ciężko się jedzie to jeszcze brudzi niemiłosiernie. Mijane wioski zmieniają się z typowo rolniczych w podmiejskie rezydencje. Pozostał jeszcze tylko polski krajobraz. Pola malowane i wierzby płaczące :) Tylko rzeczki nie wpisały się w tradycję. Zamiast leniwie toczyć swe wody, wartko pomykały do przodu.
Czas zobaczyć jak miewa się Narew. Skręciłem w stronę jazu w Złotorii. Jak zwykle było tu trochę ludzi. Jeszcze nie zdarzyło mi się nie spotkać tu nikogo. Oprócz, nazwijmy ich, turystów byli tam robotnicy remontujący budki z urządzeniami hydrotechnicznymi. Po raz pierwszy udało mi się zajrzeć do środka. I niestety przeżyłem rozczarowanie. Tylko jedna rura, niczym się nie wyróżniająca, znikająca pod podłogą. Wyobrażałem sobie jakiś wymyślny system pomp czy plątaninę rur. A tu takie nic. Za to Narew pięknie przybrała.
Z jazu pojechałem do wsi Złotoria. W jej centrum, przy samej drodze jest drewniany kościół św. Józefa z 1920r. Przed wejściem figury dwóch świętych. Niestety nie miałem okazji zajrzeć do środka. Pomyślałem że mozna by tu w przyszłości schować kesza. Obszedłem dookoła świątynię, ale nie wpadło mi w oko żadne pasujące miejsce. Te pasujące zbytnio widoczne z pobliskich domów. A nigdy nie wiadomo kto za firanki patrzy. Przy lepszej pogodzie podjadę na pobliski cmentarz, może tam coś przypasuje.
Zaraz za Złotorią w stronę Białegostoku "leci" ekspresówka". Pomyślano jednak i o ruchu lokalnym. Korzystając z dróg bocznych, a zaraz potem ze ścieżki rowerowej jadę w stronę miasta. Tym razem regularnym mostem przecinam Narew. Robię sobie chwile przerwy, bo i tutaj warto rozejrzeć sie mad miejscem na kesza. Chodzę po moście, zaglądając w miejsca gdzie chyba projektanci nie przewidzieli że komuś będzie się chciało zaglądać. W końcu przypominam sobie że mieli tam zamontować kamerki śledzące czy chodzą tamtędy łosie. Mam nadzieję że jednak ich nie było, bo mieliby uwiecznionego niezłego "łosia".
Ścieżka rowerowa która jadę to naprawdę europejski styl. Równy asfalt, przejazdy pod wiaduktami. I jedzie się całkiem miło, aż za jednym z wiaduktów niespodzianka. Śniegu nawianego , tyle że o przejechaniu można zapomnieć. Zapadam się po kolana, dobrze że rower lżejszy, to przynajmniej "idzie" prawie cały czas prawie po wierzchu. Plus taki, że rama przy pedałach trochę z błota się wyczyściła.
Potem już bez przeszkód dotarłem do Białegostoku. Przy okazji tej małej wycieczki wyszły małe niedociągnięcia przy przygotowaniu roweru po zimie do jazdy. Co trzeba poprawiłem i znów można czekać na trochę wolnego i dobrą pogodę na małą przejażdżkę.
Z kronikarskiego obowiązku napisze że przy okazji znalazłem kesza "Spalona Jawrówka" OP5ACD. Ale że to quiz nic więcej nie dodam. Na chwilę wyjechałem na "krajówkę" w stronę Ełku. Mogłem jechać spokojnymi lokalnymi drogami, ale po zimowych naprawach licznik mi się rozregulował i przy pomocy słupków metrycznych ustawiłem go na nowo. Kilka prób i w końcu się udało. Przy okazji był czas na uwiecznienie pięknych, wiosennych łąk.
W Dobrzyniewie Dużym skręciłem w lokalną drogę. Aż do Jaworówki wygodnie jechałem asfaltem. W jaworówce kawałkiem po bruku, a za wsią zaczyna się szuter. Zaczął rozmarzać i nie dość że trochę ciężko się jedzie to jeszcze brudzi niemiłosiernie. Mijane wioski zmieniają się z typowo rolniczych w podmiejskie rezydencje. Pozostał jeszcze tylko polski krajobraz. Pola malowane i wierzby płaczące :) Tylko rzeczki nie wpisały się w tradycję. Zamiast leniwie toczyć swe wody, wartko pomykały do przodu.
Czas zobaczyć jak miewa się Narew. Skręciłem w stronę jazu w Złotorii. Jak zwykle było tu trochę ludzi. Jeszcze nie zdarzyło mi się nie spotkać tu nikogo. Oprócz, nazwijmy ich, turystów byli tam robotnicy remontujący budki z urządzeniami hydrotechnicznymi. Po raz pierwszy udało mi się zajrzeć do środka. I niestety przeżyłem rozczarowanie. Tylko jedna rura, niczym się nie wyróżniająca, znikająca pod podłogą. Wyobrażałem sobie jakiś wymyślny system pomp czy plątaninę rur. A tu takie nic. Za to Narew pięknie przybrała.
Z jazu pojechałem do wsi Złotoria. W jej centrum, przy samej drodze jest drewniany kościół św. Józefa z 1920r. Przed wejściem figury dwóch świętych. Niestety nie miałem okazji zajrzeć do środka. Pomyślałem że mozna by tu w przyszłości schować kesza. Obszedłem dookoła świątynię, ale nie wpadło mi w oko żadne pasujące miejsce. Te pasujące zbytnio widoczne z pobliskich domów. A nigdy nie wiadomo kto za firanki patrzy. Przy lepszej pogodzie podjadę na pobliski cmentarz, może tam coś przypasuje.
Zaraz za Złotorią w stronę Białegostoku "leci" ekspresówka". Pomyślano jednak i o ruchu lokalnym. Korzystając z dróg bocznych, a zaraz potem ze ścieżki rowerowej jadę w stronę miasta. Tym razem regularnym mostem przecinam Narew. Robię sobie chwile przerwy, bo i tutaj warto rozejrzeć sie mad miejscem na kesza. Chodzę po moście, zaglądając w miejsca gdzie chyba projektanci nie przewidzieli że komuś będzie się chciało zaglądać. W końcu przypominam sobie że mieli tam zamontować kamerki śledzące czy chodzą tamtędy łosie. Mam nadzieję że jednak ich nie było, bo mieliby uwiecznionego niezłego "łosia".
Ścieżka rowerowa która jadę to naprawdę europejski styl. Równy asfalt, przejazdy pod wiaduktami. I jedzie się całkiem miło, aż za jednym z wiaduktów niespodzianka. Śniegu nawianego , tyle że o przejechaniu można zapomnieć. Zapadam się po kolana, dobrze że rower lżejszy, to przynajmniej "idzie" prawie cały czas prawie po wierzchu. Plus taki, że rama przy pedałach trochę z błota się wyczyściła.
Potem już bez przeszkód dotarłem do Białegostoku. Przy okazji tej małej wycieczki wyszły małe niedociągnięcia przy przygotowaniu roweru po zimie do jazdy. Co trzeba poprawiłem i znów można czekać na trochę wolnego i dobrą pogodę na małą przejażdżkę.
wtorek, 9 kwietnia 2013
Modlin Fortress - Revenge
Tytuł trochę po zagranicznemu, ale taka był oficjalna nazwa spotkania (po polsku event) w Twierdzy Modlin. Kolega keszer michael50 zorganizował mały spacer, który w założeniu miał być miłą przechadzką bez keszy wymagających świetnej kondycji czy czołgania się setkami metrów na wpół zasypanymi tunelami. Wiosna pokrzyżowała trochę plany, ale zabawa i tak była świetna.
Do Modlina wyjechałem o siódmej rano. Po drodze zgarnąłem towarzysza wypraw keszerskich MiszkeWu i w drogę z dwoma przystankami. Pierwszy by zatankować, drugi przy "Chatka Puchatka #4" OP3301.
Miejsce spotkania wyznaczono przy Bramie Ostrołęckiej. Aż tylu ludzi się nie spodziewałem. Ciekawe jak w takiej grupie będzie się keszować? Na początku tradycyjna wymiana own-ów. i mocno rozciągnięta grupa rusza przed siebie.
Chyba nie ma sensu opisywać skrzynki po skrzynce, bo przy takiej liczbie ludzi kesze stają się ... anonimowe? Nie zdążysz dobrze doczytać opisu, a już niektóre są wydobyte. Już przy pierwszym keszu "Piłka za Wagą" OP4134 nie wszyscy zmieścili się w pomieszczeniu ze skrzynką. To znaczy może i by weszli,ale po co nabijać się jak śledzie w beczce.
Przy kolejnych keszach coraz śmielej trwa obrzucanie się śniegiem. Na początku poćwiczono rzut do celu na Krysiulu wspinającym się po "Trzy tunele za beczką" OP4946. A na dobre zaczęło się przy "Grobie Oficera i Kaprala W.P." OP2CBA. Z drogi rozpoczął się gęsty ostrzał śnieżny, który nie pozostał bez odzewu. Dobrze że we wrażym obozie doszło do wewnętrznych walk frakcyjnych.
W końcu i ja musiałem się wykazać. Przy keszu "Tuba Wentylacyjna" OP2CB7 postanowiłem wejść do środka. Nie obyło się bez pomocy i trochę się podciągając, trochę popychany od dołu wlazłem do środka. Droga na dół jak zwykle łatwa i ekspresowa.
Skończył się w miarę lekki spacerek, zaczęło się łazikowanie po śniegu. Najgorzej mieli ci na początku, przecierający szlak. Jednak przy wchodzeniu czy schodzeniu z wałów problem mieli wszyscy. Z czasem co poniektórzy ułatwiali sobie drogę zjeżdżając na czterech literach. Sam spróbowałem tego sposobu i trzeba przyznać że się sprawdził. Tylko trzeba uważać na drzewa.
Z czasem event podzielił się na dwie grupy. Część poszła zdobywać trudniejsze kesze w tunelach, ja z pozostała częścią teoretycznie łatwiejsze. Grupa powoli się wykruszała, bo i buty przemoczone i ze zmęczenia zaczęło się robić zimno. Trzeba przyznać że sama twierdza robi ogromne wrażenie. Ciągnące się koszary obronne, bramy z licznymi zakamarkami. Nie dziwię się że Twierdza Modlin stała się niejako mekką kezerów urbexowych.
Okazało się że i na naszej drodze stanęły kesze bardziej wymagające. Przy "Bramie Gen. J. H. Dąbrowskiego z filarami mostu z 1837r." OP089C michael50 z mieszkiem wleźli do dziury i się przy czołganiu "trochę" pobrudzili. Potem ja wlazłem do "Szklanej pułapki" OP4923 czepiając się krat, gdy tymczasem kesz leżał rozbebeszony na ziemi. Kolejny, na szczęście krótki tunel przy "Cytadela Brama Wschodnia" OP2632. Z michelem50 wszedłem do jednego tunelu z keszem. Mieszko wszedł do drugiego po hasło. Znalazł dwa słowa i bardzo brakuje mi trzeciego, więc póki co nie mogę jej zaznaczyć jako znalezioną. Ale zrobiłem sobie taki smak na twierdzę że jeszcze tu z pewnością wrócę.
W końcu docieramy do punktu wyjścia czyli Bramy ostrołęckiej. Mocno zmęczony, ale zadowolony z tak udanego keszowania. Udało się zobaczyć małą część Twierdzy, ale i tak jestem zdania że to najfajniejsze miejsce w jakim byłem po skrzynki. Spoglądam na mapę i widzę ile jeszcze ich tam zostało i w jakich ciekawych miejscach.
Po drodze do Białegostoku udało się jeszcze zgarnąć dwie skrzynki w Serocku. "Pocztowy zajazd napoleoński" OP16AB i "Największą truskawkę na świecie" OP42C9. Truskawkę dedykuję wszystkim, którzy tak ja tęsknią za prawdziwą wiosną.
Do Modlina wyjechałem o siódmej rano. Po drodze zgarnąłem towarzysza wypraw keszerskich MiszkeWu i w drogę z dwoma przystankami. Pierwszy by zatankować, drugi przy "Chatka Puchatka #4" OP3301.
Miejsce spotkania wyznaczono przy Bramie Ostrołęckiej. Aż tylu ludzi się nie spodziewałem. Ciekawe jak w takiej grupie będzie się keszować? Na początku tradycyjna wymiana own-ów. i mocno rozciągnięta grupa rusza przed siebie.
Chyba nie ma sensu opisywać skrzynki po skrzynce, bo przy takiej liczbie ludzi kesze stają się ... anonimowe? Nie zdążysz dobrze doczytać opisu, a już niektóre są wydobyte. Już przy pierwszym keszu "Piłka za Wagą" OP4134 nie wszyscy zmieścili się w pomieszczeniu ze skrzynką. To znaczy może i by weszli,ale po co nabijać się jak śledzie w beczce.
Przy kolejnych keszach coraz śmielej trwa obrzucanie się śniegiem. Na początku poćwiczono rzut do celu na Krysiulu wspinającym się po "Trzy tunele za beczką" OP4946. A na dobre zaczęło się przy "Grobie Oficera i Kaprala W.P." OP2CBA. Z drogi rozpoczął się gęsty ostrzał śnieżny, który nie pozostał bez odzewu. Dobrze że we wrażym obozie doszło do wewnętrznych walk frakcyjnych.
W końcu i ja musiałem się wykazać. Przy keszu "Tuba Wentylacyjna" OP2CB7 postanowiłem wejść do środka. Nie obyło się bez pomocy i trochę się podciągając, trochę popychany od dołu wlazłem do środka. Droga na dół jak zwykle łatwa i ekspresowa.
Skończył się w miarę lekki spacerek, zaczęło się łazikowanie po śniegu. Najgorzej mieli ci na początku, przecierający szlak. Jednak przy wchodzeniu czy schodzeniu z wałów problem mieli wszyscy. Z czasem co poniektórzy ułatwiali sobie drogę zjeżdżając na czterech literach. Sam spróbowałem tego sposobu i trzeba przyznać że się sprawdził. Tylko trzeba uważać na drzewa.
Z czasem event podzielił się na dwie grupy. Część poszła zdobywać trudniejsze kesze w tunelach, ja z pozostała częścią teoretycznie łatwiejsze. Grupa powoli się wykruszała, bo i buty przemoczone i ze zmęczenia zaczęło się robić zimno. Trzeba przyznać że sama twierdza robi ogromne wrażenie. Ciągnące się koszary obronne, bramy z licznymi zakamarkami. Nie dziwię się że Twierdza Modlin stała się niejako mekką kezerów urbexowych.
Okazało się że i na naszej drodze stanęły kesze bardziej wymagające. Przy "Bramie Gen. J. H. Dąbrowskiego z filarami mostu z 1837r." OP089C michael50 z mieszkiem wleźli do dziury i się przy czołganiu "trochę" pobrudzili. Potem ja wlazłem do "Szklanej pułapki" OP4923 czepiając się krat, gdy tymczasem kesz leżał rozbebeszony na ziemi. Kolejny, na szczęście krótki tunel przy "Cytadela Brama Wschodnia" OP2632. Z michelem50 wszedłem do jednego tunelu z keszem. Mieszko wszedł do drugiego po hasło. Znalazł dwa słowa i bardzo brakuje mi trzeciego, więc póki co nie mogę jej zaznaczyć jako znalezioną. Ale zrobiłem sobie taki smak na twierdzę że jeszcze tu z pewnością wrócę.
W końcu docieramy do punktu wyjścia czyli Bramy ostrołęckiej. Mocno zmęczony, ale zadowolony z tak udanego keszowania. Udało się zobaczyć małą część Twierdzy, ale i tak jestem zdania że to najfajniejsze miejsce w jakim byłem po skrzynki. Spoglądam na mapę i widzę ile jeszcze ich tam zostało i w jakich ciekawych miejscach.
Po drodze do Białegostoku udało się jeszcze zgarnąć dwie skrzynki w Serocku. "Pocztowy zajazd napoleoński" OP16AB i "Największą truskawkę na świecie" OP42C9. Truskawkę dedykuję wszystkim, którzy tak ja tęsknią za prawdziwą wiosną.
sobota, 16 marca 2013
Młynowa
Zachęcony keszem praxisa "Młynowa 23" OP628 pomyślałem że warto przejść się jedną z głównych ulic przedwojennych Chanajek. Dzielnicy zamieszkałej przez biedną ludność żydowską. To była taka "dzielnica cudów", jaką ma każde miasto do której lepiej było nie zaglądać po zmroku.
Dziś zostało kilka kamienic i drewnianych domków w nienajlepszej kondycji. Kiedy byłem tam rok temu było ich więcej. Znikają niepostrzeżenie, a boję się że niedługo zgodnie ze słowami wieszcza "nie będzie niczego". Mimo że miasto wciągnęło część z nich na listę konserwatorską, ale nieznani sprawcy mogą pokrzyżować plany i puścić z dymem to, czego nie da się wyburzyć.
Zaczynamy od ronda łączącego ulicę Młynową z Marjańskiego i Piękną. Stoi tam malutki, drewniany budynek zwany "wodopojką". Tutaj woźnice przybywający na targ mogli napoić konia, a przede wszystkim w środku zamówić setkę by przypieczętować udaną większą transakcję. Bo za "wodopojką" jest/był Rynek Sienny. Jest, bo wciąż ta nazwa funkcjonuje. Był, bo nie odbywają się tu już targowiska. Handel przeniesiono w 1968r. na nieodległą ul. Bema. Wciąż nie ma pomysłu na to miejsce. W latach 80-tych często rozbijały tu swoje namioty cyrki i objazdowe lunaparki. Teraz to darmowy parking blisko centrum miasta. Jedyne co się nie zmieniło, to postój taksówek towarowych w jego zachodniej części. Chociaż i tu mamy regres, bo dziś stoi jedna, dwie, a czasami nie ma żadnej.
Z drugiej strony ronda stoją dwie kamienice. W ubiegłe lato pod nr2 ktoś jeszcze mieszkał na piętrze. Dziś obie straszą. Zamurowano drzwi i okna na parterze. Zawieszono ogromny baner reklamowy i tak sobie stoją czekając na lepsze czasy.
Przez bramę można wejść na ich tyły. W mroźny dzień nie czuć było nawet zbyt mocno smrodu.
Z tyłu resztki drewnianej galerii którą można było dojść do komórek na piętrze.
Idziemy dalej. Po prawej pusta przestrzeń, w której niedługo wyrośnie pewnie betonowy klocek. Mijamy knajpę zwaną swego czasu "golonką". Za nią trzy budynki. Drewniany, murowany i znów drewniany. Kiedyś taką przeplatanką znaczona była cała Młynowa i ulice przyległe. Dom pod 18 wciąż jest zamieszkały. W murowanej kamienicy działa szewc. Zawód ginący, jak i ulica.

Za nimi w prawo odchodzi ul. Odeska. Zamyka ją gmach opery. Jej budowa poważnie zmieniła otoczenie. Zniknęła część domków, zdziczałe sady. Pojawiła się za to kostka brukowa, stylowe latarnie. Okolica z pewnością tym zyskała.
Przy Odeskiej działa elegancka restauracja. Dla mnie na zawsze pozostanie "Kuźnią", barem który działał tu przed laty.. Miejscem gdzie w czasie liceum chodziliśmy na piwo i nikt nas o dowód nie pytał. Zdarzyło się że przy stoliku obok biznesmeni ze wschodu na gazecie pojadali wędzonego śledzia. Ale dość sentymentów. Idziemy dalej.
Znów dwaj braciszkowie. Jeden murowany, drugi drewniany. Niestety drewniany poważnie wypalony. Nadaje się jedynie do rozbiórki, co pewnie niedługo nastąpi. Naprzeciw nich ruiny jakiegoś warsztatu. Może jeszcze pamięta czasy napraw syrenek, wołg, skody 105? Na pewno to kawałek historii motoryzacji, której nikt już nie opowie.
Największą niespodzianką jest jednak wielki, drewniany dom na zapleczu braciszków. Latem ukryty wśród zieleni drzew. Widać że parter był nawet swego czasu zamieszkały. Górne piętra straszą pustymi miejscami po oknach. Jak taki budynek nazwać? Kamienica to raczej budynek murowany. Może willa byłaby odpowiednia? I do tego dosłownie wkomponowuje się w otaczającą zieleń.
Kolejni bohaterzy spaceru to dwa zrośnięte budynki. W ceglanym widać nieśmiałe próby przedłużenia jego żywotności. Drewniany też jeszcze długo by posłużył. Na pierwszy rzut oka wystarczy dd frontu wymienić szalunek. Zaś na szczycie chroni go wciąż zdrowy, ceglany mur.
Docieramy do skrzyżowania z Kijowską. Na rogu stoją dwa spore budynki, które formalnie należą właśnie do Kijowskiej. Dwa, spore budynki są wpisane do rejestru zabytków i mimo dużego zniszczenia nie ma zgody na ich wyburzenie. W budynku z nr 2 jeszcze przed wojną był warsztat tkacki. Po wojnie był zamieszkany aż do 2009, kiedy częściowo spłonął. Ten bliżej skrzyżowania, pod nr 1też przed wojną służył jako fabryka tkacka. Po wojnie mieściła się tu szkoła, potem warsztaty szkolne czy magazyny, aż do lat 90-tych kiedy został opuszczony. I stoi tak do dziś.
Za Kijowską 1 powstaje nowoczesny blok. By go wybudować wyburzono jedną z kamienic mającą prawdziwą wartość historyczną. Służby miejskie obudziły się już po wszystkim. Trochę się poobrzucały winą za ten stan rzeczy, ale wszystko ucichło i wszyscy są zadowoleni. Najbardziej developer i urzędnicy, bo winnego nie znaleziono.
Za to po drugiej stronie stoi straszydło. Do kamienicy pozwolono dobudować piętro i użytkowe poddasze. Z miłej dla oka kamienicy powstało kuriozum, które ciężko do czegokolwiek dopasować.
Naprzeciw prawdziwy relikt okolicy. Ulica Mławska. Gruntowa ulica po deszczu tonąca w błocie. W upalne lato wzbijają się tumany kurzu. Za tym akurat nie tęsknię, ale warto pamiętać i o takich miejscach. Kilka metrów dalej jest podobna ulica. Czarna zwaną. Bardziej reprezentacyjna i nie ślepa, więc można się nią przejść.
Nie ruszając się z miejsca widać najepiej zachowany drewniany budynek. Siedzibę ma tu teatr "TrzyRzecze". I to że ma właściciela pozwala nam się cieszyć jego widokiem. Trochę przytłacza go wieżowiec "Miastoprojektu". Kiedyś projektowano w nim nowe dzielnice, dziś w większości stoi opustoszały. To jakaś klątwa ulicy Młynowej.
Jesteśmy w końcu przy Młynowej 23. Jej historię pokrótce opisał praxis w keszu. Jednak warto bardziej przyjrzeć się wspornikowi dla numeru. Mały detal, których już nikomu nie chce się dziś robić. A ten z Warszawskiej, z Gwiazdą Dawida, który teraz jest w Centrum Zamenhofa, wisiał nawet kiedy w budynku swą siedzibę miało SS.
Ostatni budynek na szlaku. Sąsiednia kamienica przy Młynowej 27. Niejako też symbol upadku ulicy. Jeszcze niezabezpieczone okna z resztkami szyb, które poruszane na wietrze wydają zgrzyt rodem z nawiedzonego domu. Po drugiej stronie zdziczały sad, który komponuje się z nastrojem opuszczenia.
Podejrzewam że część budynków mimo objęcia w ostatnim czasie ochroną konserwatora i tak zniknie. Jakąś szansę mają może te przy Kijowskiej, ale też niewielką, bo nawet w latach prosperity nie znalazł się poważny inwestor.I tak w niewesołych myślach kończę krótką wycieczkę i uciekam do domu, bo mimo połowy marca, wieje i zimno jak na Syberii.
Dziś zostało kilka kamienic i drewnianych domków w nienajlepszej kondycji. Kiedy byłem tam rok temu było ich więcej. Znikają niepostrzeżenie, a boję się że niedługo zgodnie ze słowami wieszcza "nie będzie niczego". Mimo że miasto wciągnęło część z nich na listę konserwatorską, ale nieznani sprawcy mogą pokrzyżować plany i puścić z dymem to, czego nie da się wyburzyć.
Zaczynamy od ronda łączącego ulicę Młynową z Marjańskiego i Piękną. Stoi tam malutki, drewniany budynek zwany "wodopojką". Tutaj woźnice przybywający na targ mogli napoić konia, a przede wszystkim w środku zamówić setkę by przypieczętować udaną większą transakcję. Bo za "wodopojką" jest/był Rynek Sienny. Jest, bo wciąż ta nazwa funkcjonuje. Był, bo nie odbywają się tu już targowiska. Handel przeniesiono w 1968r. na nieodległą ul. Bema. Wciąż nie ma pomysłu na to miejsce. W latach 80-tych często rozbijały tu swoje namioty cyrki i objazdowe lunaparki. Teraz to darmowy parking blisko centrum miasta. Jedyne co się nie zmieniło, to postój taksówek towarowych w jego zachodniej części. Chociaż i tu mamy regres, bo dziś stoi jedna, dwie, a czasami nie ma żadnej.
Z drugiej strony ronda stoją dwie kamienice. W ubiegłe lato pod nr2 ktoś jeszcze mieszkał na piętrze. Dziś obie straszą. Zamurowano drzwi i okna na parterze. Zawieszono ogromny baner reklamowy i tak sobie stoją czekając na lepsze czasy.
Przez bramę można wejść na ich tyły. W mroźny dzień nie czuć było nawet zbyt mocno smrodu.
Z tyłu resztki drewnianej galerii którą można było dojść do komórek na piętrze.
Idziemy dalej. Po prawej pusta przestrzeń, w której niedługo wyrośnie pewnie betonowy klocek. Mijamy knajpę zwaną swego czasu "golonką". Za nią trzy budynki. Drewniany, murowany i znów drewniany. Kiedyś taką przeplatanką znaczona była cała Młynowa i ulice przyległe. Dom pod 18 wciąż jest zamieszkały. W murowanej kamienicy działa szewc. Zawód ginący, jak i ulica.
Za nimi w prawo odchodzi ul. Odeska. Zamyka ją gmach opery. Jej budowa poważnie zmieniła otoczenie. Zniknęła część domków, zdziczałe sady. Pojawiła się za to kostka brukowa, stylowe latarnie. Okolica z pewnością tym zyskała.
Przy Odeskiej działa elegancka restauracja. Dla mnie na zawsze pozostanie "Kuźnią", barem który działał tu przed laty.. Miejscem gdzie w czasie liceum chodziliśmy na piwo i nikt nas o dowód nie pytał. Zdarzyło się że przy stoliku obok biznesmeni ze wschodu na gazecie pojadali wędzonego śledzia. Ale dość sentymentów. Idziemy dalej.
Znów dwaj braciszkowie. Jeden murowany, drugi drewniany. Niestety drewniany poważnie wypalony. Nadaje się jedynie do rozbiórki, co pewnie niedługo nastąpi. Naprzeciw nich ruiny jakiegoś warsztatu. Może jeszcze pamięta czasy napraw syrenek, wołg, skody 105? Na pewno to kawałek historii motoryzacji, której nikt już nie opowie.
Największą niespodzianką jest jednak wielki, drewniany dom na zapleczu braciszków. Latem ukryty wśród zieleni drzew. Widać że parter był nawet swego czasu zamieszkały. Górne piętra straszą pustymi miejscami po oknach. Jak taki budynek nazwać? Kamienica to raczej budynek murowany. Może willa byłaby odpowiednia? I do tego dosłownie wkomponowuje się w otaczającą zieleń.
Kolejni bohaterzy spaceru to dwa zrośnięte budynki. W ceglanym widać nieśmiałe próby przedłużenia jego żywotności. Drewniany też jeszcze długo by posłużył. Na pierwszy rzut oka wystarczy dd frontu wymienić szalunek. Zaś na szczycie chroni go wciąż zdrowy, ceglany mur.
Docieramy do skrzyżowania z Kijowską. Na rogu stoją dwa spore budynki, które formalnie należą właśnie do Kijowskiej. Dwa, spore budynki są wpisane do rejestru zabytków i mimo dużego zniszczenia nie ma zgody na ich wyburzenie. W budynku z nr 2 jeszcze przed wojną był warsztat tkacki. Po wojnie był zamieszkany aż do 2009, kiedy częściowo spłonął. Ten bliżej skrzyżowania, pod nr 1też przed wojną służył jako fabryka tkacka. Po wojnie mieściła się tu szkoła, potem warsztaty szkolne czy magazyny, aż do lat 90-tych kiedy został opuszczony. I stoi tak do dziś.
Za Kijowską 1 powstaje nowoczesny blok. By go wybudować wyburzono jedną z kamienic mającą prawdziwą wartość historyczną. Służby miejskie obudziły się już po wszystkim. Trochę się poobrzucały winą za ten stan rzeczy, ale wszystko ucichło i wszyscy są zadowoleni. Najbardziej developer i urzędnicy, bo winnego nie znaleziono.
Za to po drugiej stronie stoi straszydło. Do kamienicy pozwolono dobudować piętro i użytkowe poddasze. Z miłej dla oka kamienicy powstało kuriozum, które ciężko do czegokolwiek dopasować.
Naprzeciw prawdziwy relikt okolicy. Ulica Mławska. Gruntowa ulica po deszczu tonąca w błocie. W upalne lato wzbijają się tumany kurzu. Za tym akurat nie tęsknię, ale warto pamiętać i o takich miejscach. Kilka metrów dalej jest podobna ulica. Czarna zwaną. Bardziej reprezentacyjna i nie ślepa, więc można się nią przejść.
Nie ruszając się z miejsca widać najepiej zachowany drewniany budynek. Siedzibę ma tu teatr "TrzyRzecze". I to że ma właściciela pozwala nam się cieszyć jego widokiem. Trochę przytłacza go wieżowiec "Miastoprojektu". Kiedyś projektowano w nim nowe dzielnice, dziś w większości stoi opustoszały. To jakaś klątwa ulicy Młynowej.
Jesteśmy w końcu przy Młynowej 23. Jej historię pokrótce opisał praxis w keszu. Jednak warto bardziej przyjrzeć się wspornikowi dla numeru. Mały detal, których już nikomu nie chce się dziś robić. A ten z Warszawskiej, z Gwiazdą Dawida, który teraz jest w Centrum Zamenhofa, wisiał nawet kiedy w budynku swą siedzibę miało SS.
Ostatni budynek na szlaku. Sąsiednia kamienica przy Młynowej 27. Niejako też symbol upadku ulicy. Jeszcze niezabezpieczone okna z resztkami szyb, które poruszane na wietrze wydają zgrzyt rodem z nawiedzonego domu. Po drugiej stronie zdziczały sad, który komponuje się z nastrojem opuszczenia.
Podejrzewam że część budynków mimo objęcia w ostatnim czasie ochroną konserwatora i tak zniknie. Jakąś szansę mają może te przy Kijowskiej, ale też niewielką, bo nawet w latach prosperity nie znalazł się poważny inwestor.I tak w niewesołych myślach kończę krótką wycieczkę i uciekam do domu, bo mimo połowy marca, wieje i zimno jak na Syberii.
niedziela, 10 marca 2013
Łorsłow baj najt gut
Jak ktoś by mnie zbudził w środku nocy i rzucił krótkie pytanie - Warszawa? Odpowiedź byłaby taka jak w tytule. Ten cytat z najlepszego na świecie serialu, czyli "Alternatywy 4" chyba na zawsze będzie mi się kojarzył z naszą stolicą. I naprawdę nie ma w tym nic złego. Tak mi się kojarzy i już. Swoją drogą trochę nie rozumiem osób twierdzących że Warszawa to brzydkie miasto. Moim zdaniem wręcz odwrotnie. Zgodzę się że przedmieścia, typu Marki nie napawają optymizmem przy wjeździe, ale czy to one decydują o charakterze Warszawy? Oto krótka relacja z nocnej wizyty Psikiszka w stolicy.
Kupiłem przez internet bilety na jedną z linii obsługujących trasę Warszawa - Białystok. Dzięki promocjom udało się zamknąć koszt wyprawy w 17zł. nie licząc kanapek i herbaty w termosie. I tak około dziesiątej w nocy ląduję na czymś zwanym Dworcem Autobusowym Metro Wilanowska. Przed sobą mam kilka godzin i kilka skrzynek do znalezienia. Zaczynam od "Orzeł na Kolumnie" OP5E8E autorstwa rubeusa. Orzeł z początków XIXw. wygląda niesamowicie na tle nowoczesnych bloków. Skojarzył mi się z bonusem do zadowolenia mieszkańców jaki występuje czasem w gierkach. Ciekawe czy lokatorzy bloku choć trochę doceniają, że mają w sąsiedztwie taki kawałek historii? A jeżeli tak, to ile dostają bonusu?
Zajrzałem na Skarpę Mokotowską. Oczywiście jest tam skrzynka, ale w nocy raczej nie do podjęcia. Raz że szukanie po nocy w drzewkach ma małe szanse, dwa okolica jest pod czujnym nadzorem. Ambasada USA i dom Jaruzelskiego robią swoje. Przyznaję że zawiodła mnie tu bardziej ciekawość niż keszowanie Zresztą na podjęcie skrzynki i tak bym nie miał szans bo akurat patrol zrobił sobie obok przystanek. Popatrzyłem na światła miasta i poszedłem dalej., strasznie ciekawy jaki widok musi stąd roztaczać się w dzień.
Wróciłem do ul Puławskiej. Jedną z rzeczy które urzekają mnie w Warszawie są szerokie ulice. Doświadczyłem kiedyś tego że i one potrafią się korkować, ale mimo to dają one wrażenie przestrzeni.
I niesamowite jest to że dosłownie kilka metrów od głównej ulicy wchodzimy w zupełnie inny świat. Wąskie uliczki, piękne w swej prostocie kamieniczki, małe skwery, parki. I coś pomiędzy dworkiem, a pałacykiem. Taj jak w przypadku kesza "Dwór Ksawerów" OP5E8D. Lekko podświetlony ładnie się komponuje z otoczeniem. A może raczej to otoczenie dostosowuje sie do niego? Trochę się pomyliłem, bo generalnie starałem się szukać GPS free i sprawdzałem nie ten róg, ale zawsze miałem okazję przejść się wzdłuż całego dworku.
I znów na drugą stronę Puławskiej. Do Królikarni, a raczej otaczającego go parku, bo pałacyk z ogrodem jest za murem, a bramy na noc niestety są zamykane. Początkowo ładnie oświetlona alejka w okolicach kesza "filips32: Jedziemy w niedzielę za miasto: Królikarnia" OP0101 przechodzi w parów w którym ciemno że oko wykol. Mała latarka diodowa poszła w ruch i kesz po chwili wylądował w moich łapkach.
Ciemności przy tym keszu były przedsmakiem tego co czekało mnie kilkaset metrów dalej. "Dom Królikarnia Wysypisko , śmietnisko" OP2DE7. Opuszczona ruina, ale kto wie co się w niej czai. Może martwe zło? Bacznie obserwując dom, po cichu zakradałem się do miejsca schowania skarbu. Niespecjalnie mi to szło, bo i gruz i uschnięte patyki łamiąc się, wydają dźwięk wybuchających tysiąca bomb. A jakoś nie miałem ochoty na spotkanie kogokolwiek w tym miejscu.
Z ulgą poszedłem po następnego kesza. "Park Arkadia" OP2DC2. W pełni zasługuje na tą nazwę. Cisza, spokój, mimo że obok osiedle bloków. Zresztą czego się spodziewać w środku nocy. No i ta ciekawa perspektywa na jakiś wieżowiec w oddali. Ciekawe czy to przypadek, czy miejscy architekci sami na to wpadli. Skorzystałem z uroków parku, przysiadłem chwilę na ławce, wpisałem się do logu, trochę się wzmocniłem i ruszyłem dalej
A wzmocnienie bardzo się przydało. Po następnego kesza "KS Warszawianka" OP41A5 musiałem się wspinać po dość stromej skarpie. Cóż, Warszawianka skryła się obecnie pod wielkimi namiotami, rekompensował mi za to piękny widok na światła miasta. Tylko żebym jeszcze wiedział co widzę, byłbym całkiem szczęśliwy. Schodzę z drugiej strony skarpy, wyłażę z krzaków, idę parę metrów jakąś osiedlową uliczką, a obok mnie z piskiem parkują dwa radiowozy. Trochę wydał im się podejrzany typ który wylazł z krzaków. Okazali się jednak sympatyczni. Oczywiście nie obyło się bez sprawdzenia dokumentów, itp, ale bez nerwów. Próbowałem zarazić panów geocachingiem, ale jakoś nie mieli przekonania. Na koniec życzyli powodzenia w szukaniu kolejnych i każdy udał się w swoją drogę.
Cały czas trzymam się rejonu ul Puławskiej idąć na północ. I znów odbijam lekko w bok w małe uliczki. Tym razem do kesza "z deszczu za rynne" OP24EB. Można by rzec miejski klasyk. Sam w sobie nie robi wrażenia, ale cały czas strasznie podobają mi się kamienice ukryte dosłownie kilka metrów od głównej drogi.
Kolejny cel to "Glinianka przy Dolnej" OP264C. Już wiem że muszę odbić w prawo, ale trzeba przejść obok jakiejś chyba kamienicy. Nie znam miasta i nie wiem gdzie się lepiej nie zapuszczać wieczorem idę więc dalej by odkryć bezpieczniejsze i jaśniejsze przejście. Gdzieś z pobliskich bloków dochodzi śmiech podpitej młodzieży, więc będą już nad stawem osłaniam światło latarki jak najmocniej. Porywam kesza i szybko za kupkę piachu, by nacieszyć się skarbem, osłonięty od całego świata. Sam sobie przypominam Golluma. Błyskawiczna akcja odłożenia skrzynki i wracam do Dolnej przechodząc przy kamienicy, która nie okazała się taka straszna.
Czas wrócić do cywilizacji. Kolejny miejski klasyk czyli kesz "Warszawska Fabryka Eteru" OP264A. Co może być ciekawego w blokowisku? Okazuje się że to czego już nie ma. Malutki kawałek historii przypomniany dzięki skrzynce. I jest to jeden z głównych powodów dla których w to się bawię. Docieram do miejsc jakich nie znajdę w żadnych przewodnikach.
Przede mną pierwsze wielkie wyzwanie. "Pałac Szustra" OP0AE7. Z logów wiem że łatwo nie będzie. Szukam i nic. Nawet po raz pierwszy tej nocy GPS-a odpalam, ale to też niewiele daje. W końcu wsadzam łapę tam gdzie nie powinienem i.. kopie mnie prąd. To jednak znak od Najwyższego że tej nocy ten kesz nie będzie mi dany.
Trochę na północ docieram do kolejnej skarpy. I znów urzeczony widokiem miasta nocą, chwilę przystaję. Nie odchodzę daleko, a znów zatrzymuje mnie policja. Chyba wzięli mnie za bezdomnego, bo pierwsze pytanie to czy gdzieś mieszkam. Za to jeden z panów z pewnością detektywem zostanie , bo po akcencie poznał że nie jestem z Warszawy. Na szczęście i tym razem obyło się bez problemów, bo i panowie choć konkretni to bardzo kulturalni.
Po drodze miałem podjąć kesza "bacza16 Gołębnik". Niestety obok była knajpa, a przed knajpą postój taksówek. I pan taksówkarz strasznie znudzony czekaniem na klienta znalazł obiekt zainteresowania, czyli mnie. Bezczelnie się gapił, cóż mi więc pozostało, jak tylko iść dalej.
"Najstarsza kamienica Mokotowa" OP44A3. Wspominałem już że strasznie podobają mi się warszawskie kamienice? Podejrzewam że w dzień trochę tracą na swoim uroku przez ogromny ruch. Jeżeli miałbym zamieszkać w Warszawie to tylko w takim miejscu.
Wkraczam na ulicę Marszałkowską. Dla mnie jeden z symbolów Warszawy. Może nie największa, ale dla mnie, przyjezdnego mającej "to coś". Podejmuję keza "Szare Akcje" OP5CB0 i niespiesznym krokiem idę dalej podziwiając okolicę. Puste miasto, gdzieś o drugiej, trzeciej w nocy wygląda niesamowicie.
Skręcam w mniejsze uliczki. Mokotowską, Kruczą Wilczą. Znam je z historii, szczególnie o Powstaniu Warszawskim, ale po raz pierwszy jestem tutaj osobiście. Odnajduję kesza "Pałacyk cukrowników" OP4274. Jednak pałacyk słabo wyeksponowany, trochę traci w nocy.
Do następnego kesza "Starszy Pan, obywatel Warszawy" OP0F7F szedłem trochę z obawą. Według wpisów trudny do odkrycia. Jednak tym razem dopisuje mi szczęście. Niespecjalnie przykładam się do jego szukania, ale już przy trzeciej, czwartej miejscówce wpada mi w rękę. Ten kesz trochę mnie pobudza bo już mi nocka daje się trochę we znaki. Szybki i sprawnie podejmuję kolejną skrzynkę "Parkingowy Mural" OP5E84. Wracam na miejsce by go odłożyć, a tu z jednych drzwi z hotelu obok wychodzi jakiś mugol i staje kilka metrów od skrytki. Zastanawia mnie ile ma zamiar tutaj stać. Kilka minut niestety musiałem stracić. Miałem za to okazję podziwiać nowoczesny, ale tonący w lekko zamglonej poświacie Novotel, wyglądający wtedy jak wieża maga.
Idę sobie samym centrum. Tutaj miasto nie zasypia. Jednak tego nie ma w folderach reklamowych. Nie śpi prostytutka, dwóch podpitych facetów o coś się kłócących, panowie sprzątający ulicę. I mniej więcej w takich okolicznościach podjąłem kesza "Kamienica Józefa Lipińskiego" OP5EC0. Ciekawe w jaki sposób można go wyciągnąć w dzień, tuż obok dworca?
Coraz bardziej zbliża się godzina powrotu. Tuż przed wyjazdem rzuciłem jeszcze oko na mapę Warszawy i zobaczyłem nowego kesza. Narobiłem sobie smaku na FTF-a. Przeszedłem się trochę okrężna drogą obok filtrów, niestety w nocy nic tam szczególnego nie widać. A przynajmniej ja może nie wiedziałem gdzie patrzyć. W końcu docieram do Zieleńca Wielkopolskiego z keszem "Zwiastun WLKP TEJ!" OP620D. Znów odpalam GPS-a, bo jednak w parku ciężko zorientować się po mapie gdzie jest kesz. Muszę przyznać że fajny patent i gdybym go wcześniej nie widział może bym się od niego odbił. A tak wyciągam logbook, przeglądam i szczęściu nie wierzę. Udało się złapać FTF-a. Nie jestem ich zbieraczem, ale trzeba przyznać że jak się uda to trochę łechce próżność, tym bardziej na obcym terenie.
Miałem jeszcze ochotę przejść się na basen na Polu Mokotowskim. Wszedłem w ciemne uliczki, ale w końcu zrezygnowałem. Zamiast w prawo do kesza, poszedłem w lewo przez park do Alei Niepodległości. I bardzo dobrze, bo jak się okazało to strasznie długa ulica. Szedłem i szedłem a z niewyspania czułem się lekko oszołomiony jak po dwóch piwkach. Docieram do przystanków na Wilanowskiej dosłownie 15 minut przed odjazdem busa. Gdybym poszedł właśnie po tego kesza w byłym basenie musiałbym sobie szukać innego transportu do domu. A tak mile ukołysany zasnąłem już na rogatkach Warszawy i obudziłem się tuż przed najdroższym memu sercu Białymstokiem.
Kupiłem przez internet bilety na jedną z linii obsługujących trasę Warszawa - Białystok. Dzięki promocjom udało się zamknąć koszt wyprawy w 17zł. nie licząc kanapek i herbaty w termosie. I tak około dziesiątej w nocy ląduję na czymś zwanym Dworcem Autobusowym Metro Wilanowska. Przed sobą mam kilka godzin i kilka skrzynek do znalezienia. Zaczynam od "Orzeł na Kolumnie" OP5E8E autorstwa rubeusa. Orzeł z początków XIXw. wygląda niesamowicie na tle nowoczesnych bloków. Skojarzył mi się z bonusem do zadowolenia mieszkańców jaki występuje czasem w gierkach. Ciekawe czy lokatorzy bloku choć trochę doceniają, że mają w sąsiedztwie taki kawałek historii? A jeżeli tak, to ile dostają bonusu?
Zajrzałem na Skarpę Mokotowską. Oczywiście jest tam skrzynka, ale w nocy raczej nie do podjęcia. Raz że szukanie po nocy w drzewkach ma małe szanse, dwa okolica jest pod czujnym nadzorem. Ambasada USA i dom Jaruzelskiego robią swoje. Przyznaję że zawiodła mnie tu bardziej ciekawość niż keszowanie Zresztą na podjęcie skrzynki i tak bym nie miał szans bo akurat patrol zrobił sobie obok przystanek. Popatrzyłem na światła miasta i poszedłem dalej., strasznie ciekawy jaki widok musi stąd roztaczać się w dzień.
Wróciłem do ul Puławskiej. Jedną z rzeczy które urzekają mnie w Warszawie są szerokie ulice. Doświadczyłem kiedyś tego że i one potrafią się korkować, ale mimo to dają one wrażenie przestrzeni.
I niesamowite jest to że dosłownie kilka metrów od głównej ulicy wchodzimy w zupełnie inny świat. Wąskie uliczki, piękne w swej prostocie kamieniczki, małe skwery, parki. I coś pomiędzy dworkiem, a pałacykiem. Taj jak w przypadku kesza "Dwór Ksawerów" OP5E8D. Lekko podświetlony ładnie się komponuje z otoczeniem. A może raczej to otoczenie dostosowuje sie do niego? Trochę się pomyliłem, bo generalnie starałem się szukać GPS free i sprawdzałem nie ten róg, ale zawsze miałem okazję przejść się wzdłuż całego dworku.
I znów na drugą stronę Puławskiej. Do Królikarni, a raczej otaczającego go parku, bo pałacyk z ogrodem jest za murem, a bramy na noc niestety są zamykane. Początkowo ładnie oświetlona alejka w okolicach kesza "filips32: Jedziemy w niedzielę za miasto: Królikarnia" OP0101 przechodzi w parów w którym ciemno że oko wykol. Mała latarka diodowa poszła w ruch i kesz po chwili wylądował w moich łapkach.
Ciemności przy tym keszu były przedsmakiem tego co czekało mnie kilkaset metrów dalej. "Dom Królikarnia Wysypisko , śmietnisko" OP2DE7. Opuszczona ruina, ale kto wie co się w niej czai. Może martwe zło? Bacznie obserwując dom, po cichu zakradałem się do miejsca schowania skarbu. Niespecjalnie mi to szło, bo i gruz i uschnięte patyki łamiąc się, wydają dźwięk wybuchających tysiąca bomb. A jakoś nie miałem ochoty na spotkanie kogokolwiek w tym miejscu.
Z ulgą poszedłem po następnego kesza. "Park Arkadia" OP2DC2. W pełni zasługuje na tą nazwę. Cisza, spokój, mimo że obok osiedle bloków. Zresztą czego się spodziewać w środku nocy. No i ta ciekawa perspektywa na jakiś wieżowiec w oddali. Ciekawe czy to przypadek, czy miejscy architekci sami na to wpadli. Skorzystałem z uroków parku, przysiadłem chwilę na ławce, wpisałem się do logu, trochę się wzmocniłem i ruszyłem dalej
A wzmocnienie bardzo się przydało. Po następnego kesza "KS Warszawianka" OP41A5 musiałem się wspinać po dość stromej skarpie. Cóż, Warszawianka skryła się obecnie pod wielkimi namiotami, rekompensował mi za to piękny widok na światła miasta. Tylko żebym jeszcze wiedział co widzę, byłbym całkiem szczęśliwy. Schodzę z drugiej strony skarpy, wyłażę z krzaków, idę parę metrów jakąś osiedlową uliczką, a obok mnie z piskiem parkują dwa radiowozy. Trochę wydał im się podejrzany typ który wylazł z krzaków. Okazali się jednak sympatyczni. Oczywiście nie obyło się bez sprawdzenia dokumentów, itp, ale bez nerwów. Próbowałem zarazić panów geocachingiem, ale jakoś nie mieli przekonania. Na koniec życzyli powodzenia w szukaniu kolejnych i każdy udał się w swoją drogę.
Cały czas trzymam się rejonu ul Puławskiej idąć na północ. I znów odbijam lekko w bok w małe uliczki. Tym razem do kesza "z deszczu za rynne" OP24EB. Można by rzec miejski klasyk. Sam w sobie nie robi wrażenia, ale cały czas strasznie podobają mi się kamienice ukryte dosłownie kilka metrów od głównej drogi.
Kolejny cel to "Glinianka przy Dolnej" OP264C. Już wiem że muszę odbić w prawo, ale trzeba przejść obok jakiejś chyba kamienicy. Nie znam miasta i nie wiem gdzie się lepiej nie zapuszczać wieczorem idę więc dalej by odkryć bezpieczniejsze i jaśniejsze przejście. Gdzieś z pobliskich bloków dochodzi śmiech podpitej młodzieży, więc będą już nad stawem osłaniam światło latarki jak najmocniej. Porywam kesza i szybko za kupkę piachu, by nacieszyć się skarbem, osłonięty od całego świata. Sam sobie przypominam Golluma. Błyskawiczna akcja odłożenia skrzynki i wracam do Dolnej przechodząc przy kamienicy, która nie okazała się taka straszna.
Czas wrócić do cywilizacji. Kolejny miejski klasyk czyli kesz "Warszawska Fabryka Eteru" OP264A. Co może być ciekawego w blokowisku? Okazuje się że to czego już nie ma. Malutki kawałek historii przypomniany dzięki skrzynce. I jest to jeden z głównych powodów dla których w to się bawię. Docieram do miejsc jakich nie znajdę w żadnych przewodnikach.
Przede mną pierwsze wielkie wyzwanie. "Pałac Szustra" OP0AE7. Z logów wiem że łatwo nie będzie. Szukam i nic. Nawet po raz pierwszy tej nocy GPS-a odpalam, ale to też niewiele daje. W końcu wsadzam łapę tam gdzie nie powinienem i.. kopie mnie prąd. To jednak znak od Najwyższego że tej nocy ten kesz nie będzie mi dany.
Trochę na północ docieram do kolejnej skarpy. I znów urzeczony widokiem miasta nocą, chwilę przystaję. Nie odchodzę daleko, a znów zatrzymuje mnie policja. Chyba wzięli mnie za bezdomnego, bo pierwsze pytanie to czy gdzieś mieszkam. Za to jeden z panów z pewnością detektywem zostanie , bo po akcencie poznał że nie jestem z Warszawy. Na szczęście i tym razem obyło się bez problemów, bo i panowie choć konkretni to bardzo kulturalni.
Po drodze miałem podjąć kesza "bacza16 Gołębnik". Niestety obok była knajpa, a przed knajpą postój taksówek. I pan taksówkarz strasznie znudzony czekaniem na klienta znalazł obiekt zainteresowania, czyli mnie. Bezczelnie się gapił, cóż mi więc pozostało, jak tylko iść dalej.
"Najstarsza kamienica Mokotowa" OP44A3. Wspominałem już że strasznie podobają mi się warszawskie kamienice? Podejrzewam że w dzień trochę tracą na swoim uroku przez ogromny ruch. Jeżeli miałbym zamieszkać w Warszawie to tylko w takim miejscu.
Wkraczam na ulicę Marszałkowską. Dla mnie jeden z symbolów Warszawy. Może nie największa, ale dla mnie, przyjezdnego mającej "to coś". Podejmuję keza "Szare Akcje" OP5CB0 i niespiesznym krokiem idę dalej podziwiając okolicę. Puste miasto, gdzieś o drugiej, trzeciej w nocy wygląda niesamowicie.
Skręcam w mniejsze uliczki. Mokotowską, Kruczą Wilczą. Znam je z historii, szczególnie o Powstaniu Warszawskim, ale po raz pierwszy jestem tutaj osobiście. Odnajduję kesza "Pałacyk cukrowników" OP4274. Jednak pałacyk słabo wyeksponowany, trochę traci w nocy.
Do następnego kesza "Starszy Pan, obywatel Warszawy" OP0F7F szedłem trochę z obawą. Według wpisów trudny do odkrycia. Jednak tym razem dopisuje mi szczęście. Niespecjalnie przykładam się do jego szukania, ale już przy trzeciej, czwartej miejscówce wpada mi w rękę. Ten kesz trochę mnie pobudza bo już mi nocka daje się trochę we znaki. Szybki i sprawnie podejmuję kolejną skrzynkę "Parkingowy Mural" OP5E84. Wracam na miejsce by go odłożyć, a tu z jednych drzwi z hotelu obok wychodzi jakiś mugol i staje kilka metrów od skrytki. Zastanawia mnie ile ma zamiar tutaj stać. Kilka minut niestety musiałem stracić. Miałem za to okazję podziwiać nowoczesny, ale tonący w lekko zamglonej poświacie Novotel, wyglądający wtedy jak wieża maga.
Idę sobie samym centrum. Tutaj miasto nie zasypia. Jednak tego nie ma w folderach reklamowych. Nie śpi prostytutka, dwóch podpitych facetów o coś się kłócących, panowie sprzątający ulicę. I mniej więcej w takich okolicznościach podjąłem kesza "Kamienica Józefa Lipińskiego" OP5EC0. Ciekawe w jaki sposób można go wyciągnąć w dzień, tuż obok dworca?
Coraz bardziej zbliża się godzina powrotu. Tuż przed wyjazdem rzuciłem jeszcze oko na mapę Warszawy i zobaczyłem nowego kesza. Narobiłem sobie smaku na FTF-a. Przeszedłem się trochę okrężna drogą obok filtrów, niestety w nocy nic tam szczególnego nie widać. A przynajmniej ja może nie wiedziałem gdzie patrzyć. W końcu docieram do Zieleńca Wielkopolskiego z keszem "Zwiastun WLKP TEJ!" OP620D. Znów odpalam GPS-a, bo jednak w parku ciężko zorientować się po mapie gdzie jest kesz. Muszę przyznać że fajny patent i gdybym go wcześniej nie widział może bym się od niego odbił. A tak wyciągam logbook, przeglądam i szczęściu nie wierzę. Udało się złapać FTF-a. Nie jestem ich zbieraczem, ale trzeba przyznać że jak się uda to trochę łechce próżność, tym bardziej na obcym terenie.
Miałem jeszcze ochotę przejść się na basen na Polu Mokotowskim. Wszedłem w ciemne uliczki, ale w końcu zrezygnowałem. Zamiast w prawo do kesza, poszedłem w lewo przez park do Alei Niepodległości. I bardzo dobrze, bo jak się okazało to strasznie długa ulica. Szedłem i szedłem a z niewyspania czułem się lekko oszołomiony jak po dwóch piwkach. Docieram do przystanków na Wilanowskiej dosłownie 15 minut przed odjazdem busa. Gdybym poszedł właśnie po tego kesza w byłym basenie musiałbym sobie szukać innego transportu do domu. A tak mile ukołysany zasnąłem już na rogatkach Warszawy i obudziłem się tuż przed najdroższym memu sercu Białymstokiem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)