W ostatnim tygodniu stycznia planowałem wybrać się do rezerwatu Stare Biele po tamtejszego kesza "Stare Biele" OP5B58. Samemu nie chciało mi się jechać, a nie mogłem zgrać terminów z moim kompanem od skrzynek MiszkaWu. W międzyczasie na fejsie, na grupie białostockich keszerów, pojawił się pomysł wyprawy właśnie w to miejsce. I tak w końcu wycieczka urosła do dziewięciu osób. Pojechali: polcia&szymaneq, Zbyszaty i Ewa, Gacekk, Akimg, Mieszko, MiszkaWu, no i ja.
To była wyprawa samochodowa. Spotkanie zostało wyznaczone na ul. Raginisa, o dziewiątej rano. Może trochę późno jak na wycieczkę keszerską, ale przecież w niedzielę nie można zbyt mocno się spieszyć. Ruszyliśmy w stronę Supraśla, a stamtąd na Krynki. Droga początkowo w niezłym stanie, później trochę rozczarowała. Mocno oblodzona, miejscami nie pozwalała jechać szybciej niż 70km/h. Oczywiście po lesie nie jeździliśmy autami. Zaparkowaliśmy przy drodze głównej, przy wejściu do rezerwatu Stare Biele. Czekał nas mały spacer przez zamarznięte bagno. Teoretycznie do przejścia mieliśmy jedynie 1,5km. W praktyce nasz ślad przypominał trop pijanego łosia. Wiadomo, bagno nawet zimą miejscami słabo zamarza i nieraz trzeba szukać dogodnego przejścia, by nie zapaść się w głębokie błoto. Szliśmy tak przez las, a mi przypomniała się stara piosenka zespołu N.R.M. "Partyzanskaja".
W końcu po długim marszu dotarliśmy na miejsce. Kordy, jak to w środku lasu, trochę pływają, ale jak się szuka w dziewięć osób to żaden problem. Najwięcej radości sprawiła mała butelka alkoholu. Herbata z prądem niektórych dobrze rozgrzała. Ja musiałem obejść się smakiem, z racji obowiązków kierowcy. Pozostało jeszcze wrócić do aut. Tym razem bardziej w linii prostej. A, że nie trzeba było już tak mocno wpatrywać się w GPS, można było podziwiać przyrodę. Słońce mieliśmy za plecami, które pięknie rozświetlało zimowy las. Różnej wielkości wykroty z wspaniałymi korzeniami. To co było częścią naziemną nieraz tarasowało przejście, ale odrobina gimnastyki jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Tym razem na żadnego zwierza nie natrafiliśmy, ale kilka tropów znaleźliśmy. Do tego na niektórych martwych drzewach, największe jakie w życiu widziałem, ślady żerowania dzięciołów.
Udało dotrzeć się do najważniejszego celu wyjazdu, ale zostało jeszcze kilka skrzynek. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy keszu "ted124_Kopna_Gora" OP0BDE. Tutaj dokonaliśmy dobrego uczynku w postaci reaktywacji. Samo miejsce świetnie się nadaje na postój w czasie wędrówek po Puszczy Knyszyńskiej. Niestety tym razem nie skorzystaliśmy, bo na otwartym terenie straszliwie wiało.
W bliskiej odległości chcieliśmy jeszcze podjąć kesza "ted12_arboretum" OP0347. Szkoda, że było zamknięte. Co to jednak dla keszerów.. Z szymanqiem przeskoczyliśmy przez tylną bramę i chyba nawet znaleźliśmy odpowiedni pieniek, ale nadjechali pracownicy leśnictwa i trzeba było się ewakuować. Pozostało obejrzenie mauzoleum ze szczątkami 46 powstańców listopadowych. Tuż obok rosną wspaniałe dęby, które być może są świadkami wydarzeń sprzed prawie 200 lat.
Wracając w stronę Supraśla, skręciliśmy w lewo w las do rezerwatu Krzemienne Góry i tamtejszej skrzynki "Krzemienne Góry" OP5999. Różnica wysokości sięga tu 45m. Jak na warunki podlaskie, górki są dość wysokie. My z drogi szliśmy na azymut i musieliśmy się wspinać po dość stromym zboczu. Tak stromym, że nie da się iść wyprostowanym i trzeba pochylać się do przodu. Zadania nie ułatwiał też śnieg i należało uważać by się nie pośliznąć. Jak wszedłem na szczyt, sapałem jak miech kowalski. Co prawda większość widoku zasłaniały drzewa, ale i tak te wzniesienia robią niezłe wrażenie. Droga w dół była łatwiejsza, bo częściowo po prostu sobie zjechałem po śniegu.
Jadąc dalej leśną drogą dotarliśmy do skrzyżowania, opodal którego ukryty jest kesz "ted125_lesna_galeria" OP0BDF. Galeria w nazwie skrzynki to rzeźby ludowe autorstwa Ryszarda Boltowicza, przedstawiające postacie z Powstania Styczniowego. Można tu także odpocząć pod wiatą turystyczną. Sam kesz ukryty jest zgodnie z tradycja podlaską, czyli w pieńku. Z racji mrozu i śniegu, ciężko go było wydobyć. Stojąc wokół pieńka doszliśmy do wniosku, że wyglądamy jak czciciele charakterystycznych pieńków i drzew. Co raz ktoś nowy pochylał się nad nim, a nawet przyklękał. W końcu pieniek się zlitował i wydał skrzynkę. Tak narodziła się nowa religia.
I to były wszystkie kesze, których nie miałem w swojej kolekcji. Nie był to jednak koniec wycieczki. Zatrzymaliśmy się na chwilę w Supraślu. Od strony miasteczka poszliśmy po kesza "Trzy Dęby" OP5900. Przeszliśmy ścieżką, którą jesienią próbowałem dostać się od skrzynki do Supraśla i nie dałem rady z powodu zbyt mokrego terenu. Teraz trochę po lodzie, trochę po zmarzniętej ziemi doszliśmy do celu. To najkrótsza trasa, ale dostępna właśnie zimą lub bardzo suchym latem. Supraśl jak zwykle piękny. Tym razem przysypany na biało. Na rzece ogromna ilość kaczek, a wśród nich parę łabędzi. I jak na niedzielę, naprawdę mało ludzi. Pewnie przez dość mroźną pogodę.
W Supraślu jeszcze krótka wizyta w sklepie i pojechaliśmy do kolejnego kesza "Bagno" OP597B. Gdybym nie był tu parę miesięcy temu, teraz nawet bym nie spostrzegł, że jestem na skraju bagna. Trzeba przyznać, że jest tu dużo ładniej poza okresem zimowym.
Po zdobyciu tego kesza, niestety polcia&szymaneq oraz zbyszaty z Ewą musieli wracać do Białegostoku. Do końca dnia było jeszcze daleko, wiec postanowiliśmy jechać jeszcze do kesza "filips6: bagna Puszczy Knyszynskiej" OP00A5. Z MiszkaWu mieliśmy go na koncie, ale nie potrafiłem sobie odmówić niewątpliwej przyjemności spaceru po lesie. Szedłem na przedzie, gdy zauważyłem jakiś ruch między drzewami. Okazało się, że to dziki. Zatrzymałem resztę ekipy i zaraz zaczęła się sesja zdjęciowa. Dziki dość szybko się zmyły i pozostał po nich tylko zapaszek.
Tym razem w pobliże skrzynki udało mi się dotrzeć suchą stopą, choć inni nie mieli tyle szczęścia. Jednak bagno jest zdradliwe. Zaczęliśmy szukać kesza. Mniej więcej pamiętaliśmy gdzie był schowany, ale nie chciał się ujawnić. Okazało się, że wykrot, gdzie był ukryty powoli pogrąża się w bagnie. Kiedy pojemnik w końcu został namierzony powstał nowy problem. Został tak dociśnięty przez pogrążające się w błocie korzenie, że przez dobrych kilka minut siłowaliśmy się by go wyciągnąć. Z wielkim trudem, ale w końcu się udało. Schowaliśmy go trochę wyżej, bo z taką częstotliwością znalezień, istnieje duże prawdopodobieństwo, że następni w ogóle nie daliby rady wydobyć pojemnik z ziemi.
Już na drugi dzień zadzwonił do mnie MiszkaWu i informuje mnie, że ten kesz był przez nas znaleziony dokładnie dwa lata temu, czyli 2 lutego 2012r. A relacja z jego zdobywania przy ponad -20 st.C. to mój pierwszy wpis na blogu. Magia opencachingu.
środa, 5 lutego 2014
środa, 29 stycznia 2014
Semafor kształtowy
Jakiś czas temu pojawiła się w Białymstoku skrzynka "Stary słup przy torach" OP7A6D. Zdobyta już z dwa tygodnie temu, ale mała relacja ze spaceru do niej dopiero dzisiaj. Myślałem, co to też za tajemniczy słup? Okazało się, że to semafor kształtowy. W Białymstoku jesteśmy do nich przyzwyczajeni, ale okazuje się, że działające tego typu urządzenia to nie lada rarytas.
Patrząc na odległość, spacer do skrzynki powinien zając mi jakieś 15min. I jak wracałem, tak rzeczywiście było, ale w drodze do kesza musiałem zrobić parę przystanków.
Przystanek pierwszy to kładka nad torowiskiem stacji Białystok Fabryczny. Na jakiś czas była nawet zamknięta. Część konstrukcji była drewniana i po prostu przegniła. Kolej się jednak szarpnęła i zdecydowała na remont. Deski zastąpiono blachą. Jak ktoś idzie w ciężkich butach, tworzy piękne efekty dźwiękowe. Miarowe "bum, bum" rodem z filmu o ataków robotów na ludzkość.
Przystanek drugi, ale jeszcze ciągle na kładce. Na wprost mamy budynek dworca. Opuszczony z wybitymi wszystkimi szybami. Jednak solidne kraty bronią dostępu do wnętrza. Na dachu zachowała się podświetlana nazwa dworca. Oczywiście nie działa, bo w napisie nie ma już ani jednej świetlówki. Spojrzenie w jedną stronę. Kilka torów, dwa perony. Z tego na jeden nie da się zejść. Zarasta trawą i krzakami.
Spojrzenie w drugą stronę i jest cały las "starych słupów przy torach". Wszystkie w pozycji "stój". Jest też prawdziwy rodzynek, czyli żuraw wodny. Pewnie służył do napełniania parowozów. Trochę pordzewiały, ale wciąż się trzyma prosto. Jest nawet zawór.
Po zejściu z kładki można dokładnie przyjrzeć się jednemu z semaforów. Z daleka to tylko kawał metalowego słupa z "lizakiem" na szczycie. Coś musi jednak ten "lizak" poruszać. Okazuje się, że sterowanie jest mechaniczne, za pomocą solidnej, metalowej linki i kół zębatych. Zawiadowca zapewne pociągał za wajchy i w ten sposób zmieniał sygnał na semaforze.
Idę wzdłuż torów po peronie, który przechodzi w plac przeładunkowy. Z czasem i on się kończy i ścieżka prowadzi między torami. Mijam ostatni budynek stacji, solidnie zamknięty kratami. Zaraz za nim jest nowoczesny wiadukt. Można sobie na niego wejść i popatrzyć, jak dołem pędzą auta. Pociągi teraz tędy nie jeżdżą, więc nic nam nie grozi. Tym bardziej, że po obu stronach są w miarę wygodne i szerokie kładki.
I już jesteśmy przy "starym słupie". Doczekał się on swego czasu nawet pewnego unowocześnienia. Zamontowano na nim lampę. W nocy "lizak" jest słabo widoczny, stąd ten pomysł racjonalizatorski. Tuż przed nim stoi o połowę mniejszy z dużą tarczą i śladem po lampach.
Z ciekawości sprawdziłem co to jest i okazuje się, że to takie dodatkowe zabezpieczenie i informuje maszynistę co może zobaczyć na zbliżającym się semaforze. Ale chyba nie na tym co jest bezpośrednio za nim, bo to by było trochę bez sensu. Kto ich tam jednak wie, na kolei wszak wszystko jest możliwe.
Patrząc na odległość, spacer do skrzynki powinien zając mi jakieś 15min. I jak wracałem, tak rzeczywiście było, ale w drodze do kesza musiałem zrobić parę przystanków.
Przystanek pierwszy to kładka nad torowiskiem stacji Białystok Fabryczny. Na jakiś czas była nawet zamknięta. Część konstrukcji była drewniana i po prostu przegniła. Kolej się jednak szarpnęła i zdecydowała na remont. Deski zastąpiono blachą. Jak ktoś idzie w ciężkich butach, tworzy piękne efekty dźwiękowe. Miarowe "bum, bum" rodem z filmu o ataków robotów na ludzkość.
Przystanek drugi, ale jeszcze ciągle na kładce. Na wprost mamy budynek dworca. Opuszczony z wybitymi wszystkimi szybami. Jednak solidne kraty bronią dostępu do wnętrza. Na dachu zachowała się podświetlana nazwa dworca. Oczywiście nie działa, bo w napisie nie ma już ani jednej świetlówki. Spojrzenie w jedną stronę. Kilka torów, dwa perony. Z tego na jeden nie da się zejść. Zarasta trawą i krzakami.
Spojrzenie w drugą stronę i jest cały las "starych słupów przy torach". Wszystkie w pozycji "stój". Jest też prawdziwy rodzynek, czyli żuraw wodny. Pewnie służył do napełniania parowozów. Trochę pordzewiały, ale wciąż się trzyma prosto. Jest nawet zawór.
Po zejściu z kładki można dokładnie przyjrzeć się jednemu z semaforów. Z daleka to tylko kawał metalowego słupa z "lizakiem" na szczycie. Coś musi jednak ten "lizak" poruszać. Okazuje się, że sterowanie jest mechaniczne, za pomocą solidnej, metalowej linki i kół zębatych. Zawiadowca zapewne pociągał za wajchy i w ten sposób zmieniał sygnał na semaforze.
Idę wzdłuż torów po peronie, który przechodzi w plac przeładunkowy. Z czasem i on się kończy i ścieżka prowadzi między torami. Mijam ostatni budynek stacji, solidnie zamknięty kratami. Zaraz za nim jest nowoczesny wiadukt. Można sobie na niego wejść i popatrzyć, jak dołem pędzą auta. Pociągi teraz tędy nie jeżdżą, więc nic nam nie grozi. Tym bardziej, że po obu stronach są w miarę wygodne i szerokie kładki.
I już jesteśmy przy "starym słupie". Doczekał się on swego czasu nawet pewnego unowocześnienia. Zamontowano na nim lampę. W nocy "lizak" jest słabo widoczny, stąd ten pomysł racjonalizatorski. Tuż przed nim stoi o połowę mniejszy z dużą tarczą i śladem po lampach.
Z ciekawości sprawdziłem co to jest i okazuje się, że to takie dodatkowe zabezpieczenie i informuje maszynistę co może zobaczyć na zbliżającym się semaforze. Ale chyba nie na tym co jest bezpośrednio za nim, bo to by było trochę bez sensu. Kto ich tam jednak wie, na kolei wszak wszystko jest możliwe.
niedziela, 19 stycznia 2014
Pociąg do Walił
To już tydzień mija jak pojechałem pociągiem specjalnym WOŚP do Walił. A w tle były dwa moje kesze. Może wpis byłby wcześniej, ale zapomniałem aparatu i musiałem czekać na zdjęcia od Miszki, który wraz z rodziną też się wybrał. Poza tym jakoś spraw się nazbierało.
Parę minut na peron dworca w Białymstoku (dworzec główny, który jednak nie ma nazwy) wtoczył się szynobus z dołączonym dodatkowym wagonem. By wsiąść do pociągu, trzeba było wrzucić do puszki minimum 20zł. Chętnych na przejazd było naprawdę sporo i w środku zrobiło się trochę ciasno, ale humory dopisywały. O godzinie 10:30 ruszyliśmy. Kiedy to ja ostatnio jechałem tą linią pociągiem uwzględnionym w rozkładzie? Ponad 20 lat temu i bardziej pamiętam to jako pojedyncze migawki. Potem jeszcze zdarzyło się, trzy lata temu, też z okazji finału WOŚP, przejechać pociągiem specjalnym tę linię. Chyba to jednak to nie to samo, co regularne połączenie.
Po wyjeździe z dworca oglądam Białystok z zupełnie innej perspektywy. Wiem gdzie jestem, mogę nazwać mijane ulice i charakterystyczne budynki, ale z okien pociągu widzę je trochę inaczej. Jak chociażby rondo przy Jurowieckiej/Poleskiej. Okazuje się, że widać stamtąd wieże kościoła farnego.
Pierwszy, krótki postój był na dworcu Białystok Fabryczny. Czasy świetności ma już dawno za sobą. Straszą opuszczone budynki. Większość torów jest nieużywana. A całości dopełnia widok złomowiska. Dworzec ten odwiedzają czasami pociągi towarowe, które tu manewrują. Dalej już nic nie jedzie. Chyba w zeszłym roku PKP PLK wyłączyła odcinek z użytkowania, zaznaczając, że może w przyszłości jak pojawi się zainteresowanie przewoźników... W tym przypadku jestem pesymistą i już chyba nie zobaczę tam nigdy poczciwej spalinówki, ciągnącej parę wagonów z drewnem z Puszczy Knyszyńskiej.
Po krótkim postoju na Fabrycznym, gdzie dosiadło się trochę ludzi ruszyliśmy dalej. Powoli domów było coraz mniej, a zaczął dominować las. W końcu już jechaliśmy przez Puszczę Knyszyńską. Tory miejscami przechodzą przez miejsca, gdzie da się dotrzeć tylko szlakiem kolejowym. Jak chociażby przez wielkie rozlewisko utworzone przez bobry.
Tym razem pociąg nie zatrzymywał się na każdym przystanku. Jedynie w Żedni i w Sokolach. W tym drugim miejscu pomogłem dwóm keszerom, Zuberowi i Krystkowi, odszukać moją skrzynkę. Trzeba było się sprężać, bo postój trwał zaledwie chwilę.
W końcu dotarliśmy do Walił. Czego tam nie było? Bigos i grochówka. Ognisko, gdzie było można upiec sobie kiełbasę i trochę się rozgrzać. Wszystkim przygrywał zespół. Oczywiście nie obyło się bez licytacji. Miałem chrapkę na wygranie jakiejś aukcji, ale ceny przekraczały zasób mojego portfela, co w sumie cieszy, bo pewnie uzbierała się niezła sumka. W międzyczasie pociąg ruszył w stronę Sokola, by przewieźć chętnych mieszkańców gminy Gródek. Na szczęście dodatkowy wagon został na ten czas odpięty i można się było dogrzać. Przy okazji miałem sprawdzić kondycję mego kesza, ale Zuber i Krystek, nawet nie wiem kiedy, już go podjęli i stwierdzili, że wszystko ok.
Patrzyłem na stację w Waliłach i aż trudno uwierzyć, że była ona jedną z ważniejszych na tej linii. Przed wojną był tu dworzec, na wzór tego w Białymstoku. W środku była nawet restauracja. Niestety ten stylowy dworzec zniszczono w czasie wojny. Po wojnie podróżnym służył mniejszy budynek, który jeszcze niedawno stał, ale został podpalony, a potem całkowicie rozebrany i nie ma po nim śladu. Jeszcze niedawno na stacji tliły się resztki życia. Z pobliskich lasów zwożono tu drewno i układano je w wielkie stosy. I zazwyczaj dwa razy w tygodniu przyjeżdżała tu lokomotywa, drzewo ładowano na wagony i wywożono w stronę Białegostoku. Na tych stosach drzewa w czasie festiwalu Basowiszcza, przed laty zostało wypite niejedno tanie wino. Już nie ma gdzie się wspiąć, a i trunki lepsze się pija. A po stacji jedynie wiatr hula.
Przyszedł już czas na powrót do domu. Tym razem jechaliśmy w doczepionym wagonie starszego typu. Komfort podróży zdecydowanie na plus dla szynobusu. Ma zdecydowanie lepsze zawieszenie i jest dużo cichszy. I tak przyszło mi do głowy czemu w sezonie turystycznym do szynobusu nie doczepiają zwykłego, starego wagonu. Takiego bez przedziałów, by rowery można było przewieść. Bo do szynobusu, szczególnie w weekendy latem trudno wsiąść, albo i w ogóle, jak np w kierunku do i z Augustowa.
Na koniec fotka, która jakoś w tekst się nie wpasowała, ale po prostu oddaje całą moją nostalgię za tą zapomnianą linią.
Parę minut na peron dworca w Białymstoku (dworzec główny, który jednak nie ma nazwy) wtoczył się szynobus z dołączonym dodatkowym wagonem. By wsiąść do pociągu, trzeba było wrzucić do puszki minimum 20zł. Chętnych na przejazd było naprawdę sporo i w środku zrobiło się trochę ciasno, ale humory dopisywały. O godzinie 10:30 ruszyliśmy. Kiedy to ja ostatnio jechałem tą linią pociągiem uwzględnionym w rozkładzie? Ponad 20 lat temu i bardziej pamiętam to jako pojedyncze migawki. Potem jeszcze zdarzyło się, trzy lata temu, też z okazji finału WOŚP, przejechać pociągiem specjalnym tę linię. Chyba to jednak to nie to samo, co regularne połączenie.
Po wyjeździe z dworca oglądam Białystok z zupełnie innej perspektywy. Wiem gdzie jestem, mogę nazwać mijane ulice i charakterystyczne budynki, ale z okien pociągu widzę je trochę inaczej. Jak chociażby rondo przy Jurowieckiej/Poleskiej. Okazuje się, że widać stamtąd wieże kościoła farnego.
Pierwszy, krótki postój był na dworcu Białystok Fabryczny. Czasy świetności ma już dawno za sobą. Straszą opuszczone budynki. Większość torów jest nieużywana. A całości dopełnia widok złomowiska. Dworzec ten odwiedzają czasami pociągi towarowe, które tu manewrują. Dalej już nic nie jedzie. Chyba w zeszłym roku PKP PLK wyłączyła odcinek z użytkowania, zaznaczając, że może w przyszłości jak pojawi się zainteresowanie przewoźników... W tym przypadku jestem pesymistą i już chyba nie zobaczę tam nigdy poczciwej spalinówki, ciągnącej parę wagonów z drewnem z Puszczy Knyszyńskiej.
Po krótkim postoju na Fabrycznym, gdzie dosiadło się trochę ludzi ruszyliśmy dalej. Powoli domów było coraz mniej, a zaczął dominować las. W końcu już jechaliśmy przez Puszczę Knyszyńską. Tory miejscami przechodzą przez miejsca, gdzie da się dotrzeć tylko szlakiem kolejowym. Jak chociażby przez wielkie rozlewisko utworzone przez bobry.
Tym razem pociąg nie zatrzymywał się na każdym przystanku. Jedynie w Żedni i w Sokolach. W tym drugim miejscu pomogłem dwóm keszerom, Zuberowi i Krystkowi, odszukać moją skrzynkę. Trzeba było się sprężać, bo postój trwał zaledwie chwilę.
W końcu dotarliśmy do Walił. Czego tam nie było? Bigos i grochówka. Ognisko, gdzie było można upiec sobie kiełbasę i trochę się rozgrzać. Wszystkim przygrywał zespół. Oczywiście nie obyło się bez licytacji. Miałem chrapkę na wygranie jakiejś aukcji, ale ceny przekraczały zasób mojego portfela, co w sumie cieszy, bo pewnie uzbierała się niezła sumka. W międzyczasie pociąg ruszył w stronę Sokola, by przewieźć chętnych mieszkańców gminy Gródek. Na szczęście dodatkowy wagon został na ten czas odpięty i można się było dogrzać. Przy okazji miałem sprawdzić kondycję mego kesza, ale Zuber i Krystek, nawet nie wiem kiedy, już go podjęli i stwierdzili, że wszystko ok.
Patrzyłem na stację w Waliłach i aż trudno uwierzyć, że była ona jedną z ważniejszych na tej linii. Przed wojną był tu dworzec, na wzór tego w Białymstoku. W środku była nawet restauracja. Niestety ten stylowy dworzec zniszczono w czasie wojny. Po wojnie podróżnym służył mniejszy budynek, który jeszcze niedawno stał, ale został podpalony, a potem całkowicie rozebrany i nie ma po nim śladu. Jeszcze niedawno na stacji tliły się resztki życia. Z pobliskich lasów zwożono tu drewno i układano je w wielkie stosy. I zazwyczaj dwa razy w tygodniu przyjeżdżała tu lokomotywa, drzewo ładowano na wagony i wywożono w stronę Białegostoku. Na tych stosach drzewa w czasie festiwalu Basowiszcza, przed laty zostało wypite niejedno tanie wino. Już nie ma gdzie się wspiąć, a i trunki lepsze się pija. A po stacji jedynie wiatr hula.
Przyszedł już czas na powrót do domu. Tym razem jechaliśmy w doczepionym wagonie starszego typu. Komfort podróży zdecydowanie na plus dla szynobusu. Ma zdecydowanie lepsze zawieszenie i jest dużo cichszy. I tak przyszło mi do głowy czemu w sezonie turystycznym do szynobusu nie doczepiają zwykłego, starego wagonu. Takiego bez przedziałów, by rowery można było przewieść. Bo do szynobusu, szczególnie w weekendy latem trudno wsiąść, albo i w ogóle, jak np w kierunku do i z Augustowa.
Na koniec fotka, która jakoś w tekst się nie wpasowała, ale po prostu oddaje całą moją nostalgię za tą zapomnianą linią.
piątek, 10 stycznia 2014
Zdążyć przed zimą
Nie wiem jak traktować obecną pogodę. Czy to jeszcze końcówka zeszłorocznego sezonu rowerowego? Czy może już nowy? Nie ma co się jednak zbyt długo zastanawiać, tylko wsiadać na rower i jechać. Może niezbyt daleko, bo jednak zmierzch przychodzi dość szybko, a i by przenocować pod chmurką trochę za zimno. Chociaż jak pomyślę, że kiedyś nocowanie w namiocie na śniegu specjalnie mi nie przeszkadzało, to dochodzę do wniosku, że człowiek strasznie się rozleniwił.
Wyznaczona trasa przejazdu miała trochę przekroczyć 25km. i tak rzeczywiście się stało. Pierwszy cel wyjazdu to cmentarz w Niewodnicy Kościelnej. Ładnie położony na wzgórzu. Otoczony kamiennym murem, który od strony drogi głównej jest dobrze utrzymany, zaś z pozostałych stron wciąż czeka na remont. Na teren cmentarza wchodzi się przez murowaną bramę, za która po prawej stronie jest lapidarium. Kilkanaście żelaznych krzyży i każdy inny. Takie lapidarium to także hołd dla dawnych, okolicznych kowali.
Przeszedłem się trochę po cmentarzu. Ze współczesnymi grobami sąsiadują te z XIXw. I te ostatnie wyróżniają się zdecydowanie na plus. Nieważne czy małe, zaznaczone jedynie żelaznym krzyżem, czy rozbudowane, należące do bogatszych mieszkańców. Wszystkie one postawione są z wyczuciem smaku. Nad wszystkim góruje kaplica z 1872r. Niestety była zamknięta i nie dało się zajrzeć do środka.
Jak ktoś zajrzy w tamte okolice warto zainteresować się tablicą obok bramy wejściowej. Jest tam plan cmentarza z zaznaczonymi najciekawszymi nagrobkami. Oczywiście warto znaleźć też te, które nie są opisane.
Z cmentarza pojechałem w kierunku Ignatek. Dostałem informację, że moja skrzynka "Wejście smoka" jest w złym stanie. Skrzynką ktoś się zainteresował, ale pewnie po przejrzeniu zawartości i nieznalezieniu niczego wartościowego, wyrzucił jak śmiecia. Zaginął przez to jeden z geokretów, którego porwał pewnie wiatr. Logbook przypominał raczej mokrą ścierkę, a pozostałe fanty brudne. Zmieniłem pojemnik, dałem nowy logbook, wytarłem fanty i ukryłem ponownie.
Tuż obok stoi drugi opuszczony budynek. Był chyba do tej pory ogrodzony, więc pewnie dlatego do niego nie zaglądałem. Tak mi się przynajmniej kojarzy. Tym razem korzystając z braku barier postanowiłem go zwiedzić. Parter był przez jakiś czas używany. Dostępu bronią zamknięte drzwi, ale z boku już ich nie ma i można obejrzeć co zostało po jakiejś firmie. Niewiele tego zostało. Stare skrzynki narzędziowe, jakieś pismo z prośbą o wycenę naprawy, czy elementy do zniczy. Ale i prawdziwy skarb znalazłem. Całe pudełko świetlówek, wydaje się, że nie używane.
Pozostało jeszcze wejść na wyższe piętra. Z pewnej odległości widziałem, że klatka schodowa ogrodzona jest siatką, pozostało wiec poszedłem poszukać innej drogi. Jedyną nadającą się drogą wydawał się dźwig do transportu materiałów budowlanych na wyższe piętra. Kto wie ile lat tam stoi i czy nie oderwie się od ściany? Pomyślałem, że lepiej będzie zobaczyć czy siatki odgradzającej klatkę nie da się jakoś przejść. Z bliska okazało się, że można ją normalnie otworzyć i w miarę bezpiecznie zwiedzić wyższe kondygnacje. Akurat wyżej nie ma nic ciekawego. Stosy pustaków do budowy ścianek działowych, czasem worek po cemencie. Za to na samej górze dobry widok na cały kompleks przemysłowy. I przy okazji jest dobre miejsce na kesza. Może ktoś tam założy skrzynkę?
Przede mną ostatnie miejsce w jakie planowałem zajrzeć podczas przejażdżki. Chodzi o opuszczony magazyn w Lesie Solnickim. By się do niego dostać, najwygodniej jechać polną drogą od jednostki wojskowej, mając nieużywaną strzelnicę po prawej. Przy jej końcu skręcić w lewo i zaraz w prawo. Wiosną budynek będzie bardziej się maskował przez liście, ale teraz widać go z daleka. Uważać trzeba tylko na drut kolczasty, w który niestety się zaplątałem i zaliczyłem upadek. Dobrze, że przy małej prędkości, więc nic mi się nie stało, ale i tak drut owinął mi się wokół stopy niczym pętla kłusownicza i musiałem się trochę nagimnastykować, by się uwolnić. W końcu dotarłem do magazynu. W gruncie rzeczy niepozorny budynek, tak około 17x7 metrów. Wokół resztki dawnego ogrodzenia z drutu kolczastego i słupy oświetleniowe. Betonowe jeszcze stoją lub same się wywróciły, natomiast drewniane zostały ścięte. Przeszedłem się po ogrodzonym terenie i znalazłem jeszcze dwa budyneczki otoczone wysokim wałem ziemnym. Może służyły wartownikom?
Wróciłem do głównego magazynu. Ciężko stwierdzić jakim celom służył. Nie zostały najmniejsze ślady, mogące naprowadzić na trop tego co tu trzymano. Budynek może wydawać się nudny, ale ciekawostką są napisy i "wydrapanki" na murze, pozostawione przez rezerwistów, którzy zapewne pełnili tu wartę. Zostało jeszcze ukryć kesza. Problem w tym, że nie było zakamarków nadających się na naturalną skrytkę. Do tego przyplątał się jakiś pan żul, który nabrał ogromnej ochoty na dywagacje, co tu też mogło być. W końcu udało mi się znaleźć w miarę ciemny kąt i tam położyłem kesza. Nie jestem zbyt zadowolony z miejsca, ale bez specjalnego maskowania nic tam się chyba lepszego nie znajdzie.
Można już wracać do domu. I pozostaje się cieszyć, że akurat wstrzeliłem się z pogodą, bo dzień wcześniej lało cały czas, a dziś jak piszę te słowa, wiatr głowy zrywa. W gruncie rzeczy taką zimę to ja lubię.
Wyznaczona trasa przejazdu miała trochę przekroczyć 25km. i tak rzeczywiście się stało. Pierwszy cel wyjazdu to cmentarz w Niewodnicy Kościelnej. Ładnie położony na wzgórzu. Otoczony kamiennym murem, który od strony drogi głównej jest dobrze utrzymany, zaś z pozostałych stron wciąż czeka na remont. Na teren cmentarza wchodzi się przez murowaną bramę, za która po prawej stronie jest lapidarium. Kilkanaście żelaznych krzyży i każdy inny. Takie lapidarium to także hołd dla dawnych, okolicznych kowali.
Przeszedłem się trochę po cmentarzu. Ze współczesnymi grobami sąsiadują te z XIXw. I te ostatnie wyróżniają się zdecydowanie na plus. Nieważne czy małe, zaznaczone jedynie żelaznym krzyżem, czy rozbudowane, należące do bogatszych mieszkańców. Wszystkie one postawione są z wyczuciem smaku. Nad wszystkim góruje kaplica z 1872r. Niestety była zamknięta i nie dało się zajrzeć do środka.
Jak ktoś zajrzy w tamte okolice warto zainteresować się tablicą obok bramy wejściowej. Jest tam plan cmentarza z zaznaczonymi najciekawszymi nagrobkami. Oczywiście warto znaleźć też te, które nie są opisane.
Z cmentarza pojechałem w kierunku Ignatek. Dostałem informację, że moja skrzynka "Wejście smoka" jest w złym stanie. Skrzynką ktoś się zainteresował, ale pewnie po przejrzeniu zawartości i nieznalezieniu niczego wartościowego, wyrzucił jak śmiecia. Zaginął przez to jeden z geokretów, którego porwał pewnie wiatr. Logbook przypominał raczej mokrą ścierkę, a pozostałe fanty brudne. Zmieniłem pojemnik, dałem nowy logbook, wytarłem fanty i ukryłem ponownie.
Tuż obok stoi drugi opuszczony budynek. Był chyba do tej pory ogrodzony, więc pewnie dlatego do niego nie zaglądałem. Tak mi się przynajmniej kojarzy. Tym razem korzystając z braku barier postanowiłem go zwiedzić. Parter był przez jakiś czas używany. Dostępu bronią zamknięte drzwi, ale z boku już ich nie ma i można obejrzeć co zostało po jakiejś firmie. Niewiele tego zostało. Stare skrzynki narzędziowe, jakieś pismo z prośbą o wycenę naprawy, czy elementy do zniczy. Ale i prawdziwy skarb znalazłem. Całe pudełko świetlówek, wydaje się, że nie używane.
Pozostało jeszcze wejść na wyższe piętra. Z pewnej odległości widziałem, że klatka schodowa ogrodzona jest siatką, pozostało wiec poszedłem poszukać innej drogi. Jedyną nadającą się drogą wydawał się dźwig do transportu materiałów budowlanych na wyższe piętra. Kto wie ile lat tam stoi i czy nie oderwie się od ściany? Pomyślałem, że lepiej będzie zobaczyć czy siatki odgradzającej klatkę nie da się jakoś przejść. Z bliska okazało się, że można ją normalnie otworzyć i w miarę bezpiecznie zwiedzić wyższe kondygnacje. Akurat wyżej nie ma nic ciekawego. Stosy pustaków do budowy ścianek działowych, czasem worek po cemencie. Za to na samej górze dobry widok na cały kompleks przemysłowy. I przy okazji jest dobre miejsce na kesza. Może ktoś tam założy skrzynkę?
Przede mną ostatnie miejsce w jakie planowałem zajrzeć podczas przejażdżki. Chodzi o opuszczony magazyn w Lesie Solnickim. By się do niego dostać, najwygodniej jechać polną drogą od jednostki wojskowej, mając nieużywaną strzelnicę po prawej. Przy jej końcu skręcić w lewo i zaraz w prawo. Wiosną budynek będzie bardziej się maskował przez liście, ale teraz widać go z daleka. Uważać trzeba tylko na drut kolczasty, w który niestety się zaplątałem i zaliczyłem upadek. Dobrze, że przy małej prędkości, więc nic mi się nie stało, ale i tak drut owinął mi się wokół stopy niczym pętla kłusownicza i musiałem się trochę nagimnastykować, by się uwolnić. W końcu dotarłem do magazynu. W gruncie rzeczy niepozorny budynek, tak około 17x7 metrów. Wokół resztki dawnego ogrodzenia z drutu kolczastego i słupy oświetleniowe. Betonowe jeszcze stoją lub same się wywróciły, natomiast drewniane zostały ścięte. Przeszedłem się po ogrodzonym terenie i znalazłem jeszcze dwa budyneczki otoczone wysokim wałem ziemnym. Może służyły wartownikom?
Wróciłem do głównego magazynu. Ciężko stwierdzić jakim celom służył. Nie zostały najmniejsze ślady, mogące naprowadzić na trop tego co tu trzymano. Budynek może wydawać się nudny, ale ciekawostką są napisy i "wydrapanki" na murze, pozostawione przez rezerwistów, którzy zapewne pełnili tu wartę. Zostało jeszcze ukryć kesza. Problem w tym, że nie było zakamarków nadających się na naturalną skrytkę. Do tego przyplątał się jakiś pan żul, który nabrał ogromnej ochoty na dywagacje, co tu też mogło być. W końcu udało mi się znaleźć w miarę ciemny kąt i tam położyłem kesza. Nie jestem zbyt zadowolony z miejsca, ale bez specjalnego maskowania nic tam się chyba lepszego nie znajdzie.
Można już wracać do domu. I pozostaje się cieszyć, że akurat wstrzeliłem się z pogodą, bo dzień wcześniej lało cały czas, a dziś jak piszę te słowa, wiatr głowy zrywa. W gruncie rzeczy taką zimę to ja lubię.
sobota, 30 listopada 2013
Krzemianka
Zaczyna się coroczna zabawa z Adwentowym Kalendarzem Quizowym, trzeba więc trochę dotlenić mózg, by mógł wejść na najwyższe obroty. Pogoda nie zachęcała do wyjścia, bo zimno i mżawka padała. Listopad przypomniał sobie w końcu jak powinien wyglądać.
Postanowiłem wyskoczyć autem kilka kilometrów za Białystok do rezerwatu Krzemianka. Ma on głównie chronić naturalny fragment Puszczy Knyszyńskiej z zespołem sporych źródlisk. Na terenie rezerwatu odkryto też ślady prehistorycznej kopalni krzemienia. Trzeba przyznać, że nasi przodkowie wykazali się nie lada zmysłem handlowym, budując kopalnie tuż obok krajowej "ósemki". I do Jaćwingów dobra droga i do reszty Polski też niezgorsza.
Auto zostawiłem na parkingu leśnym, na początku ścieżki przez rezerwat. Pierwszy, świetny odcinek ścieżki, zapowiadał miły spacer. Miękkie podłoże igieł to istny raj dla nóg, szczególnie gdy sobie przypomnę ostatni, całodzienny marsz po Warszawie. Do tego wyniosłe świerki i sosny. Może zbyt wcześnie to się skończyło, ale dalej było jeszcze lepiej.
Jako że rezerwat chroni min. źródliska, nic dziwnego, że zaczęło robić się mokro. Przez większe obniżenia w których stała woda przeszedłem krótkimi kładkami. Z czasem jednak teren podmokły zrobił się na tyle rozległy, że kładka prowadziła mnie już bez przerwy. Przystawałem co chwilę bo okolice naprawdę piękne. Wielkie wykroty, uschnięte drzewa, jak i wciąż żywe, dywany mchów i powalone pnie. Jednym słowem wokół mnie rozciągała się prawdziwa dzicz. Jak się okazało przyroda nie odpuszcza też kładce i w niektórych miejscach próbuje się jej pozbyć.
Wzdłuż ścieżki rozstawione są tablice. Jedne mniej, inne bardziej ciekawe. A to dowiedziałem się, że dzięcioł między dziobem a czaszką ma "amortyzatory", a to że do przyrostu o 1kg. drzewo potrzebuje do 370l. wody, czy też o której jaki ptaszek zaczyna swoje trele. Niestety nie dane mi było dostrzec żadnego zwierza. Jedynie dwa razy, w miejscach trochę bardziej suchych, w gęstwinie pomknął być może jeleń, bo strasznie hałasował łamanymi gałązkami. Za to przy samej kładce można obejrzeć żeremie bobra.
Doszedłem do końca kładki przez mokradła i stanąłem przed dylematem. Ścieżka w prawo czy w lewo. Żadnych oznaczeń co do szlaku, a obie równie dobrze wydeptane. Wybrałem tę w lewo i jak się okazało na pewien czas zszedłem ze szlaku. Ale nie chciało mi się już wracać i nadrobiłem około kilometra. Jak wiadomo ruch to zdrowie, a i od marszu dość ciepło mi się zrobiło. W końcu dotarłem z powrotem na ścieżkę. Doszedłem nią na polanę gdzie stoi ogromna wieża o wdzięcznej nazwie dostrzegalnia przeciwpożarowa. Szkoda że nie można na nią wejść, bo schodki kuszą, oj kuszą. Przy polanie schowany był kesz "ted78_Krzemianka" OP06B5, który udało odnaleźć się bez problemu. Zajrzałem też do barci, która o tej porze roku jest już niestety pusta i nie było miodu.
Po własnych śladach wróciłem do miejsca gdzie kończyła się kładka. Tym razem wybrałem ścieżkę w prawo, dzięki czemu dotarłem do tablicy opowiadającej o źródliskach. Spisałem co trzeba i miałem już wszystkie elementy układanki do virtuala "BURZA V3 "Kładka rezerwatu Krzemianka" OP13BA. Jej zdobycie dostarcza tylu wrażeń, że nawet brak pojemnika nie jest żadnym minusem. Nie chciało mi się jeszcze wracać, postanowiłem więc jeszcze trochę pokręcić się po lesie. Dzięki temu spotkałem dzika zaklętego w drzewo. Pewnie za życia strasznie musiał nagrzeszyć, wykopując rolnikom ziemniaki z pola.
Po niecałych trzech godzinach uznałem, że dość już dotleniania i wróciłem do auta. Oczywiście kładką bo inaczej prze mokradła nie się przejść. w drodze powrotnej zahaczyłem jeszcze o kesza "Tajemnice bobrow (wojtech_2)" OP0018. Tytuł jest trochę mylący bo bobrów w okolicy nie stwierdziłem. Może gdzieś dalej w głębi lasu, gdzie jak się wydaje powinna płynąć rzeczka. W każdym razie miejsce ładne i spokojne. Tym razem udało się bez problemów. Wystarczyło poczytać wcześniejsze logi.
Przejażdżka na plus. Lekka, łatwa i przyjemna. Teraz tylko pozostaje czekać na zagadki i czy będą takie jak wycieczka, czy wręcz odwrotnie?
Postanowiłem wyskoczyć autem kilka kilometrów za Białystok do rezerwatu Krzemianka. Ma on głównie chronić naturalny fragment Puszczy Knyszyńskiej z zespołem sporych źródlisk. Na terenie rezerwatu odkryto też ślady prehistorycznej kopalni krzemienia. Trzeba przyznać, że nasi przodkowie wykazali się nie lada zmysłem handlowym, budując kopalnie tuż obok krajowej "ósemki". I do Jaćwingów dobra droga i do reszty Polski też niezgorsza.
Auto zostawiłem na parkingu leśnym, na początku ścieżki przez rezerwat. Pierwszy, świetny odcinek ścieżki, zapowiadał miły spacer. Miękkie podłoże igieł to istny raj dla nóg, szczególnie gdy sobie przypomnę ostatni, całodzienny marsz po Warszawie. Do tego wyniosłe świerki i sosny. Może zbyt wcześnie to się skończyło, ale dalej było jeszcze lepiej.
Jako że rezerwat chroni min. źródliska, nic dziwnego, że zaczęło robić się mokro. Przez większe obniżenia w których stała woda przeszedłem krótkimi kładkami. Z czasem jednak teren podmokły zrobił się na tyle rozległy, że kładka prowadziła mnie już bez przerwy. Przystawałem co chwilę bo okolice naprawdę piękne. Wielkie wykroty, uschnięte drzewa, jak i wciąż żywe, dywany mchów i powalone pnie. Jednym słowem wokół mnie rozciągała się prawdziwa dzicz. Jak się okazało przyroda nie odpuszcza też kładce i w niektórych miejscach próbuje się jej pozbyć.
Wzdłuż ścieżki rozstawione są tablice. Jedne mniej, inne bardziej ciekawe. A to dowiedziałem się, że dzięcioł między dziobem a czaszką ma "amortyzatory", a to że do przyrostu o 1kg. drzewo potrzebuje do 370l. wody, czy też o której jaki ptaszek zaczyna swoje trele. Niestety nie dane mi było dostrzec żadnego zwierza. Jedynie dwa razy, w miejscach trochę bardziej suchych, w gęstwinie pomknął być może jeleń, bo strasznie hałasował łamanymi gałązkami. Za to przy samej kładce można obejrzeć żeremie bobra.
Doszedłem do końca kładki przez mokradła i stanąłem przed dylematem. Ścieżka w prawo czy w lewo. Żadnych oznaczeń co do szlaku, a obie równie dobrze wydeptane. Wybrałem tę w lewo i jak się okazało na pewien czas zszedłem ze szlaku. Ale nie chciało mi się już wracać i nadrobiłem około kilometra. Jak wiadomo ruch to zdrowie, a i od marszu dość ciepło mi się zrobiło. W końcu dotarłem z powrotem na ścieżkę. Doszedłem nią na polanę gdzie stoi ogromna wieża o wdzięcznej nazwie dostrzegalnia przeciwpożarowa. Szkoda że nie można na nią wejść, bo schodki kuszą, oj kuszą. Przy polanie schowany był kesz "ted78_Krzemianka" OP06B5, który udało odnaleźć się bez problemu. Zajrzałem też do barci, która o tej porze roku jest już niestety pusta i nie było miodu.
Po własnych śladach wróciłem do miejsca gdzie kończyła się kładka. Tym razem wybrałem ścieżkę w prawo, dzięki czemu dotarłem do tablicy opowiadającej o źródliskach. Spisałem co trzeba i miałem już wszystkie elementy układanki do virtuala "BURZA V3 "Kładka rezerwatu Krzemianka" OP13BA. Jej zdobycie dostarcza tylu wrażeń, że nawet brak pojemnika nie jest żadnym minusem. Nie chciało mi się jeszcze wracać, postanowiłem więc jeszcze trochę pokręcić się po lesie. Dzięki temu spotkałem dzika zaklętego w drzewo. Pewnie za życia strasznie musiał nagrzeszyć, wykopując rolnikom ziemniaki z pola.
Po niecałych trzech godzinach uznałem, że dość już dotleniania i wróciłem do auta. Oczywiście kładką bo inaczej prze mokradła nie się przejść. w drodze powrotnej zahaczyłem jeszcze o kesza "Tajemnice bobrow (wojtech_2)" OP0018. Tytuł jest trochę mylący bo bobrów w okolicy nie stwierdziłem. Może gdzieś dalej w głębi lasu, gdzie jak się wydaje powinna płynąć rzeczka. W każdym razie miejsce ładne i spokojne. Tym razem udało się bez problemów. Wystarczyło poczytać wcześniejsze logi.
Przejażdżka na plus. Lekka, łatwa i przyjemna. Teraz tylko pozostaje czekać na zagadki i czy będą takie jak wycieczka, czy wręcz odwrotnie?
środa, 27 listopada 2013
Kilka pocztówek z Warszawy
Po raz drugi korzystając z fajnych promocji, jakie można znaleźć w necie, udało mi się kupić bilet do Warszawy i na powrót za 25zł. Namówiłem na wyjazd dobrego kolegę od wypraw keszerskich, i nie tylko, MiszkęWu, bo z kimś zawsze raźniej. Jak zwykle okazało się, że plan w teorii, a plan w praktyce to dwie różne sprawy. Przemieszczanie się na piechotę okazało się bardziej meczące niż myślałem. Już w Warszawie znaleźliśmy wypożyczalnię rowerów miejskich, ale co z tego, jak niestety nie można płacić gotówką. Niby wiedziałem, że ten system działa w stolicy, ale nie przyszło mi do głowy wcześniej, że można z niego skorzystać. Trudno, ale jeżeli kolejny raz trafi się okazja na wizytę w stolicy i będzie spory kawałek do przejścia, skorzystam z wypożyczalni z pewnością.
Do Warszawy dotarliśmy parę minut po ósmej rano. Pierwsza atrakcja widziana jeszcze za szyb autobusu to Kanał Królewski. Taką tabliczkę zobaczyłem przy jednym moście, który mijaliśmy i długo zastanawiałem się dlaczego o takim nie słyszałem, a przecież kanał jest naprawdę spory. Kolega twierdził, ze to po prostu Kanał Żerański, ale ja niespecjalnie wierzyłem i dopiero w domu przekonałem się, że rzeczywiście tak jest.
Z dworca autobusowego Młociny poszliśmy do pobliskiego lasu w miejsce virtuala "Menelosada" OP03D6, ale co tam widzieliśmy nie napiszę, bo to tajemnica. Za to idąc na miejsce wskazane przez GPS, mijaliśmy hałdy śmieci. Jeszcze w życiu nie widziałem tak zasyfionego lasu.
Południowym skrajem Huty Warszawa, która dziś nosi jakąś zagraniczną nazwę, której nawet nie zapamiętałem, dotarliśmy do kesza "Najeźdźcy z Kosmosu" OP2232. Po drodze minęliśmy jakąś instalację, która wygląda jak pognieciona trąba, albo kanciasty robal. Potem ciekawą rzeźbę "Warszawianka", by w końcu obejrzeć pomnik dla 30 Pułku Strzelców Kaniowskich. Rzeczywiście jego forma może przypominać trzy stwory, jako forpoczta najeźdźców z kosmosu. Wyglądają jak żywcem wyjęte z "Gwiezdnych Wojen", bardziej z ciemnej strony mocy. Kto wie, może udają tylko uśpienie? Z całą pewnością kosmici nie maja dobrych zamiarów, a E.T. to tylko ich tania propaganda.
Przez jakże piękne bloki Bielan dotarliśmy do kesza "wieczne koszary" OP2C8F. W miejscu gdzie powinien być akurat kręciło się dwóch mugoli. To była okazja by choć zza płotu obejrzeć cmentarz. Okazało się jednak, ze mimo tabliczek na płocie o godzinach otwarcia, nekropolia była dostępna. Przez piękną, kutą w żelazie, furtkę weszliśmy do środka. I jak to na żołnierskim cmentarzu, identyczne nagrobki, stojące w równym rzędzie, przypominają o złym czasie wojny. Szczególną uwagę zwracają imiona. Antonio, Francisco, itp. Brzmią trochę egzotycznie, bo do niemieckich czy rosyjskich już się człowiek przyzwyczaił. A co do kesza to go nie znaleźliśmy.
Zaraz za cmentarzem jest stadion Hutnika Warszawa. Sporo jest klubów sportowych w Warszawie. O tym usłyszałem kilka lat temu, kiedy przypadkowo dowiedziałem się o ciekawym hobby, jakim jest jeżdżenie na mecze najniższych lig. Niestety nie pamiętam, jak to się nazywa. Akurat Hutnik cieszył się wśród tych ludzi wielka estymą, bo zazwyczaj swe mecze wygrywał imponującą różnicą bramek. Sam stadion był oczywiście zamknięty, ale że kesz "Hutnik Warszawa" OP1F37 jest przy ogrodzeniu, nie było trudności z jego znalezieniem.
By dostać się do następnego kesza "Bielański Fort" OP2038 musieliśmy najpierw wydostać się z terenów sportowych Hutnika. Ogrodzone wysokim płotem, ale na szczęście znaleźliśmy bramę, przez którą można przejść górą bez problemu. GPS doprowadził nas w miejsce, które niespecjalnie zgadzało się ze spojlerami, ale kilka metrów dalej stan faktyczny i zdjęcia w miarę się zgadzały. Co z tego skoro skrzynki i tak nie znaleźliśmy. Przeszukaliśmy pewien element, ale jak już w domu dokładnie poczytałem logi, prawdopodobnie niezbyt dokładnie. Niestety fort też nie zachwycił, pewnie dlatego, że go nie ma. Zostały jedynie obiekty ziemne, ale taka dziura w ziemi, to może być przyjemność jedynie dla prawdziwych pasjonatów.
Jak już odwiedziłem Warszawę trzeba i Wisłę zobaczyć. Doskonałym pretekstem był kesz "Most Północny vel Marii Skłodowskiej-Curie" OP4B82. Jeden z tych do których droga była daleka i szliśmy, szliśmy, aż dotarliśmy. Na moście ruch aut ogromny, przez co głośno było niesamowicie. A jeszcze warszawscy kierowcy mają jakąś dziwną tendencję do nadużywania klaksonu. Za to widok na zamgloną Wisłę naprawdę fajny. Zaskoczyła mnie wolno płynąca barka ze żwirem. Myślałem, że naszych rzek nie wykorzystuje się już jako drogi transportu.Co najwyżej pływają po nich statki wycieczkowe, a tu taka niespodzianka.
Z mostu znów czekał nas długi spacer przez Las Bielański. Nawet nie spodziewałem się, że w tak dużym mieście można znaleźć tak piękne dęby. Gdyby nie szerokie i mocno wydeptane ścieżki, hałaśliwa droga kilkadziesiąt metrów dalej, można by się poczuć jak w wielkiej puszczy. Zastanowiło mnie, czemu na niektórych ścieżkach jest zakaz jazdy rowerem. Rowerzysta chyba nie robi większych szkód niż pieszy. Dziwne to. I tak dotarliśmy do kesza "Rocznicowy dąb" OP04C5. Z tablicy wynikało, że miejsce to jest jednocześnie punktem widokowym, ale niestety wysokie zarośla zasłaniają wszystko. Skorzystaliśmy za to z pobliskich stołów i ławek jako miejsce na mały posiłek, bo dzień był raczej chłodny i trzeba było uzupełnić kalorie.
U podnóża wzniesienia na którym rośnie dąb jest źródełko. Jak się okazało zabytkowe. Mały postument z wazą na górze i płaskorzeźba ryby na dole, z której pyska wypływa woda. Nie próbowaliśmy jej smaku, bo niestety stan wody na to nie pozwalał. Nie znaleźliśmy też kesza "Źródełko na Bielanach" OP0C71. Na miejscu zastaliśmy jedynie dziury na pół metra. Widać ktoś grzebał przed nami i też nie znalazł. Ale przynajmniej mógł zasypać po sobie te doły.
Wróciliśmy na górę i udaliśmy się do kesza "Kwas Deoksyrybonukleinowy na Bielanach" OP43C6. Instalację odnaleźliśmy bez problemu. Wejście na schodki broni siatka. Dość niska i dało by się przez nią przejść. Wszedłem kilka stopni na górę, ale deski nie wyglądały na zdrowe, a cała konstrukcja, dość ażurowa, chwiała się na boki przy każdym kroku. Dałem sobie spokój, bo wyobraziłem sobie lecącego w dół z całą konstrukcją. Na ten rok dość mam takich atrakcji. Nie żałuje jednak, że tam dotarliśmy. Piękny kościół późnobarokowy z jeszcze piękniejszym wnętrzem. Otoczenie może jedynie nieszczególne, bo część budynków uniwersytetu kardynała Wyszyńskiego to lekko zaniedbany PRL. Jakby tego było mało, w pomieszaniu zabytków i nowoczesności, znalazło się też trochę miejsca na sztukę ludową.
Czas na dalsze zwiedzanie Lasu Bielańskiego. Trzeba przyznać, że jest dość ładny. Tym razem kawałek przeszliśmy asfaltową ulicą, by w odpowiednim momencie skręcić do kesza "Smerfny las" OP23A3. Jak to w lesie, GPS trochę zwodzi, ale tym razem miejsce ukrycia wskazywał geokret. Leżał sobie na ziemi luzem, pewnie uciekł ze skrzynki. Wobec takiego stanu rzeczy wystarczyło trochę rozgarnąć liście, grzebnąć w ziemi i kesz był w ręku. Skoro ten kret nie chciał siedzieć , podmieniłem go na innego, a że miałem akurat takiego w kolorze niebieskim, doskonale dopasował się do skrzynki.
Opuściliśmy las Bielański, by wkroczyć na teren Lasku Lindego. Powoli zastanawiam się gdzie ja przyjechałem. Wielka metropolia, a ja z lasu wyjść nie mogę. Nie powiem, uwielbiam lasy, ale chciałoby się poczuć wielkomiejski klimat. A tak powoli zaczynam rozglądać się czy zza drzewami nie mignie sylwetka żubra. Póki co znaleźliśmy kesza "Lasek Lindego" OP0E75. Poczułem się prawie jak w domu i naszych keszy starszej daty. Trzeba było znaleźć pieniek w lesie i trochę pokopać.
Kilkanaście metrów dalej, podobnie schowany był kesz "Geotel "Wiewiórka" OP2559. Z tą różnicą, że tym razem pieniek trochę bardziej charakterystyczny. Z geohotelu skrzynka przerodziła się w zwykłą. Brak było kretów. Za to jej nazwa wyjaśniła się parę kroków dalej. Zaczynało się tam wiewiórkowe eldorado. Dokarmiane przez starsze panie, biegały po każdej stronie. Trzymały bezpieczną odległość, ale zdecydowanie bliżej niż te które do tej pory widziałem.
Od skrzynki ludzi coraz więcej co było znakiem, że zbliżamy się do cywilizacji. Ostatnie spojrzenie na warszawskie lasy jesienią, które pozostawiły we mnie miłe wspomnienia. Poza tym obok stacji Młociny, z ciekawie ukształtowanym terenem, wieloma wspaniałymi drzewami i co najważniejsze, czystymi.
Wyszliśmy na ulicy Szaflarskiej, przy której ukryty był kesz "Latarnie gazowe na Bielanach" OP32CB. Wspomniane latarnie są dopełnieniem pięknych uliczek. Szaflarskiej, Grębałowskiej, Cegłowskiej. W moim prywatnym rankingu, miejsc w których mógłbym teoretycznie mieszkać, okoliczne domy zajęły dość wysokie miejsce. Obok starych domów stoją nowoczesne budynki, ale zupełnie się nie gryzą, a wręcz uzupełniają.
Niestety dość szybko opuściliśmy ciekawe uliczki i dotarliśmy na teren AWF. Przedwojenne budynki, lekko nadgryzione zębem czasu. Koledze nasuwały się skojarzenia z zabudową Gdyni. Mi coś innego chodziło po głowie i dopiero w Białymstoku, przejeżdżając obok naszego Teatru Dramatycznego, zaskoczyła odpowiednia zapadka. W ogóle podoba mi się ten okres w architekturze. Proste bryły, ale połączone w ciekawe konstrukcje. Przy okazji chcieliśmy podjąć kesza "kuźnia olimpijczyków" OP3490, ale tym razem rozwaga znów wzięła w górę. Czyżby człowiek się starzał? Kesza widzieliśmy, ale żeby do niego się wspiąć, dobrze by było mieć wąskie buty, albo wspiąć się bez nich, by mieć w miarę pewne oparcie nóg. Ta druga opcja była teoretycznie możliwa, ale z racji tego, że było mokro, daliśmy spokój.
Teren AWF-u opuściliśmy jakimiś opłotkami i starymi garażami z małymi warsztatami. Dotarliśmy do kesza "bio5_009 - Lodowisko" OP0504. Miejsce, które wywarło na mnie niemałe wrażenie. Pół biedy z lodowiskiem, które jest teraz placem manewrowym do nauki jazdy. Zdziwiła mnie za to stadnina w środku miasta. Wielka kupa siana, jakieś podniszczone budynki gospodarcze, konie za ogrodzeniem z sznurka, a po drugiej stronie ulicy stoją bloki. Dość ciekawy kontrast.
Czas w końcu na odwiedziny u największych kłamczuchów w Polsce. I wcale nie mam tu na myśli polityków, ale speców od pogody. Równie dobrze można słuchać góralskich przepowiadaczy z cyklu "będzie padać, albo i nie będzie, zależy od tego czy deszcz przyjdzie, czy nie przyjdzie". Moją niechęć trochę złagodził kesz "Instytut meteorologii" OP10AD, ale tylko trochę.
Kolejny kesz "Stawy Kellera" OP235D, szybko podjęty i szybki odwrót. Miejsce naprawdę ładne. Mały, zadbany kawałek zieleni ze stawem. Niestety trafiliśmy na niemiły zapaszek, niezbyt silny, ale dokuczliwy.
Przed nami znów większy odcinek na nogach, a te zaczynają już odczuwać przebyte kilometry. Póki co doszliśmy do kesza "Park Harcerskiej Poczty Polowej" OP5D8A. Ciężko byłoby tu coś o nim napisać, ale trochę nas zaskoczył leżąc sobie spokojnie na trawniku. Z logów wyczytałem, że to już nie pierwsza taka sytuacja. Podejrzewam, że to jakieś zwierzę ją stamtąd wyciąga, a najpewniej jakiś pies.
Kolejna skrzynka "Miecz" OP2C17 to był dla mnie główny punkt wycieczki. Ilekroć przy okazji przejazdu przez Warszawę widziałem ten miecz, zastanawiały mnie te konstrukcje obok. Niby można sprawdzić w necie, ale zawsze zapominałem zaraz po tym jak je mijałem. Miałem przeróżne teorie, a jedna mówiła nawet, że to pozostałości po reklamie gazów technicznych, a te walce to butle np z acetylenem. Cóż, jak się okazało to część pomnika, a jedna z zagadek życia doczekała się rozwiązania.
Kolejne trzy skrzynki, to były virtuale. Podejrzewam, że do wszystkich hasło da się zdobyć nie wstając od komputera, ale ja nie uznaje takiego zbierania i nawet gdy hasło jest oczywiste, muszę się stawić w miejscu osobiście. Te kesze to: "Enigma" OP0158, "matti2; Stanisław Skrypij" OP0A22 i "Pablo Picasso" OP015A. W ogóle tablic w Warszawie co niemiara. Ma się czasem wrażenie, że każdy budynek ma jakąś. Ale też fajnie tak mieszkać w miejscu, które ma jakąś historię. A już całkowicie zaskakuje symboliczna mogiła powstańca, schowana przy ulicy Cieszkowskiego. Tu grób, tam fryzjer i wszyscy są zadowoleni.
Wędrując uliczkami Żoliborza dotarliśmy do kesza "Skwerek Kompanii AK "Żniwiarz" OP68EC. Ładny kawałek zieleni i można było nawet przysiąść na ławce by trochę odpocząć. Wokół są i pojedyncze domy i szare bloki. Ale, że niewysokie i nie wciśnięte "na styk", okolica może się nawet podobać.
Po krótkim odpoczynku na skwerze ruszyliśmy po kesza "Bul.... bul... bul..." OP2F50. Jest tam jeszcze jeden, bardziej ekstremalny, ale nawet nie próbowaliśmy. Akurat dotarliśmy na miejsce, kiedy zaczęła się szarówka i bąbelki zaczęły działać. Z pewnością w nocy robią najlepsze wrażenie, jak światła dodatkowo odbijają się w wodzie pobliskiego stawu, ale i tak wniosły kolor w ten szary dzień. Niestety aparatem nie dałem rady uchwycić efektu "bąblowania", ale humor poprawiony i pomyślałem, że czas kończyć powoli wycieczkę i uczcić ją jakimiś bąbelkami.
Jeszcze niedaleko był kesz "Centrum Olimpijskie" OP1BC2, więc żal było go zostawiać. Nowoczesny budynek trochę kontrastuje z dzikimi i zapuszczonymi terenami wokół. Sam kesz ukryty jest też w wielkich, zapomnianych blokach betonu lezących tam już pewnie ładnych parę lat. Przynajmniej podjąć można go w spokoju, bo terem centrum jest pewnie nieźle pilnowany. Na jednym z betonów ciekawy napis "NIE CZEKAJ AŻ ŚCIANY SIĘ ROZSYPIĄ DZWOŃ 997". Do tego by dojść, co poeta miał na myśli, moja głowa jest za mała.
Czas już było powoli wracać na Młociny. Oczywiście metrem, ale najpierw trzeba było coś zjeść. Na Placu Wilsona zachęceni wielkim, czerwonym neonem odwiedziliśmy sklepy PSS. Znaleźliśmy też tam fajna knajpkę na piętrze, gdzie na klatce schodowej są dość ciekawe płytki z płaskorzeźbą... stwora morskiego?
Na dworcu w Młocinach chwilę poczekaliśmy na nasz autobus, by po trzech godzinach być w Białymstoku. Zmęczony, ale zadowolony z wycieczki. Pewnie nie ostatniej takiej, ale z pewnością na piechotę nie będę już chodził, bo od łażenia cały dzień po asfalcie czy betonie, nogi włażą w d...
Do Warszawy dotarliśmy parę minut po ósmej rano. Pierwsza atrakcja widziana jeszcze za szyb autobusu to Kanał Królewski. Taką tabliczkę zobaczyłem przy jednym moście, który mijaliśmy i długo zastanawiałem się dlaczego o takim nie słyszałem, a przecież kanał jest naprawdę spory. Kolega twierdził, ze to po prostu Kanał Żerański, ale ja niespecjalnie wierzyłem i dopiero w domu przekonałem się, że rzeczywiście tak jest.
Z dworca autobusowego Młociny poszliśmy do pobliskiego lasu w miejsce virtuala "Menelosada" OP03D6, ale co tam widzieliśmy nie napiszę, bo to tajemnica. Za to idąc na miejsce wskazane przez GPS, mijaliśmy hałdy śmieci. Jeszcze w życiu nie widziałem tak zasyfionego lasu.
Południowym skrajem Huty Warszawa, która dziś nosi jakąś zagraniczną nazwę, której nawet nie zapamiętałem, dotarliśmy do kesza "Najeźdźcy z Kosmosu" OP2232. Po drodze minęliśmy jakąś instalację, która wygląda jak pognieciona trąba, albo kanciasty robal. Potem ciekawą rzeźbę "Warszawianka", by w końcu obejrzeć pomnik dla 30 Pułku Strzelców Kaniowskich. Rzeczywiście jego forma może przypominać trzy stwory, jako forpoczta najeźdźców z kosmosu. Wyglądają jak żywcem wyjęte z "Gwiezdnych Wojen", bardziej z ciemnej strony mocy. Kto wie, może udają tylko uśpienie? Z całą pewnością kosmici nie maja dobrych zamiarów, a E.T. to tylko ich tania propaganda.
Przez jakże piękne bloki Bielan dotarliśmy do kesza "wieczne koszary" OP2C8F. W miejscu gdzie powinien być akurat kręciło się dwóch mugoli. To była okazja by choć zza płotu obejrzeć cmentarz. Okazało się jednak, ze mimo tabliczek na płocie o godzinach otwarcia, nekropolia była dostępna. Przez piękną, kutą w żelazie, furtkę weszliśmy do środka. I jak to na żołnierskim cmentarzu, identyczne nagrobki, stojące w równym rzędzie, przypominają o złym czasie wojny. Szczególną uwagę zwracają imiona. Antonio, Francisco, itp. Brzmią trochę egzotycznie, bo do niemieckich czy rosyjskich już się człowiek przyzwyczaił. A co do kesza to go nie znaleźliśmy.
Zaraz za cmentarzem jest stadion Hutnika Warszawa. Sporo jest klubów sportowych w Warszawie. O tym usłyszałem kilka lat temu, kiedy przypadkowo dowiedziałem się o ciekawym hobby, jakim jest jeżdżenie na mecze najniższych lig. Niestety nie pamiętam, jak to się nazywa. Akurat Hutnik cieszył się wśród tych ludzi wielka estymą, bo zazwyczaj swe mecze wygrywał imponującą różnicą bramek. Sam stadion był oczywiście zamknięty, ale że kesz "Hutnik Warszawa" OP1F37 jest przy ogrodzeniu, nie było trudności z jego znalezieniem.
By dostać się do następnego kesza "Bielański Fort" OP2038 musieliśmy najpierw wydostać się z terenów sportowych Hutnika. Ogrodzone wysokim płotem, ale na szczęście znaleźliśmy bramę, przez którą można przejść górą bez problemu. GPS doprowadził nas w miejsce, które niespecjalnie zgadzało się ze spojlerami, ale kilka metrów dalej stan faktyczny i zdjęcia w miarę się zgadzały. Co z tego skoro skrzynki i tak nie znaleźliśmy. Przeszukaliśmy pewien element, ale jak już w domu dokładnie poczytałem logi, prawdopodobnie niezbyt dokładnie. Niestety fort też nie zachwycił, pewnie dlatego, że go nie ma. Zostały jedynie obiekty ziemne, ale taka dziura w ziemi, to może być przyjemność jedynie dla prawdziwych pasjonatów.
Jak już odwiedziłem Warszawę trzeba i Wisłę zobaczyć. Doskonałym pretekstem był kesz "Most Północny vel Marii Skłodowskiej-Curie" OP4B82. Jeden z tych do których droga była daleka i szliśmy, szliśmy, aż dotarliśmy. Na moście ruch aut ogromny, przez co głośno było niesamowicie. A jeszcze warszawscy kierowcy mają jakąś dziwną tendencję do nadużywania klaksonu. Za to widok na zamgloną Wisłę naprawdę fajny. Zaskoczyła mnie wolno płynąca barka ze żwirem. Myślałem, że naszych rzek nie wykorzystuje się już jako drogi transportu.Co najwyżej pływają po nich statki wycieczkowe, a tu taka niespodzianka.
Z mostu znów czekał nas długi spacer przez Las Bielański. Nawet nie spodziewałem się, że w tak dużym mieście można znaleźć tak piękne dęby. Gdyby nie szerokie i mocno wydeptane ścieżki, hałaśliwa droga kilkadziesiąt metrów dalej, można by się poczuć jak w wielkiej puszczy. Zastanowiło mnie, czemu na niektórych ścieżkach jest zakaz jazdy rowerem. Rowerzysta chyba nie robi większych szkód niż pieszy. Dziwne to. I tak dotarliśmy do kesza "Rocznicowy dąb" OP04C5. Z tablicy wynikało, że miejsce to jest jednocześnie punktem widokowym, ale niestety wysokie zarośla zasłaniają wszystko. Skorzystaliśmy za to z pobliskich stołów i ławek jako miejsce na mały posiłek, bo dzień był raczej chłodny i trzeba było uzupełnić kalorie.
U podnóża wzniesienia na którym rośnie dąb jest źródełko. Jak się okazało zabytkowe. Mały postument z wazą na górze i płaskorzeźba ryby na dole, z której pyska wypływa woda. Nie próbowaliśmy jej smaku, bo niestety stan wody na to nie pozwalał. Nie znaleźliśmy też kesza "Źródełko na Bielanach" OP0C71. Na miejscu zastaliśmy jedynie dziury na pół metra. Widać ktoś grzebał przed nami i też nie znalazł. Ale przynajmniej mógł zasypać po sobie te doły.
Wróciliśmy na górę i udaliśmy się do kesza "Kwas Deoksyrybonukleinowy na Bielanach" OP43C6. Instalację odnaleźliśmy bez problemu. Wejście na schodki broni siatka. Dość niska i dało by się przez nią przejść. Wszedłem kilka stopni na górę, ale deski nie wyglądały na zdrowe, a cała konstrukcja, dość ażurowa, chwiała się na boki przy każdym kroku. Dałem sobie spokój, bo wyobraziłem sobie lecącego w dół z całą konstrukcją. Na ten rok dość mam takich atrakcji. Nie żałuje jednak, że tam dotarliśmy. Piękny kościół późnobarokowy z jeszcze piękniejszym wnętrzem. Otoczenie może jedynie nieszczególne, bo część budynków uniwersytetu kardynała Wyszyńskiego to lekko zaniedbany PRL. Jakby tego było mało, w pomieszaniu zabytków i nowoczesności, znalazło się też trochę miejsca na sztukę ludową.
Czas na dalsze zwiedzanie Lasu Bielańskiego. Trzeba przyznać, że jest dość ładny. Tym razem kawałek przeszliśmy asfaltową ulicą, by w odpowiednim momencie skręcić do kesza "Smerfny las" OP23A3. Jak to w lesie, GPS trochę zwodzi, ale tym razem miejsce ukrycia wskazywał geokret. Leżał sobie na ziemi luzem, pewnie uciekł ze skrzynki. Wobec takiego stanu rzeczy wystarczyło trochę rozgarnąć liście, grzebnąć w ziemi i kesz był w ręku. Skoro ten kret nie chciał siedzieć , podmieniłem go na innego, a że miałem akurat takiego w kolorze niebieskim, doskonale dopasował się do skrzynki.
Opuściliśmy las Bielański, by wkroczyć na teren Lasku Lindego. Powoli zastanawiam się gdzie ja przyjechałem. Wielka metropolia, a ja z lasu wyjść nie mogę. Nie powiem, uwielbiam lasy, ale chciałoby się poczuć wielkomiejski klimat. A tak powoli zaczynam rozglądać się czy zza drzewami nie mignie sylwetka żubra. Póki co znaleźliśmy kesza "Lasek Lindego" OP0E75. Poczułem się prawie jak w domu i naszych keszy starszej daty. Trzeba było znaleźć pieniek w lesie i trochę pokopać.
Kilkanaście metrów dalej, podobnie schowany był kesz "Geotel "Wiewiórka" OP2559. Z tą różnicą, że tym razem pieniek trochę bardziej charakterystyczny. Z geohotelu skrzynka przerodziła się w zwykłą. Brak było kretów. Za to jej nazwa wyjaśniła się parę kroków dalej. Zaczynało się tam wiewiórkowe eldorado. Dokarmiane przez starsze panie, biegały po każdej stronie. Trzymały bezpieczną odległość, ale zdecydowanie bliżej niż te które do tej pory widziałem.
Od skrzynki ludzi coraz więcej co było znakiem, że zbliżamy się do cywilizacji. Ostatnie spojrzenie na warszawskie lasy jesienią, które pozostawiły we mnie miłe wspomnienia. Poza tym obok stacji Młociny, z ciekawie ukształtowanym terenem, wieloma wspaniałymi drzewami i co najważniejsze, czystymi.
Wyszliśmy na ulicy Szaflarskiej, przy której ukryty był kesz "Latarnie gazowe na Bielanach" OP32CB. Wspomniane latarnie są dopełnieniem pięknych uliczek. Szaflarskiej, Grębałowskiej, Cegłowskiej. W moim prywatnym rankingu, miejsc w których mógłbym teoretycznie mieszkać, okoliczne domy zajęły dość wysokie miejsce. Obok starych domów stoją nowoczesne budynki, ale zupełnie się nie gryzą, a wręcz uzupełniają.
Niestety dość szybko opuściliśmy ciekawe uliczki i dotarliśmy na teren AWF. Przedwojenne budynki, lekko nadgryzione zębem czasu. Koledze nasuwały się skojarzenia z zabudową Gdyni. Mi coś innego chodziło po głowie i dopiero w Białymstoku, przejeżdżając obok naszego Teatru Dramatycznego, zaskoczyła odpowiednia zapadka. W ogóle podoba mi się ten okres w architekturze. Proste bryły, ale połączone w ciekawe konstrukcje. Przy okazji chcieliśmy podjąć kesza "kuźnia olimpijczyków" OP3490, ale tym razem rozwaga znów wzięła w górę. Czyżby człowiek się starzał? Kesza widzieliśmy, ale żeby do niego się wspiąć, dobrze by było mieć wąskie buty, albo wspiąć się bez nich, by mieć w miarę pewne oparcie nóg. Ta druga opcja była teoretycznie możliwa, ale z racji tego, że było mokro, daliśmy spokój.
Teren AWF-u opuściliśmy jakimiś opłotkami i starymi garażami z małymi warsztatami. Dotarliśmy do kesza "bio5_009 - Lodowisko" OP0504. Miejsce, które wywarło na mnie niemałe wrażenie. Pół biedy z lodowiskiem, które jest teraz placem manewrowym do nauki jazdy. Zdziwiła mnie za to stadnina w środku miasta. Wielka kupa siana, jakieś podniszczone budynki gospodarcze, konie za ogrodzeniem z sznurka, a po drugiej stronie ulicy stoją bloki. Dość ciekawy kontrast.
Czas w końcu na odwiedziny u największych kłamczuchów w Polsce. I wcale nie mam tu na myśli polityków, ale speców od pogody. Równie dobrze można słuchać góralskich przepowiadaczy z cyklu "będzie padać, albo i nie będzie, zależy od tego czy deszcz przyjdzie, czy nie przyjdzie". Moją niechęć trochę złagodził kesz "Instytut meteorologii" OP10AD, ale tylko trochę.
Kolejny kesz "Stawy Kellera" OP235D, szybko podjęty i szybki odwrót. Miejsce naprawdę ładne. Mały, zadbany kawałek zieleni ze stawem. Niestety trafiliśmy na niemiły zapaszek, niezbyt silny, ale dokuczliwy.
Przed nami znów większy odcinek na nogach, a te zaczynają już odczuwać przebyte kilometry. Póki co doszliśmy do kesza "Park Harcerskiej Poczty Polowej" OP5D8A. Ciężko byłoby tu coś o nim napisać, ale trochę nas zaskoczył leżąc sobie spokojnie na trawniku. Z logów wyczytałem, że to już nie pierwsza taka sytuacja. Podejrzewam, że to jakieś zwierzę ją stamtąd wyciąga, a najpewniej jakiś pies.
Kolejna skrzynka "Miecz" OP2C17 to był dla mnie główny punkt wycieczki. Ilekroć przy okazji przejazdu przez Warszawę widziałem ten miecz, zastanawiały mnie te konstrukcje obok. Niby można sprawdzić w necie, ale zawsze zapominałem zaraz po tym jak je mijałem. Miałem przeróżne teorie, a jedna mówiła nawet, że to pozostałości po reklamie gazów technicznych, a te walce to butle np z acetylenem. Cóż, jak się okazało to część pomnika, a jedna z zagadek życia doczekała się rozwiązania.
Kolejne trzy skrzynki, to były virtuale. Podejrzewam, że do wszystkich hasło da się zdobyć nie wstając od komputera, ale ja nie uznaje takiego zbierania i nawet gdy hasło jest oczywiste, muszę się stawić w miejscu osobiście. Te kesze to: "Enigma" OP0158, "matti2; Stanisław Skrypij" OP0A22 i "Pablo Picasso" OP015A. W ogóle tablic w Warszawie co niemiara. Ma się czasem wrażenie, że każdy budynek ma jakąś. Ale też fajnie tak mieszkać w miejscu, które ma jakąś historię. A już całkowicie zaskakuje symboliczna mogiła powstańca, schowana przy ulicy Cieszkowskiego. Tu grób, tam fryzjer i wszyscy są zadowoleni.
Wędrując uliczkami Żoliborza dotarliśmy do kesza "Skwerek Kompanii AK "Żniwiarz" OP68EC. Ładny kawałek zieleni i można było nawet przysiąść na ławce by trochę odpocząć. Wokół są i pojedyncze domy i szare bloki. Ale, że niewysokie i nie wciśnięte "na styk", okolica może się nawet podobać.
Po krótkim odpoczynku na skwerze ruszyliśmy po kesza "Bul.... bul... bul..." OP2F50. Jest tam jeszcze jeden, bardziej ekstremalny, ale nawet nie próbowaliśmy. Akurat dotarliśmy na miejsce, kiedy zaczęła się szarówka i bąbelki zaczęły działać. Z pewnością w nocy robią najlepsze wrażenie, jak światła dodatkowo odbijają się w wodzie pobliskiego stawu, ale i tak wniosły kolor w ten szary dzień. Niestety aparatem nie dałem rady uchwycić efektu "bąblowania", ale humor poprawiony i pomyślałem, że czas kończyć powoli wycieczkę i uczcić ją jakimiś bąbelkami.
Jeszcze niedaleko był kesz "Centrum Olimpijskie" OP1BC2, więc żal było go zostawiać. Nowoczesny budynek trochę kontrastuje z dzikimi i zapuszczonymi terenami wokół. Sam kesz ukryty jest też w wielkich, zapomnianych blokach betonu lezących tam już pewnie ładnych parę lat. Przynajmniej podjąć można go w spokoju, bo terem centrum jest pewnie nieźle pilnowany. Na jednym z betonów ciekawy napis "NIE CZEKAJ AŻ ŚCIANY SIĘ ROZSYPIĄ DZWOŃ 997". Do tego by dojść, co poeta miał na myśli, moja głowa jest za mała.
Czas już było powoli wracać na Młociny. Oczywiście metrem, ale najpierw trzeba było coś zjeść. Na Placu Wilsona zachęceni wielkim, czerwonym neonem odwiedziliśmy sklepy PSS. Znaleźliśmy też tam fajna knajpkę na piętrze, gdzie na klatce schodowej są dość ciekawe płytki z płaskorzeźbą... stwora morskiego?
Na dworcu w Młocinach chwilę poczekaliśmy na nasz autobus, by po trzech godzinach być w Białymstoku. Zmęczony, ale zadowolony z wycieczki. Pewnie nie ostatniej takiej, ale z pewnością na piechotę nie będę już chodził, bo od łażenia cały dzień po asfalcie czy betonie, nogi włażą w d...
poniedziałek, 11 listopada 2013
Keszowanie w Dzień Niepodległości
Trzeba przyznać, że listopad rozpieszcza pogodą. Gdyby nie to, że trzeba było do pracy wracać, to powiedziałbym, że to najpiękniejszy listopad w moim życiu. Już prawie połowa miesiąca, a można sobie śmigać rowerem. Nawet specjalnie nie trzeba się ubierać. Wystarczy polar, wiatrówka, rękawiczki i coś na głowę, bo jednak wiatr jest trochę zimny. Do tego termos z czymś ciepłym w środku, tabliczka czekolady i można jechać. Plan wycieczki z trzema keszami po drodze obmyślony dzień wcześniej i miałem ruszać gdzieś o ósmej rano. Niestety w nocy jakaś zmora mnie dusiła, spać nie dała i rano zaspałem. Wyjechałem gdzieś o dziesiątej w kierunku Supraśla. Tak się złożyło, że w tym roku tam nie dotarłem, więc była okazja by odwiedzić stare kąty.
Z Białegostoku do Supraśla biegnie ścieżka rowerowa. Pobliskie drzewa próbują podważyć asfalt korzeniami, co z pewnością w końcu im się uda. Póki co lekkie wyboje nie męczą specjalnie i jedzie się bez problemów. Zaraz za Ogrodniczkami jest podjazd na którym zawsze sprawdzam w jakiej jestem kondycji. Podjechałem i nawet specjalnie się nie zasapałem, czyli jest już nieźle. Na górze jest parking, ławki, stoły, więc skorzystałem i zrobiłem pierwszy postój na herbatę.
Był podjazd musi być i zjazd. A potem już bez większych górek dojeżdżam do Supraśla. Zazwyczaj wszyscy kierują się do klasztoru prawosławnego i na bulwary nad Supraślą. Ja tym razem odbijam w lewo, gdzie są tylko domki jednorodzinne. Aż szkoda, że ta część Supraśla nie jest większa. Wspaniale się jedzie małymi uliczkami. Brak jakiegokolwiek ruchu, nawet żaden pies nie zaszczekał. W końcu dojeżdżam do byłego ośrodka wypoczynkowego "Puszcza". Kiedyś był we władaniu policji, został zamknięty około 2010. Stoi do dziś nieużywany i niszczeje. Póki co jest jeszcze stróż, ale jak przez kilka lat nikt nie będzie miał pomysłu na to miejsce, pewnie stanie się urbexem. Co mnie na teraz interesowało to kesz "Ośrodek "Puszcza" OP59E4. Z racji stróża nawet nie próbowałem przejść przez ośrodek. Na szczęście między stawami rybnymi, a obiektem, była wąska, polna droga, która jak nic powinna mnie doprowadzić na miejsce. Nie pomyliłem się i dotarłem do podnóża skarpy, na szczyt której wiodą schody. Schody to obecnie zbyt szumna nazwa. Pół biedy, że ukruszone w wielu miejscach, pokryte grubą warstwa śliskich i mokrych liści. Mniej więcej w połowie zapadły się całkowicie do głębokiego rowu w którym płynie strumyk. Trzeba mocno uważać by się nie ześlizgnąć po mokrej ziemi. Udało się dotrzeć bez szwanku na górę i podjąć skrzynkę. Najlepsze jest otoczenie kesza. Zalesiona, stroma skarpa. Zaraz u jej stóp meandruje Supraśl, za którą rozciągają się trzcinowiska, jednak niezbyt daleko, bo ogranicza je las. To wszystko w absolutnej ciszy i w trochę nostalgicznym, listopadowym klimacie.
Opuściłem to piękne miejsce. Droga wypadła mi ulicą Cegielnianą. Po prawej miałem grzbiet niewielkiej górki zza której wyglądały wieże klasztoru w Supraślu Fajnie to wyglądało. Dojechałem w końcu do asfaltu i zaraz znalazłem się w Podsupraślu. Miałem stąd niedaleko do kesza. W teorii, bo w praktyce było ciekawie. Początkowo jechałem przez Podsupraśl ścieżka rowerową, która za ostatnimi budynkami przeszła w drogę gruntową. Zaraz dotarłem do pola biwakowego, przez które przejechałem w stronę łąk. Przerzutki w rowerze przełożyłem na najlżejsze obroty i postanowiłem jechać dość mokrą drogą. Początkowo dobrze mi szło, aż w pewnym momencie koło przednie prawie w jednej trzeciej zagrzebało się w błocie, a ja z przerażeniem zacząłem się przechylać. Opatrzność nade mną czuwała bo noga wylądowała na kępie trawy i nie utopiłem się w błocie. Ostatnie trzysta metrów postanowiłem przejść na piechotę klucząc między co bardziej podmokłymi odcinkami. W końcu dotarłem na trochę wyższy i suchszy teren, gdzie był ukryty kesz "Trzy Dęby" OP5900. To nie pierwsze miejsce będące jak wyspa wśród podmokłych łąk, które odwiedzam. Zawsze mają w sobie coś magicznego. Wyobraźnia nieźle tu pracuje, dopowiadając historie o dawnym dworku, kapliczce, a może nawet pogańskich obrzędach.
Został jeszcze problem powrotu. Pomyślałem, że zupełnie niedaleko jest jaz przez Supraśl i nie będę musiał prowadzić roweru, a potem jechać naokoło. Wypatrzyłem ścieżkę przez szuwary, która prowadziła w odpowiednim kierunku. Długo się nie zastanawiając podążyłem jej śladem. Trochę mokro, miejscami bardzo, ale z tym radziłem sobie naginając trawy pod nogi. Przez jakiś strumyk przeszedłem po kłodzie, roweru używając jako poręczy i nie patrząc że łańcuch w wodzie się wykąpał. I w końcu dotarłem do miejsca gdzie było tak mokro, że wszelkie sposobu zawiodły i musiałem wracać. Do Supraśla dotarłem po własnych śladach z lekko przemoczonymi butami.
W Supraślu usiadłem na jednej z ławek bulwaru. Chwilę odpocząłem. To był dobry czas na odwiedziny w miasteczku. W lecie, w czasie dni wolnych zazwyczaj są tu dzikie tłumy, a dziś było jedynie paru leniwie snujących się turystów. Żadnego nawoływania, wrzasków dzieci. Tak jak powinno być. Nie ma co się jednak rozsiadać, bo do domu jeszcze parę kilometrów, a o 16 już się ciemno robi. Pojechałem w stronę Krasnego Lasu. Może z kilometr za Supraślą odbiłem na chwilę w las do kesza "Bagno" OP597B. Po tytule myślałem, że znów będę musiał skakać od kępki trawy do kępki. Miło się jednak rozczarowałem, bo pod samą skrzynkę da się podjechać świetna ścieżką. A samo bagno zaczyna się dosłownie kilka kroków od miejsca ukrycia. Zaraz też wyjaśniło się dlaczego ścieżka jest w tak dobrym stanie. Co i raz przechodzą nią spacerowicze. Spokojniej bywa przy niektórych keszach miejskich.
W Krasnym Lesie można jechać na Majówkę, albo w stronę Zielonej. W pierwszym przypadku jest dalej, ale cały czas asfaltem. W drugim bliżej, ale leśnymi drogami. Zdecydowałem się na opcję numer dwa, bo pamiętam, że chyba w zeszłym roku droga przez las została poprawiona. I to był dobry wybór. Żadnych samochodów. Las spowity delikatną mgłą. I nawet słońce zza chmur wyglądało. Bardzo niespiesznie, bo zaledwie około 15km/h toczyłem się przed siebie. Krótki postój zrobiłem sobie nad leśnym stawem. Gładka powierzchnia wody, wokół las i aż się nie chciało odjeżdżać, ale niestety trzeba było.
Przejechałem parę kilometrów i już byłem w domu. Po drodze mijałem sporo rowerzystów. Prawie tylu jak w środku sezonu. Cieszy to tym bardziej, że jeszcze parę lat temu, w regionie, człowiek na rowerze był wpisywany w stereotyp, że nie stać go na auto. A teraz można spotkać i dzieciaki i starsze panie. Taką modę to ja rozumiem.
Z Białegostoku do Supraśla biegnie ścieżka rowerowa. Pobliskie drzewa próbują podważyć asfalt korzeniami, co z pewnością w końcu im się uda. Póki co lekkie wyboje nie męczą specjalnie i jedzie się bez problemów. Zaraz za Ogrodniczkami jest podjazd na którym zawsze sprawdzam w jakiej jestem kondycji. Podjechałem i nawet specjalnie się nie zasapałem, czyli jest już nieźle. Na górze jest parking, ławki, stoły, więc skorzystałem i zrobiłem pierwszy postój na herbatę.
Był podjazd musi być i zjazd. A potem już bez większych górek dojeżdżam do Supraśla. Zazwyczaj wszyscy kierują się do klasztoru prawosławnego i na bulwary nad Supraślą. Ja tym razem odbijam w lewo, gdzie są tylko domki jednorodzinne. Aż szkoda, że ta część Supraśla nie jest większa. Wspaniale się jedzie małymi uliczkami. Brak jakiegokolwiek ruchu, nawet żaden pies nie zaszczekał. W końcu dojeżdżam do byłego ośrodka wypoczynkowego "Puszcza". Kiedyś był we władaniu policji, został zamknięty około 2010. Stoi do dziś nieużywany i niszczeje. Póki co jest jeszcze stróż, ale jak przez kilka lat nikt nie będzie miał pomysłu na to miejsce, pewnie stanie się urbexem. Co mnie na teraz interesowało to kesz "Ośrodek "Puszcza" OP59E4. Z racji stróża nawet nie próbowałem przejść przez ośrodek. Na szczęście między stawami rybnymi, a obiektem, była wąska, polna droga, która jak nic powinna mnie doprowadzić na miejsce. Nie pomyliłem się i dotarłem do podnóża skarpy, na szczyt której wiodą schody. Schody to obecnie zbyt szumna nazwa. Pół biedy, że ukruszone w wielu miejscach, pokryte grubą warstwa śliskich i mokrych liści. Mniej więcej w połowie zapadły się całkowicie do głębokiego rowu w którym płynie strumyk. Trzeba mocno uważać by się nie ześlizgnąć po mokrej ziemi. Udało się dotrzeć bez szwanku na górę i podjąć skrzynkę. Najlepsze jest otoczenie kesza. Zalesiona, stroma skarpa. Zaraz u jej stóp meandruje Supraśl, za którą rozciągają się trzcinowiska, jednak niezbyt daleko, bo ogranicza je las. To wszystko w absolutnej ciszy i w trochę nostalgicznym, listopadowym klimacie.
Opuściłem to piękne miejsce. Droga wypadła mi ulicą Cegielnianą. Po prawej miałem grzbiet niewielkiej górki zza której wyglądały wieże klasztoru w Supraślu Fajnie to wyglądało. Dojechałem w końcu do asfaltu i zaraz znalazłem się w Podsupraślu. Miałem stąd niedaleko do kesza. W teorii, bo w praktyce było ciekawie. Początkowo jechałem przez Podsupraśl ścieżka rowerową, która za ostatnimi budynkami przeszła w drogę gruntową. Zaraz dotarłem do pola biwakowego, przez które przejechałem w stronę łąk. Przerzutki w rowerze przełożyłem na najlżejsze obroty i postanowiłem jechać dość mokrą drogą. Początkowo dobrze mi szło, aż w pewnym momencie koło przednie prawie w jednej trzeciej zagrzebało się w błocie, a ja z przerażeniem zacząłem się przechylać. Opatrzność nade mną czuwała bo noga wylądowała na kępie trawy i nie utopiłem się w błocie. Ostatnie trzysta metrów postanowiłem przejść na piechotę klucząc między co bardziej podmokłymi odcinkami. W końcu dotarłem na trochę wyższy i suchszy teren, gdzie był ukryty kesz "Trzy Dęby" OP5900. To nie pierwsze miejsce będące jak wyspa wśród podmokłych łąk, które odwiedzam. Zawsze mają w sobie coś magicznego. Wyobraźnia nieźle tu pracuje, dopowiadając historie o dawnym dworku, kapliczce, a może nawet pogańskich obrzędach.
Został jeszcze problem powrotu. Pomyślałem, że zupełnie niedaleko jest jaz przez Supraśl i nie będę musiał prowadzić roweru, a potem jechać naokoło. Wypatrzyłem ścieżkę przez szuwary, która prowadziła w odpowiednim kierunku. Długo się nie zastanawiając podążyłem jej śladem. Trochę mokro, miejscami bardzo, ale z tym radziłem sobie naginając trawy pod nogi. Przez jakiś strumyk przeszedłem po kłodzie, roweru używając jako poręczy i nie patrząc że łańcuch w wodzie się wykąpał. I w końcu dotarłem do miejsca gdzie było tak mokro, że wszelkie sposobu zawiodły i musiałem wracać. Do Supraśla dotarłem po własnych śladach z lekko przemoczonymi butami.
W Supraślu usiadłem na jednej z ławek bulwaru. Chwilę odpocząłem. To był dobry czas na odwiedziny w miasteczku. W lecie, w czasie dni wolnych zazwyczaj są tu dzikie tłumy, a dziś było jedynie paru leniwie snujących się turystów. Żadnego nawoływania, wrzasków dzieci. Tak jak powinno być. Nie ma co się jednak rozsiadać, bo do domu jeszcze parę kilometrów, a o 16 już się ciemno robi. Pojechałem w stronę Krasnego Lasu. Może z kilometr za Supraślą odbiłem na chwilę w las do kesza "Bagno" OP597B. Po tytule myślałem, że znów będę musiał skakać od kępki trawy do kępki. Miło się jednak rozczarowałem, bo pod samą skrzynkę da się podjechać świetna ścieżką. A samo bagno zaczyna się dosłownie kilka kroków od miejsca ukrycia. Zaraz też wyjaśniło się dlaczego ścieżka jest w tak dobrym stanie. Co i raz przechodzą nią spacerowicze. Spokojniej bywa przy niektórych keszach miejskich.
W Krasnym Lesie można jechać na Majówkę, albo w stronę Zielonej. W pierwszym przypadku jest dalej, ale cały czas asfaltem. W drugim bliżej, ale leśnymi drogami. Zdecydowałem się na opcję numer dwa, bo pamiętam, że chyba w zeszłym roku droga przez las została poprawiona. I to był dobry wybór. Żadnych samochodów. Las spowity delikatną mgłą. I nawet słońce zza chmur wyglądało. Bardzo niespiesznie, bo zaledwie około 15km/h toczyłem się przed siebie. Krótki postój zrobiłem sobie nad leśnym stawem. Gładka powierzchnia wody, wokół las i aż się nie chciało odjeżdżać, ale niestety trzeba było.
Przejechałem parę kilometrów i już byłem w domu. Po drodze mijałem sporo rowerzystów. Prawie tylu jak w środku sezonu. Cieszy to tym bardziej, że jeszcze parę lat temu, w regionie, człowiek na rowerze był wpisywany w stereotyp, że nie stać go na auto. A teraz można spotkać i dzieciaki i starsze panie. Taką modę to ja rozumiem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)