czwartek, 10 lipca 2014

Wiatrakowo

    W ostatni dzień czerwca dałem się namówić MiszceWu na krótką przejażdżkę autem. Bardzo lajtową bo pojechała z nami jego żona, która pod sercem nosi nowego keszera, oraz młoda córka. Wyruszyliśmy około ósmej w kierunku wschodnim. Pogoda zapowiadała się wspaniale. Czasem nawet przyświecało słońce i nie było zbyt gorąco. Najpierw zatrzymaliśmy się w rodzinnych stronach mego ojca. Gdzieś między Waliłami, a Królowym Stojłem leży sobie kamyczek, największy głaz narzutowy w podlaskim i dziewiąty w Polsce. Pamiętam, że stojąc kiedyś na kamieniu widziałem niektóre zabudowania Królowego Stojła. Dziś zza krzaków i zza drzew nie można dojrzeć już wsi. Opodal przechadzał się żuraw, w ogóle widać że przyroda upomina się o swoje. Okolice coraz bardziej dziczeją, więc ściągają tu ludzie z miasta w poszukiwaniu swego cichego zakątka. Okolica ma jednak to szczęście, że to ci którzy opuścili wieś w poszukiwaniu łatwiejszego chleba, a teraz na emeryturze powracają, lub też ich synowie i córki. Wszyscy oni z ogromnym szacunkiem dla tych ziem i nie próbujący nic zmieniać na siłę. Miszka podjął kesza "BURZA 16 "Podlaski Olbrzym" OP293D, którego ja już miałem i pojechaliśmy dalej.
    Kolejny przystanek to dawna stacja w Zubkach Białostockich. Kiedyś ostatnia stacja przed ZSRR pełniła ważną rolę, głównie w ruchu towarowym. Dziś świadczą o tym ukryte w lesie ślady infrastruktury kolejowej. Z każdym rokiem jest ich coraz mniej. Część torów poszła na złom, część majątku zwyczajnie zniszczono, a część zabrała przyroda. Sam teren jest ogromny i już od pewnego czasu wybieram się tam na cały dzień, by dokładnie obejrzeć co zostało. Teraz zaglądam na chwilę przy okazji OC. Najpierw zatrzymaliśmy się przy wieży ciśnień. Niesamowity obiekt. Biała, wysoka wieża stojąca w środku lasu. Zupełnie nie widać stąd jakichkolwiek innych śladów kolejowych. Stąd widok ten jest całkowicie odrealniony i w pewien sposób niepokojący. Kiedy byłem tam ostatnio wieża była zamknięta, ale teraz ktoś wyłamał drzwi i można wejść do środka. Niestety schody w górę zostały zdemontowane i można ją obejrzeć tylko z poziomu parteru. Przez otwory, którędy przechodziły schody też niewiele widać.


    Dziewczyny zostawiliśmy chwilowo przy aucie, by  kilkadziesiąt metrów przez stary nasyp i krzaki dostać się do kesza "GA1-Kanał Kolejowy" OP7AC1. Znów wyobraźnia ruszyła pełną parą i przed oczami pokazały się składy kolejowe, wokół uwijali się pracownicy kolei, a gdzieś obok przechodził celnik odprawiający składy. Teraz miejsce też jest ciekawe. Obok kanału są tajemnicze końcówki rur. Za duże na zwykły hydrant. Bardziej mi to wyglądało na miejsce gdzie stał żuraw do napełniania parowozów wodą.
    Jak byliśmy tak blisko granicy, żal było nie zajrzeć. Niezwykle sztuczna to granica. W krajobrazie nie ma żadnej zmiany, ale słupki wyznaczają skuteczną zaporę. Most, który zazwyczaj łączy, tutaj też jest symbolem podziału. Najpierw tabliczka o zakazie wejścia na pas graniczny, a potem zasieki z drutu kolczastego skutecznie bronią przed zbytnim podejściem. Napis MIR (po polsku pokój), na szczycie mostu wydaje się w tym przypadku raczej cynicznym żartem.


    Odjechaliśmy trochę od granicy, podążając lokalnymi drogami, głównie gruntowymi. Na chwilę zrobiliśmy postój przy keszu "BLT 37 Rez. Nietupa - Bobrowa Tama" OP55E0. Rezerwat powstał ładnych kilka lat temu w celu ochrony bobra. Dziś tego sympatycznego ssaka nie trzeba chronić, ale pozostało ładne miejsce. Leniwie płynąca leśna rzeka tworząca niewielkie rozlewisko.
    Po niedawnym, trochę przygnębiającym widoku granicy tabliczka przy keszu "BLT 36 Folwark Żylicze- Aleja Lipowa" OP55DF, wręcz zachwyca. Dzisiaj każdy się grodzi, czym wyższym płotem tym lepiej, a tutaj stoi wręcz zaproszenie. Samochód zostawiamy przy drodze i wchodzimy w piękną aleję. Wiekowe drzewa wyglądają jak z jakiejś baśni. Prowadzą do niewielkiego parku. Z folwarku zachował się jakiś budynek gospodarczy, który jest remontowany i przerobiony na mieszkalny. Ktoś znalazł tu sobie wspaniały kawałek miejsca do życia.


    Dość jednak już tego jeżdżenia po bezdrożach i czas udać się do stolicy świata. Niestety jak się okazuje by do niej dotrzeć trzeba pokonać naprawdę złe drogi. Po deszczu pewnie nieprzejezdne. Wierszalin, bo o nim tu mowa to miejsce gdzie przed wojną prorok Ilja stworzył prawosławną sektę. Dziś nie pozostało z tego wiele. Fundamenty niedokończonej cerkwi, które przerobiono w coś na kształt pomnika religii monoteistycznych i stary, drewniany dom w którym mieszkał Ilja. Stolica stoi dziś zapomniana, a przecież ta polana miała być centralnym placem nowego Jeruzalem. O proroku usłyszałem po raz pierwszy jako małe dziecko. W okolicznych wsiach wciąż żywa była pamięć o wydarzeniach sprzed lat, kiedy starzec z długą brodą podążał po okolicznych drogach, a wyznawcy całowali go po butach z cholewami. Teraz chyba już nikt nie żyje, kto by pamiętał. Jak ktoś ma ochotę bliżej poznać niesamowite dzieje sekty z Grzybowszczyzny polecam książkę Pawluczuka "Wierszalin. Reportaż o końcu świata". Nawet miałem swój egzemplarz, ale kiedyś ją pożyczyłem i nie pamiętam komu.


    Tyle świeżego powietrza, więc nic dziwnego, że zgłodnieliśmy. To była świetna okazja by kolejny raz odwiedzić Kruszyniany i świetną kuchnię pani Dżennety. Początkowo może wydawać się cokolwiek drogo, ale wielkie porcje i wspaniały smak czynią cenę umiarkowaną. Po obiedzie i krótkiej sjeście podeszliśmy do pobliskiego  mizaru. Niestety dzień wcześniej ktoś pomazał meczet jak i cmentarz farbami. Nie ma co komentować, debilizm i tyle. Wobec tego nie mogliśmy wejść na teren nekropolii pięknie położonej w lesie. Podjęliśmy tylko kesza "ted22_Kruszyniany" OP03B7. Pierwszy raz robiłem to pod okiem telewizji, ale na szczęście ekipy reporterskie były zainteresowane usuwaniem śladów barbarzyństwa. 
    Zaraz za Kruszynianami jest punkt widokowy na Kosmatej Górce. Ładny stamtąd widok, ale niezbyt daleki. Jadąc tamtymi terenami warto dobrze się rozglądać, bo są miejsca skąd widoki są rozleglejsze. Po wpisie do kesza "BLT38 Kosmata górka" OP55E1 zajechaliśmy do wsi Górka. Z czystej ciekawości, bo szeregówki byłego PGR-u ustawione są wokół trójkątnego rynku. Jeszcze nie widziałem na Podlasiu takiej wsi. Znacznie ciekawszy jest pobliski majątek. Szczególnie okazały drewniany dwór.
    W Krynkach pokonaliśmy wielkie rondo z którego odchodzi 12 ulic, więc znalezienie zjazdu w stronę Jurowlan to nie była taka prosta sprawa. We wspomnianej wsi interesowała nas cerkiew i kesz "GA6-Cerkiew w Jurowlanach" OP8052. Cerkiew to solidny murowany budynek. Okna umieszczono dość wysoko i nie można przez nie zajrzeć do środka. Dodatkowe położenie na niewielkiej górce, sprawia, że ma się wrażenie, iż to bardziej budynek służący celom obronnym. Warto tez zwrócić uwagę na pobliski budynek. Coś jakby dawna szkoła, może poczta, bardzo mi się spodobał.


    Przed nami główny cel wycieczki, czyli wiatraki. Pierwszy z nich w Minkowcach stoi w dość dziwnym otoczeniu, bo na cmentarzu. Oczywiście był tu pierwszy, ale to i tak dziwne połączenie. Dobrze, że nikt nie wpadł na pomysł by go rozebrać, zresztą i tak pewnie niedługo się zawali. Przez ubytki  można zajrzeć do środka. Najciekawszy jest napis na jednej z desek od wewnątrz "A. KUPIŁ 1907 WORONOWICZ". I znów dzięki OC dowiedziałem się czegoś nowego. Czytając opis już wiem, że to paltrak. Konstrukcja niemal identyczna jak koźlak, tylko solidniej zbudowana i trochę inaczej ustawiana do wiatru. Zainteresowanych odsyłam chociażby na wikipedię. Pozostał jeszcze kesz "GA8-Wiatrak w Minkowcach" OP815Y i tajemnicze wybrzuszenie na murze. Udało się ustalić co to takiego i skrzynka znaleziona.


    Z kolejnego wiatraka w Wojnowcach nie pozostało zbyt wiele, jedynie fundamenty. Za to dokładnie można obejrzeć żeliwną obręcz dzięki któremu ustawianie obiektu w kierunku wiatru było łatwiejsze. Kiedy MiszkaWu zajmował się keszem "GA7-Wiatrak we wsi Wojnowce" OP815U, ja wdrapałem się na wspomniany wysoki fundament. Liczyłem na lepsze widoki, ale nie polepszyło to zbytnio perspektywy i tylko spodnie pobrudziłem.
    Niewiele lepiej prezentuje się to co pozostało z wiatraka w Malawiczach. Spalona konstrukcja nasunęła mi skojarzenia ze starym filmem o Frankensteinie. Niezwykłe wrażenie robi szczególnie zwęglone koło, które zawisło na resztkach belek. Ponure wrażenie potęgowały stalowe chmury z których zaczął padał deszcz. Miejsce z mrocznym, ale pięknym klimatem. Może to i dobrze, że nie trafiliśmy tu w piękny dzień. Szybki wpis do kesza i dalej w drogę.


    Deszcz zaczął padać coraz mocniej, dlatego przy keszu "GA5-Cerkiew we wsi Samogórd" OP803P zrobiliśmy drive-in. Cerkiew obejrzana na szybko i nawet nie wchodziliśmy na jej teren. Trochę szkoda, bo nieprędko tu wrócę. Jednak nic na siłę.
    Przy keszu "GA9-Wiatrak we wsi Chmielowszczyzna" OP8160 najpierw dostrzegliśmy gospodarza wśród zabudowań zaledwie kilka metrów od wiatraka. W dobrym tonie było zapytać o możliwość obejrzenia tego cuda, na co zgodę otrzymaliśmy. Wiatrak jest inny od pozostałych. To dlatego, że to holender. W odróżnieniu od tych które dotąd widziałem, ten zbudowany jest z drewna i jest jakby mniejszy.  Jego właściciel zadbał też o jego wygląd. Cały obity jest deszczułką, przez co ma się wrażenie jakby wiatrak się nastroszył.
    Przy ostatnim keszu "GA4-Wiatrak w Szczęsnowiczach" OP803M narodził się dylemat czy w ogóle do niego podchodzić. Cały czas lało, na dodatek miałem na sobie wyjściowe ciuchy, bo to miała przecież być wycieczka o trudności spaceru w parku miejskim. Jednak człek nie z cukru, a ciuchy doschną. Kawałek trzeba było przejść przez zboże. Na całe szczęście do wiatraka jest przez nie ścieżka. Budynek był spełnieniem marzeń. Dało się wejść do środka i obejrzeć zachowane w dobrym stanie wnętrze. Do obejrzenia są dwa poziomy. Jak ktoś myśli, że w środku znajdzie skomplikowane mechanizmy z pewnością się zawiedzie. Do mielenia zboża wcale nie były potrzebne. Piękno jest w prostocie. Wpis dokonany wewnątrz z uwagi na deszcz to była prawdziwa przyjemność.


    I to koniec wycieczki. Cieszę się, że dzięki OC miałem okazję obejrzeć wiatraki, których niedługo pewnie już nie będzie. Może jeszcze gdzieś stoją zapomniane, przy drogach ostatniej kategorii i czekają na odkrycie i swoje kesze.

wtorek, 1 lipca 2014

Szlakiem Orlich Gniazd

        W ostatnim tygodniu czerwca dostałem urlop w pracy, trzeba było więc dobrze wykorzystać ten czas. Pomyślałem, że dobrym pomysłem będzie odwiedzenie zamków na szlaku Orlich Gniazd. Czemu tam? Po prostu tam jeszcze nie byłem. Plan był taki, by odwiedzić zamki, które wchodzą w skład tego szlaku, ale własnymi ścieżkami. Wycieczkę zacząłem w Krakowie, zakończyłem w Częstochowie. Udało się odwiedzić wszystkie zamki, choć łatwo nie było (głównie przez pogodę). Keszy miałem podjąć trochę więcej, ale niektórych nie było, a niektórych nie chciało mi się szukać. Nic na siłę.
    Musiałem wcześnie się zerwać bo pociąg do Krakowa miałem o 5:40. Niestety nie ma już bezpośredniego połączenia i m usiałem przesiadać się w Warszawie. Parę minut po 14 byłem już w stolicy Małopolski. Pierwsza rzecz to znaleźć wyjście z dworca. Tak szukałem, że znalazłem się na drugim piętrze galerii. W końcu jakoś się wydostałem z zaklętego kręgu wykluczających się tabliczek. Wyruszać na szlak było już trochę późno, więc postanowiłem powłóczyć się trochę po Starym Mieście. Zajrzałem do żelaznych punktów każdej wycieczki, czyli na rynek, do kościoła Mariackiego i na Wawel. Przy okazji zaliczając z dwie, czy z trzy skrzynki.

Psikiszkowy pojazd na rynku
    W Krakowie z noclegiem nie ma problemu. Niespecjalnie lubię sypiać gdzieś na dziko, wybrałem więc jeden z campingów. Po drodze do niego zatrzymałem się przy keszu "Fort Kleparski" OP2833. No cóż, trochę mnie rozczarował. Skrzynka jest w miejscu najmniej reprezentacyjnym i jedyne co widać to ceglane ściany. Przyznaję, że to moja wina bo nie doczytałem, że warto zajrzeć z drugiej strony, a jak w przypadku każdej takiej budowli byłoby co oglądać.
    Po rozbiciu namiotu na campingu głównym celem był sklep, bo nie samymi skrzynkami człek żyje. Po zakupach udało się jeszcze odszukać kesza "Stary dom" OP32B7. Piękne ruiny wśród nowej zabudowy.
    Nocka minęła spokojnie tylko przez to, że miałem nowy namiot i jeszcze dobrze się nie przewietrzył obudziłem się z lekkim bólem głowy. Szybko się zwinąłem i ruszyłem na szlak. Początkowo jechało się wspaniale. Dotarłem do kesza "Skałki Januszowice" OP038C. Dojście w pobliże skrzynki jest dosyć proste. Najgorsze są ostatnie metry w dół. I właśnie dlatego nie zdecydowałem się jej podjąć. Od czasu wypadku jestem bardziej ostrożny i czasem wolę odpuścić niż zbytnio ryzykować. W tym wypadku zejście byłoby proste, bo można by chwycić się drzewka w razie czego. Gorzej z powrotem. Dla pewności przydałaby się czyjaś ręka. Jeden zły ruch i lot kilka metrów w dół gwarantowany. Mimo wszystko polecam odwiedzić to miejsce, bo widoki ze szczytu skałki są niesamowite.
    Zaraz zaczął się podjazd. Niby niezbyt stromy, ale poczułem różnicę między drogami Podlasia, a Małopolski. Jak na mój gust, zdecydowanie za długo trzeba wjeżdżać pod górę. Najgorzej jak pokona się jakiś zakręt, patrzysz, a tu dalej trzeba mozolnie pokonywać kolejne metry.  W końcu dotarłem do kesza "Przybysławice" OP018D, obcykałem krzyż, by w domu odgadnąć hasło tego virtuala i... dalej pod górkę. Na szczęście w przyrodzie panuje równowaga bo i w końcu zjazd się trafił, którym dojechałem do zamku w Korzkwi. Niewielki, ale bardzo mi się spodobał. Właścicielowi udało się połączyć biznes (w tym przypadku hotel) z odbudową zamku. W tej chwili trochę dziwnie wygląda rekonstrukcja z pustaków w jednym miejscu, ale to się pewnie otynkuje i nikt się nie pozna. Po części niezajmowanej przez hotel można swobodnie chodzić, nikt tego specjalnie nie pilnuje. Szkoda tylko, że wejście na wieżę  było zamknięte. Zostało mi tylko, wzdłuż murów przejść się do skrzynki "Zamek w Korzkwi" OP3D17.


    W Korzkwi zajrzałem jeszcze do kościoła. Po skrzynkę "Kościół Korzkiew" OP038E i by obejrzeć ten zabytek. Z pierwszym poszło sprawnie, bo to virtual, ze zwiedzaniem niekoniecznie. Właśnie trwała msza i to jej początek. Nie chciałem czekać do końca i tylko obejrzałem świątynię od zewnątrz. Trochę zawiedziony ruszyłem w stronę doliny Prądnika i Ojcowskiego Parku Narodowego. Zaskoczyła mnie płaska, asfaltowa droga, którą można przejechać doliną. Zatrzymałem się przy żelaznym punkcie każdej wycieczki, czyli Bramie Krakowskiej.  Siedziałem na ławeczce i patrzyłem jak jedne grupy odchodzą, inne przychodzą, słuchałem przewodników, jedni opowiadający ciekawie, inni mniej. I cały czas czaiłem się na okazję na podjęcie kesza. W końcu zrezygnowałem, bo nie było szans na podjęcie bez spalenia. Podobna sytuacja powtórzyła się w pobliskiej kapliczce na wodzie.  Z kolei już przy skrzynce "Zamek w Ojcowie" OP80WZ jakoś udało mi się wstrzelić między wycieczki. Po wpisie poszedłem odwiedzić zamek. Ładne, niewielkie ruiny z ciekawym widokiem na dolinę. Pięknie prezentuje się brama główna przytulona do wapiennych skał. Najbardziej zainteresowała mnie studnia. Niesamowicie głęboka, a jak doczytałem na tabliczce, to tylko fragment, bo reszta została zasypana. Niesamowite, że ludzie bez nowoczesnego sprzętu potrafili wydrążyć tak głęboką dziurę w ziemi. 
    Niedaleko czekała mnie jeszcze jedna skrzynka, "Jaskińka" OP5B7A. Jadąc spojrzałem na GPS, który pokazywał zaledwie kilkanaście metrów. Zatrzymałem się rozejrzałem i zobaczyłem ścieżkę w górę do jaskini. Wdrapałem się na górę, gruntownie przeszukałem grotę i nic nie znalazłem. Mówi się trudno i jedzie dalej, ale po kilkunastu metrach pojawia się kolejna jaskinia na wysokości drogi. Bardziej pasuje do opisu i okazuje się, że to jednak tu. Dobrze, że nie mam brzucha bo ciężko byłoby się przecisnąć do kesza.


to nie były te groty
    Wyjechałem z lokalnej drogi, by dalej podążać wojewódzką 773. Na samym początku zatrzymałem się przy Grodzisku Ojców. Nie znałem dobrej drogi na szczyt, poszedłem więc z rowerem ścieżką pieszą. W połowie przypiąłem rower do barierki, bo wciąganie go było bardzo męczące. Na szczycie czekały mnie zabytki sakralne. Jednak tutejszej skrzynki nie mogłem podjąć, bo wokół kręcili się robotnicy remontujący kompleks. Nie dziwię się, że znalazły tu kiedyś schronienie siostry zakonne. Dostanie się na szczyt to nie takie proste. Jakbym był najeźdźcą to z pewnością poszukałbym jakiejś wioski na którą nie trzeba włazić po takim stromym stoku. Dziś na szczęście nikt Polski nie najeżdża, a na zboczu w spokoju pasą się owce.


    Zaraz zza zakrętu wyłoniła się Maczuga Herkulesa, a za nią zamek w Pieskowej Skale. Muszę z przykrością stwierdzić, że jest mniejsza niż sobie ją wyobrażałem. Pamiętam ją z podręczników geografii i tam na zdjęciach wyglądała jakby wręcz przytłaczała okolicę. Nie zmienia to faktu, że i tak jest jedną z ciekawszych skał jakie mijałem. Od strony zamku podejście do niej jest dość łatwe, ale ja poszedłem z drugiej strony i trzeba było uważać by nie pośliznąć się na żwirze. GPS z jakichś powodów strasznie tam wariował i nie miałem widoków na znalezienie kesza "Maczuga ;-D" OP10FF. Wpadła mi w oko jednak skała podobna do spoilera, podciągnąłem się i już miałem skrzynkę. Dobrze, że nie była zamaskowana, bo inaczej nie szukałbym jej dokładnie.
    Od maczugi podjechałem pod zamek, gdzie na dole zostawiłem rower. Moim zdaniem jest on najpiękniej położony ze wszystkich Orlich Gniazd. Ładnie wyrasta ze skał, nie za mały i nie za duży, taki w sam raz. Nawet to, że był częściowo zamknięty, bo trwają prace remontowe nie zepsuło mi pobytu. Udało się przynajmniej z góry rzucić okiem na ogrody, gdzie córka murgrabiego z serialu "Janosik" grała w ciuciubabkę. Zostało mi jeszcze znaleźć kesza "Pieskowa Skała 1" OP018E, ale początkowo jak zobaczyłem gdzie prowadzi GPS dałem sobie spokój. Schodząc jednak z zamku zobaczyłem ścieżkę przy murze, więc z ciekawości poszedłem nią zobaczyć dokąd prowadzi. Okazało się, że do samej skrzynki. Tylko na samym końcu trzeba się trochę przeciskać między skałami, a potem wychylić. Fajnie było wpisywać się z nogami dyndającymi się nad niewielkim urwiskiem.

zamek, skała i kesz (którego nie widać)
    Jadąc dalej drogą 773 wjechałem niedługo do wsi Sułoszowa. Raz z górki, raz pod górkę tak sobie jechałem i pewnym momencie odkryłem, że nigdzie nie minąłem tablicy z końcem miejscowości. Okazało się, że to jedna z dłuższych wsi w Polsce. Byłem pod prawdziwym wrażeniem, bo niecodziennie mija się wieś ciągnącą się prawie 10km.
    Przede mną Olkusz. Miasto które dotąd kojarzyłem jedynie z naczyniami emaliowanymi. Znalazłem tutaj cztery kesze z których zapamiętam szczególnie jeden, "Mural MHD" OP6A7D. Prawdziwa perełka, reklama Miejskiego Handlu Detalicznego, jeszcze z okresu PRL-u. Zachował się do dzisiaj, bo po prostu nikt jeszcze nie remontował kamienicy. Jest duża szansa, że niedługo oblepią go styropianem. Do teraz sobie pluję w brodę, że tak skupiłem się na keszu, iż nie zrobiłem żadnej fotki. Jednak tym, z czym teraz będzie mi się jeszcze kojarzył Olkusz to z pewnością stary cmentarz. Mały fragment wydzielony był dla prawosławnych. Na części katolickiej do dzisiaj zachowało się kilka wspaniałych nagrobków. Widać na nich upływ czasu, niektóre są nawet częściowo stłuczone, ale wciąż zachwycają. Tym bardziej, że nie zachowało się ich zbyt wiele. Uwagę zwracają też napisy po włosku, bo jak się okazuje pochowany jest tu Francesco Nullo, dowódca garibaldczyków z okresu powstania styczniowego.

jeden z nagrobków w Olkuszu
    W Olkuszu spędziłem trochę czasu, bo i oprócz skrzynek zatrzymałem się tu na obiad. Cóż jednak było robić, gdy droga wzywa. Za miastem szosa wspięła się na górkę, skąd był wspaniały widok na podświetlony przez słońce zamek w Rabsztynie. Kiedy byłem już w pobliżu ruin uznałem, że wszystkie zamki dobrze by było odwiedzać, gdy słońce jest już nisko. Pięknie się przebija przez otwory okienne, mury zaczynają lśnić tajemniczym blaskiem, a wydłużające się cienie zapowiadają pojawienie się nocnych duchów, które ma każdy szanujący się zamek. Nie mogło zabraknąć też kesza "MB03 Zamek Rabsztyn" OP2DA8, przez którego musiałem wręcz czołgać się w piasku, ale było warto.

Rabsztyn około 2 godziny przed zachodem słońca
    Póki jeszcze było widno trzeba było zacząć szukać noclegu. Lasy tam spore, ale prawie wszędzie wysoka trawa, która z rana oblepiona rosą potrafi uprzykrzyć życie. Na szczęście wypatrzyłem idealne miejsce na mchu i spało mi się wspaniale. Ramo wstałem jak nowo narodzony, by pełen nowych sił ruszyć w dalszą trasę. Po drodze najbardziej spodobały mi się kolejowe klimaty. Szczególnie stacja Jaroszowiec z szerokim torem. Ponoć linia hutnicza jest najdalej na zachód Europy wysuniętym torem z rozstawem 1520mm. Prawdę mówiąc by dostrzec różnicę, trzeba się dobrze przyglądać. Humor popsuł mi zamek w Bydlinie, a szczególnie brak kesza "Zamek w Bydlinie" OP0E70. Ruina jest z pewnością najskromniejsza z wszystkich Orlich Gniazd. Niewielki prostokąt wyznaczają resztki murów, zabezpieczone przed całkowitym zawaleniem betonem. Spędziłem tu sporo czasu walcząc z roślinnością i zaglądając we wszystkie możliwe dziury. Co mnie jednak najbardziej denerwowało, to ludzkie chamstwo. Wewnątrz wręcz śmierdzi. Można się domyślić czym. 
    W drodze ponure myśli szybko wywietrzały z głowy i już przy kolejnym zamku w Smoleniu, pełen optymizmu zacząłem zwiedzanie. Po małym remoncie dla turystów została udostępniona wieża. Nie mogło i mnie na niej zabraknąć. Roztaczają się z niej wspaniałe widoki na cztery strony świata. A i resztę zamku widać stąd wspaniale. Pozostało jeszcze odszukać kesza. Wspinaczka po niego nie była ekstremalnie trudna, ale nie była to też łatwizna i trzeba z rozwagą stawiać kroki. Kiedy byłem już pod właściwą skałą, zaglądam w jej szczeliny, a tutaj pustka. Nie pozostało nic innego niż się rozsiąść i podziwiać widoki, które stąd były równie piękne jak z wieży.

Smoleń z wieży
    Po tym niepowodzeniu myślałem, że zrekompensuję to sobie w Pilicy. Nim tam jednak dotarłem na jednym ze zjazdów rower bez żadnej mej pomocy rozpędził się do ponad 50km/h. Jak na taki pojazd to naprawdę ogromna szybkość, tym bardziej, że to żaden profesjonalny sprzęt i by pozostać w jednym kawału włożył w to sporo wysiłku, za co mu dziękuję. Już w Pilicy poszedłem szukać kesza, który jak się okazało w czasie mojego wyjazdu został zarchiwizowany. Schowany był na drzewie. Przypomniało mi się dzieciństwo, jak właziłem na drzewa, tylko tym razem jakoś dłużej się wdrapywałem. Na górze zaczynam poszukiwania i od razu dostaję dwa, może trzy użądlenia w kark. Nawet nie patrzyłem co mnie zaatakowało i w parę sekund byłem na dole. Już z ziemi przyjrzałem się rozzłoszczonym owadom i okazało się, że naruszyłem gniazdo pszczół. Nie pozostało nic innego niż obejrzeć pałac. Trochę się bałem chodzić po całym terenie, bo jednak formalnie to teren prywatny z tabliczką zakaz wstępu. Ale jak zauważyłem piliczanie chętnie korzystają z parku, więc przeszedłem się po terenie, nie bobrując zbyt mocno. Patrząc na niszczejący zabytek robi się naprawdę przykro. Jest to jeden z piękniejszych pałaców w których byłem. Wciąż w stanie, który pozwala go uratować, ale spory własnościowe sprawiają, że stoi bez większych inwestycji. Przed głównym wejściem jest wielka fontanna z ciekawymi, acz prostymi rzeźbami. Do środka wchodzi się po szerokich schodach, ale można też podjechać pod główne drzwi. Na szczycie frontu są jakieś figury z tarczami, pewnie herbami właścicieli. Front zdobiony różnymi płaskorzeźbami, najciekawsze są głowy nad każdym oknem. W ogóle miejsce jest tak ciekawe, że człowiek przystaje co krok odkrywając coś nowego.


    Jadąc z Pilicy nad głową zaczęły się gromadzić ciemne chmury. Początkowo nie wyglądało to najgorzej, ale w Podzamczu koło Ogrodzieńca rozpadało się na dobre. Na całe szczęście byłem już obok sanktuarium Matki Bożej Skałkowej. Na czas deszczu schowałem się pod łukiem i przeczekałem niemiłą pogodę. Po deszczu poszedłem przez mokre skałki, które są niesamowicie śliskie po kesza "Sanktuarium na skale" OP5AD1. Kesza nie znalazłem, ale po raz kolejny okazało się, że do skrzynki prowadzi przyjemna ścieżka, gdy wcześniej musiałem skakać jak kozica.
    Kto by się jednak przejmował brakiem skrzynki, gdy widać już ruiny zamku Ogrodzieniec. Naprawdę wielkie, rozciągające się na przestrzeni kilku hektarów. Na miejscu byłem tylko ja, może z dwie wycieczki i kilku innych turystów. Pogoda wystraszyła tłumy, dzięki czemu zwiedzanie było przyjemnością. Drobny minus to jak mi się wydaje zbyt duża ingerencja w ruiny. Gdzieniegdzie betonowe posadzki trochę psują efekt. Najciekawsza jest izba tortur. Niewielka i usytuowana z boku , jest prawdziwą perełką zamku. Najbardziej mrożącymi krew w żyłach eksponatami są te najprostsze, zabójczo skuteczne w swym działaniu. Kto nie chce wydawać kasy na odwiedzenie wnętrz, zawsze może obejść zamek z zewnątrz. Najciekawiej prezentuje się od strony kesza "EM-171 Zamek Ogrodzieniec" OP0493, którego zresztą nie było przez działalność dzieciaków z geobuster. 


    Od zamku Ogrodzieniec towarzyszyło mi zimno, czasami jakiś kapuśniak lekko mnie zmoczył. Jednym słowem jazda nie była przyjemnością. Na chwilę zatrzymałem się przy keszu "Mogiła Żołnierza Radzieckiego" OP06ED. Malutki krzyż i enigmatyczna tabliczka, to wszystko sprawiło, że to jedno z najbardziej niepozornych miejsc jakie odwiedziłem w czasie wszelkich wyjazdów.
    Niedaleko było już do kolejnego zamku Bąkowiec w pobliżu wsi Morsko. Na początku źle pojechałem, bo nie chciałem wjeżdżać na teren ośrodka wypoczynkowego. Jak się okazało zamek stoi na jego terenie, a gospodarze nie robią żadnych problemów z oglądaniem. Trochę szkoda, że nie można wejść do środka. Poza tym zamek nie prezentuje się szczególnie imponująco. Głównie przez drzewa i krzewy skutecznie maskujące mury. Miałem takie wrażenie, że ośrodek jako właściciel może się pochwalić w folderach tą atrakcją, tylko nie za bardzo ma pomysł co z nią zrobić. Na całe szczęście keszerzy zadbali i o niego i jest tam ukryty kesz "Zamek Bąkowiec" OP1B22. 
    W okolicach Morska miałem sobie szukać noclegu, ale pora była jeszcze wczesna, więc pojechałem dalej. Na chwilę nawet zaczęło nieśmiało słońce się przebijać. Niestety na krótko. We Włodowicach zatrzymałem się na chwilę przy ruinach pałacu z XVIIw. Oprócz kesza "Pałac we Włodowicach" OP2A7E ma on bogatą historię. Zatrzymywał się tutaj król Sobieski i August III Sas. Dzisiaj o dawnej świetności świadczą jedynie grożące zawaleniem mury. Nie wygląda na to by pałac dałoby się jeszcze uratować. 
    Chwilę postoju zapewnił mi jeszcze cmentarz z I wojny światowej. Pochowani są tu żołnierze  aż trzech armii: austriackiej, niemieckiej i rosyjskiej. Wejścia na teren strzeże kapliczka i ciekawa brama. W środku od razu rzucają się w oczy krzyże dość ciekawie zaprojektowane. W oryginale metalowe, ale jak miałem okazje się przekonać, część zastąpiono drewnianymi ze względu na złodziei. Wydobyłem jeszcze kesza "1914"OP1B1F i pojechałem dalej.
    Dotarłem do kolejnego zamku na szlaku Orlich Gniazd, czyli ruin w Mirowie. Było już dosyć późno, a na dodatek cały czas popadywało. Na szczycie wzniesienia doszedł do tego silny wiatr. Nie zdziwiłem się za bardzo, że byłem jedynym turystą. Przez pogodę zamek wydawał się ponury i nieprzystępny. Zresztą nieprzystępny jest w sensie dosłownym, bo ogrodzony płotem. Z jego okolic rozpościerają się ładne widoki na okolice, bez względu na pogodę. Najbardziej zastanawiała mnie tajemnicza konstrukcja, niczym latarnia morska, widoczna na północy. Okazało się, że to wieża telewizyjna. Pierwszy raz widziałem taką konstrukcję, bo takie stacje to zazwyczaj maszty. A wracając do zamku to plusem pogody, były pustki dzięki czemu bez problemu mogłem podjąć kesza  "Zamek w Mirowie" OP0453.


    Po rozejrzeniu się za noclegiem zdecydowałem się na jedno z gospodarstw agroturystycznych. Mili ludzie stwierdzili, że nie mam co rozbijać namiotu na jedna noc i dali do dyspozycji niewykończone  pomieszczenie. Co najważniejsze była tam stara, ale czysta kanapa. Miałem ogromne szczęście bo w nocy rozpadało się na dobre i lało aż do 9 rano.Popsuło mi to trochę plany, ale taki mamy klimat. Najpierw wróciłem do ruin zamku Mirów. Stąd ścieżką między skałami poszedłem do zamku Bobolice. Nie był to najmądrzejszy pomysł. Śliskie skałki, wąska ścieżka, a czasami rośliny rosły tak gęsto, że zaczepiałem o nie przez co spadło na mnie sporo wody. Po jej przejściu wyglądałem jakbym jechał w deszczu. Zamek w Bobolicach ładnie odremontowany, ciekawie się prezentuje z miejsca w którym ścieżka wychodzi z lasu. Na możliwość zwiedzania musiałbym czekać na pełną godzinę. Zresztą cena też odstrasza. Taniej jest zwiedzić Wawel niż ten zamek. Po obejrzeniu murów została mi jeszcze skrzynka "Mirów&Bobolice" OP02E6. Rzut oka na GPS i okazało się, że muszę wracać na górę do ścieżki którą jeszcze niedawno szedłem. Przeklinając swoje gapiostwo udało mi się odnaleźć kesza.
    Znów zjechałem do Mirowa. Tutaj już od poprzedniego dnia nie dawał mi spokój jeden dom. Zdobiony jak piernikowa chatka Baby Jagi nie mogłem dociec czy w ten sposób został zbudowany od podstaw, czy też oklejono tak jakiś starszy budynek.


    Z Mirowa w kierunku Żarek biegnie wręcz autostrada rowerowa. Asfaltowa droga z ruchem samochodowym dopuszczonym jedynie na podstawie specjalnych pozwoleń, zapewne dla kilku mieszkańców by mogli dojechać do domu czy na pola. Z głównej drogi znalazłem wjazd na pola, by odszukać niemiecki schron i kesz "Art_016 Bunkrowe Wzgórze Parchowatka" OP15A2. Nawet jak ktoś nie przepada za tego typu budowlami, to warto tu przyjść by obejrzeć rozległą panoramę okolic. Niesamowity jest widok szczególnie w kierunku Żarek. Mojej bytności towarzyszyły tam trochę zdziczałe koty. Jeden tak się zapędził w polowaniu, a potem jedzeniu ptaszka, że zupełnie nie przeszkadzało mu, że dał się podejść na kilkanaście metrów


    W Żarkach zawitałem najpierw do tamtejszego sanktuarium. Dla osób wierzących w cuda bije tam źródełko, którego woda ma leczyć. Wody miałem i tak na jakiś czas dosyć więc nawet nie spróbowałem jaki ma smak. Przy takich miejscach zawsze zastanawiają mnie ludzie z baniaczkami na wodę. Nabierają jej tyle, jakby w kranach nie mieli, oszczędności też z tego tytułu raczej nie ma, bo żeby przewieźć kilkanaście baniaczków trzeba przyjechać samochodem, spalając benzynę. Metr sześcienny wody to trzy złote z groszami (aż sprawdziłem w necie po ile tam mają), a żeby tyle nabrać potrzeba 200 baniek po 5 litrów, więc nie wiem gdzie logika? Rozważając zawiłości ekonomii podjąłem kesza "Sanktuarium Leśniów" OP70B1. 
    Na prawdziwą perełkę miasta zasługuje jednak cmentarz żydowski. Prowadzą do niego drogowskazy, więc raczej trudno go nie znaleźć. Z daleka prezentuje się wspaniale. Teren jakby półpustynny, a wśród mizernych traw i karłowatych sosenek wyrastają nagrobki. Z pewnością na jego piękno ma wpływ także lekko falisty teren. Niestety z bliska nie prezentuje się już najlepiej. Zatarte napisy to naturalna kolej rzeczy, ale już pobite nagrobki czy walające się śmieci robią przykre wrażenie. Iść w takie miejsce by pić wódkę? Nigdy tego nie zrozumiem. Po obejrzeniu kirkutu podjąłem kesza "Kirkut na Kierkowie" OP1B20 i opuściłem w sumie ładne miasteczko.
  

    W drodze do zamku w Olsztynie zatrzymałem się tylko w Przybynowie po kesza "ZB-05 Kościół w Przybynowie" OP817H. Ciekawe prezentuje się jedna ze ścian. Zbito z niej tynk odsłaniając stare cegły i dalej nic z tym się nie robi. Myślałem, że to może remont, ale brak rusztowań jakby temu zaprzeczał. 
    Z Przybysławic do Olsztyna droga niby cały czas asfaltowa, ale jak na złość większość pod górkę. Pierwsze kroki skierowałem od razu do zamku. Są tam aż cztery skrzynki, ale jakoś nie chciało mi się szukać i zdecydowałem się na jedną, a druga wpadła przez przypadek. Najpierw zdecydowałem się wejść na wieżę starościńską. Jest z niej piękny widok na cztery strony świata, jak i na resztę zamku. Wspaniale prezentują się stamtąd skały wapienne i pozostałe ruiny. Warto dorzucić dodatkowe 3zł. Trochę się bałem, że pani pilnująca wejścia uniemożliwi mi podjęcie kesza "Zamek Olsztyn - Wieża Starościńska" OP68FF, ale na szczęście jest on ukryty po przeciwnej stronie i tylko trzeba uważać by w drodze się nie zaczepić, szczególnie przy keszu, bo może nas czekać piękny, acz krótki lot.

z wieży Starościńskiej
     Pozostało mi jeszcze zwiedzenie reszty ruin. Przy okazji popatrzyłem jak wspinacze zdobywają jedną ze skał. Chodziłem po zamku korzystając chyba ze wszystkich możliwych ścieżek. W końcu trafiłem do niesamowitego pomieszczenia. Nawet nie wiem jak je nazwać, bo jej część stanowi naturalna ściana, a część mury zamku. Taka częściowo naturalna jaskinia. Trochę światła wpadało przez wejście i od góry. Za ciemno by dostrzec szczegóły, ale dość jasno by widzieć kontury. Skojarzyłem, że chyba jest tu kesz i po omacku, łapiąc się kamieni wszedłem trochę po ścianie po kesza "Legendy Zamku Olsztyn - Bedekkk" OP53B9. Nie żeby był to karkołomny wyczyn, bo podejść wystarczy zaledwie metr. Zamek w Olsztynie mimo, że bardzo zniszczony to chyba najbardziej podobał mi się w czasie wycieczki. Ma po prostu swój magiczny klimat i czuć tu prawdziwy powiew historii. Może wpływ na to ma, że nikt nie próbuje go chociaż częściowo odbudować, zabezpieczono go jedynie przed dalszym niszczeniem i zamontowano barierki w kilku naprawdę niebezpiecznych miejscach. 
    Po wizycie w zamku zajechałem jeszcze do kesza "Olsztyn - Kościół" OP68FD. Tutaj nie zabawiłem długo, bo środku odbywał się pogrzeb i swoim myszkowaniem nie chciałem zakłócać uroczystości. Skrzynkę podjąłem tylko dlatego, że jest kilka metrów od kościoła i w miejscu oczywistym. 
    Olsztyn to był ostatni przystanek na szlaku. Pojechałem w stronę Częstochowy. Początkowo trzeba walczyć o swoje miejsce na drodze krajowej, ale zaraz zaczyna się szeroka droga rowerowa, która jest wybawieniem, bo krajówka jest wąska, a jeździ tam sporo tirów. Dlatego jak mało która zasługuje na kesza i go ma w postaci "[afka_18] Ścieżka pieszo rowerowa" OP6A4A.
    W Częstochowie miałem zaplanowanych kilka keszy, ale z racji późnej pory, wrodzonego lenia a i tego, że do niektórych nie dało się podejść bez spalenia miejscówki większość odpuściłem. Udało się podjąć tylko dwie.  "Michalina" OP7C35, bo była na totalnym odludziu i "[afka_1] Ratusz" OP4165, bo dosłownie na niej usiadłem.
    Na nocleg skorzystałem z pola namiotowego obok Jasnej Góry. W regulaminie jest tam o zorganizowanych pielgrzymach, ale pomyślałem, że pojedynczego wędrowca nikt nie wygoni. Obudziłem się prawie razem ze słońcem, bo pociąg do Białegostoku miałem o 6:30. Szybko się zwinąłem i pomknąłem w stronę dworca. W domu znalazłem się już bez żadnych przygód. Teraz można chwilę odpocząć i knuć gdzie by tu jeszcze ruszyć.

piątek, 13 czerwca 2014

Nuda, Biebrza i Carska Droga

     Niedzielny poranek, mógłbym ostro poleniuchować, ale jak, kiedy bilet na pociąg już kupiony? Zwlekłem się z łóżka, coś na ząb, sakwy już zapakowałem dzień wcześniej. Rześki poranek sprawia, że te dwa kilometry do dworca przegania resztki snu. Jest specjalny wagon do przewozu rowerów, czysta toaleta i nie byłoby to PKP gdyby nie włączone ogrzewanie, którego nie da się regulować. Na szczęście po kilkunastu minutach jazdy zostało wyłączone. Wysiadłem w Grajewie i zgodnie z planem założyłem skrzynkę. Dość spontanicznie bo poprzedniego wieczoru pomyślałem, że miasteczko nie ma swego kesza, skleciłem więc coś na szybko, w razie gdyby wpadło mi coś w oko godne skrzynki. Daleko szukać nie musiałem bo już na dworcu uwagę przykuła wieża ciśnień.
    Nie miałem ochoty na zwiedzanie miasteczka, więc jak najkrótszą drogą je opuściłem. Słońce jeszcze nie przypiekało, więc jechało się świetnie. Samochodów minąłem niewiele, w gospodarstwach też panował spokój, tylko w niektórych rolnicy robili to co trzeba zrobić niezależnie od dnia. W końcu dotarłem do wsi Okół, gdzie odbiłem w las do kesza "Zawsze wyskakują zza krzaków" OP4686. Kolejne miejsce, którego w życiu bym nie odwiedził, gdyby nie OC. Skromny obelisk poświęcony dwóm partyzantom poległym w potyczce z Niemcami. 
    Trzeba było wrócić mały kawałek i znów jechałem przez pola i senne wioski. W końcu dotarłem do skrzyżowania i według mapy dalsza droga miała mnie wieść na granicy pola i lasu. Z wszystkich czterech do wyboru okazała się tą najgorszą. Jednak dla roweru to żaden problem. Wystarczy jechać trochę wolniej, najważniejsze że była ubita, a nie sypki piaseczek. W końcu wjechałem w las. W obniżeniach czekały na mnie wielkie kałuże, które jakoś omijałem. W końcu przy jednej rower zsunął się do wody i okazało się, że jest dość głęboko. Udało się pokonać przeszkodę bez zatrzymywania, ale trochę wody na nogi przyjąłem.Szczęściem byłem w sandałach i nie był to problem.


    W końcu znów dotarłem do cywilizacji, czyli Niećkowa. Kawałek asfaltu, by znów droga poprowadziła mnie szutrem przez pola. W pewnym momencie coś jakby znajomy obiekt. Przyglądam się z daleka i rozpoznaję znajome schrony. To niejednokrotnie odwiedzana Linia Mołotowa. Niby poszczególne typy bunkrów dobrze znane, ale zawsze ciekawie się prezentują. W różnym stanie zachowania, ale co najważniejsze w innym otoczeniu. Podziwiając schrony z daleka dojechałem do skrzynki "Nie tylko Jedwabne" OP593A. Z pewnością wszyscy kojarzą Jedwabne z mordem dokonanym na żydowskich sąsiadach. Nie tylko w tym miasteczku dochodziło do bestialskich wydarzeń. Ze stonowanych wyjaśnień IPN-u wyłania się obraz tamtych wydarzeń. Część Polaków, stosując odpowiedzialność zbiorową, za prawdziwe i wyimaginowane krzywdy z okresu okupacji sowieckiej, jak i z prostackiej chęci rabunku dokonało zbrodni. Nie ma co tu zrzucać winy na Niemców, bo w ich przypadku scenariusz jest podobny. Na kilka dni dali mordercom wolną rękę. Zastanawiające, że szczególne nagromadzenie tego typu zdarzeń to tereny między Grajewem a Łomżą. Czytałem trochę na ten temat i do dziś nie znam odpowiedzi na pytanie, dlaczego szczególnie tam?
     Zostawiwszy za sobą smutne miejsce i niewesołe rozmyślania  wjechałem do Wąsosza. Miasteczko przywitało mnie niesamowitym widokiem kopalni żwiru. I nie jakiejś lokalnej, gdzie stoją dwie koparki, ale wydobywającej żwir na skalę przemysłową. Ogromne hałdy piasku, jakieś ogromne maszyny i barki do wysysania surowca spod wody. Po drugiej stronie barki były wyciągnięte na brzeg i mogłem zobaczyć na ile się zanurzają. To chyba najciekawsze miejsce w Wąsoszu. Można obejrzeć jeszcze dwa kościoły. Jeden przy rynku, zwany klasztorkiem, jest pamiątką po pobycie w tym mieście karmelitów. Trochę dalej wznosi się świątynia późnogotycka. Akurat trwała msza i nie chciałem przeszkadzać zwiedzaniem. Trochę szkoda, bo nie mam zbyt wielu okazji oglądać tak dawnych zabytków.


    Zaczęło robić się coraz bardziej gorąco, ale w miarę silny wiatr lekko chłodził. Wokół tylko pola i skrawki lasu. Dobrze, że teren jest tam ciekawie ukształtowany.. Lekko pofałdowany zapewniał miłe dla oka przeżycia. Jadąc niespiesznie dotarłem do wsi Doliwy, gdzie na jej początku stoi wiatrak holender, przy którym jest kesz  "Indar26_Holender w Doliwach" OP2891. Korpus trzyma się zdrowo, w końcu jest murowany z kamienia. Gorzej wygląda obracany dach ze śmigłami. Wykonany z drewna, trudniej znosi próbę czasu. Z dotarciem do wiatraka był mały problem. Najpierw musiałem pokonać dwa pastuchy elektryczne. Przy pierwszym sprawdziłem czy płynie prąd i niestety płynął. Drugiego już nie sprawdzałem. Trochę się bałem czy nie trzeba będzie wchodzić rolnikowi w szkodę, ale na szczęście lekko nadrabiając drogi, można dojść po miedzy. Wiatrak prezentował się pięknie. Niestety zamknięty na kłódkę i nie dało się wejść do środka. Ten typ nie zyskał dużej popularności w Polsce wschodniej, gdzie królowały koźlaki, więc tym bardziej cieszy zachowany egzemplarz.


    W Doliwach wyjechałem na wojewódzką 668. Minąłem Radziłów, senne miasteczko gdzie spotkanych ludzi mógłbym policzyć na palcach jednej ręki. Można to jednak tłumaczyć porą obiadową. We wsi o ciekawej nazwie Mścichy odbiłem w stronę Biebrzy. Jadąc drogą pośród biebrzańskich, podmokłych łąk najpierw minąłem stado krów. Myślałem, że ktoś je goni do obory, ale nikogo takiego nie było. Potem co rusz natykałem się na większe i mniejsze stada muciek. Nikt ich nie pilnował, nie były uwiązane, łaziły gdzie chciały. Pierwszy raz z czymś takim się spotkałem. Po ich czujnym okiem reaktywowałem kesza "Biebrzańskie Ptaki" OP0350. Postanowiłem dojechać do końca, czyli wieży widokowej. Tuż przed nią jest ogromny dół w którym było błoto. Nie spodziewałem się, że było tak głębokie i po łańcuch się w nie wpakowałem. Korzystając z chwili przerwy na obiad pod wieżą, poczekałem by błoto z roweru obeschło, dzięki czemu mogłem je potem wykruszyć. Warto tu było zajechać. Piękne widoki i sporo ptaków. Miłośnicy ornitologii mają tu pewnie swoje eldorado. Co prawda zaczęło się trochę chmurzyć, ale okazało się, że pogoda tylko postraszyła.


    We wsi Klimaszewnica podjąłem kesza "Nudny cache" OP0659. Idealnie obrazuje moje przeżycia z podróży fragmentem drogi 668. Co prawda niedaleko po prawej miałem Biebrzę, ale z drogi jej nie widać. Płaski teren z polami i od czasu do czasu wsie w których zabudowa to późny Gierek, czyli nic ciekawego. Pewnego kolorytu nadali smakosze tanich win spod wiejskiego sklepu, z którymi uciąłem krótka pogawędkę na temat wycieczek rowerowych. 
    Po dotarciu do Osowca posiedziałem chwilę przy moście drogowym. Dziesięć metrów w bok miałem drogę krajową, a w dole szumiała Biebrza przetaczająca się po kamieniach. Miejsce jest tak wspaniałe, że nie przeszkadzały mi nawet pędzące obok auta. Kilka kroków dalej są tory i most kolejowy. Natknąłem się akurat na poczciwy EZT. Pomoczyłem chwilę nogi, odpocząłem i ruszyłem do pobliskiego Goniądza. Na plaży miejskiej znalazłem zaciszne miejsce i postanowiłem, że tu przenocuję. Okazało się, że za tą przyjemność trzeba zapłacić 15zł, ale nie chciało mi się już stąd ruszać. W nocy spało by mi się wspaniale, gdyby nie żaby. Jak rechoczą gdzieś daleko, jet to nawet miłe dal ucha, ale jak kilka kroków od namiotu, potrafią chyba nawet obudzić umarłego.
   

    Poranek przywitał mnie piękną pogodą. Pełen nowych sił reaktywowałem kesza "ted93_Goniadz" OP070A. Byłem tam nawet kiedyś z kolegą z pracy, który już skrzynkę podjął, a mi nie sprzyjało szczęście, bo miała tendencje do znikania. Schowana jest tuż przy moście nad Biebrzą. Akurat kiedy na nim byłem, przejechał tamtędy samochód i most zaczął delikatnie falować. Spróbowałem czy też tak potrafię i o dziwo nawet człowiek może go delikatnie rozkołysać. 
    Plan na drugi dzień był taki, by Carską Drogą dojechać prawie do ujścia Biebrzy do Narwi, trochę wcześniej skręcając w stronę Tykocina, skąd już wrócić do Białegostoku. Historia Carskiej Drogi sięga przełomu XIX/XXw. kiedy to zbudowano ją by strategiczne połączyć rejony umocnione w Łomży, Osowcu i Grodnie. Dziś to bardzo lokalna droga z minimalnym ruchem. Wjechałem w nią w rejonie Osowca. Już na początku zjechałem z niej, by niebieskim szlakiem dotrzeć do keszy "ted168_Osowiec_4/2" OP1012 i "ted167_Osowiec_fort_IV" OP1011. Oba ukryte są przy wysadzonych resztkach Fortu IV. Do pierwszego kesza trzeba wdrapać się trochę pod górkę i potem można wybrać drogę łatwiejszą, czyli obejść ruiny, albo trudniejszą czyli skacząc po gruzie. Przy drugim keszu umocnienia zachowane są trochę w lepszym stanie. Nadzieje zrobił mi wąski korytarz, ale okazało się że okrąża tylko główna salę. 

    
    Początkowo Carska Droga biegnie przez mało ciekawy teren. Jednolity las sosnowy sadzony pod sznurek. Z czasem zaczynają pojawiać się świerki, potem brzozy i dęby. Z czasem las robi się starszy, okolica bardziej dzika i zaczyna być ciekawiej. Pierwszą ludzką siedzibą na jaką się natknąłem był opuszczony dom z keszem "ted13_zapomniany_dom" OP0377. Ktoś próbował tu zamieszkać, a może zrobić sobie domek letniskowy, bo w środku ściany obito płytami kartonowo-gipsowymi. Zawsze mnie zastanawia historia takich domów. Co kryje się za tym, że zostają porzucone?
    Pogoda zaczęła się lekko psuć. Popadywało od czasu do czasu. Przy keszu  "Barwik" OP0B2B udało mi się schować pod wiatą turystyczną. Przestało padać, pojechałem dalej. Znów zaczyna przy keszu "ted208_ogloszenia parafialne" OP0B1E i tym razem chowam się pod przystankiem PKS. Za mną rozciąga się ładne leśne bagienko. Niedaleko stoi drewniany krzyż w stylu, który coraz ciężej spotkać. Po prostu już nikt nie bawi się w takie zdobienia.
    Przestało padać, więc pojechałem dalej. Las powoli się kończy, jego miejsce zajmują krzaki oraz młode olchy i brzozy. Od czasu do czasu przejeżdżam przez mostki. Oryginalnie Carska Droga była brukowana kocimi łbami, które wystają czasem z dziur w asfalcie. Natomiast mosty wyłożone są obrobioną kostką. Co ciekawe są szersze niż droga. Ciekawe jakie to miało znaczenie?


     W końcu całkowicie wyjechałem z lasów i po obu stronach drogi miałem hektary łąk. Utrzymywane są przez koszenie ratrakami, inaczej zarosłyby krzakami, a przez to wyprowadziły by się stamtąd chronione ptaki. Koszenie odbywa się poza okresem lęgowym. Na łąki można spojrzeć z góry z wieży widokowej. W innym miejscu da się wejść w głąb po specjalnej kładce. Skorzystałem z obu możliwości. Liczyłem na spotkanie jakiegoś większego zwierza, niestety skutecznie się chowały. Towarzyszyły mi za to maleńkie ptaszki, wydające za to bardzo niski dźwięk.


    Opuściłem Drogę Carską i jednocześnie pogoda zaczęła się poprawiać. Przyroda potrafi jednak pozytywnie zaskoczyć. Przy samej drodze spotkałem parę żurawi. Zawsze gdy zobaczą człowieka w bliskiej odległości zrywają się do lotu. Tym razem zaczęły uciekać pieszo. Trochę się zdziwiłem, ale zaraz dostrzegłem między nimi młode, które widocznie nie potrafiło jeszcze latać. Dojechawszy do Tykocina zatrzymałem się tylko na krótki posiłek. Tak mi się dobrze jechało, że nie chciałem się zasiedzieć i już bez postojów dotarłem do domu.

środa, 11 czerwca 2014

Smaczna woda, zdrowa woda

    Kilka dni temu wymyśliłem  małe kółko na południe od Białegostoku. No, może nie takie małe bo przejechałem trochę ponad 60km. Dość długo zajęło mi przygotowanie do wycieczki. Bo to do sklepu po chleb trzeba było iść, to do GPS-a dwie skrzynki zrzucić. Okazało się też, że zaginęły moje rękawiczki rowerowe. Po drodze musiałem więc zahaczyć o sklep i sprawić sobie nowe. Okazuje się, że teraz jestem szczęśliwym posiadaczem dwóch par, bo stare znalazły się w szafce w pracy.
    W końcu udało się wyjechać. Pierwsza niespodzianka czekała na mnie tuż za jednostką wojskową przy ul. Kawaleryjskiej. Wzdłuż drogi wylotowej z Białegostoku zbudowano drogę rowerową. Ciągnie się aż do granic miasta i co najważniejsze jest z asfaltu. Jest to ułatwienie bo mimo, że droga jest gminna to sporo tu ciężarówek, a do tego część kierowców skraca sobie tędy dojazd do Bielska Podlaskiego (o całe trzy kilometry). Pierwszy postój zrobiłem sobie w Juchnowcu Kościelnym. O jakiegoś czasu "polowałem" na możliwość zajrzenia do kościoła. W końcu można było wejść chociaż do przedsionka. Zbudowany w stylu barokowym, wewnątrz aż oszałamia zdobieniami. Zawsze mnie to fascynowało, że mimo nagromadzenia tak ogromnej ilości złoceń i cherubinów w tym stylu, udaje się utrzymać cienką linię graniczną między sztuką a kiczem. Z racji możliwości wejścia tylko do przedsionka nie mogłem podziwiać całego wnętrza. Za to moją uwagę przykuła ciekawa rzeźba jakiegoś świętego stojącego na prawo od głównych drzwi.


Jakoś tak fajnie się jechało i kolejny postój zrobiłem sobie dopiero przy keszu "BURZA 13 "Krynoczka Kożany" OP214A. Do wpisu potrzebne jest hasło, niby wystarczy odczytać kilka cyfr, a w praktyce nie jest to takie proste. Zresztą kto tam trafi sam się przekona. Skrzynka pokazuje miejsce gdzie bije święte źródło. Wybudowano tu drewnianą cerkiew, którą pomalowano na niebiesko. Ze wzgórza na którym stoi, rozciąga się ładny widok  na dolinę Narwi. Wokół postawiono kilka starych krzyży, pewnie pamiątki po przycerkiewnym cmentarzu. U podnóża pagórka wybudowano niewielką kapliczkę, chroniącą źródło, które zresztą też obudowano betonową cembrowiną. Nie wierzę w cudowną wodę, ale nie zaszkodziło spróbować. I niech nikt mi nie mówi, że woda nie ma żadnego smaku. Tutejsza jest naprawdę pyszna. Nie wiem jakie związki chemiczne są w niej rozpuszczone, ale świetnie gasi pragnienie i delikatnie spływa po przełyku.



    Posilony wspaniałą wodą ruszyłem dalej. Ciekawe są podlaskie wioski. Obok nowych, lub w miarę nowych, można spotkać wciąż pamiętające dziesiątki lat. Część z nich ma gospodarza. Najczęściej spadkobiercę żyjącego w mieście i zaglądającego na wieś od czasu do czasu. Wtedy taki dom ma nowe okna, nowy szalunek i nowy dach. Na szczęście taki dom nie odbiega zbytnio od standardów wiejskiej zabudowy. Naprawdę rzadko trafiają się budynki, jakby żywcem wyjęte z muzeum etnograficznego. We wsi Lesznia natknąłem się na stare zabudowania gospodarcze kryte strzechą. Stojących w naturalnym otoczeniu zostało ich naprawdę niewiele. Warto je uwieczniać, bo ich dni mogą być policzone. Te które spotkałem musiały należeć chyba do jakiegoś bogatego gospodarza. Ogromna stodoła z trzema wierzejami to naprawdę niespotykany widok.



    Za wsią Doktorce zatrzymałem się na chwile przy keszu "BURZA 12 "Święta Sosna" OP208B. Kolejna święta sosna jaką miałem okazję obejrzeć. Tylko tym razem nie smukła i wysoka, ale poskręcana, sękata i częściowo uschnięta. Długo tu nie zabawiłem, bo muchy były wyjątkowo zjadliwe i pchały się wszędzie. Cofnąłem się kawałek by wjechać w las. Bardziej lasek, bo skończył się po kilkuset metrach. Na jego skraju leżał wielki, płaski kamień. Ocieniony, okazał się idealnym miejscem na krótki odpoczynek i małą przekąskę. 
    Jadąc wąska dróżką między polami natknąłem się na ciekawy krzyż. Zazwyczaj wypisana intencja prosi o ochronę przed wodą, wiatrem i ogniem. Tym razem prośba była bardziej konkretna, dotyczyła huraganu i gradobicia.


    Tuż przed Turośnią Kościelną wyjaśniło się w końcu czemu w tamtych okolicach natknąłem się kiedyś na znak drogowy ostrzegający o samolotach. Pasjonaci lotnictwa próbowali stworzyć tam namiastkę lotniska. Jest budynek, hangar i garaże. Pole startowe nadaję się raczej jedynie dla paralotni, bo nie wyobrażam sobie by na tak małym poletku mogło wylądować coś większego. Niestety pewnie pieniądze się skończyły i budynki stoją niewykończone. Dałoby się wejść do środka, ale obiekt wygląda na podłączony do ochrony, a i kamery wiszą. Pozwoliłem sobie jedynie na obejście dookoła.


    Jechałem sobie podziwiając okolice, aż we wsi Pomigacze już z daleka zauważyłem ciekawy obelisk. Po przeciwnej stronie ulicy stała kaplica, więc myślałem, że te dwa obiekty się jakoś łączą. Podjechałem bliżej i okazało się, że ten obelisk to dawna syrena alarmowa OSP, a także pamiątka na cześć powstania tutejszej drużyny w 1847r. Jak głosi druga tablica wzniesiono go w 1859r. W terenie jakoś specjalnie się nie przyglądałem i myślałem, że chodzi o XX wiek i dopiero przeglądając zdjęcia w domu zauważyłem daty z XIXw.


    Na chwilę zatrzymałem się jeszcze przy gliniankach w Księżynie. Dawno tu nie byłem i prawie zapomniałem, że jest tu pięknie. Oczywiście jak nie patrzy się w stronę zakładu rozłożonego nad częścią brzegu dawnego wyrobiska. Pętlę zamknąłem przy jednostce przy ul. Kawaleryjskiej. Mógłbym jechać najkrótszą droga do domu, ale prawie zawsze  mnie podkusi by delikatnie pokręcić się po ulicach. Spokojna jazda w tempie wycieczkowym po mieście to czysta przyjemność, której ciężko sobie odmówić.

środa, 4 czerwca 2014

Trochę nieudane keszowanie na Lubelszczyźnie

    Już wyjaśniam dlaczego nieudane. Miałem jechać na trzy dni, a w praktyce wyszło półtora. Jeszcze w pierwszy dzień wszystko szło zgodnie z planem. Niestety w piątek wieczorem zaczęło padać i nie przestało całą noc, a potem w sobotę nic się nie polepszyło. Do południa dnia drugiego spodnie miałem mokre do kolan, w butach chlupało, a ja zacząłem się robić coraz bardziej zmęczony i zniechęcony. W końcu doszedłem do wniosku, że keszowanie ma sprawiać przyjemność, chce się oglądać mijane miejsca i poznawać ich historię, a tu nie ma ani jednego, ani drugiego. Zdecydowałem się na wcześniejszy powrót, ale pewnie wrócę na Lubelszczyznę, bo to naprawdę piękny kawałek Polski. W ogóle z tym wyjazdem to był problem. Miałem jechać jakoś pod koniec marca, może z początkiem kwietnia. Z różnych powodów plany udało się zrealizować właśnie pod koniec maja. Skrzynek udało się zebrać dość sporo, ale nie będę opisywał ich wszystkich. Zdecydowana większość z nich to zakopane mikrusy. Osobiście lubię kesze zagrzebane w ziemi, ale opakowanie po kliszy pod ziemią nieraz dało mi się we znaki. Niech tym razem będzie to opis miejsc które szczególnie zapadły mi w pamięć z tego wyjazdu.
     "Wiatrak w Chybowie" OP2B68, to była pierwsza skrzynka w czasie wyjazdu. Godzina była mocno poranna. Na trawie i na młodym zbożu wciąż utrzymywała się rosa. W drodze do kesza wszedłem w szkodę. Co prawda rolnik robiący opryski zniszczy więcej, ale zawsze to jego własność i miałem chwilę wahania czy iść. W końcu uznałem, że nie narobię więcej szkód niż dzik i pobiegłem do wiatraka. Za karę krople rosy mocno przemoczyły mi spodnie. Sam wiatrak jest niestety w opłakanym stanie i kto wie czy nie są to ostatnie lata, gdy można go obejrzeć. Wciąż można obejrzeć konstrukcję, dzięki której budynek obracano w pożądanym kierunku, by jak najlepiej wykorzystać siłę wiatru. Z całego serca polecam wizytę w tym miejscu. Wiatrak w skansenie, choć wciąż piękny nie robi jednak takiego wrażenia jak stojący wśród pól, tam gdzie przez dziesiątki lat mielił ziarno na mąkę dla okolicznych gospodarzy.


    "Cmentarz Tatarski (mizar)" OP0D22. Osadnictwo tatarskie w Polsce kojarzę raczej z płn.-wsch. krańcami Podlasia. Myślę oczywiście o Bohonikach i Kruszynianach. Żyli tu od lat, zaledwie kilka kilometrów od miejsca gdzie mieszkali moi dziadkowie, więc nigdy nie postrzegałem ich jako egzotyki. Okazuje się jednak , że miejsc osadnictwa było o wiele więcej. Niestety jedynym śladem pozostały cmentarze zwane mizarami. Ostatni pochówek miał tu miejsce jeszcze przed I wojną. Do dziś pozostało kilka starych pomników. Jak czytam w odnośnikach zawartych w opisie skrzynki, po II wojnie sporo nagrobków zostało skradzionych i zapewne do dziś stoją na okolicznych cmentarzach. Jeszcze większym barbarzyństwem było rozkopywanie grobów w poszukiwaniu kosztowności, a w przypadku grobów męskich, bogato zdobionych szabel. 


    "KODEŃ – kościół św. Ducha" OP7E93. To moja druga wizyta w tym miejscu. Tym razem bez tłumu turystów. W spokoju mogłem obejrzeć niewielki, ale piękny kościół św. Ducha, niegdyś cerkiew unicka. Zbudowana na styku okresu gotyku i renesansu, łączy oba te style. Do środka wchodzi się przez piękny portal. Z jednej strony kamień przy progu przez lata został wyślizgany przez ludzkie stopy. Wnętrze tonie w półmroku, co z absolutną ciszą tworzy prawdziwie mistyczny klimat. Nie znajdziemy tu wielu zdobień, wyposażenie jest skromne. Żeby jednak nie było tak poważnie, to w tym kościele przez wiele lat wisiał obraz Matki Bożej Kodeńskiej, wykradziony z Rzymu przez Mikołaja Sapiehę. Kradzież szybko wyszła na jaw, ale złodziejaszek omijając główne drogi przemycił obraz do Polski. Naraził się tym na ekskomunikę, ale za zdecydowany sprzeciw przeciw ożenkowi króla Władysława z protestantką karę mu darowano. Ciekawa opowieść, ale tylko legenda bez potwierdzenia w źródłach.


   "JANÓWEK – pomnik Powstania Styczniowego" OP7E1E. Tutaj nawet się ucieszyłem z deszczu, który padał niedawno. Do skrzynki dojechać dałoby się tylko dobrą terenówką, został mi więc około kilometrowy spacer. Za sobą zostawiłem murowaną cerkiew i poszedłem polną drogą. Wokół rozciągały się zielone pola, na horyzoncie las, a w oddali widać gospodarstwa. Na rozstaju dróg trzy krzyże, jeden już tak wiele razy wkopywany, że z dala nie widać go zza wysokiej trawy. Niby nic niezwykłego w tym widoku, ale pozytywnie mnie nastroił. 


     "Pozostałości pałacu w Różance" OP78A2. Przy tym keszu miałem fajną zabawę. Akurat boisko graniczące z ruiną było koszone przez pana chodzącego z kosiarką w kwadrat. Jak podjąć kesza? Kiedy szedł odwrócony plecami sprintem do skrzynki i równie szybki bieg zza mur. Odłożenie skrzynki wyglądało podobnie. Potem przyszedł na czas na oglądanie. Do dziś stoją budynki gospodarcze folwarku. Wyglądają jak po części wciąż używane. W parku można dostrzec ruiny stróżówki, a także trzykondygnacyjnej wieży służącej jako kotłownia pałacowa. Co najbardziej rzuca się w oczy to oficyna z XIXw. Ogromny budynek, na dziedziniec którego wjeżdżało się kiedyś przez bramę. Niestety budynek popada w coraz większą ruinę. Przy bramie wisi tabliczka, że budynek grozi zawaleniem. Kusiło mnie znaleźć wejście do środka, ale samemu nie zaryzykowałem eksploracji.


    "SAWIN – kapliczka J. Nepomucena" OP788D. Mógłbym tu wybrać jakąś inną kapliczkę na Lubelszczyźnie. Wszystkie mi się podobały. Pewnie dlatego, że była to dla mnie pewna nowość. Na Podlasiu można spotkać wiele krzyży. Starych, nowych, drewnianych, metalowych, wkopanych w ziemię czy stojących na kamiennym postumencie. Kapliczek jest niewiele. Trochę współczesnych, coraz rzadziej słupowe i jeszcze trochę na drzewach w lasach. Kapliczka murowana to ogromna rzadkość, a już tak wyposażonych to w ogóle nie kojarzę. Może nieraz kiczowato, ale cóż, widocznie tak dziś wygląda sztuka ludowa. 


   "ŚWIERŻE – pomniki przyrody" OP7A80. To było najpiękniejsze miejsce jakie odwiedziłem. Długa aleja grabowa, rosnących tak gęsto, że utworzyły piękny tunel. Patrząc w stronę kościoła, wyławia się fragment murów kościoła. Mając przed oczami tylko mały wycinek świątyni, wyobraźnia podsuwa obrazy jakiejś wielkiej katedry. Pomyślałem, że warto przejść się nią całą, co polecam.

   
 "CHEŁM – zbiorowa mogiła Powstańców Styczniowych" OP783F. Tutaj znów mógłbym wybrać jakiś inny cmentarz. Ale na nim najbardziej mi się podobało. Powoli nadchodził wieczór i o tej porze nekropolie nabierają jakiejś szczególnej mocy. Pustka, kończący się dzień, ostatnia skrzynka tego dnia, to wszystko jakoś tak się plecie :) Szczególnie piękne wyglądają stare nagrobki. To nie tylko pochwalenie się przed innymi, na jak wspaniały nagrobek stać rodzinę, ale też dzieła sztuki. Do powstania tych cudeniek rękę przyłożyli kamieniarze, kowale, a czasami też odlewnicy. Wspaniała rzemieślnicza robota. 

   
 "ATOWER" OP19D0, to była druga skrzynka drugiego dnia. Tutejsza wieża to ponoć najstarsza budowla w Polsce po prawej stronie Wisły. Już w XVIIw. zagadkowe było ich pochodzenie i przeznaczenie. Podobne budynki są właściwe dla kultury bizantyjskiej. Pełniły funkcję sakralną dla jakiegoś wielmoży.Bardzo prawdopodobne, że w tym wypadku osiadła tutaj wdowa po księciu kijowskim Romanie Halickim. Przez pewien okres mogła pełnić też funkcję obronną, być dostrzegalnia, by wróg niespodziewanie nie podszedł pod Chełm. Została jednak dość szybko z jakiegoś powodu zniszczona i zaczęła popadać w ruinę. Dziś stoi tuż obok krajowej 12. Wygląda majestatyczne górując nad okolicą. Zawsze jest dal mnie niesamowite, gdy widzę mury stojące setki lat. Nikt nie pamięta kto to budował i po co, ale mury wciąż stoją.

    
 "Cementownia i kopalnia margla" OP7A35. Lubię przyrodę, lasy, ciszę i spokój. Jednak tereny przemysłowe działają na mnie jak światło świecy na ćmę. Właśnie przemysłowe, bo niekoniecznie miejskie. I tutaj stałem jak urzeczony podziwiając cementownię. Najpierw cieszyłem oczy ogólnym widokiem, a potem skupiałem sie na poszczególnych budynkach. Aż chciało się przejść przez odkrywkową kopalnię margla, by z bliska podejrzeć zakład. Na szczęście deszcz ostudził zapał. A trzeba przyznać, że cementownia robi spore wrażenie. Dymiące kominy, wieża ciśnień i hale produkcyjne, piękne niczym poezja.

     
"Dwór w Wierzchowinach" OP7C49. Cóż, dwór też piękny. Skrzynka natomiast była schowana pod parapetem opuszczonej szkoły. Budynek wzniesiony w okresie PRL, drzwi wyłamane, a sporo okiem wybitych. Wręcz zachęcało to do wejścia do środka. I w taki sposób wyszedł nieplanowany mały spacer urbexowy. Ze szkoły wyniesiono chyba wszystko co dało się wynieść.Nawet klepka z sali gimnastycznej zniknęła. Podejrzewam, że przydała się komuś na opał. Przechadzałem się korytarzami, zaglądałem do klas, odwiedziłem toalety, gdzie kiedyś może uczniowie chowali się z papierosami. Jeszcze nigdy nie byłem w opuszczonej szkole. Ciekawe doświadczenie. Szkoda tylko, że tak mocno splądrowana. 

   
 "Jakub Wędrowycz" OP775C. Kim jest tytułowa postać z kesza? Warto zajrzeć chociażby na Wikipedię, a potem zapoznać się z pisarstwem Andrzeja Pilipiuka. Po modzie ostatnich lat, gdzie wampirami są młodzieńcy z rozterkami, elfy są tylko piękne i światłe, a wilkołaki to pokojowe pieski, ta swojska postać jest odtrutką na skostniały świat fantasy. Czy pozytywną postacią może być starzec w gumofilcach w kufajce i papasze z petem w zębach i wiecznie pijany? Za kompana mając byłego białogwardzistę Semena? Nie może, ale naprawdę fajnie to się czyta. Cieszę się, że w końcu odwiedziłem jego rodzinne strony. Chociaż z drugiej strony, dobrze, że go nie spotkałem (przynajmniej żywego).