niedziela, 22 marca 2015

Jesień na Lubelszczyźnie

    Chyba każdy keszer zwrócił uwagę na Lubelszczyznę. Od pewnego czasu powstaje tam sporo skrzynek zakładanych przez Witolda Klizę i spółkę. Powszechne jest narzekanie na jakość skrzynek, ale dla mnie ma to trzeciorzędne znaczenie. Ważne, że dzięki nim odkryłem piękny kawałek Polski do którego wrócę jeszcze nieraz. Oto parę wspomnień z wyjazdu sprzed pół roku.
    Wybrałem się tam pod koniec września. Pogodę miałem wspaniałą, chociaż nocki były już chłodne. Wyjazd był po taniości, obiady podgrzewałem na kuchence turystycznej, a spałem na świeżym powietrzu. Niestety finanse nie pozwalają na wszelkie wygody.
    Pierwsza skrzynka na trasie to "Lotnisko Krzewica - GeoHotel" OP83ZN. Zjechałem z krajowej 19-stki by polnymi drogami dotrzeć na tereny dawnego lotniska. Akurat zaczynało świtać, a w lekkiej porannej mgle widziałem sporo saren pasących się na polach. Budynki po lotnisku to dziś jedynie ruiny na skraju lasu. Lotnisko zawsze było trawiaste, więc dziś rośnie na nim kukurydza. Miejsce niby niepozorne, ale z ciekawym klimatem, warte odwiedzenia.


    Jak przy innych większych wyjazdach nie będę opisywał kesza po keszu, a jedynie te które utkwiły mi w pamięci. W ten sposób przeskoczę od razu do Radzynia Podlaskiego. Do tej pory miasto kojarzyłem jedynie jako nazwę na mapie. Jakie było moje zaskoczenie, że istnieje tam piękny pałac. Na dziedziniec wchodzi się bramą, gdzie schowano kesza "RADZYŃ PODLASKI – pałac" OP807E. Co prawda wnętrza nie są przeznaczone do zwiedzania, ale to co na zewnątrz jest wspaniałe. Szczególne wrażenie robią liczne rzeźby. Oprócz postaci ludzkich częstym motywem są też zwierzęta. Pałac ładnie komponuje się z pobliskimi stawami, mimo że teren od tej strony jest jakby trochę zapomniany.


     Kock kojarzy się głównie z ostatnią bitwą polskiej wojny obronnej we wrześniu 1939r. Najbardziej przejmującym śladem po tym wydarzeniu jest cmentarz. Spodziewałem się, że jest większy, ale tak miałem okazję zatrzymać się chwilę przy większości nagrobków. Zastanawiałem się kim byli ci żołnierze, kogo zostawili w domu, jakie mieli marzenia, plany? Z bardziej przyziemnych rzeczy jest kesz "Cmentarz wojenny w Kocku" OP80J5.


    Nie spodziewałem się, że na Lubelszczyźnie jest tyle śladów po rodach magnackich. W Lubartowie można obejrzeć pałac Lubomirskich. Gdyby nie kesz  "Pałac Lubomirskich" OP80CR poprzestałbym jedynie na obejrzeniu budynku. A tak przeszedłem się jeszcze po parku. Początkowo wydaje się zwyczajny, jeden z wielu, ale w jednym z jego końców jest staw, który wygląda szczególnie malowniczo. I nawet nieznalezienie kesza nie popsuło mi przyjemności ze spaceru parkowymi alejkami.


    W końcu zawitałem do Lublina. Zacząłem od kesza "Kalina" OP1220. Jak widzieliście blokowisko w jednym mieście to tak jakbyście zobaczyli wszystkie. Skrzynka w miejscu tak nie wyróżniającym się niczym, że aż pamiętam ją do dziś. 
    Początkowo szukałem skrzynek przy miejscach ciekawych, ale jednak leżących z dala od tradycyjnych szlaków turystycznych. Z nich wszystkich szczególnie na plus wyróżnia się kesz "Czwartek"  OP5E61. Jest to nazwa wzgórza na którym stoi kościół. Najpierw idzie się starą, wąska uliczką, by potem wspiąć się stromymi schodami. Najciekawszy jest jednak widok z góry. Dobrze widać stąd zamek lubelski i starówkę. Widok psuje skrzyżowanie bazarku z zajezdnią PKS, ale można na to przymrużyć oko.


    Ciekawe jest to, że w pamięci tkwią kesze pokazujące nic. Jeden taki za mną, a już drugi się wychyla "NA Górki Czechowskie (pierwsza)" OP0EE9. Autor ma z takimi miejscami zapewne jakiś związek emocjonalny, ale ja widzę jedynie zdziczałe pola i trochę nowej zabudowy jednorodzinnej. Tak, ta skrzynka na zawsze utkwi w mej głowie. 
    We wrześniu dni są coraz krótsze, więc nic dziwnego, że mimo dość wczesnej godziny ostatnie kesze tego dnia przyszło mi szukać po ciemku. Ale i ciemność jest czasem sprzymierzeńcem keszera. Przy skrzynce "Mostek" OP23FF jest zakaz wejścia na tytułowy obiekt. Rzeczywiście stan może i mógłby być lepszy, ale chodziłem po gorszych ruinach. Korzystając z ciemności wemknąłem się na górę i pochylony by nie widać mnie było zza barierek odszukałem skrzynkę. 
    Dzień drugi przywitał mnie mocno zamglony. Do tego próbował padać deszcz, ale ostatecznie się nie zdecydował i poprzestał na paru kroplach. Poranek postanowiłem poświęcić na zwiedzanie starówki. Jeszcze poprzedniego wieczora znalazłem dobre miejsce parkingowe, ale trochę oddalone od celu, ale od czego są rowery miejskie.Chodziłem sobie starymi uliczkami, za przewodnika mając kesze. Najbardziej zdziwiło mnie zaniedbanie tutejszego Starego Miasta. Wąskie, brukowane uliczki, stare kamieniczki czy bramy miejskie mogą być perełką turystyczną. Niestety miejsce jest niedoinwestowane. Głównie przez brudne i obtłuczone fasady kamienic okolica trochę traci na uroku. Przynajmniej w dzień, bo jak potem spacerowałem wieczorem, to gdy mniej widać, wszystko wydaje się piękniejsze. Na dobre kesze nie ma co liczyć, może poza "Pomnik Józefa Czechowicza" OP82BU. Autor sprytnie wykorzystał sam pomnik do ukrycia skrzynki.


    Opuściłem na jakiś czas  najstarszą część Lublina i pojechałem na Majdanek. Chyba wszyscy wiedzą, ze mieścił się tu niemiecki obóz koncentracyjny, który pochłonął 78tyś. ofiar. Niedawno oglądałem program, gdzie dowiedziałem się, że po wkroczeniu Armii Czerwonej teren zajęło NKWD i stworzyło obóz filtracyjny. Pierwsze co zobaczymy to ogromny pomnik poświęcony ofiarom obozu. Z bliska aż przytłaczają tony betonu. Szedłem przez obóz i jak zwykle naszły mnie myśli, jak niektórzy ludzie mogli tak nisko upaść, by wymyślić fabrykę śmierci. Na koniec zawitałem do krematorium. I mimo, że od tragicznego czasu minęło już tyle lat, to wewnątrz źle się czułem. Niezbyt często mi się to zdarza, ale ucieszyłem się gdy wyszedłem z powrotem na zewnątrz.


    Opuściłem teren obozu, ale jeszcze chwilę posiedziałem w aucie by ochłonąć po tej wizycie. Pokręciłem się potem chwilę po obrzeżach Lublina, by wieczorem wrócić do centrum. Trzeba przyznać, że jak wcześniej pisałem wydaje się po zmroku ładniejsze, ale chodzenie niektórymi uliczkami po ciemku jakoś nie wydało mi się bezpieczne. Przy okazji warto wspomnieć o serii keszy Lubelski Street Art. Lubię jak sztuka wychodzi na ulicę. A szczególne upodobanie mam do murali. Zazwyczaj upiększają okolicę zdominowaną przez szary beton, albo trochę zasłaniają nieremontowaną od lat elewację. Oczywiście jeżeli malujący ma odpowiednie zdolności, bo w Białymstoku jest jeden taki... brr aż mnie ciarki mnie przeszły na temat szkaradztwa (zainteresowanych odsyłam na Zielone Wzgórza i kibicowski mural z ul. Zielonogórskiej).
    Nastał poranek dzień trzeci. Do Białegostoku postanowiłem wracać przez Kazimierz Dolny. Coś tam po drodze znalazłem, ale kesze raczej bez historii. No nie tak zupełnie. Przecież jest Nałęczów. Uzdrowisko, więc pierwsze skojarzenie to tłumy emerytów. Miałem jednak ogromne szczęście i na miejsce dotarłem w niedzielny poranek, gdy kuracjusze chyba odsypiali sobotnie balety. Oczywiście park zdrojowy zachwycił mnie swym pięknem, dom Żeromskiego mimo, że akurat nieczynny też oczarował. Jest jednak kesz "bacza & Yuriko 3 - Kościółek w Nałęczowie" OP5B85, który każe zatrzymać się na dłużej. Dzięki niemu wysłuchałem mszy, bo akurat nie chciało mi się chodzić nigdzie indziej. Gdy ludzie się rozeszli zacząłem poszukiwania, a że kordy są takie sobie miałem możliwość zapoznania się dość dokładnie z budynkiem kościoła. Nie ma co żałować, bo jest naprawdę urokliwy, ale okazuje się, że kesz i tak jest w miejscu dość pospolitym.


    W Kazimierzu raczej nie ma skrzynki, która jakoś utkwiła mi w pamięci. Był za to ogromny tłok. Pierwsza rzecz to gdzie zaparkować auto nie płacąc przy okazji jak za nocleg w hotelu. Autko z tych mniejszych więc i miejsce jakimś cudem się znalazło. Potem spacer ulicami miasteczka. Początkowo, jako osobę aspołeczną trochę przerażały mnie tłumy turystów, ale w tym miejscu jest coś takiego, że po pewnym czasie przestajesz ich dostrzegać. Na jeden metr kwadratowy przypada taka ilość architektonicznych perełek, że ludzie w tle stają się nieistotnym szumem. Poza tym, Wisła to piękna rzeka i da się znaleźć spokojne miejsce, by z góry popatrzeć na jej wody i okolice. Nie wiem jak to się stało, ale w Kazimierzu spędziłem kilka godzin i to wcale nie z powodu trudności w poszukiwaniu skrzynek. Kilka razy ciągnęło mnie na tamtejszy rynek i jakoś nie mogłem pożegnać się z miastem. Do tej beczki miodu dodam łyżkę dziegciu. A to z powodu rajdu jaki się akurat odbywał. Zawodnicy w normalnym ruchu mieli przejechać z jednego OS-u na drugi zgodnie z przepisami, ale jakbym parę razy nie łapał pobocza to niektórzy skończyli by wyścig na czołówce ze mną, albo jakimś innym kierowcą. Już nigdy nie uwierzę, że kierowca sportowy poza wyścigiem to normalny człowiek.


    Został powrót do Białegostoku, a kilometrów przede mną że ho ho. Co prawda keszy niewiele, ale w odtwarzaczu leciała płyta z trójkowym topem wszechczasów, więc najchętniej zatrzymałbym się gdzieś w płn. rejonach Estonii. A tymczasem jest kesz "Kolej do Hajnówki i jeszcze dalej...." OP09DE. Co jest w niej ciekawego? Dla większości pewnie nic. Ale ja uwielbiam rower, pociąg i samochód jako środek transportu. Właśnie w tej kolejności. Połączenie dwóch elementów wywołuje wręcz banana na mej twarzy. Mogłem więc wejść na wiadukt kolejowy, spojrzeć w oba kierunki podziwiając szyny ginące gdzieś za linią horyzontu i do tego odszukać skrzynkę. Niby mała rzecz a cieszy ogromne. 
    Ciemno wszędzie , głucho wszędzie a ja wróciłem do domu. Wiem już, że na Lubelszczyznę wrócę jeszcze nie raz. Tutejsze niepozorne kesze prowadzą czasem w naprawdę piękne miejsca. W części z nich diabeł mówi dobranoc. I to jest właśnie piękne.

piątek, 6 marca 2015

Po obu stronach Wisły

    Wiadomo jak to jest z keszami. Wokół domu w końcu się kończą, więc pozostaje przystopowanie z zabawą, albo wyjazdy gdzieś dalej. Niestety, albo stety z Białegostoku w miarę tanie połączenie do miejsca ze sporą ilością keszy to kierunek Warszawa. Było to dla mnie miasto obojętne, a dzięki kilku wizytom odkrywam, że da się lubić, chociaż czasem pokazuje i gorsze oblicze.


    Scenariusz ten sam jak i ostatnio. Autobus z samego rana, metrem do centrum i zacząłem "keszozwiedzanie". Jak to zwykle bywa z miejskimi keszami sporo nie dało się znaleźć. Głównie przez ludzi w nieodpowiednim miejscu, czasem kordy mocno zwichrowane, a czasem brak pomysłu na rozgryzienie schowania.
    Wysiadłem pod głównym punktem stolicy, czyli PKiN. To jest dla mnie symbol tego miasta. Nie syrenka, nie starówka, a ten dar byłego bratniego narodu. Mi się podoba, a co ciekawe dał sobie radę w nowych czasach i wcale nie zaginął wśród nowoczesnych wieżowców. Po pierwszych dwóch niepowodzeniach w jego najbliższej okolicy, bardziej łaskawy okazał się kesz "Miejsce masowej egzekucji Polaków" OP84PW. I tu nastąpiło ogromne zdziwienie. Przecież tam przewalają się setki ludzi, a podjąć kesza da się nie zwracając na siebie uwagi. Czytałem logi i nie wierzyłem, a to jednak prawda. Chyba ludzie są zabiegani za swoimi sprawami, a pomnik... był, jest i będzie. Ktoś się nim zainteresował? To nie moja sprawa, pędzę dalej.
    Ulica Chmielna to już zupełnie inna bajka. Kilkaset metrów dalej a już klimat całkiem inny. Ludzie jakby wolniej chodzą, a i zdecydowanie ich mniej. Powiedziałbym nawet, że prawie w ogóle, ale to chyba pora dnia zrobiła, bo było wcześnie i sklepy były jeszcze zamknięte. Dzięki temu podjęcie kesza "Ulica CHMIELNA" OP38D5 nie zajęło mi sporo czasu. 
    Z miejskimi keszami bywa jeden problem. Często nie da się do nich dojść na azymut.  Tak  było w przypadku dwóch keszy "Jeleń" OP1632 i "Pałac Brzozowskich" OP2D5E. Trzeba było wyłączyć kompas i iść przy pomocy mapy. Pałac choć trochę odrapany i wyglądający na opuszczony (tak jednak nie jest), to wciśnięty między inne budynki wygląda intrygująco. Tylko patrzeć jak pod same drzwi zajedzie powóz z którego wysiądzie dżentelmen w cylindrze. Jeszcze ciekawszy był jeleń który ukrył się w jednym z podwórek. Nawet bym nie pomyślał, że takie coś można znaleźć w Warszawie, żywcem wyjęte z jakiejś siedziby nadleśnictwa.


    Na placu Trzech Krzyży jakieś szaleństwo komunikacyjne. Pędząca kolumna notabli, zaraz potem pojawiła się drogówka i zatrzymała się tuż obok kesza "Kościół św. Aleksandra" OP7847. Znowu pech, ale nie, szybko się naradzili i przejechali na drugą stronę kościoła. Niestety do wnętrza nie zajrzałem bo akurat trwała msza. Samo dojście do placu nie nastrajało optymistycznie. Beton z prawej, beton z lewej i z przodu. I gdyby to były jeszcze piękne kamienice. 


    Czas wyrwać się z ulic i wkroczyć na bardziej przyjazne tereny. Szybko poszło ze skrzynką "Dom Loży Masońskiej" OP2185. Przy kolejnej "Schody Odeskie" OP2382 ktoś się kręcił i myślałem, że z szukania nici. Na całe szczęście to był inny keszer, który skrzynkę miał już w ręku, więc ją przejąłem i pozostało mi tylko ja schować. Same schody na zdjęciach są jakby większe, ale i tak na żywo prezentują się wspaniale. Szczególnie widok z ich szczytu. Uwielbiam kiedy w mieście są otwarte przestrzenie. Pod schodami zrobiłem sobie dłuższą przerwę na kanapki i herbatę i posilony ruszyłem dalej.


    Zahaczyłem o skrzynkę "Elizeum" OP311F i przy okazji popatrzyłem na wystawę plenerową Muzeum Wojska Polskiego. Kolejny kesz "Gazownia na Powiślu" OP2FC3 wydawał mi się tylko punktem do statystyk. Myliłem się jednak. Może resztki zbiorników na gaz nie wyglądają zbyt imponująco w otoczeniu gierkowskich bloków, ale od czego jest wyobraźnia. Jakby to wyglądało dzisiaj? I myśl psychopaty: a jakby to dziś wybuchło?
    Pod mostem Poniatowskiego wypożyczyłem rower i przejechałem na drugi brzeg Wisły. Pierwsza w tym roku, choć trochę krótka przejażdżka rowerem z wypożyczalni. Zostawiłem go pod Stadionem Narodowym, który mnie zdziwił z braku kesza. Sporo czasu spędziłem w Parku Skaryszewskim. Wydaje się trochę opustoszały, ale to tylko złudzenia. Idziesz, niby pusto, dochodzisz w miejsce kesza, a tu na ławce ktoś przesiaduje i nie wygląda by miał się w najbliższym czasie ruszyć. Zdobyłem co mogłem, aż w końcu pomógł mi trochę grad, a potem  śnieg. Przy skrzynce "Kamionkowskie błonia elekcyjne" OP6E48 w ciągu minuty zrobiło się biało i pusto. Pogoda mnie tego dnia jeszcze zaskoczyła. Raz słońce, raz śnieg, jak to w marcu. Mogłem spróbować tych keszy w parku, których wcześniej nie dałem rady, ale mokra pulpa jakoś zniechęciła mnie do bobrowania w dziuplach i innych zakamarkach.


    Trochę naokoło dotarłem do mostu Syreny, a lepiej powiedzieć do tego co z niego zostało, bo w tym miejscu jest teraz nowy. Dwa filary wydały mi się trochę małe, jak na most wiślany, ale doczytałem że w założeniu to była tymczasowa przeprawa saperska. Niby dwa kloce betonu, a prezentują się całkiem ładnie na tle mostu Świętokrzyskiego.


    Stara Praga nie okazała się dla mnie łaskawa. Znów się rozpadało, a ja bardziej skupiłem się na szukaniu miejsca gdzie można trochę się schować. Chwilę wcześniej udało mi się tylko podjąć kesza "Remiza Strażacka" OP1DAE. Port Praski ogrodzony i coś tam budują. Kamienice które powinny nadawać charakter tej dzielnicy mocno zaniedbane. Prawdę mówiąc trochę się obawiałem
samotnych spacerów po tej dzielnicy. Może dobrze trafiłem, a może opowieści o gorszych dzielnicach w Polsce są zawsze mocno przesadzone?


    Koło zoo spotkałem dziwne zwierzę. Groźne niesłychanie i krzywo patrzące na poszukiwanie kesza  "Żyrafa" OP2401. Nie wiem czy jej matka na jakiegoś smoka się nie zapatrzyła, bo ryj ciut podobny.


    Krótki spacer brzegiem Wisły zaowocował znalezieniem skrzynki "Park linowy" OP261D. W końcu dotarłem do kesza "Fort Śliwickiego - fabryka podróbek" OP182B. Jedyny problem to wejście do środka. Szedłem dookoła sprawdzając wszystkie drzwi i okna by finalnie znaleźć jedyne wejście prawie w punkcie z którego rozpocząłem okrążenie. Ciekawe jakie skarby kryją się na wyższym poziomie. Jedyną opcją jest zwiedzenie piwnic. W środku nie zostało zbyt wiele z dawnego wyposażenia. Trochę starych lamp, kable elektryczne, drzwi, z dwie zdezelowane szafy. Największą atrakcją są jednak podróbki które masowo tu produkowano. Jedna z podłóg sal jest wręcz usłana buteleczkami perfum, etykietami do nich, a także do zagranicznych trunków. Parę butelek jakiegoś koniaku nawet się uchowało. Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że były to tereny milicyjne. 


    Zaczęło już się ściemniać, więc nadeszła pora by niepostrzeżenie wejść na most Gdański. Chciałem z prawego brzegu, ale wydało mi się to zbyt brudzące, a ciuchów na zmianę brak. Od drugiej strony wejście jest bezproblemowe. Wcześniej ledwo już chodziłem zmęczony całodziennym spacerem po mieście. Jednak na kładce technicznej pojawiła się adrenalina i nogi wręcz same niosły. W dole szumiała Wisła, wcale nie uspakajając, a wręcz dająca do myślenia co by się stało jakby jeden z elementów przejścia okazał się mocno skorodowany. Najfajniej było kiedy górą przejeżdżały pociągi. Lekko drżała konstrukcji, choć hałas nie taki wielki jak się spodziewałem. Szkoda tylko, że nie trafiłem na porządny, długi towarowy. Skrzynka raczej bezpieczna,  chociaż trochę się bałem czy nie jest pod jakimś specjalnym nadzorem w związku z niedawnym pożarem Łazienkowskiego.


    Kolejna wycieczka do Warszawy za mną. Idzie wiosna, więc może czas odwiedzić jakieś stołeczne lasy?

środa, 25 lutego 2015

W Łomży bez zmian

    Od moich ostatnich odwiedzin w tym mieście trochę już minęło. Pewną nowością był silny wiatr, który szczególnie na szczytach wałów fortecznych w niedalekiej Piątnicy mało głów nie zrywał. Pojawiły się też nowe skrzynki, co prawda w niewielkiej ilości, ale ciekawe.
    Udało mi się odciągnąć MiszkeWu od obowiązków rodzinnych i o szóstej rano ruszyliśmy w podróż. Zaczęliśmy od kesza "KOSCIOŁY ZIEMI ŁOMŻYŃSKIEJ" OP84RY. Drewniany, niewielki kościółek niczym specjalnie się nie wyróżnia. Mi się jednak podobają takie proste świątynie, pod warunkiem właśnie, że zbudowano je z drewna. Szkoda jedynie, że z racji wczesnej pory nie dane było zajrzeć do środka.
    Dalsza droga wypadła lokalną dróżką przez las. Śnieg widać jeszcze na polach, szczególnie poza miastem, ale nie spodziewałem się, że jest go tyle w lesie. Trochę się zmartwiłem bo przed nami były kesze pieńkowe. Całe szczęście pierwsza leśna skrzynka "CZEŚĆ ICH PAMIĘCI" OP84S0 nie była zakopana. Swoją drogą tereny dawnego poligonu w Czerwonym Borze muszą kryć jeszcze nie jedną tajemnicę. Do tej pory kojarzyłem go głównie z okresem PRL, tajnym ośrodkiem dowodzenia w razie wojny, czy jednostką do której powoływano w stanie wojennym rezerwistów z Solidarności, co było chyba gorsze niż internowanie. A jak się okazuje historia Czerwonego Boru to także II wojna światowa i miejsce koncentracji polskich wojsk i potyczek z Niemcami.
    Krótki postój wypadł przy keszu  "POMNIK POLEGŁYCH" OP84RU, tuż obok brzydkiego, współczesnego kościoła. Czy dzisiaj nie da się zaprojektować ładnej świątyni?
    Znów las i znów śnieg po kostki. Moja trzecia wizyta w lesie pod Łomżą. Została mi tam ostatnia skrzynka przy trzech pomnikach "Indar14_Zapomniany Giełczyn2" OP13FC. Najpierw trzeba odgarnąć śnieg, potem przebić przez lekką zmarzlinę i już można ryć w poszukiwaniu kesza. Nawet żołędzie znaleźliśmy.
    W końcu dojechaliśmy do Łomży. Chciałem zaliczyć kesza na starym cmentarzu, ale akurat tuż przy skrzynce trwały prace wycinkowe. Była za to okazja by pochodzić po nekropoli. Szczególnie piękne są oczywiście stare nagrobki. Małe dzieła sztuki. Pewnie miło się pod takim leży.


    W końcu zaspokoiłem swoją ciekawość. Okazją był kesz "Przerwa w podróży" OP802X. Zaraz za dworcem PKS są tory, które w tym mieście kończą bieg.. Chciałem zobaczyć jak wygląda to miejsce, które znałem tylko z kolejowej mapy, gdzie w punkcie o nazwie Łomża kończyła się czarna kreska. Nic nie zostało po budynkach dworcowych. Za to zdziwiło mnie, że odbywa się tam ruch. Co prawda tylko towarowy, ale zawsze. 


    W Łomży zaliczyliśmy jeszcze dwie skrzynki. Obie to quizy, ale "Najpopularniejsza Łomżynianka" OP80EM była bardzo intuicyjna, a nad drugą "Port Łomża" OP7648 trzeba było chwilę posiedzieć w domu. A tak w ogóle nie spodziewałem się, że w Łomży port prezentuje się tak okazale. Jest marina, gdzie na zimę wyciągnięto na brzeg wcale nie takie małe łódki. Nad częścią brzegu zrobiono sympatyczne miejsce do spacerów, gdzie można przysiąść na chwilę na ławkach.
    Czas na główną atrakcje wycieczki, czyli forty w Piątnicy. To moja druga wizyta w tym miejscu, ale i tym razem dostarczyła niezapomnianych wrażeń. Zaczęliśmy od skrzynki "Schron strzelniczy" OP863B. Fajnie szło się między wałami w ich zaciszu. Gorzej jak wspięliśmy się na szczyt jednego z nich. Na początku wspomniałem o silnym wietrze i to on szybko nas zgonił z góry. A jest na co popatrzeć. Wspaniały widok na dolinę Narwi i Łomżę.
    Wezwała nas skrzynka "Fort I" OP860R. Keszer profesor50 okeszował co ważniejsze obiekty tego fortu za pomocą multaka. My postanowiliśmy, że oprócz szukania skrzynek będziemy zaglądać we wszelki możliwe dziury, bo może wpadnie coś ciekawego w oko. I tak chodziliśmy sobie po forcie aż znaleźliśmy intrygujące wejście. Miszka długo się nie namyślając wszedł do środka. Chwile pooglądał pomieszczenie, ale nic ciekawego nie zobaczył, wiec ruszyliśmy dalej. Potem okazało się, że był tu finał multaka, a my przecież nie mieliśmy jeszcze żadnego etapu pośredniego. I to na wierzchu, nawet nie zamaskowany.
    Oczywiście najbardziej tajemnicze są zalane korytarze. Pewnie dalej jest czysto, ale z brzegu sporo śmieci się w nich wala. Zerwane klatki schodowe też nie ułatwiają zwiedzania. Ale generalnie jest bezpiecznie. Problem mieliśmy jedynie z etapem 1. Jakoś nie mogliśmy dopasować spoilera do żadnego miejsca i nawet moje wpełznięcie do zasypanego korytarza niewiele pomogło.


    Na Forcie I była jeszcze jedna skrzynka do znalezienia  "Schron na działo armatnie" OP860U. Nie dostarcza wielkich wrażeń odkrywczych, bo jest zamknięty na cztery spusty. Ktoś go użytkuje, a z nasypu wystaje całkiem współczesny komin. Za to kolejny raz dane nam było wspinać się po wałach, by finalnie wrócić wydeptana ścieżką.
    Po drugiej stronie drogi czekał na nas trochę zapomniany kojec, służący do ostrzału przedpola. Na pozostałych fortach jest w miarę czysto, a tutaj wala się sporo śmieci. Jakby nikt nie dbał o to miejsce. Tym razem trochę krótszym korytarzem doszliśmy po skrzynkę "Betonowy kojec" OP8638. Schowana nad samą zerwaną klatką, ale w miarę bezpiecznie. Przez otwory strzelnicze wpada też trochę światła, wiec nie jest tak, że po zgaszeniu latarki nie widać własnego nosa. Zawsze jednak z zadowoleniem witam światło słoneczne przy wyjściu ze schronów. Siedzenie pod ziemią, czy pod tonami betonu to nie jest naturalny stan dla człowieka.


    Skończyliśmy z skrzynkami miejsko - schronowymi, czas na przyrodę. Las między Łomżą a Jedwabnem kryje tragiczne miejsce. W czasie wojny Niemcy dokonali tu trzech masowych egzekucji, a kiedy się wycofywali próbowali spalić dowody zbrodni. Śladem po tych tragicznych wydarzeniach są trzy masowe mogiły i coś w rodzaju kapliczki, gdzie w szklanej gablocie umieszczono odnalezione resztki butów ofiar. Widok mówiący więcej niż tysiąc słów. Zostało jeszcze znalezienie skrzynki, co wydawałoby się niewykonalne w tym śniegu, ale Miszka jakoś dostrzegł pieniek.


    Droga do następnego kesza wiodła jakąś lokalną drogą, chociaż szybciej wyszłoby jechać "krajówką". Moim zdaniem lepiej jednak poznawać nowe dróżki i tym razem się nie zawiodłem bo można było obejrzeć dwór w Janczewie, czy dziwne domki ośrodka wczasowego w Olszynach (coś jak połączenie chatki z Afryki z polskim domem chłopa).
    We wsi Bronowo skończył się asfalt. Droga nie napawała optymizmem, bałem się czy  auto nie zagrzebie się w błocie. Do tego straszyła tablica o zamknięciu mostu. Z drogą jakoś sobie poradziłem, ale przez most który akurat był w remoncie nie miałem odwagi przejechać. Po nim można, jak się okazało przejść, a nawet przejechać. Z tym że potrzebna była terenówka. Całe szczęście do przejścia pozostał mały kawałek. Widok z nad skrzynki "Indar2_Wieża widokowa" OP0D79 jest dość monotonny. Łąki, Narew, parę domów i czasem resztki śniegu. W surowości widoku jest coś wspaniałego.


    Został jeszcze jeden kesz "ted92_droga_do_promu" OP0709. Z mapy wynikało, że ostatni etap może dostarczyć nam również trochę atrakcji terenowych. Tym razem tak źle nie było i poza jedną ogromną kałużą przejazd był łatwy. Z oddali widać już było zniszczony bunkier. Tu także było widać, że zima jeszcze rządzi. Śniegu mało, szaro, buro, ptaków nie słychać. Przyroda jeszcze sobie śpi. W stronę promu, który nie działa i być może kursuje jedynie w czasie lata wiedzie droga. Nawet nie taka zła i może byśmy pojechali, ale stała tablica z regulaminem Biebrzańskiego Parku Narodowego. Ekologiem nie jestem, ale samochodem po parku jeździć nie miałem najmniejszego zamiaru, a kilkukilometrowy spacer z racji zbliżającego się zmierzchu nie wchodził w grę.


    Wycieczka jak zwykle udana, tylko szkoda że po skrzynki trzeba coraz dalej jeździć.

niedziela, 1 lutego 2015

Bunker machen Warszaw

    Jest rok 1915. Niemiecka armia zaczyna budowę umocnień po polsku zwanych Przedmoście Warszawskie. Linia umocnień ciągnie się od Ryni do Józefowa. Dokładnie sto lat później na część schronów zgrupowanych w Józefowie zostaje przypuszczony atak z kierunku wschodniego. Jak do tego doszło, co było tego przyczyną? Częściowe wyjaśnienie wydarzeń ze styczniowego dnia znajdujemy w tajnych aktach człowieka kryjącego się pod kryptonimem Psikiszek.
    A naprawdę było tak. Jak zwykle wczesna porą, czyli o piątej rano melduję się u Szymanqą, czyli połowy duetu polcia&szymaneq. Po drodze zgarniamy keszera crl_ost i w komfortowych warunkach ruszamy na zachód.Pierwszy postój przy keszu "PARK im.MATKI MOJEJ" OP1FD8. Jeszcze nie do końca jasno, a do tego człowiek rozgrzał się w samochodzie, więc nad skrzynką trochę trzęsło z zimna. 
    Pod keszem "Budowniczy Piłsudski" OP85GY spotkaliśmy się z keszerem Rea79 z którym przez jakiś czas wspólnie szukaliśmy skrzynek. A plan był ambitny. Zdobyć dwie geościeżki  jednego dnia. Jedna poświęcona Kolei Jabłonowskiej, druga niemieckim umocnieniom z I wojny światowej.  Z pierwszym projektem nie udało się. Początkowo wszystko szło dobrze. Obejrzeliśmy to co pozostało po kolejce, czyli budynki stacji, przy okazji podejmując kesze. Problem pojawił się przy keszu "Kolej Jabłonowska - Most na Świdrze" OP3760. Były obawy o wysoki poziom wody i niestety się potwierdziły. Kombinowaliśmy jak podejść do skrzynki. Po rurach nie bardzo, bo po wszystkim ubranie można od razu oddać do prania. Nurt był silny, a woda brudna, więc nie wiadomo gdzie ewentualnie nogę postawić. Crl_ost wpadł na pomysł by zejść po drzewku. Na całe szczęście dał się przekonać, że drzewko raczej nie wytrzyma jego ciężaru i mogliśmy keszować dalej. Trochę szkoda, że się nie udało.


    Dużo lepiej poszło ze ścieżką "Bruckenkopf Warschau - Śladami Józefowskich bunkrów". Znaleźliśmy wszystkie skrzynki tej serii. Nie ma co tu opisywać wszystkich schronów. Akurat te okeszowane nie należą do szczególnie dużych. Różny jest ich stan zachowania, natomiast wszystkie które ocalały są niemiłosiernie zaśmiecone. Z kolei część to kupa gruzu, parę betonowych płyt. A są i takie których... nie ma. Może całkowicie zburzone, a może  świetnie zamaskowane gdzieś na prywatnej posesji. I tak gdzieś przy którejś ze skrzynek narodził się tytuł tego wpisu. Z całej serii najbardziej podobał mi się multak "#8,9,10,11 Brückenkopf Warschau - Józefowskie bunkry" OP83EG. Poszczególne etapy są genialne zamaskowane, a i finałowi nic nie brakuje. Najdłużej zeszło nam z etapem gdzie trzeba zejść na poziom -1. Przez trudności ze znalezieniem zwiedziłem nawet poziom -2. Dopiero powtórna wizyta pozwoliła szymanqowi wypatrzyć skrzynkę. 
    Nie można też zapomnieć o finale projektu. Oczywiście najpierw musiałem władować się nie w to miejsce co trzeba. Drugie podejście też początkowo nie wróżyło sukcesu, ale w końcu skrzynkę wypatrzyłem. Schowała się sposobem z komedii slapstikowych. Kto tam był, lub będzie, zrozumie. Całe szczęście dostanie do kesza nie wymaga jakiś szczególnych umiejętności, choć znaczek niebezpieczna początkowo mnie trochę martwił.


    Cała seria bardzo mi się podobała. Skrzynki były schowane na różne sposoby, ale nie przysparzały bólu głowy. Odległość od skrzynki do skrzynki też jest umiarkowana, dzięki czemu geościeżka nadaje się na jednodniowy wypad nawet z dziećmi. W ogóle idea szukania skrzynek w ramach geościeżki bardzo przypadła mi do gustu. Nie trzeba szukać po mapie wszystkich skrzynek związanych z jakimś ciekawym tematem, a mamy je ładnie skatalogowane. Szkoda, że w okolicach Białegostoku nie ma ich zbyt wiele.
    Na keszowanie mieliśmy określony czas. A tak się złożyło, że tego zostało jeszcze bardzo dużo. Zaczęliśmy od "Przy ujściu Mieni" OP0DB1. Naprawdę cudowna okolica. Rzeka ładnie się wije w lesie. Aż trudno uwierzyć, że tuż obok jest wielkie miasto. Przy okazji obmyłem ręce, uwalane sadzą przez wizytę w jednym z bunkrów. Jak na styczeń woda wcale nie taka zimna. 


    Jak zwykle przy sporej ilości keszy, niektóre z nich z czasem umkną z pamięci, a niektóre pozostaną w niej na zawsze. Do takich pozostających z pewnością zalicza się "Falenicka Elektrownia" OP3F11. Sam kesz nie powala, ale co to opisuje to istne cudo architektury przemysłowej. Podoba mi się idea, że zakład produkcyjny ma być nie tylko funkcjonalny, ale też ładny. Może dzisiejsze biurowce i hale po nabraniu patyny czasu też będą zachwycać naszych prawnuków?


    Ciekawy spacer zaliczyliśmy szukając kesza "Faleniccy Żydzi" OP3BA2. Można było choć trochę poczuć klimat małej, podwarszawskiej miejscowości. Uderza głównie spory ruch. Na ulicach przewija się dużo aut i nie ma ciszy charakterystycznej dla miasteczek. Ale wystarczy tylko zejść w boczne uliczki, by wejść w zupełnie inny świat ciszy i spokoju. Po Żydach rzeczywiście nie pozostało zbyt wiele śladów, ale spacer był ciekawy.


    Ciekawym miejscem były okolice kesza "1887 Krzyż" OP81KT. Jeden z wielu w polskim krajobrazie, postawiony na pamiątkę lub by chronić. Podtytuł kesza "Krzyż morowy z 1887 r. w Zagóździu" wprowadza trochę w błąd. Krzyż morowy czyli karawaka powinien mieć dwie belki poprzeczne. Zastanowił mnie natomiast krzyż stojący w głębi zdziczałej łąki, w odległości około 100m. od krzyża opisanego w keszu. Jest niewielki, taki jaki stawia się na grobie w czasie pogrzebu. Pod nim były znicze. Miejsce bardzo tajemnicze.


    Kolejnym miejscem jakie mogę polecić jest "Cmentarz ewangelicki w Aleksandrowie" OP7CBE. Dobrze, że przyjechaliśmy o tej porze roku, bo dzięki temu znaleźliśmy chyba wszystkie nagrobki. Nie ma tu ich zbyt wiele, ale są wspaniałe. Zachwyca kunszt dawnych kamieniarzy, dzięki którym nagrobki mimo, że przewrócone wciąż są czytelne. Cmentarz jest niewielki, więc warto odszukać wszystkie nagrobki, nawet jeżeli nie są potrzebne do zaliczenia tego krótkiego multaka.


    Ostatnim keszem szczególnie wartym zapamiętania jest "Cmentarz - Pomnik zastrzelonych 27 grudnia 1939 r. w Wawrze" OP831P. Kolejny multak, tylko z finałem psującym trochę efekt. Cmentarz, który jest tylko symboliczny wygląda trochę jak wojskowy. Krzyże ustawione w równych rzędach, ale co ciekawe wśród nich jest kilka macew. Na straży tych symbolicznych grobów stoją dwie postacie. Między nimi jest coś w rodzaju ołtarza (pewnie ma swoją nazwę). Wszystko to robi ogromne wrażenie.Naprawdę wspaniałe upamiętnienie ofiar z 1939r.


    Spoglądam na mapę i widzę, że w tamtym rejonie zostało jeszcze sporo skrzynek. Keszując pomyślałem, że to świetne miejsce by w sezonie poszaleć tam z rowerem. Niestety tutejsze kesze będą musiały jeszcze długo poczekać, bo w tym roku pociąg dowiezie mnie co najwyżej do Małkini.

wtorek, 27 stycznia 2015

I znów w Warszawie

    Kiedy w czasie ostatniej wycieczki do Warszawy łaziłem po lasach na Bemowie, obiecałem sobie, że następny wyjazd zorganizuję w jakieś bardziej cywilizowane rejony stolicy. Jak już zakupiłem bilety, pomyślałem, że czemu nie Stare Miasto? Byłem tam kiedyś w podstawówce i niewiele pamiętałem. Może i banał, ale idealny na jeden dzień niespiesznego spaceru.
    Najgorsza w tych moich wycieczkach do Warszawy jest pora wyjazdu. Gdzieś tak około piątej rano, ale zawsze można trochę podespać w autobusie. Tak było i tym razem. Wypoczęty dojechałem na Młociny, tam zapakowałem się w metro i po kilku minutach byłem w centrum. Pierwsze kroki skierowałem na Muranów, bo było tam kilka keszy w niedalekiej odległości od stacji Ratusz Arsenał. Trzeba przyznać, że byłem pozytywnie zaskoczony. Spodziewałem się mikrusów pod parapetem, a tu może i niewielkie, ale solidne skrzynki, niektóre ukryte z dużym pomysłem. Przy okazji spacer ul. Karmelicką czy ul. Nowolipki to przyjemność sama w sobie. Co prawda zabudowa powstała w okresie błędów i wypaczeń, ale bardzo podoba mi się prostota i porządek w tej architekturze.
   W Ogrodzie Krasińskich chwilę mi zeszło. Najpierw obowiązek czyli kesz "Schron Stefana Starzyńskiego" OP7AF3, a potem chwila przyjemności czyli kanapki i gorąca herbata w ciepłym słońcu styczniowego poranka. W ogóle pogoda sprzyjała mi cały dzień i gdyby nie kalendarz myślałbym, że to wiosna. Na trawniku przed pałacem Krasińskich pasą się nawet konie. 




    
    Po drodze na Stare Miasto zahaczyłem jeszcze o Teatr Narodowy i Grób Nieznanego Żołnierza i wyszedłem na Krakowskie Przedmieście. Spacerując wolnym krokiem dotarłem pod Pałac Prezydencki, gdzie naprzeciw jest skrzynka "xJAP001: Pomnik księcia Józefa Poniatowskiego w Warszawie" OP82EW. Skrzynka z tych, które najlepiej podejmować w tłumie ludzi. Nikt nie zwróci wtedy na nas uwagi, tym bardziej, że naprzeciw posterunek ma "borowik" i grzebanie w ścianie może wydać się podejrzane. 
    W końcu dotarłem do głównego punktu Starego Miasta czyli Zamku Królewskiego. Obejrzałem tylko dziedziniec i ucieszyłem się widokiem herbów na jednym ze skrzydeł. Trochę mnie zastanowiły, bo orzeł Zygmunta Augusta, czy litewska Pogoń jakoś jest w miarę naturalna. Ale skąd wzięła się tam odmiana herbu Kotwicz i jeszcze te inicjały w lewym dolnym rogu "K.F." Już co do herbu Kotwicz musiałem trochę przejrzeć internet, ale całość pozostała zagadką. Za to z keszem "Zamek Królewski" OP0A1B nie było większych problemów. Miejsce idealne na podjęcie skrzynki metodą na grzebanie w plecaku. 


    Jak powszechnie wiadomo do Zamku Królewskiego "przytula" się Pałac pod Blachą. Prawdę mówiąc to bardziej mi się podoba niż większy sąsiad. Do tego jego właściciel czyli książę Poniatowski to postać nietuzinkowa. Z jednej strony wielki patriota,a z drugiej człowiek uwielbiający dobrą zabawę (delikatnie mówiąc). Chyba z racji uwielbienia przez Polaków postaci, których droga życiowa okupiona jest krwią, potem i łzami nie załapał się do panteonu najwybitniejszych rodaków. Wielka szkoda. 
    Szybko wpisałem się do kesza "xJAP005: Pałac pod Blachą w Warszawie" OP82DL i poszedłem zaliczyć virtuala "Najstarsza Trasa Warszawy" OP03AC. Niestety bulwary nad Wisłą przechodzą remont, nie wiadomo nawet czy potrzebna tablica przetrwała. Za to mogłem popatrzyć na Wisłę z mostu. Prawdę mówiąc virtuale mogą zniknąć jako rodzące jakieś niesnaski, ale jedynie jako zarchiwizowane, bo dzięki nim dowiedziałem się kilku lokalnych ciekawostek, o których próżno szukać w literaturze czy w necie.
    W końcu otwarto punkt widokowy na wieży przy kościele św. Anny. Oczywiście chciałem zdobyć kesza "Śladami Pułkownika Kuklińskiego 3" OP16AF, ale też obejrzeć kawałek Warszawy z wysokości. I trzeba przyznać że się nie zawiodłem. Stąd jest naprawdę świetny widok. Na tyle wysoko by widać dość daleko, ale nie tak, że wszystko wokół to tylko ogólne zarysy.
    Po zejściu poszedłem dalej uliczkami Starego Miasta. Oczywiście nie obeszło się bez wizyty w katedrze św. Jana, ale zaszedłem też do kościoła św. Marcina, ale głównie dla kesza
"Piwna 9/11" OP1F6B. Najbardziej spodobały mi się wąskie przejścia miedzy kamienicami. Zbyt wielu ich nie ma, ale i te mnie zachwyciły. 


    Nawet nie wiedziałem, że warszawska starówka dzieli się na Stare i Nowe Miasto. Przechodząc z jednej do drugiej części nie widać specjalnej różnicy, a przynajmniej ja jej nie zauważyłem. Dalej otaczały mnie kamienice, dalej chodziłem brukowanymi uliczkami. Dzięki OC znów miałem okazje obejrzeć lokalną ciekawostkę, o której próżno szukać w przewodnikach. Okazją ku temu był kesz "Sygnatura Rzeźbiarza" OP80KL.
    Warszawska starówka nie należy do największych, więc cały dzień na jej zwiedzanie to trochę za dużo. Miałem więc w planie kilka keszy na północ od niej. Oczywiście nie wszystkie znalazłem głównie z racji obawy przed spaleniem. Jeszcze na Nowym Mieście udało się wpisać do "bacza 24: Ghetto Wall Project - Franciszkańska" OP45E1i "Pałac Sapiehów" OP32B6. Szczególnie tą pierwszą skrzynkę zapamiętam na dłużej. Projekt upamiętniający getto w postaci pokazania na ulicach i chodnikach gdzie przebiegał mur, uważam za genialny. Już natykałem się na takie linie i zawsze wyobrażam sobie ten mur. Dopiero w realnym miejscu widać jak nieludzki był to pomysł, tworzący dwa różne światy, które do tej pory przenikały się wzajemnie.

   
    Mała niespodzianka czekała mnie przy keszu "Park Fontann" OP3281, którego nawet nie szukałem bo na ławeczkach cały czas ktoś przesiadywał. Za to zainteresował mnie niewielki pomnik Marii Curii-Skłodowskiej. Powinien służyć jako model dla rzeźbiarzy Jana Pawła II, jak nie zepsuć dzieła. W ogóle Maria ma szczęście do dobrego upamiętnienia. Chociażby mural na fasadzie Muzeum Marii Skłodowskiej.


     Keszowanie zaprowadziło mnie do parku Traugutta. Nie zabawiłem tu długo. Obejrzałem odrestaurowany fort i znalazłem poświęcony mu kesz "Fort Legionów" OP05CE. I przyszła pora na przekroczenie Wisły. Przeszedłem mostem Gdańskim po kesza "Panorama i Zoo" OP1140. Zoo stąd zbytnio nie widać, za to na Wisłę jest nawet fajny widok. Wracając na lewy brzeg żałowałem, że nie zrzuciłem skrzynki z mostu kolejowego do GPS. W domu wydawało mi się to ekstremalnym zadaniem, a na miejscu okazało się, że wejście na odpowiednią kładkę jest dziecinnie proste. Trzeba będzie tu wrócić, bo to miejsce nie daje mi spokoju.


     Zostało mi jeszcze sporo czasu , więc postanowiłem podjąć jeszcze parę keszy. Zacząłem od "Zby. 04 - Działobitnia" OP19B6. Zachowała się w niezłym stanie, choć z daleka wygląda na ruinę. Wszystko przez chaszcze i zapuszczone wejścia. Nawet nie wiedziałem, że znalazłem się na skraju Cytadeli. Zastanowiło mnie, że na płotach wiszą tablice ostrzegające o terenie wojskowym, a potencjalne wejścia zabezpieczone są płotami i drutem kolczastym. Już w domu doczytałem , że Cytadela wciąż służy celom wojskowym, chociaż bardziej administracyjnym. I już powstał pomysł na kolejny wyjazd do Warszawy.


    Idąc dalej śladem różnych budowli wojskowych zaliczyłem dwa kesze o niemieckich bunkrach z II wojny światowej "Tobruk przy Krajewskiego 4" OP7AD8 i "Tobruk przy Śmiałej" OP7AD9. To takie lokalne ciekawostki, bo ze schronów wiele nie zostało. Wiedziałem, że nie da się do nich wejść, ale nie spodziewałem się że tak niewiele z nich zostało. Pierwszy to taka większa plama betonu, a drugi wygląda bardziej jak zapomniane wejście do kanałów. Trochę mnie to rozczarowało.
    Została mi jeszcze jedna skrzynka, czyli "Dziewczyna z różą" OP4977. Zdążyłem dosłownie w ostatniej chwili, bo skrzynka została zaraz zarchiwizowana i przeniesiona na GC, w który też próbuję się bawić, ale jest coś w tamtym serwisie, że nie mogę się przekonać. Wracając do kesza to podobało mi się co pokazuje. Rzeźba dziewczyny z różą już po zmroku wygląda pięknie. Myślę, że za dnia nie byłoby takiego efektu.
    Został jeszcze powrót na Młociny i do Białegostoku. Czasu wciąż sporo, więc nie mogłem sobie odpuścić przyjemności spaceru wieczorem Starym Miastem, a potem Krakowskim Przedmieściem. Lubię, gdy centra miast zaczynają żyć wieczorem. Tym razem nawet podobały mi się tłumy ludzi. Można było obejrzeć tańce z ogniem, kawałek dalej popis dawali tancerze, gdzie indziej ktoś grał na cymbałach. Było naprawdę ciekawie.

sobota, 29 listopada 2014

Tańczący z żubrami

    Mróz i śnieg spowił krainę Psikiszka, a ten zamiast zapaść w sen zimowy wojaże sobie urządza. Głównie dla równowagi psychicznej bo listopad okazał się strasznie męczącym miesiącem w pracy. Co złe zostawiłem za sobą i trochę wbrew sobie urządziłem pobudkę o czwartej rano. Herbata do termosu, jedzenie do plecaka, cała reszta przyszykowana dzień wcześniej i można ruszać w ciemną i mroźną noc.I właśnie w takich okolicznościach przyrody przyszło mi reaktywować własna skrzynkę "U źródeł Supraśli". Nie powiem, dreszczyk emocji był, czy z ciemnego lasu wyskoczy dzik czy inne dzikie zwierzę. Ale piszę te słowa, więc wszystko skończyło się dobrze.
    Kolejny przystanek to wieś Siemianówka, a dokładnie wieża ciśnień i kesz "Cztery Siostry - Siemianówka" OP7B52. Takie wieże lubię. Z daleka nie wydają się imponujące, ale gdy podejdzie się bliżej okazuje się jak są wielkie, szczególnie gdy stoją w lesie i górują nad drzewami. Naprawdę piękna rzecz.


    Pierwsze spotkanie z Puszczą Białowieską tego dnia miałem jeszcze przed Hajnówką. Auto zostawiłem na skraju wsi Postołowo i dalej piechotą po kesza "Miejsce Pamięci Narodowej" OP349E. Las zimą wygląda dość surowo. Biel, brąz, szarość i czerń. Złośliwi dodają też żółty, ale to tylko na ścieżkach zwierzaków. Szedłem sobie leśną drogą, podziwiałem piękne dęby, natknąłem się na dawną żwirownię. W międzyczasie drogę przebiegły mi sarny, a jak wracałem, stadko żubrów. Widziałem je w drodze do kesza jak stały na polanie i myślałem, że będą tam długo i wtedy podejdę bliżej by zrobić fotkę. Wracając do samego pomnika, to stoi taki zapomniany w środku lasu. Na szczycie obok orła bez korony czerwona gwiazda. Myślałem, że to jakiś grób partyzancki, a tymczasem to ogólne upamiętnienie walk partyzanckich. Z racji, że odwiedzają go chyba jedynie keszerzy nie doczeka się dekomunizacji. Taka skamielina z czasów słusznie minionych.


    Czas na krótką wizytę w Hajnówce. Na początek "Cztery Siostry - Hajnówka" OP7429. Wieża jak w Siemianówce. Sama w sobie wspaniała, choć otoczenie nieszczególne. Fotki zrobiłem, zostało tylko odszukanie kesza. I tu narodził się problem, bo ten nie chciał się poddać. W ostatniej chwili przypomniałem sobie o jednym patencie, jaki widziałem i jakoś się udało.


    Drugi przystanek w mieście to "Transatlantyki w Hajnówce" OP7448. Tutaj z keszem nie miałem problemu, ale budynek delikatnie mówiąc nie zachwycił. Głównie z powodu braku remontu. Szaro-brudna fasada raczej odstrasza. A może być to perłą tego młodego miasta, które po I wojnie było wsią z około setką mieszkańców. Szkoda, że tak nie jest, bo styl okrętowy, moim skromnym zdaniem, cieszy oko jak mało który.
    Po krótkim postoju w Hajnówce wróciłem do lasu. Zabrałem się w końcu za multaka "KOSIAK5 – PO CZTERECH ŁUSKACH DO CELU" OP2EB4. Od założenia kesza trochę się zmieniło. Ot chociażby wycięto drzewa wyrastające z jednego pnia. O kolejnych etapach nic nie napiszę, jak i o finale, wszak to ogromna satysfakcja odnaleźć kolejne podpowiedzi. Dodam tylko, że spacer jaki zaserwował autor prowadzi przez bardzo ciekawą część puszczy.
    Trochę na przełaj, trochę leśnymi drogami szedłem po kesza "kosiak2. skałki na żwirowni" OP2D53. W pewnym momencie wyszedłem na skraj polany, gdzie posilały się dwa dorodne żubry. Kiedy podszedłem trochę bliżej wyczuły mnie. Nie pozostało nic innego niż zrobić zdjęcie i sobie pójść. Po paru krokach odwróciłem się by sprawdzić czy przypadkiem, któryś nie postanowi mnie odpędzić, ale na szczęście okazały się równie przejęte jak ja i uciekły w las. Zadowolony z tego bliskiego spotkania dotarłem do wspomnianych skałek. Na żwirowni minąłem jakieś spore truchło, jeszcze strasznie śmierdzące. Dobrze, że był mróz to zapach nie rozchodził się szeroko. Niestety skrzynki nie było, dokonałem więc reaktywacji, napisałem do właściciela i czekam na odzew. 


    Ze sporymi nadziejami szedłem po kesza "filips21: jestesmy na wczasach..." OP0080. To jeden z tych starszych, bo aż z 2006r. Byłem uzbrojony w miarę aktualne fotki, więc nie spodziewałem się większych problemów. Na miejscu rozejrzałem się i jedynie co przykuło wzrok to lekkie wybrzuszenie na ziemi przysypane śniegiem. Odgarnąłem śnieg i jedyne co zobaczyłem to jakieś próchno wymieszane z ziemią. Pewnie latem można tam dostrzec miejsca ewentualnego ukrycia, ale zimą? Trochę pogrzebałem i jest. Całe szczęście był w górnej części tego co zostało z pnia.
    Został powrót do auta. Najlepiej było iść nieużywana linią z Hajnówki do Białowieży. Linia nie ma szans na reaktywację. Poza sezonem nie miałby kto nią jeździć. Może w sezonie letnim byłoby jakieś zainteresowanie w weekendy, a i to pod warunkiem bezpośredniego połączenia z Białegostoku, a jeszcze lepiej z Warszawy. Teraz jak zauważyłem służy głównie jako szlak dla narciarzy biegowych.


    Znowu krótkie przemieszczenie się autem i parkuję w miejscowości Budy. Dalej mimo asfaltowej, choć wąskiej drogi stoi znak zakazu wjazdu. Jako praworządny obywatel zostawiam samochód i wyruszam na długi spacer. W obie strony wyszło około 10 km. z czego kawałek na azymut przez las, co zmęczyło mnie niemiłosiernie. Trochę monotonny krajobraz leśny urozmaiciła mała rzeka puszczańska, Łutownia. Tworzy wąską dolinę z łąkami. Do kesza "Domek nad Łutownią" OP4EE0 dotarłem praktycznie drogami. Na wielkiej polanie są stanowiska do dokarmiania żubrów, więc i tym razem ich nie zabrakło. Na skraju stoi jakby domek gdzie na piętrze jest miejsce do obserwowania przyrody, a w piwnicy jest coś dla keszerów. Po znalezieniu skrzynki musiałem trzasnąć drzwiami, by się domknęły co niestety spłoszyło żubry.


    Z polany już tylko lasem doszedłem do kesza "Szczekotowo" OP34D8. Może i jest jakaś droga, ale nie chciało mi się wyciągać mapy z plecaka. Przed wejściem na polanę zobaczyłem jak zmykają stamtąd dziki. Nawet trochę głupio mi się zrobiło, w końcu jestem tu gościem, a mieszkańcy co raz zmykają gdzie tylko się pojawię. Ale może to i dobrze, że nie przyzwyczajają się do człowieka. Zostało znalezienie kesza co do łatwych nie należało przez jego rozmiar i śnieg, którego w to miejsce akurat nawiało najwięcej.


    Pomyślałem że po śladach wrócę do poprzedniej polany a stamtąd jest już niezła droga. Zza drzew wyłaniał się już prześwit, widać było stogi przygotowane dla żubrów, a przy nich oczywiście one. Tym razem opanowały wszystkie karmniki i nie było szans na bezpieczne wejście na polanę. Rad nie rad musiałem obejść je lasem. Ten spacer w dziewiczym śniegu nieźle mnie wymęczył, a zostało jeszcze kilka kilometrów drogą na deser.
   Kesze w Białowieży zostawiłem sobie na inny czas. Pojechałem do Czeremchy by tam odnaleźć kolejnego kesza poświęconego wieżom ciśnień "Cztery Siostry - Czeremcha" OP6CB9. Jeszcze w lesie wracając do auta mogłem podziwiać różowo pomarańczowe niebo towarzyszące zachodowi słońca. Wobec tego w Czeremsze była już ciemna noc. Było około 17, a małe miasteczko wyglądało jakby już dobrze spało. W niektórych domach paliło się światło, ale na ulicach pustki. Pozwoliło mi to na spokojne podjęcie kesza. Wieża tonąca w mroku może nawet ciekawiej prezentuje się niż za dnia. 
    Pora do domu. Jeszcze przed Bielskiem Podlaskim mały postój w Lewkach. Oczywiście po kesza "Carskie Lewki" OP843Q. Miejsce z ciekawą historią. Niestety dziś niewiele z tego zostało. Toru bezpośrednio do Hajnówki w ogóle nie widać po ciemku, a wystarczy obejrzeć rozkład jazdy wiszący na słupie by wyrobić sobie zdanie o przyszłości linii do Czeremchy. Całkiem nie zniknie bo jednak pełni jakąś rolę w przewozach towarowych. Całości dopełnia budynek przystanku, rodem z PRL, oczywiście zdewastowany.


    Wycieczka udana, trochę mnie zmęczyła, ale pozytywnie. Nie spodziewałem się, że znajdę wszystkie zaplanowane kesze, a jednak się udało, co mnie jeszcze bardziej ucieszyło.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Listopadowa przejażdżka

    Zaplanowałem wcześnie wstać, zjeść śniadanie, wypić kawę i wyskoczyć na małą przejażdżkę. Jak to jesienią bywa z pierwszym punktem nie dałem rady. Miłe ciepło domu było silniejsze i długo trwało nim się wybrałem. Najgorzej trafić z ciuchami. Nie używam nowoczesnych ciuchów w których można kosmos zdobywać i zawsze powstaje problem czy pod polar wystarczy podkoszulek, czy jeszcze potrzebna koszula? Lepiej zarzucić na siebie więcej, jak coś to się ściągnie i schowa do sakwy. Jedno jest pewne, jak najmniej otwartych przestrzeni i byle szybciej do lasu, by schronić się do lasu przed wiatrem który teraz jest zawsze w twarz.
    Z cel obrałem ulubione miasteczko Supraśl. Tym razem nie chciałem jechać ścieżka rowerową i wybrałem drogę przez las. Początek jest mi dobrze znany. Okrążyłem poligon na Zielonej i szeroka szutrówka dotarłem nad staw na Krasnej Rzeczce. Uwielbiam to miejsce. Moim zdaniem jedno z piękniejszych w Puszczy Knyszyńskiej i zaledwie kilka kilometrów od miasta.


    Za stawem postanowiłem odbić w boczne drogi i przy pomocy mapy dotrzeć do Supraśla. Zadanie proste w teorii, gorzej z praktyką. Jechałem w  zwykły dzień roboczy, i akurat droga wypadła przez ścinkę. Nie chciałem wjeżdżać w środek robót i ominąłem pracowników leśnych. Przez to na zamiast zasuwać prosto, na jednej krzyżówce musiałem skręcić w prawo, na innej w lewo, a na rozjeździe znów w prawo. Fajnie tak się błądziło po lesie wiedząc, że kilka kilometrów dalej jest już cywilizacja. Okazało się, że wyjechałem z drugiej strony bagienka, które niedawno poznałem dzięki OC.


    Do Supraśla wjechałem nie w tym miejscu w którym planowałem. Była okazja by trochę pokręcić się po rzadziej  uczęszczanych uliczkach. Można natknąć się na ciekawe domy budowane przez miejscowych majstrów. Mi się podobają, gdyby tylko niektóre z nich odrestaurować, to byłoby jeszcze ciekawiej.


    W okolicach miasteczka, a może nawet w jego granicach, ale już w lesie znalazłem kesza "W.W." OP858D. Łatwy i przyjemny w miejscu o którym nie miałem pojęcia. Nie będę pisał co zobaczyłem, bo do skrzynki potrzebne jest hasło nierozłącznie związane z miejscówką.
    W planach było jeszcze założenie kesza w Wasilkowie. Postanowiłem jechać przez Studzianki i Dąbrówki. Liczyłem, że będę miał możliwość zwiedzić nieczynną rzeźnię, ale trwały  jakieś prace. Czyżby ktoś będzie tam uruchamiał jakąś firmę? To było tylko kilka kilometrów w otwartym terenie, ale ciężko się kręciło. Dojechałem do Wasilkowa i nad zalewem zrobiłem sobie porządną przerwę. Posiedziałem na ławce, zjadłem sporo czekolady i wypiłem prawie cały termos herbaty. Wszystko z widokiem na pogrążony w szarościach i smutku zalew. Skrzynkę założyłem, pod górę do Białegostoku wjechałem i zadowolony do domu wróciłem.