Na chwilę porzucę Bieszczady i przeniosę się w rejony bliższe mojemu miastu, czyli do Puszczy Białowieskiej. Od dawna mnie kusiło by rowerem zwiedzić jej północne rejony. Problemem był tylko czas, bo trzeba było sobie zarezerwować co najmniej dwa wolne dni. A teraz zapakowałem rower na bagażnik dachowy i w godzinę byłem w Narewce, a raczej w graniczącej z tym miasteczkiem wsi o ciekawej nazwie Świnoroje. Tutaj zostawiłem auto na leśnym parkingu i ruszyłem na szlak.
Jeszcze w Narewce zaliczyłem kesza "OSP NAREWKA" OP8FWR. Mały magnetyk przyczepiony jest do jednego z nieużywanych wozów gaśniczych OSP. Jak na służbę ochotniczą nie są takie stare. Pewnie znalazł się sponsor i w garażu stoi niezły sprzęt. A my mamy okazję obejrzeć z bliska Stary strażackie. Poza tym w Narewce przybysza spoza Podlasia zainteresują stare, drewniane domy. Jest i obelisk dla kilku poległych w czasie wojny, jak i utrwalaczy władzy ludowej. Taka pamiątka po czasach słusznie minionych. Niewielka, murowana, tynkowana na biało cerkiew wyróżnia się na tle miasteczka. Generalnie lekko senny klimat małego miasteczka.
Za Narewką wciąż jeszcze asfaltówka. Niewielkie wsie i łąki do nich należące. Czasem niewielki lasek, forpoczta niedalekiej puszczy. W pewnym miejscu zobaczyłem trochę oddaloną tablicę z nazwą miejscowości. Aż musiałem podjechać by sprawdzić czy przypadkiem nie składa się z dwóch członów. Siemieniakowszczyzna, pewnie może stawać w konkursie na najdłuższą nazwę polskiej wsi składającą się z jednego słowa.
Tuż obok kolejna wieś Babia Góra. Okazuje się, że część wsi leży na malutkim wzniesieniu, nawet niespecjalnie wyróżniającym się na tym płaskim terenie. I stąd pewnie nazwa, babia czyli łatwa do pokonania, nie wymagająca siły. I tylko proszę nie zarzucać mi seksizmu, pretensje do naszych przodków można wnosić.
Za Babią Górą na dobre skończył się asfalt i wjechałem w zwarty las. Początkowo trochę podmokły i ciemny. Zatrzymałem się przy keszu "Rezerwat Siemianówka" OP87MR i jak najszybciej chciałem stamtąd uciekać. Zapomniałem zabrać czegoś na komary, a te tutaj jakieś wyjątkowo dorodne. I co ciekawe tylko tam, bo w innych miejscach zupełnie mi nie dokuczały.
Puszcza ma i swoje tajemnice. Przy jednej z nich jest kesz "Miejsce mocy 2" OP8C8M. Autor opisuje to właśnie jako miejsce mocy. Są ponoć ludzie, którzy czują coś dziwnego, zdjęcia nie wychodzą, a baterie się rozładowują. Mi nic z tych rzeczy się nie przytrafiło, pewnie jam niegodzien. W ogóle jest to dół, a co najciekawsze na jego dnie niewielki kopczyk ziemi, a na nim znicze. Czyżby tajemniczy grób? Zostawiając z boku teorie o nadprzyrodzonych mocach, kto tu przychodzi i pali światło ku pamięci?
Tocząc się leniwie dotarłem do Starego Masiewa. Wieś prawie przy granicy z Białorusią, która jak spora część w ładnych okolicach zaczyna trochę odżywać. Domy odziedziczone po rodzicach są remontowane i dawne gospodarstwo pełni dziś rolę domu letniskowego. Ja jednak nie przyjechałem zastanawiać się nad zmianami na wsi, a na przejażdżkę po puszczy. Zaraz za wsią zaczyna się Białowieski Park Narodowy. Poza kilkoma wyjątkami szlaki piesze i rowerowe są bezpłatne. Również za Wilczy Szlak nie trzeba wnosić opłat. Od dawna chciałem się nim przejechać. Wyobrażenia nie pokryły się z rzeczywistością, ale też było zajefajnie. Daleko nie ujechałem, bo już na terenie polany w uroczysku Głuszec zrobiłem sobie przerwę na małe co nieco. Już tu kiedyś byłem, ale znów była okazja poprzekręcać wajchy w lokomotywie wąskotorówki.
Nazwa Wilczy Szlak zapowiada jakieś niedostępne części puszczy, mrok pod gęstym sklepieniem koron drzew i nieprzerwany starodrzew. Nic z tego. Jedzie się cały czas dobrą, leśną szutrową drogą. Nawet zabłądzić się nie da, raz że szlak jest świetnie oznakowany, poza tym ewentualne inne drogi wyglądają słabo. Od czasu do czasu można zatrzymać się przy tabliczkach opisujących tutejszą przyrodę. Nawet o głośnym ostatnio drukarzu jest opowieść. W samym BPN to nie jest problem, bo jak napisano jest to normalne i cobyśmy nie robili trwa to parę lat i samo się cofa. W innym miejscu można na chwilę odbić do... kamienia. No dobra, nie takiego zwykłego a głazu narzutowego, ale cały czas zastanawiam się po co było go grodzić.
Oczywiście jak Puszcza Białowieska to dęby. Natykamy się na większe i mniejsze okazy, które niezmiennie budzą mój podziw. Dla mnie to najpiękniejsze drzewo w Polsce. A na szlaku jest jedno, szczególne. Potężne, zdrowe o pniu niczym kolumna od dołu po koronę nie zmieniające specjalnie swego obwodu. Czuć jego moc.
W jednym z bardziej podmokłych miejsc znalazło się nawet miejsce na kładkę, a na niej ławeczka by sobie przysiąść. I tak Wilczy Szlak przezwałem sobie wiewiórczym szlakiem, bo to jedyne zwierzę jakie tego dnia spotkałem. I rudy, sympatyczny gryzoń świetnie oddaje dzikość okolic.
Nie odpalając GPS-u po szlaku dojechałem do skrzynki "Kosy Most" OP8GDL. Dwa mosty przerzucone nad malowniczo wijącą się rzeką Narewką. Jeden drogowy, drugi nieczynnej kolejki wąskotorowej. Jak na puszczańskie rzeki ta dosyć sprawnie toczy swe wody. Dobre miejsce by zatrzymać się na chwilę podziwiając widoki. I jakie szczęście z zaliczenia FTF-a.
Zaraz za mostami można odbić do wieży widokowej, co też uczyniłem. Rower zostawiłem przy wspaniałym dębie. Wieża naprawdę ogromna, jedna z większych na jakich byłem. Ostatnia platforma sięga czubków okolicznych drzew. Widok nie jest zbyt imponujący. Trochę na dolinę Narewki, a resztę zasłaniają drzewa. Pewnie komuś może wydać się nudny, ale naprawdę jest okazja na złapanie oddechu w dzisiejszym zagonionym świecie.
Do kolejnego kesza "Most nad Przędzielnią" OP8FRD też sobie umyśliłem dojechać bez mapy. Oczywiście nie bez pomocy nawigacyjnej, bo jednak z papierową mapą. Liczyłem że trzymając się torów wąskotorówki dotrę w punkt. Niestety najkrótsza droga właśnie wzdłuż torów jest niedostępna rowerem, nie ma nawet marnej ścieżki. Ale od czego są szlaki. Z zielonego, który zaraz wyprowadziłby mnie do Narewki skręciłem w niebieski znów w głąb puszczy i tylko wypatrywałem mostku. Tym razem mniej okazały niż na Narewce, a woda w dole chyba w ogóle nie płynie, albo kilka centymetrów na godzinę.
Kawałek dalej odbiłem na zachód i jechałem jak po sznurku. Sporo dróg w puszczy to linie proste. Przeciąłem Drogę Narewkowską, jedną z niewielu gruntówek gdzie można jeździć samochodem. Potem Stoczańską Drogę, która jest w średnim stanie, co zresztą nie dziwi bo kończy się ślepo na Lutowni. Ostatnią była Droga Górzysta, gdzie jest zakaz ruchu, ale czasem można natknąć się na auto. Za nią już włączyłem GPS, bo nie wiedziałem w którym miejscu odbić do kesza "Krzyż Powstańczy 1831" OP8FPM. I początkowo nie wyglądało to najlepiej. Cały czas zwarty las, po którym da się prowadzić rower, ale jechać już nie. Całe szczęście wypatrzyłem prawie zapomnianą drogę robotników leśnych, która doprowadziła mnie pod sam krzyż. To z pewnością dzieło współczesne, ale nawiązuje do wydarzeń z 1831r. Puszcza Białowieska była areną zmagań, jak i schronieniem dla oddziałów z Powstania Listopadowego, ale nie wiadomo czy to miejsce upamiętnia jakieś szczególne wydarzenie, czy to tylko ogólny symbol na pamiątkę. Osobiście przychylam się do teorii o konkretnym epizodzie, bo czemu krzyż ustawiono tu, a nie gdzieś przy łatwo dostępnej trybie?
Wróciłem do Drogi Górzystej i tą dojechałem dokładnie w miejsce gdzie zostawiłem auto. Rower na bagażnik i z powrotem do Białegostoku. Po drodze zatrzymałem się na początku Michałowa. Zwiedziłem ruiny cegielni, może niewielkie, ale niezwykle ciekawe. Szkoda że nie miałem żadnego pudełka, to bym podrzucił nowego kesza. Może jeszcze kiedyś.
wtorek, 14 czerwca 2016
czwartek, 9 czerwca 2016
Wypad w Bieszczady. Dzień II: Na południe, jak najdalej się da.
Obudziło mnie wyłaniające się zza gór słońce. Strasznie wcześnie, ale jak już się przebudziłem to z lubością wystawiłem twarz ku ciepełku. Trochę pokrzątałem się przy śniadaniu i porannej toalecie i już całkiem rozruszany mogłem ruszać na szlak. Najpierw trzeba jednak dojechać w miejsce startu. A że po drodze są skrzynki, jak nie skorzystać z okazji. Daleko nie ujechałem, bo już w Pszczelinach zaparkowałem przy kościele i poszedłem po kesza "Zegar ptasiego śpiewu" OP03CD. Za gospodarstwem przeszedłem brzegiem niewielkiej łąki. Soczyście zielona jest niezwykle malownicza na tle ciemnego lasu. I oczywiście te górskie widoki. Dalej już lasem, dobrze że niezbyt daleko i jeszcze nie tak strasznie stromo, ale już można się przekonać czym jest kilometr w górach, a czym na nizinach. Skrzynka to była formalność, bo i na co rzucić okiem nie było i chyżo w dół do auta.
Po drodze do Tarnawy Niżnej zatrzymałem się jeszcze po dwie skrzynki. Pierwsza "Wilcza Góra" OP077B w momencie zakładania w 2007r. prowadziła na punkt widokowy. Niestety świerki szybko rosną i przez ten czas skutecznie zasłoniły większość widoku. Zmieniła się też droga, w momencie zakładania kesza autor wspomina o fatalnej nawierzchni dobrej dla terenówek. Dziś to równiutki asfalt. Natomiast przy drugim keszu "Leśniczówka Brenzberg" OP2763 musiałem się trochę natrudzić. Kilometr do przejścia w jedną stronę, szukanie kesza i zeszła godzina. Smutne miejsce, pamiątka ludzkiej nienawiści. W 1944r. jedna z sotni UPA zamordowała tu kilkadziesiąt osób, którzy szukali tu schronienia. Po leśniczówce zostały tylko ruiny, no i polana. Schodząc do głównej drogi cały czas się zastanawiałem po co było budować ją tak wysoko. Przecież gdzież bliżej drogi byłoby znacznie wygodniej. Dobrze że droga w dół łatwiejsza, a i nawet schodki się trafiły, co na bieszczadzkich szlakach nie jest jakimś wyjątkiem.
W Tarnawie zaparkowałem przy dawnej bramie Igloopolu. Po zakładzie coś tam jeszcze zostało, poza wspomnianą bramą z logo firmy, spore budynki gospodarcze. Część służy jako stajnie, ale ani na miejscu, ani nigdzie w okolicy nie uświadczyłem konia. Być może ich tu nie ma, bo w przeszłości zdarzało się, że brak było chętnych na opiekowanie się koniem huculskim.
Stąd wybrałem się do dawnej wsi Dźwinacz. Początek ścieżki i kesz "Nad Sanem" OP07F2. Trochę jej się naszukałem bo spoiler w międzyczasie trochę się zmienił, a i nieodległa granica trochę deprymowała. W końcu się udało i mogłem iść dalej. Na początku mała przeszkoda. Na strumieniu Roztoka mostek dla pieszych był zniszczony, na nieodległym brodzie po kamieniach skakać się nie dało, więc nie zostało nic innego niż przejść na bosaka. Woda lodowata, aż nieprzyjemna, ale całe szczęście słońce ładnie świeciło i zaraz znów zrobiło się cieplutko w nogi.
Kawałek ścieżką, a dalej, cóż za niespodzianka, betonowymi płytami. Pewnie pozostałość po Igloopolu, jako dogodny dojazd na łąki. Czasem można spotkać wiekowe krzyże, pamiątka po dawnej wsi. Aż nie chce się wierzyć, że jeszcze jakieś 60 lat temu tętniło tu życie. W końcu doszedłem do większej pamiątki po Dźwinaczu. Jak w wielu wypadkach, po bieszczadzkich wsiach został tylko cmentarz. Miejsce ma w sobie jakąś nostalgię, pewnie przez to, że naocznie można się przekonać jak wszystko przemija i nic po nas nie pozostanie. Z tych niewesołych myśli wyrwał mnie młody zwierz, coś jak tchórz który szedł prosto na mnie i dostrzegł w ostatniej chwili. Jego konsternacja była zabawna.
Po powrocie do auta ruszyłem do Beniowej. Tu zakupiłem bilet na szlak i ruszyłem ku źródłom Sanu, które jak się okazało nimi nie są. Na dobry początek trochę asfaltu. Zaskakują takie wykwity cywilizacji gdzieś na końcu świata. Ślady po Beniowej nie są zbyt oddalone od parkingu.Gdzieś pod drzewem pozostała prosta, kamienna kapliczka. Trochę dalej kolejna. Na łąkach niewysokie drewniane współczesne konstrukcje. To osłona studni, które wcale płytkie nie są.
Zaraz dochodzi się do wiejskiego cmentarza. Jeden z symboli niezmiernie mnie zaciekawił. Trochę koślawy garnek zdobi jeden z grobów. Jakoś nie mogłem załapać co symbolizuje, czyżby pochowano tu lokalnego garncarza? Według tablicy to symbol życia, coś czasem z niego się wyjmuje, coś się wkłada. Może i tak, mnie to jednak słabo przekonuje. Kolejnym ciekawym symbolem jest ryba na sporym kamieniu. Ponoć to XIX wieczna podstawa pod chrzcielnicę. Wygląda natomiast jak zabytek z pierwszych wieków chrześcijaństwa. Najciekawszym punktem w okolicy pozostanie jednak dorodna lipa. Wyróżnia się ten samotny punkt na sporej łące. Podszedłem tam po kesza "olatro05-Lipa w Beniowej" OP2A25. Co za wspaniałe miejsce by przysiąść w cieniu. Aż żal że to nieodległy punkt szlaku, człowiek jeszcze nie zmęczony i nie potrzebuje długiego odpoczynku.
Idąc dalej można się przekonać jak wyglądałyby Bieszczady gdyby nie wojna. Ze ścieżki widać linię kolejową, udało się nawet dojrzeć ukraiński pociąg. Na jednym z punktów widokowych, ale znacznie dalej, już za cerkwiskiem z grobem Stroińskich, widać naprawdę sporą wieś Sianki. Dworzec, cerkiew i uprawiane pola. Nawet jakieś zapowiedzi z dworca da się dosłyszeć. Po ukraińskiej stronie może i prowincja, ale żyje, a u nas koniec świata.
Krótki odpoczynek przy keszu "Nieczynne Schronisko nad Negrylowem" OP3C95. Wcale się nie dziwię, że zamknięte. Na całym szlaku mimo wspaniałej pogody ilość spotkanych osób da się policzyć na palcach jednej ręki.
Przy keszu "Dwór Państwa Stroińskich" OP8CEJ kusiła piwniczka, jedna z niewielu pozostałości po wsi. Z chęcią bym wszedł, ale wygląda naprawdę słabo, jakby w każdej chwili mogła się zawalić. Oczywiście nie odmówiłem sobie przyjemności fotki słupka granicznego, bo mają w sobie coś co przyciąga uwagę.
Kawałek dalej cmentarz wsi Sianki. Od razu widać różnice między grobami chłopskimi a właścicielami ziemskimi. Kamienne nagrobki, czasem żeliwny krzyż pewnie zamożniejszego gospodarza, a obok dwa spore nagrobki państwa Stroińskich. Niestety czas zrobił swoje i wyryte napisy są nieczytelne. Przy cerkwisku ustawiono tablice z historią okolic. Niesamowite, że przed wojną oferowano tu turystom około 2tyś. miejsc noclegowych.
Jeszcze trochę i w końcu dotarłem do najdalej wysuniętego na południe punktu w Polsce. Przynajmniej takiego do którego można legalnie dojść. Nikogo nie było więc najpierw zabrałem się za kesza "Żrodlo Sanu" OP1122. Potem obfociłem polski i ukraiński słupek graniczny z niewielkim obeliskiem między nimi na którym wisi tablica z ukraińskim napisem. No i najważniejszy punkt to źródło Sanu. Niestety nie jest to dokładnie to miejsce. Rzeczywiste źródła są kilkaset metrów dalej na płd.-zach. i to po stronie Ukraińskiej. Umowne źródło raczej nie powala, bo to dziura w ziemi z błotkiem na dnie. Zresztą za blisko nie podchodziłem, bo wygląda jakby jego większość była za granicą, a jestem przyzwyczajony do pracy podlaskich pograniczników, których sukcesem opisanym w gazetach lokalnych jest mandat dla amerykańskiego turysty który podszedł do słupka granicznego.
Posiedziałem trochę na jednym z pieńków i co było robić, ruszyłem w drogę powrotną. Szkoda, że szlak jest tak wyznaczony, że wraca się po śladach, a nie robi jakieś kółko. Warto dodać, że powrót jest dużo łatwiejszy. Tym razem większość drogi jest z górki. Na naprawdę dłuższy popas zatrzymałem się przy wspomnianym opuszczonym schronisku. Są ławki, stoły, więc miejsce na bardzo późny obiad idealne. W takim miejscu nawet mięso na zimno z puszek smakuje idealnie. W końcu doczłapałem się do parkingu. Do zmierzchu zostały jakieś dwie godziny. Idealny czas by zajechać na miejsce noclegu i trochę się ogarnąć po całodziennej wycieczce. Po drodze w jednym z rozlewisk spotkałem jeszcze bobra. To był wspaniały akord na zakończenie ciekawego dnia.
Po drodze do Tarnawy Niżnej zatrzymałem się jeszcze po dwie skrzynki. Pierwsza "Wilcza Góra" OP077B w momencie zakładania w 2007r. prowadziła na punkt widokowy. Niestety świerki szybko rosną i przez ten czas skutecznie zasłoniły większość widoku. Zmieniła się też droga, w momencie zakładania kesza autor wspomina o fatalnej nawierzchni dobrej dla terenówek. Dziś to równiutki asfalt. Natomiast przy drugim keszu "Leśniczówka Brenzberg" OP2763 musiałem się trochę natrudzić. Kilometr do przejścia w jedną stronę, szukanie kesza i zeszła godzina. Smutne miejsce, pamiątka ludzkiej nienawiści. W 1944r. jedna z sotni UPA zamordowała tu kilkadziesiąt osób, którzy szukali tu schronienia. Po leśniczówce zostały tylko ruiny, no i polana. Schodząc do głównej drogi cały czas się zastanawiałem po co było budować ją tak wysoko. Przecież gdzież bliżej drogi byłoby znacznie wygodniej. Dobrze że droga w dół łatwiejsza, a i nawet schodki się trafiły, co na bieszczadzkich szlakach nie jest jakimś wyjątkiem.
W Tarnawie zaparkowałem przy dawnej bramie Igloopolu. Po zakładzie coś tam jeszcze zostało, poza wspomnianą bramą z logo firmy, spore budynki gospodarcze. Część służy jako stajnie, ale ani na miejscu, ani nigdzie w okolicy nie uświadczyłem konia. Być może ich tu nie ma, bo w przeszłości zdarzało się, że brak było chętnych na opiekowanie się koniem huculskim.
Stąd wybrałem się do dawnej wsi Dźwinacz. Początek ścieżki i kesz "Nad Sanem" OP07F2. Trochę jej się naszukałem bo spoiler w międzyczasie trochę się zmienił, a i nieodległa granica trochę deprymowała. W końcu się udało i mogłem iść dalej. Na początku mała przeszkoda. Na strumieniu Roztoka mostek dla pieszych był zniszczony, na nieodległym brodzie po kamieniach skakać się nie dało, więc nie zostało nic innego niż przejść na bosaka. Woda lodowata, aż nieprzyjemna, ale całe szczęście słońce ładnie świeciło i zaraz znów zrobiło się cieplutko w nogi.
Kawałek ścieżką, a dalej, cóż za niespodzianka, betonowymi płytami. Pewnie pozostałość po Igloopolu, jako dogodny dojazd na łąki. Czasem można spotkać wiekowe krzyże, pamiątka po dawnej wsi. Aż nie chce się wierzyć, że jeszcze jakieś 60 lat temu tętniło tu życie. W końcu doszedłem do większej pamiątki po Dźwinaczu. Jak w wielu wypadkach, po bieszczadzkich wsiach został tylko cmentarz. Miejsce ma w sobie jakąś nostalgię, pewnie przez to, że naocznie można się przekonać jak wszystko przemija i nic po nas nie pozostanie. Z tych niewesołych myśli wyrwał mnie młody zwierz, coś jak tchórz który szedł prosto na mnie i dostrzegł w ostatniej chwili. Jego konsternacja była zabawna.
Po powrocie do auta ruszyłem do Beniowej. Tu zakupiłem bilet na szlak i ruszyłem ku źródłom Sanu, które jak się okazało nimi nie są. Na dobry początek trochę asfaltu. Zaskakują takie wykwity cywilizacji gdzieś na końcu świata. Ślady po Beniowej nie są zbyt oddalone od parkingu.Gdzieś pod drzewem pozostała prosta, kamienna kapliczka. Trochę dalej kolejna. Na łąkach niewysokie drewniane współczesne konstrukcje. To osłona studni, które wcale płytkie nie są.
Zaraz dochodzi się do wiejskiego cmentarza. Jeden z symboli niezmiernie mnie zaciekawił. Trochę koślawy garnek zdobi jeden z grobów. Jakoś nie mogłem załapać co symbolizuje, czyżby pochowano tu lokalnego garncarza? Według tablicy to symbol życia, coś czasem z niego się wyjmuje, coś się wkłada. Może i tak, mnie to jednak słabo przekonuje. Kolejnym ciekawym symbolem jest ryba na sporym kamieniu. Ponoć to XIX wieczna podstawa pod chrzcielnicę. Wygląda natomiast jak zabytek z pierwszych wieków chrześcijaństwa. Najciekawszym punktem w okolicy pozostanie jednak dorodna lipa. Wyróżnia się ten samotny punkt na sporej łące. Podszedłem tam po kesza "olatro05-Lipa w Beniowej" OP2A25. Co za wspaniałe miejsce by przysiąść w cieniu. Aż żal że to nieodległy punkt szlaku, człowiek jeszcze nie zmęczony i nie potrzebuje długiego odpoczynku.
Idąc dalej można się przekonać jak wyglądałyby Bieszczady gdyby nie wojna. Ze ścieżki widać linię kolejową, udało się nawet dojrzeć ukraiński pociąg. Na jednym z punktów widokowych, ale znacznie dalej, już za cerkwiskiem z grobem Stroińskich, widać naprawdę sporą wieś Sianki. Dworzec, cerkiew i uprawiane pola. Nawet jakieś zapowiedzi z dworca da się dosłyszeć. Po ukraińskiej stronie może i prowincja, ale żyje, a u nas koniec świata.
Krótki odpoczynek przy keszu "Nieczynne Schronisko nad Negrylowem" OP3C95. Wcale się nie dziwię, że zamknięte. Na całym szlaku mimo wspaniałej pogody ilość spotkanych osób da się policzyć na palcach jednej ręki.
Przy keszu "Dwór Państwa Stroińskich" OP8CEJ kusiła piwniczka, jedna z niewielu pozostałości po wsi. Z chęcią bym wszedł, ale wygląda naprawdę słabo, jakby w każdej chwili mogła się zawalić. Oczywiście nie odmówiłem sobie przyjemności fotki słupka granicznego, bo mają w sobie coś co przyciąga uwagę.
Kawałek dalej cmentarz wsi Sianki. Od razu widać różnice między grobami chłopskimi a właścicielami ziemskimi. Kamienne nagrobki, czasem żeliwny krzyż pewnie zamożniejszego gospodarza, a obok dwa spore nagrobki państwa Stroińskich. Niestety czas zrobił swoje i wyryte napisy są nieczytelne. Przy cerkwisku ustawiono tablice z historią okolic. Niesamowite, że przed wojną oferowano tu turystom około 2tyś. miejsc noclegowych.
Jeszcze trochę i w końcu dotarłem do najdalej wysuniętego na południe punktu w Polsce. Przynajmniej takiego do którego można legalnie dojść. Nikogo nie było więc najpierw zabrałem się za kesza "Żrodlo Sanu" OP1122. Potem obfociłem polski i ukraiński słupek graniczny z niewielkim obeliskiem między nimi na którym wisi tablica z ukraińskim napisem. No i najważniejszy punkt to źródło Sanu. Niestety nie jest to dokładnie to miejsce. Rzeczywiste źródła są kilkaset metrów dalej na płd.-zach. i to po stronie Ukraińskiej. Umowne źródło raczej nie powala, bo to dziura w ziemi z błotkiem na dnie. Zresztą za blisko nie podchodziłem, bo wygląda jakby jego większość była za granicą, a jestem przyzwyczajony do pracy podlaskich pograniczników, których sukcesem opisanym w gazetach lokalnych jest mandat dla amerykańskiego turysty który podszedł do słupka granicznego.
Posiedziałem trochę na jednym z pieńków i co było robić, ruszyłem w drogę powrotną. Szkoda, że szlak jest tak wyznaczony, że wraca się po śladach, a nie robi jakieś kółko. Warto dodać, że powrót jest dużo łatwiejszy. Tym razem większość drogi jest z górki. Na naprawdę dłuższy popas zatrzymałem się przy wspomnianym opuszczonym schronisku. Są ławki, stoły, więc miejsce na bardzo późny obiad idealne. W takim miejscu nawet mięso na zimno z puszek smakuje idealnie. W końcu doczłapałem się do parkingu. Do zmierzchu zostały jakieś dwie godziny. Idealny czas by zajechać na miejsce noclegu i trochę się ogarnąć po całodziennej wycieczce. Po drodze w jednym z rozlewisk spotkałem jeszcze bobra. To był wspaniały akord na zakończenie ciekawego dnia.
niedziela, 5 czerwca 2016
Wypad w Bieszczady. Dzień I: Cały dzień w drodze
Daleko z Białegostoku w góry. Takie prawdziwe, których wszystkich szczytów nie porasta las. A że zachciało mi się właśnie takich, to na krótkim urlopie postanowiłem wyskoczyć w Bieszczady. Przede mną kilkaset kilometrów i kilka keszy.
Pierwszy dłuższy postój trochę za Lublinem. We wsi Pisaki zacząłem od dwóch virtuali i podjechałem w stronę "Ruiny w Piaskach" OP55EA. Niestety natknąłem się na dżentelmenów raczących się piwem kilkadziesiąt metrów od kesza i nie było jak go podjąć. Całe szczęście samo miejsce warte było odwiedzenia. Malownicze ruiny na niewielkim wzgórzu w otoczeniu zieleni. Po dawnym zborze dziś zostały tylko ceglane ściany. Wdzięczny obiekt do kilku zdjęć.
Kilka kilometrów dalej Kozice Dolne z zespołem dworskim. Bardzo lubię polskie dwory. Wypracowano narodowo styl, który wspaniale prezentuje się w wiejskiej scenerii, dziś czasem trochę nieudolnie kopiowany. Tutaj oprócz dworu, oficyny wznosi się budynek kordegardy. To taka większa i luksusowa stróżówka, nieczęsto spotykana przy małych i średnich dworach. Dodatkowo ma wieżę zegarową, ale samego zegara brak. Kordegarda została odnowiona, do tego co można nazwać stanem surowym i chyba nie ma pomysłu na co ją wykorzystać. Oczywiście obok skrzynka "Wieża zegarowa." OP6BC5.
Kolejnym naprawdę ciekawym miejscem było miasto Sieniawa. Już kesz "Spichlerz w Sieniawie" OP6FB9 zapowiadał atrakcje. To ogromny budynek z XVIIIw. dziś w ruinie, ale trzymający się całkiem nieźle. Tak duże spichlerze to była domena dużych miast, stąd można się domyślać, że Sieniawa była kiedyś ważnym portem nad Sanem. W centrum miasteczka stoi ratusz, kawałek dalej kościół, ale z obiektów w centrum najciekawsza jest świątynia, który przez większość swego istnienia był cerkwią greckokatolicką. Opuszczona, robi ponure wrażenie. Nietrudno sobie wyobrazić jak na miasto wieczorami wychodzi stamtąd jakiś stwór. Tylko gołębie upodobały sobie to miejsce.
Nie tak daleko od centrum stoi pałac zbudowany przez Adama Mikołaja Sieniawskiego, a znacznie przebudowany, gdy przeszedł w ręce Czartoryskich. Od czasu I wojny światowej, kiedy to uległ zniszczeniu, aż do lat 80-tych nie mógł odzyskać dawnego blasku. Wybawienie przyniósł mu Igloopol, olbrzymi kombinat rolno - spożywczy. Kiedy ten padł pałac przeszedł w ręce prywatne i dziś pełni rolę hotelu. Całe szczęście nowy właściciel nie odwrócił się plecami od miasteczka i tabliczka na bramie wita zwiedzających. Oczywiście wewnątrz budynków nie ma co zwiedzać, ale pałac jest naprawdę piękny. W otoczeniu zadbanego parku sprawia, że warto tu się choć na chwilę zatrzymać. Aż dziwne, że przy pałacu nie ma kesza.
Miastem w którym spędziłem najwięcej czasu okazał się Jarosław. Miasto to leżące na dawnym skrzyżowaniu szlaków handlowych, dziś trochę zapomniane, a zupełnie niesłusznie. Ma starówkę z prawdziwego zdarzenia, z brukowanymi, wąskimi uliczkami, kamienicami i oczywiście kilka naprawdę unikatowych zabytków. Pierwszy jaki sobie obejrzałem to ratusz. Naprawdę spory, czterokondygnacyjny i dodatkowo z wieżą zegarową.
Stąd poszedłem po kesza "Opactwo Benedyktynek" OP22D6. Klasztor wygląda bardziej na zamek obronny, co nie dziwi skoro ulokowano go tu w połowie XVIIw. Gdybym nie przeczytał opisu, byłbym święcie przekonany, że to siedziba któregoś z kolejnych właścicieli Jarosławia.
Na sąsiednim wzgórzu wznosi się kolegiata Bożego Ciała z bogatym, renesansowym wyposażeniem. Wewnątrz nie jest tak wielka jak wydaje się z zewnątrz. Attyki, wieżyczki sprawiają wrażenie dużo większej budowli.
Jako, że jesteśmy na styku dawnych kultur, pamiątką po tutejszych unitach jest cerkiew Przemienienia Pańskiego. Po odnalezieniu kesza "Konkatedra" OP67F0 postanowiłem zajrzeć do środka. Zupełnie jak w cerkwi prawosławnej na Podlasiu pod Białymstokiem w której miałem okazję niedawno być. Mnóstwo ozdób, złota i pastelowych kolorów. Pod względem przepychu wyposażenia z cerkwiami mogą równać się tylko barokowe kościoły.
Trochę połaziłem małymi uliczkami starając się choć trochę wchłonąć klimat niewielkiego, kresowego miasta. Udało mi się trafić na wspaniałe lody w których czuć mleko, a nie tylko proszek. No, ale góry nie będą czekać, więc co było robić, pojechałem dalej. Przez Przemyśl tylko przemknąłem obwodnicą i wjechałem w drogi które są już bardziej kręte. Przez Pogórze Przemyskie wjechałem w Góry Sanocko - Turczańskie. U ich północnych granic leży spora wieś jak na standardy płd.-wsch. rubieży Polski o nazwie Kalwaria Pacławska. Pierwszy człon jest nieprzypadkowy z powodu sanktuarium Męki Pańskiej i Matki Bożej Kalwaryjskiej. Jak sobie doczytałem to jeden z ważniejszych ośrodków kultu maryjnego w Polsce. Zupełnie jednak tego nie widać. Trochę pielgrzymów, czy też turystów sennie snuło się po terenie klasztoru. Pewnie przez brak połączenia nawet autobusowego. Od najbliższego przystanku jest 3km. do przejścia pod górę. Kościół i klasztor jak na sanktuarium dosyć kameralne. Jeżeli przyjechaliśmy tu tylko w celach turystycznych zobaczenie wszystkiego nie zajmie zbyt wiele czasu. Chyba, że kogoś najdzie ochota na przejście się Drogą Krzyżową, to czeka go kilka kilometrów. Ja z kolei podszedłem do kesza "mushin74 - Kalwaria Pacławska" OP5764 ulokowanego przy ogromnej wieży widokowej, niestety zamkniętej. Mimo to widoki ze wzgórza i tak są piękne.
W Ustrzykach Dolnych uzupełniłem paliwo, kupiłem świeży chleb, wodę, napoje, czyli to wszystko co mi się pokończyło w czasie całodziennej jazdy. Miałem nadzieję na skrzynkę "Cmentarz Żydowski" OP6E9B, niestety ta zaginęła, a i sam kirkut nie wywarła na mnie zbyt dużego wrażenia. Po prostu niewiele zostało tu do oglądania. O wiele bardziej zainteresowały mnie tory którymi najlepiej dostać się w rejon cmentarza. Nieczynna dziś linia była niezła atrakcją turystyczną. Z Przemyśla do Ustrzyk Dolnych można było dojechać bezpośrednio, a skład wjeżdżał na terytorium ZSRR, a potem Ukrainy. Nie trzeba było mieć paszportu, ale z drugiej strony nie wolno było nawet otwierać okien. Dziś byłaby to z pewnością atrakcja turystyczna, ale czy opłacalna?
Wjeżdżając w Bieszczady zaliczyłem dwie cerkwie z keszami "Cerkiew w Jałowem" OP823R i "Cerkiew w Smolniku" OP0349. W obu przypadkach niewielkie, drewniane świątynie stoją malowniczo na wzgórzu. Obie odnowione przypominają o dawnych mieszkańcach tych ziem. Przy drugiej czekała mnie mała niespodzianka w postaci jakiegoś bydła. Ale nie zwykłych krów, a wołów z olbrzymim rogami.
Powoli trzeba było się rozglądać za noclegiem. Jeszcze jednak kesze wzywają, a może przy okazji wpadnie w oko jakieś miejsce na odpoczynek. Całkiem nieźle zapowiadało się przy keszu "Kąpielisko dziura" OP83ZB. Rzeka niedaleko, kawałek łąki, ale jak wyciągałem kesza w krzakach zaszeleścił jakiś większy zwierz i uznałem to za zły znak.
Ciekawie było przy skrzynce "Pszczeliny" OP83BJ. Już od pewnego czasu słyszałem silnik na wysokich obrotach. W końcu moim oczom ukazał się Star 660 z ładunkiem drzewa dzielnie przedzierający się przez głębokie błoto. Na przednim zderzaku stał ktoś, chyba pomocnik wskazujący optymalną drogę, a potem szybko wskoczył na stertę drewna i rozpoczął ręczny wyładunek.
Finalnie nocleg znalazłem na regularnym polu namiotowym w Bereżkach. Byłem późno, nikogo nie było, ani innych gości, ani obsługi, więc wszystko dla mnie. Co prawda niewiele bo tylko wiaty i strumyk opodal, ale dla mnie wystarczyło. Tak mi się spodobało, że wracałem tu na kolejne noclegi.
Pierwszy dłuższy postój trochę za Lublinem. We wsi Pisaki zacząłem od dwóch virtuali i podjechałem w stronę "Ruiny w Piaskach" OP55EA. Niestety natknąłem się na dżentelmenów raczących się piwem kilkadziesiąt metrów od kesza i nie było jak go podjąć. Całe szczęście samo miejsce warte było odwiedzenia. Malownicze ruiny na niewielkim wzgórzu w otoczeniu zieleni. Po dawnym zborze dziś zostały tylko ceglane ściany. Wdzięczny obiekt do kilku zdjęć.
Kilka kilometrów dalej Kozice Dolne z zespołem dworskim. Bardzo lubię polskie dwory. Wypracowano narodowo styl, który wspaniale prezentuje się w wiejskiej scenerii, dziś czasem trochę nieudolnie kopiowany. Tutaj oprócz dworu, oficyny wznosi się budynek kordegardy. To taka większa i luksusowa stróżówka, nieczęsto spotykana przy małych i średnich dworach. Dodatkowo ma wieżę zegarową, ale samego zegara brak. Kordegarda została odnowiona, do tego co można nazwać stanem surowym i chyba nie ma pomysłu na co ją wykorzystać. Oczywiście obok skrzynka "Wieża zegarowa." OP6BC5.
Kolejnym naprawdę ciekawym miejscem było miasto Sieniawa. Już kesz "Spichlerz w Sieniawie" OP6FB9 zapowiadał atrakcje. To ogromny budynek z XVIIIw. dziś w ruinie, ale trzymający się całkiem nieźle. Tak duże spichlerze to była domena dużych miast, stąd można się domyślać, że Sieniawa była kiedyś ważnym portem nad Sanem. W centrum miasteczka stoi ratusz, kawałek dalej kościół, ale z obiektów w centrum najciekawsza jest świątynia, który przez większość swego istnienia był cerkwią greckokatolicką. Opuszczona, robi ponure wrażenie. Nietrudno sobie wyobrazić jak na miasto wieczorami wychodzi stamtąd jakiś stwór. Tylko gołębie upodobały sobie to miejsce.
Nie tak daleko od centrum stoi pałac zbudowany przez Adama Mikołaja Sieniawskiego, a znacznie przebudowany, gdy przeszedł w ręce Czartoryskich. Od czasu I wojny światowej, kiedy to uległ zniszczeniu, aż do lat 80-tych nie mógł odzyskać dawnego blasku. Wybawienie przyniósł mu Igloopol, olbrzymi kombinat rolno - spożywczy. Kiedy ten padł pałac przeszedł w ręce prywatne i dziś pełni rolę hotelu. Całe szczęście nowy właściciel nie odwrócił się plecami od miasteczka i tabliczka na bramie wita zwiedzających. Oczywiście wewnątrz budynków nie ma co zwiedzać, ale pałac jest naprawdę piękny. W otoczeniu zadbanego parku sprawia, że warto tu się choć na chwilę zatrzymać. Aż dziwne, że przy pałacu nie ma kesza.
Miastem w którym spędziłem najwięcej czasu okazał się Jarosław. Miasto to leżące na dawnym skrzyżowaniu szlaków handlowych, dziś trochę zapomniane, a zupełnie niesłusznie. Ma starówkę z prawdziwego zdarzenia, z brukowanymi, wąskimi uliczkami, kamienicami i oczywiście kilka naprawdę unikatowych zabytków. Pierwszy jaki sobie obejrzałem to ratusz. Naprawdę spory, czterokondygnacyjny i dodatkowo z wieżą zegarową.
Stąd poszedłem po kesza "Opactwo Benedyktynek" OP22D6. Klasztor wygląda bardziej na zamek obronny, co nie dziwi skoro ulokowano go tu w połowie XVIIw. Gdybym nie przeczytał opisu, byłbym święcie przekonany, że to siedziba któregoś z kolejnych właścicieli Jarosławia.
Na sąsiednim wzgórzu wznosi się kolegiata Bożego Ciała z bogatym, renesansowym wyposażeniem. Wewnątrz nie jest tak wielka jak wydaje się z zewnątrz. Attyki, wieżyczki sprawiają wrażenie dużo większej budowli.
Jako, że jesteśmy na styku dawnych kultur, pamiątką po tutejszych unitach jest cerkiew Przemienienia Pańskiego. Po odnalezieniu kesza "Konkatedra" OP67F0 postanowiłem zajrzeć do środka. Zupełnie jak w cerkwi prawosławnej na Podlasiu pod Białymstokiem w której miałem okazję niedawno być. Mnóstwo ozdób, złota i pastelowych kolorów. Pod względem przepychu wyposażenia z cerkwiami mogą równać się tylko barokowe kościoły.
Trochę połaziłem małymi uliczkami starając się choć trochę wchłonąć klimat niewielkiego, kresowego miasta. Udało mi się trafić na wspaniałe lody w których czuć mleko, a nie tylko proszek. No, ale góry nie będą czekać, więc co było robić, pojechałem dalej. Przez Przemyśl tylko przemknąłem obwodnicą i wjechałem w drogi które są już bardziej kręte. Przez Pogórze Przemyskie wjechałem w Góry Sanocko - Turczańskie. U ich północnych granic leży spora wieś jak na standardy płd.-wsch. rubieży Polski o nazwie Kalwaria Pacławska. Pierwszy człon jest nieprzypadkowy z powodu sanktuarium Męki Pańskiej i Matki Bożej Kalwaryjskiej. Jak sobie doczytałem to jeden z ważniejszych ośrodków kultu maryjnego w Polsce. Zupełnie jednak tego nie widać. Trochę pielgrzymów, czy też turystów sennie snuło się po terenie klasztoru. Pewnie przez brak połączenia nawet autobusowego. Od najbliższego przystanku jest 3km. do przejścia pod górę. Kościół i klasztor jak na sanktuarium dosyć kameralne. Jeżeli przyjechaliśmy tu tylko w celach turystycznych zobaczenie wszystkiego nie zajmie zbyt wiele czasu. Chyba, że kogoś najdzie ochota na przejście się Drogą Krzyżową, to czeka go kilka kilometrów. Ja z kolei podszedłem do kesza "mushin74 - Kalwaria Pacławska" OP5764 ulokowanego przy ogromnej wieży widokowej, niestety zamkniętej. Mimo to widoki ze wzgórza i tak są piękne.
W Ustrzykach Dolnych uzupełniłem paliwo, kupiłem świeży chleb, wodę, napoje, czyli to wszystko co mi się pokończyło w czasie całodziennej jazdy. Miałem nadzieję na skrzynkę "Cmentarz Żydowski" OP6E9B, niestety ta zaginęła, a i sam kirkut nie wywarła na mnie zbyt dużego wrażenia. Po prostu niewiele zostało tu do oglądania. O wiele bardziej zainteresowały mnie tory którymi najlepiej dostać się w rejon cmentarza. Nieczynna dziś linia była niezła atrakcją turystyczną. Z Przemyśla do Ustrzyk Dolnych można było dojechać bezpośrednio, a skład wjeżdżał na terytorium ZSRR, a potem Ukrainy. Nie trzeba było mieć paszportu, ale z drugiej strony nie wolno było nawet otwierać okien. Dziś byłaby to z pewnością atrakcja turystyczna, ale czy opłacalna?
Wjeżdżając w Bieszczady zaliczyłem dwie cerkwie z keszami "Cerkiew w Jałowem" OP823R i "Cerkiew w Smolniku" OP0349. W obu przypadkach niewielkie, drewniane świątynie stoją malowniczo na wzgórzu. Obie odnowione przypominają o dawnych mieszkańcach tych ziem. Przy drugiej czekała mnie mała niespodzianka w postaci jakiegoś bydła. Ale nie zwykłych krów, a wołów z olbrzymim rogami.
Powoli trzeba było się rozglądać za noclegiem. Jeszcze jednak kesze wzywają, a może przy okazji wpadnie w oko jakieś miejsce na odpoczynek. Całkiem nieźle zapowiadało się przy keszu "Kąpielisko dziura" OP83ZB. Rzeka niedaleko, kawałek łąki, ale jak wyciągałem kesza w krzakach zaszeleścił jakiś większy zwierz i uznałem to za zły znak.
Ciekawie było przy skrzynce "Pszczeliny" OP83BJ. Już od pewnego czasu słyszałem silnik na wysokich obrotach. W końcu moim oczom ukazał się Star 660 z ładunkiem drzewa dzielnie przedzierający się przez głębokie błoto. Na przednim zderzaku stał ktoś, chyba pomocnik wskazujący optymalną drogę, a potem szybko wskoczył na stertę drewna i rozpoczął ręczny wyładunek.
Finalnie nocleg znalazłem na regularnym polu namiotowym w Bereżkach. Byłem późno, nikogo nie było, ani innych gości, ani obsługi, więc wszystko dla mnie. Co prawda niewiele bo tylko wiaty i strumyk opodal, ale dla mnie wystarczyło. Tak mi się spodobało, że wracałem tu na kolejne noclegi.
niedziela, 22 maja 2016
Tam gdzie nieczęsto zaglądam
Kolejna przejażdżka, gdzie zrobiłem trochę więcej kilometrów i o której warto wspomnieć. Nieczęsto zaglądam na południe od Białegostoku, chyba przez brak lasów, ale może warto to zmienić. Może niewiele tu zabytków i widoków na których można oko zawiesić, ale zawsze zostaje przyjemność jazdy.
Wyruszyłem o dziewiątej przez Stanisławowo. Łąki się zielenią, krowy się pasą a słońce świeci. Nic tylko jechać. Zawsze intrygował mnie fragment, gdzie pół drogi jest asfaltowa, a pół szutrowa. Już o niej kiedyś wspominałem i jej wiecznych znakach przeznaczenia do remontu. Przynajmniej tyle, że ruch niewielki i rzadko trzeba zjeżdżać na wyboisty szuter.
Po kilku dobrych kilometrach odbiłem na zachód. Zaraz zaczyna się wieś Nowosady. Na jej początku, na wysokiej skarpie stoi kamienny krzyż z nie do końca czytelną prośbą o wybawienie od różnych nieszczęść, tuż obok wznosi się wysoki drewniany, a uzupełnia to głaz z tabliczką poświęconą Andrzejowi Boboli. Wszystko to tonie w cieniu drzew, a szczególnie wspaniałych lip. Niby miejsce jakich wiele, ale tutaj naprawdę warto przytrzymać się na chwilę. Przy okazji w necie natrafiłem na informację o lasku koło wsi w którym straszy. Może to ten fragment, który odwiedziłem? Tylko nie wiem kto i po co miałby nas straszyć, ale pewnie są miłośnicy którzy pewnie zgłębili by temat.
Przejeżdżając przez wsie warto zwrócić uwagę na stare domy. Dużo ich nie zostało. A takich z snycerskimi zdobieniami jeszcze mniej. Trochę na wschód jest nawet niewielki szlak, Kraina Otwartych Okiennic, gdzie budynków ze zdobieniami i w pastelowych kolorach zachowało się trochę więcej niż jeden na całą wieś.
Po drodze spotkałem jeszcze zająca, co cieszy bo jakoś ostatnio trochę więcej ich widuje, a przecież ostatnimi laty nie miały się najlepiej. I tak bez większych rewelacji dotoczyłem się do Zabłudowa. Głównym celem w mieście było założenie dwóch keszy. Jeden w miejscu dworu który już niestety nie istnieje. Śladem po nim jest park i staw na miejscowej rzeczce. Skrzynka ma raczej przypominać historię, niż pokazywać zapierające dech w piersiach miejsce. Za ciekawostkę można uznać ogromną liczbę ptaków w parku. Niektóre drzewa są wręcz oblepione gniazdami, a pierzaste robią niesamowity hałas. Jak twierdzą niektórzy jest to nawet oddzielny gatunek tzw. kawka zabłudowska.
Ciekawszym miejscem wydaje się cmentarz św. Rocha. Pochówków zaprzestano tu w 1905r. a ocalałych nagrobków jest niewiele. Otoczony jest murem z 1850r., a nad całością góruje kaplica z tego samego roku. Mur i kaplicę ufundował Kazimierz Ostaszewski, jak twierdzi tablica "Major od huzarów Wojsk Rosyjskich i Kawaler".
W Zabłudowie jest jeszcze kilka miejsc zasługujących na kesze. Pozostałe dwa cmentarze, kościół klasycystyczny, tuż obok cerkiew. Miejscowi pewnie wskazali by pewnie jeszcze jakieś lokalne ciekawostki, jak np. miejsce rzekomego cudu z lat 60 XXw., gdzie ZOMO użyło do rozpędzania tłumu broni palnej. Ja tymczasem spocząłem tylko na chwilę przy lodziarni, działającej od lat na rynku. Niestety receptura się zmieniła i już nie smakują tak wspaniale jak kiedyś.
Z Zabłudowa pojechałem dokładnie na wschód. Znów mizerne lasy, sporo pól i początek strefy nadgranicznej. Po drodze warto zatrzymać się kawałek za Folwarkami Tylwickimi w uroczysku Piatienka, prawosławnym miejscu kultu i cmentarzu. Jakieś dwa kilometry dalej wieś Topolany z niewielką drewnianą cerkwią z 2 połowy XVIIIw. Jednak i przyroda zafundowała mi mały spektakl. W niecce w polu zebrało się trochę wody. Wystarczająco jednak by na chwilę przysiadły tam łabędzie.
W końcu dotarłem do celu podróży, czyli Hieronimowa. Tutaj swój pałac zbudował Kazimierz Dziekoński, generał wojsk polskich w Powstaniu Listopadowym. Majątek istniał do czasu II wojny światowej, a po niej rozparcelowano go, z tym że większość majątku przejął PGR. Mimo to do dziś we wsi jest co obejrzeć. Na początku ładny staw z widokiem na park. Ten trochę zdziczały, ale ktoś się nim opiekuje i trawa jest wykoszona. Wśród drzew stoją malownicze ruiny pałacu. Trochę w głębi oficyna. Dawnej kompozycji nie psuje nawet niewielki blok z okresu PRL.
Na rozstaju dróg ciekawa kapliczka. Smukła, murowana, zwieńczona niewielkim krzyżem. Taka forma nieczęsto spotykana jest na podlaskiej wsi. Z tyłu kapliczki mogiła Dominika Mroczkowskiego, żołnierza poległego w 1920r. Jakoś jak tu ostatnio byłem przegapiłem ten szczegół.
Oczywiście nie obyło się bez keszy. Znalazłem obydwa, czyli "Stawy w Hieronimowie" OP84RM i "Ruiny w Hieronimowie" OP84XN i ruszyłem w stronę domu. Kawałek jechałem poznanym już szlakiem. Na chwilę tylko odbiłem w stronę Potoki. Nie byłem nigdy w tej wsi, a chciałem się przekonać co można tam zobaczyć. Nic jednak nie przyciągnęło wzroku i wróciłem na znane ścieżki. W Topolanach nastąpił kryzys. Jakby ktoś odciął mi nagle prąd. Dojadłem to co pozostało mi z poprzednich popasów i potoczyłem się w stronę Białegostoku. Chociaż dalej jakoś ciężko mi się kręciło. W Folwarkach Tylwickich pomyślałem by skrócić drogę i jechać przez Dobrzyniówkę i Rafałówkę. To był dobry pomysł, bo jak ostatnio tamtędy jechałem spory fragment to był bruk i piaszczyste pobocze. W międzyczasie wylano asfalt i jedzie się jak po stole. Jeszcze tylko krótki fragment krajową 19-stką, białostockimi ścieżkami rowerowymi i zasłużony odpoczynek przy kawie.
Wyruszyłem o dziewiątej przez Stanisławowo. Łąki się zielenią, krowy się pasą a słońce świeci. Nic tylko jechać. Zawsze intrygował mnie fragment, gdzie pół drogi jest asfaltowa, a pół szutrowa. Już o niej kiedyś wspominałem i jej wiecznych znakach przeznaczenia do remontu. Przynajmniej tyle, że ruch niewielki i rzadko trzeba zjeżdżać na wyboisty szuter.
Po kilku dobrych kilometrach odbiłem na zachód. Zaraz zaczyna się wieś Nowosady. Na jej początku, na wysokiej skarpie stoi kamienny krzyż z nie do końca czytelną prośbą o wybawienie od różnych nieszczęść, tuż obok wznosi się wysoki drewniany, a uzupełnia to głaz z tabliczką poświęconą Andrzejowi Boboli. Wszystko to tonie w cieniu drzew, a szczególnie wspaniałych lip. Niby miejsce jakich wiele, ale tutaj naprawdę warto przytrzymać się na chwilę. Przy okazji w necie natrafiłem na informację o lasku koło wsi w którym straszy. Może to ten fragment, który odwiedziłem? Tylko nie wiem kto i po co miałby nas straszyć, ale pewnie są miłośnicy którzy pewnie zgłębili by temat.
Przejeżdżając przez wsie warto zwrócić uwagę na stare domy. Dużo ich nie zostało. A takich z snycerskimi zdobieniami jeszcze mniej. Trochę na wschód jest nawet niewielki szlak, Kraina Otwartych Okiennic, gdzie budynków ze zdobieniami i w pastelowych kolorach zachowało się trochę więcej niż jeden na całą wieś.
Po drodze spotkałem jeszcze zająca, co cieszy bo jakoś ostatnio trochę więcej ich widuje, a przecież ostatnimi laty nie miały się najlepiej. I tak bez większych rewelacji dotoczyłem się do Zabłudowa. Głównym celem w mieście było założenie dwóch keszy. Jeden w miejscu dworu który już niestety nie istnieje. Śladem po nim jest park i staw na miejscowej rzeczce. Skrzynka ma raczej przypominać historię, niż pokazywać zapierające dech w piersiach miejsce. Za ciekawostkę można uznać ogromną liczbę ptaków w parku. Niektóre drzewa są wręcz oblepione gniazdami, a pierzaste robią niesamowity hałas. Jak twierdzą niektórzy jest to nawet oddzielny gatunek tzw. kawka zabłudowska.
Ciekawszym miejscem wydaje się cmentarz św. Rocha. Pochówków zaprzestano tu w 1905r. a ocalałych nagrobków jest niewiele. Otoczony jest murem z 1850r., a nad całością góruje kaplica z tego samego roku. Mur i kaplicę ufundował Kazimierz Ostaszewski, jak twierdzi tablica "Major od huzarów Wojsk Rosyjskich i Kawaler".
W Zabłudowie jest jeszcze kilka miejsc zasługujących na kesze. Pozostałe dwa cmentarze, kościół klasycystyczny, tuż obok cerkiew. Miejscowi pewnie wskazali by pewnie jeszcze jakieś lokalne ciekawostki, jak np. miejsce rzekomego cudu z lat 60 XXw., gdzie ZOMO użyło do rozpędzania tłumu broni palnej. Ja tymczasem spocząłem tylko na chwilę przy lodziarni, działającej od lat na rynku. Niestety receptura się zmieniła i już nie smakują tak wspaniale jak kiedyś.
Z Zabłudowa pojechałem dokładnie na wschód. Znów mizerne lasy, sporo pól i początek strefy nadgranicznej. Po drodze warto zatrzymać się kawałek za Folwarkami Tylwickimi w uroczysku Piatienka, prawosławnym miejscu kultu i cmentarzu. Jakieś dwa kilometry dalej wieś Topolany z niewielką drewnianą cerkwią z 2 połowy XVIIIw. Jednak i przyroda zafundowała mi mały spektakl. W niecce w polu zebrało się trochę wody. Wystarczająco jednak by na chwilę przysiadły tam łabędzie.
W końcu dotarłem do celu podróży, czyli Hieronimowa. Tutaj swój pałac zbudował Kazimierz Dziekoński, generał wojsk polskich w Powstaniu Listopadowym. Majątek istniał do czasu II wojny światowej, a po niej rozparcelowano go, z tym że większość majątku przejął PGR. Mimo to do dziś we wsi jest co obejrzeć. Na początku ładny staw z widokiem na park. Ten trochę zdziczały, ale ktoś się nim opiekuje i trawa jest wykoszona. Wśród drzew stoją malownicze ruiny pałacu. Trochę w głębi oficyna. Dawnej kompozycji nie psuje nawet niewielki blok z okresu PRL.
Na rozstaju dróg ciekawa kapliczka. Smukła, murowana, zwieńczona niewielkim krzyżem. Taka forma nieczęsto spotykana jest na podlaskiej wsi. Z tyłu kapliczki mogiła Dominika Mroczkowskiego, żołnierza poległego w 1920r. Jakoś jak tu ostatnio byłem przegapiłem ten szczegół.
Oczywiście nie obyło się bez keszy. Znalazłem obydwa, czyli "Stawy w Hieronimowie" OP84RM i "Ruiny w Hieronimowie" OP84XN i ruszyłem w stronę domu. Kawałek jechałem poznanym już szlakiem. Na chwilę tylko odbiłem w stronę Potoki. Nie byłem nigdy w tej wsi, a chciałem się przekonać co można tam zobaczyć. Nic jednak nie przyciągnęło wzroku i wróciłem na znane ścieżki. W Topolanach nastąpił kryzys. Jakby ktoś odciął mi nagle prąd. Dojadłem to co pozostało mi z poprzednich popasów i potoczyłem się w stronę Białegostoku. Chociaż dalej jakoś ciężko mi się kręciło. W Folwarkach Tylwickich pomyślałem by skrócić drogę i jechać przez Dobrzyniówkę i Rafałówkę. To był dobry pomysł, bo jak ostatnio tamtędy jechałem spory fragment to był bruk i piaszczyste pobocze. W międzyczasie wylano asfalt i jedzie się jak po stole. Jeszcze tylko krótki fragment krajową 19-stką, białostockimi ścieżkami rowerowymi i zasłużony odpoczynek przy kawie.
czwartek, 12 maja 2016
Połączone keszowanie autem i rowerem
Zakupiłem bagażnik rowerowy do samochodu i postanowiłem wypróbować na jakimś dłuższym dystansie. Okolice Cegłowa i Mińska Mazowieckiego wydały mi się idealne, bo jest tam sporo keszy w odległościach akurat na rower.
Nim jednak wsiadłem na rower kilka keszy po drodze zdobyłem z samochodu. Pierwszy i najtrudniejszy to "Zalew "Karczunek" Kałuszyn" OP7C84. Naprawdę trzeba mieć szczęście, albo sprawność Indianina by wypatrzyć miejsce schowania. Dużo ciekawiej niż nad zalewem jest w centrum Kałuszyna, gdzie na postumencie stoi rzeźba złotego ułana a obok jest skrzynka o tej samej nazwie "ZŁOTY UŁAN" OP85JR. Kiedyś, coś słyszałem o tym, ale nie wyobrażałem sobie, że ułan aż tak bije blaskiem złota. Po słońcu to chyba drugi najjaśniejszy obiekt jaki można zobaczyć w dzień. A polecam zajrzeć tam jeszcze w nocy. Ja nie planowałem, ale tak wyszło że przejeżdżałem obok już po zmierzchu i podświetlony wygląda jeszcze dostojniej.
Z kilku skrzynek "samochodowych" zainteresowała mnie szczególnie "Kościół mariawicki w Piasecznie" OP8C75. Nie tyle skrzynka i sam kościół, choć lubię drewniane budowle, ale mariawici. W Podlaskim są chyba zupełnie nieobecni, a przynajmniej ja nic o nich nie słyszałem. Z kolei w czasie wycieczki miałem okazję zobaczyć, aż dwie świątynie, wspomnianą w Piasecznie i w Cegłowie. Poznając bliżej ich historię da się zauważyć pewien schemat. Oddzielenie się od głównego nurtu kościoła, gdy w tym nie dzieje się najlepiej, a po jakimś czasie podziały we własnym gronie.
Zostawiając mariawitów czas już do Cegłowa. Tutaj przy stacji kolejowej zostawiłem auto i resztę dnia spędziłem na rowerze. Zacząłem od keszy cegłowskich. Przez zieloną łąkę, wzdłuż torów dojechałem do skrzynki "Krzyż przy torach" OP8CLC. Jedno z licznych miejsc gdzie niemieccy okupanci zabili cywilów w odwecie za działalność partyzancką, a także ukrywanie Żydów. Miłośnicy kolei będą zachwyceni pobliską linią. Spory tu ruch. Przez kilkanaście minut przejechały tu dwie osobówki, a gdy byłem już trochę dalej wypatrzyłem też towarówkę, co na święto 3 Maja trochę mnie zaskoczyło.
Szybko poszło z keszem przy kościele katolickim, trochę wolniej z tym przy mariawickim. Między nimi jest lekko zaniedbana kamienica. Swą architekturą wyróżnia się z pewnością z całej zabudowy Cegłowa, oczywiście na plus. Niezwykle interesująca jest płaskorzeźba na jednej ze ścian. Pelikan (pewnie samica) karmiąca młode to raczej niespotykany detal zdobiący budynki.
W dużo gorszym stanie jest młyn o którym opowiada kesz "Młyn motorowy w Cegłowie" OP874L. Stoi tylko dlatego, że zbudowano go z solidnej cegły. Kusi wręcz by znaleźć jakąś dziurę przez którą można by wemknąć się do środka, tym bardziej, że ponoć zachowało się oryginalne wyposażenie. Niestety stoi na prywatnej posesji obok domu i ta opcja odpada. Zresztą może dzięki temu w ogóle jest co jeszcze oglądać.
Z Cegłowa wjechałem w okoliczne lasy rozciągające się od miasteczka na południe i na zachód. Tutejsze kesze są ładnie pogrupowane w trzy zbiory: leśne parkingi, leśna ścieżka rowerowa i ścieżka przyrodniczo leśna. Trzeba przyznać, że jazda od kesza do kesza to czysta przyjemność. Leśne szutrówki są dobrze utrzymane, twarde i płaskie. Raz tylko zboczyłem z głównych dróg i postanowiłem skrócić sobie drogę przez przecinkę. To nie był dobry pomysł, bo okazało się że z czasem więcej trzeba rower prowadzić przez powalone pnie, niż na nim jechać.
Początek maja, więc przyroda wciąż budzi się do życia. Niepokoiły mnie tylko ciemne chmury i grzmoty od czasu do czasu. Deszcz próbował mnie złapać, ale na jakiś przelotnych opadach się skończyło.
Po kontemplacji przyrody przyszedł czas na chwilowy powrót do cywilizacji. Okazją ku temu był kesz "Pałac księżnej Anny Mazowieckiej w Mieni" OP864J. Niestety obejrzany tylko zza bramy, bo na jego terenie jest teraz DPS. Ale nawet to co widać warte jest zatrzymania się. Niewielka perła architektury zagubiona na Mazowszu.
Kawałek dalej na chwilę zjechałem nad Mienię po kesza "Rzeka Mienia" OP8B6B. Niewielka to rzeka, ale bardzo malownicza, przynajmniej w tym miejscu. Chyba była meliorowana, ale uschnięte drzewa i niekoszone łąki dają jej trochę dzikości.
Kesze we wsi Wiciejów będę wspominał w większości jako lokalne ciekawostki. O części pewnie nawet z czasem zapomnę. No bo jak pamiętać budynek kuźni, który wyglądał jak większa szopa i ma się zaraz rozlecieć. Wyjątkiem był cmentarz ewangelicki i kesz "Cmentarz Ewangelicki Wiciejów" OP5618. Zapomniany całkowicie robi przygnębiające wrażenie. Latem gdy wszystko buja pewnie trudno nawet wejść na jego teren. Nie ma tu za wiele do oglądania. Zarys nekropolii to zapewne podwyższenie terenu na którym znalazłem jeden nagrobek. Gdzieś indziej zachowała się rama okalająca grób, trochę gruzu i to wszystko. Gdzie reszta chciałoby się zapytać. Pewnie w podmurówkach okolicznych domów czy budynków gospodarczych. Tak na marginesie bardzo się zdziwiłem, że po drodze mijałem sporo ludzi pracujących w polu, a to przecież święto nie dość że państwowe to i kościelne. Dużo czasu spędziłem na wsi w młodości, ale poza niezbędnymi pracami przy inwentarzu, w niedzielę i święta się nie pracowało. Cóż więc dla takich ludzi podkraść trochę "kamieni" z cmentarza.
Podjeżdżając do kesza "23 Baza Lotnictwa Taktycznego" OP86PB pomyślałem sobie "uważaj Psikiszku, w dzisiejszych czasach pod tak ważną jednostką jeszcze cię wezmą za terrorystę". Okazało się, że nawet nie widziałem płotu, a skrzynka okazała się leśnym klasykiem. Już większe problemy miałem z dotarciem do kesza "Krzyż odnowy" OP8DGW. Na satelicie wyglądało to dosyć prosto. Trzymać kierunek południowy i polnymi ścieżkami skrócę sobie sporo drogi. Początkowo to się sprawdzało, ale z czasem droga całkiem zniknęła, pojawiły się ogrodzenia na łąkach i z rowerem nie było jak przejść, nie mówiąc już o jeździe. Całe szczęście odległości nie takie duże i do wspomnianego kesza dojechałem regularnymi drogami.
Odwiedziny w Mińsku Mazowieckim zacząłem od wizyty na tutejszym kirkucie. Zaskoczył mnie pozytywnie. Mimo braku ogrodzenia jest tu w miarę czysto nie licząc odrobiny szkła z brzegu. Nad macewami góruje pomnik dla ofiar holocaustu postawiony tu w latach 60 XXw. Na płytach nagrobnych wciąż można przeczytać kto pod nimi leży. Oczywiście jak się zna hebrajski lub jidysz. Poza wydobyciem skrzynki spędziłem tu trochę czasu, bo nie jest to miejsce gdzie można wpaść i zaraz uciekać.
Jako, że Mińsk Mazowiecki kojarzy się głównie z lotnictwem nie mogło zabraknąć akcentu lotniczego. Przy pomniku poświęconym Pułkowi Lotnictwa Myśliwskiego Warszawa jest kesz [Pomnik #2] Pomnik 1 PLM "Warszawa" OP8D1C. Wizualnie ładny pomnik upamiętnia lotników, którzy chrzest bojowy przeszli w okolicach Warki w 1944r. Pułk rozformowano w 2000r. na jego miejsce powołując 1 Eskadrę Lotniczą, by potem włączyć ją w 23 Bazę Lotnictwa Taktycznego. Dziś piloci z tej bazy latają na MiG-ach 29.
Kesz "Dzieje Żydów mińskich #1 RAMPA KOLEJOWA" OP8CZ3 poza historią jaka się za nim kryje, nie zapowiadał niczego szczególnego. Rampa, niknące za horyzontem tory i opustoszałe tereny przemysłowe. Smutek, melancholia i nuda. Jak w polskim kinie. A wystarczy wjechać w jedną z uliczek obok by natknąć się na wspaniały, drewniany dom. Piętrowy, zdobiony wyrobami snycerskimi, jest chyba przykładem stylu świdermajer, ale tego pewny nie jestem. Z pewnością takie domy to najlepsza ozdoba podwarszawskich miejscowości.
Z okolic dworca będę miał ambiwalentne wspomnienia. Z jednej strony przy keszu "[Pomnik #1] Krzyż ku czci Żołnierzy A K Obwodu "Mewa" OP8CSU oprócz skrzynki natknąłem się na regularną toaletę. Z drugiej strony wspaniała wieża ciśnień i sporych rozmiarów kesz "WIEŻA CIŚNIEŃ" OP7CF4. Coś jest w tych budynkach, że nawet gdy nie są specjalnie zdobione, natychmiast przyciągają uwagę.
W Mińsku Mazowieckim nie brakuje z pewnością jednego, pomników. Lepsze lub gorsze z keszami w postaci magnetycznych mikrusów. Ale poza pomnikami było jeszcze trochę ciekawych obiektów. Chociażby kościół św. Antoniego. Współczesny budynek od strony skrzynki "Parafia św. Antoniego w Mińsku Mazowieckim" OP8D65 wygląda jak wielki bunkier, choć mi skojarzyło się z sarkofagiem elektrowni w Czarnobylu. Wracając do pomników to jeden przykuł moją uwagę. Upamiętnienie Jana Himilsbacha w popularnej dziś formie "przysiadalnej". Można spocząć obok na krześle, ale nie długo bo te niezbyt wygodne. Zresztą pan Jan jakiś taki nieswój. Autorowi nie udało się uchwycić charakteru postaci. Zresztą ciekaw jestem co by sam zainteresowany powiedział o tym dziele.
Z Mińskiem Mazowieckim pożegnałem się keszem "Kapliczka na rozdrożu dróg" OP8D6Y. Pewnie nawet bym się specjalnie nie zainteresował prostym krzyżem na postumencie, gdyby nie modlitwa. Fundatorzy proszą o odsunięcie od narodu pijaństwa i rozpusty. Kapliczka z 1912r. więc jak widać lata mijają a problemy pozostają.
Droga do kesza "Pójdę boso" OP80ZZ okazała się prostsza niż myślałem. Niby na mapie nie ma dojazdu, ale w rzeczywistości jest niezła dróżka polna. Tylko trochę się ubrudziłem bo łąki lekko podmokłe. Na dodatek zostawiłem rower kilkanaście metrów dalej, nie wiadomo skąd wyskoczył bezpański pies i nim się zorientowałem oznaczył mi pojazd.
Wracałem już na wschód w stronę Cegłowa. Zahaczyłem o kesza "Schron by HKT" OP866C. Muszę przyznać że niezbyt imponujący, ale jak każdy tego typu obiekt odwiedzony z ciekawością. W środku panuje ogromna wilgoć, a co najgorsze jest okopcony przez co wysmarowałem sobie łapy sadzą.
Sporo obiecywałem sobie po keszu "23 baza lotnicza w Mińsku Mazowieckim" OP84N8. Po cichu liczyłem na jakiś wojskowy samolot. Tymczasem na lotnisku spokój i cisza. Chociaż nie do końca. Od jego strony dobiegał mnie ciągły szum. Początkowo myślałem, że coś się dzieje i zaraz zobaczę pilotów w akcji. Szybko jednak zorientowałem się, że zaraz na północ przebiega autostrada i to stamtąd ten szum. Moje rozczarowanie się pogłębiło.
Zaczynało się powoli ściemniać, a ja wciąż kilka kilometrów od Cegłowa. Trochę niepokoiła mnie droga krajowa przez którą musiałem kawałek jechać. Na szczęście w sporej części z boków są chodniki, które nieraz przybierały formę fajnych alejek. Ostatniego kesza "Pomnik ku czci żołnierzy Gwardii Ludowej" OP8CLT podjąłem już kilkanaście minut przed całkowitą ciemnością, a jak gdzieś padł strzał myśliwego szybko się z nim rozprawiłem by wrócić na drogę, bo w krzakach jeszcze by mnie za zwierzę wzięli.
Nocą dojechałem do Cegłowa, rower na dach i zmęczony, ale i zadowolony pojechałem w stronę Białegostoku. Bagażnik rowerowy to był dobry pomysł. Bardzo ułatwia logistykę. Szczególnie dostanie się w rejony gdzie nie dociera pociąg, albo przejazd z Białegostoku i z powrotem zabierze cały dzień. Czas który się oszczędza można poświęcić na przyjemniejsze rzeczy, jak keszowanie.
Nim jednak wsiadłem na rower kilka keszy po drodze zdobyłem z samochodu. Pierwszy i najtrudniejszy to "Zalew "Karczunek" Kałuszyn" OP7C84. Naprawdę trzeba mieć szczęście, albo sprawność Indianina by wypatrzyć miejsce schowania. Dużo ciekawiej niż nad zalewem jest w centrum Kałuszyna, gdzie na postumencie stoi rzeźba złotego ułana a obok jest skrzynka o tej samej nazwie "ZŁOTY UŁAN" OP85JR. Kiedyś, coś słyszałem o tym, ale nie wyobrażałem sobie, że ułan aż tak bije blaskiem złota. Po słońcu to chyba drugi najjaśniejszy obiekt jaki można zobaczyć w dzień. A polecam zajrzeć tam jeszcze w nocy. Ja nie planowałem, ale tak wyszło że przejeżdżałem obok już po zmierzchu i podświetlony wygląda jeszcze dostojniej.
Z kilku skrzynek "samochodowych" zainteresowała mnie szczególnie "Kościół mariawicki w Piasecznie" OP8C75. Nie tyle skrzynka i sam kościół, choć lubię drewniane budowle, ale mariawici. W Podlaskim są chyba zupełnie nieobecni, a przynajmniej ja nic o nich nie słyszałem. Z kolei w czasie wycieczki miałem okazję zobaczyć, aż dwie świątynie, wspomnianą w Piasecznie i w Cegłowie. Poznając bliżej ich historię da się zauważyć pewien schemat. Oddzielenie się od głównego nurtu kościoła, gdy w tym nie dzieje się najlepiej, a po jakimś czasie podziały we własnym gronie.
Zostawiając mariawitów czas już do Cegłowa. Tutaj przy stacji kolejowej zostawiłem auto i resztę dnia spędziłem na rowerze. Zacząłem od keszy cegłowskich. Przez zieloną łąkę, wzdłuż torów dojechałem do skrzynki "Krzyż przy torach" OP8CLC. Jedno z licznych miejsc gdzie niemieccy okupanci zabili cywilów w odwecie za działalność partyzancką, a także ukrywanie Żydów. Miłośnicy kolei będą zachwyceni pobliską linią. Spory tu ruch. Przez kilkanaście minut przejechały tu dwie osobówki, a gdy byłem już trochę dalej wypatrzyłem też towarówkę, co na święto 3 Maja trochę mnie zaskoczyło.
Szybko poszło z keszem przy kościele katolickim, trochę wolniej z tym przy mariawickim. Między nimi jest lekko zaniedbana kamienica. Swą architekturą wyróżnia się z pewnością z całej zabudowy Cegłowa, oczywiście na plus. Niezwykle interesująca jest płaskorzeźba na jednej ze ścian. Pelikan (pewnie samica) karmiąca młode to raczej niespotykany detal zdobiący budynki.
W dużo gorszym stanie jest młyn o którym opowiada kesz "Młyn motorowy w Cegłowie" OP874L. Stoi tylko dlatego, że zbudowano go z solidnej cegły. Kusi wręcz by znaleźć jakąś dziurę przez którą można by wemknąć się do środka, tym bardziej, że ponoć zachowało się oryginalne wyposażenie. Niestety stoi na prywatnej posesji obok domu i ta opcja odpada. Zresztą może dzięki temu w ogóle jest co jeszcze oglądać.
Z Cegłowa wjechałem w okoliczne lasy rozciągające się od miasteczka na południe i na zachód. Tutejsze kesze są ładnie pogrupowane w trzy zbiory: leśne parkingi, leśna ścieżka rowerowa i ścieżka przyrodniczo leśna. Trzeba przyznać, że jazda od kesza do kesza to czysta przyjemność. Leśne szutrówki są dobrze utrzymane, twarde i płaskie. Raz tylko zboczyłem z głównych dróg i postanowiłem skrócić sobie drogę przez przecinkę. To nie był dobry pomysł, bo okazało się że z czasem więcej trzeba rower prowadzić przez powalone pnie, niż na nim jechać.
Początek maja, więc przyroda wciąż budzi się do życia. Niepokoiły mnie tylko ciemne chmury i grzmoty od czasu do czasu. Deszcz próbował mnie złapać, ale na jakiś przelotnych opadach się skończyło.
Po kontemplacji przyrody przyszedł czas na chwilowy powrót do cywilizacji. Okazją ku temu był kesz "Pałac księżnej Anny Mazowieckiej w Mieni" OP864J. Niestety obejrzany tylko zza bramy, bo na jego terenie jest teraz DPS. Ale nawet to co widać warte jest zatrzymania się. Niewielka perła architektury zagubiona na Mazowszu.
Kawałek dalej na chwilę zjechałem nad Mienię po kesza "Rzeka Mienia" OP8B6B. Niewielka to rzeka, ale bardzo malownicza, przynajmniej w tym miejscu. Chyba była meliorowana, ale uschnięte drzewa i niekoszone łąki dają jej trochę dzikości.
Kesze we wsi Wiciejów będę wspominał w większości jako lokalne ciekawostki. O części pewnie nawet z czasem zapomnę. No bo jak pamiętać budynek kuźni, który wyglądał jak większa szopa i ma się zaraz rozlecieć. Wyjątkiem był cmentarz ewangelicki i kesz "Cmentarz Ewangelicki Wiciejów" OP5618. Zapomniany całkowicie robi przygnębiające wrażenie. Latem gdy wszystko buja pewnie trudno nawet wejść na jego teren. Nie ma tu za wiele do oglądania. Zarys nekropolii to zapewne podwyższenie terenu na którym znalazłem jeden nagrobek. Gdzieś indziej zachowała się rama okalająca grób, trochę gruzu i to wszystko. Gdzie reszta chciałoby się zapytać. Pewnie w podmurówkach okolicznych domów czy budynków gospodarczych. Tak na marginesie bardzo się zdziwiłem, że po drodze mijałem sporo ludzi pracujących w polu, a to przecież święto nie dość że państwowe to i kościelne. Dużo czasu spędziłem na wsi w młodości, ale poza niezbędnymi pracami przy inwentarzu, w niedzielę i święta się nie pracowało. Cóż więc dla takich ludzi podkraść trochę "kamieni" z cmentarza.
Podjeżdżając do kesza "23 Baza Lotnictwa Taktycznego" OP86PB pomyślałem sobie "uważaj Psikiszku, w dzisiejszych czasach pod tak ważną jednostką jeszcze cię wezmą za terrorystę". Okazało się, że nawet nie widziałem płotu, a skrzynka okazała się leśnym klasykiem. Już większe problemy miałem z dotarciem do kesza "Krzyż odnowy" OP8DGW. Na satelicie wyglądało to dosyć prosto. Trzymać kierunek południowy i polnymi ścieżkami skrócę sobie sporo drogi. Początkowo to się sprawdzało, ale z czasem droga całkiem zniknęła, pojawiły się ogrodzenia na łąkach i z rowerem nie było jak przejść, nie mówiąc już o jeździe. Całe szczęście odległości nie takie duże i do wspomnianego kesza dojechałem regularnymi drogami.
Odwiedziny w Mińsku Mazowieckim zacząłem od wizyty na tutejszym kirkucie. Zaskoczył mnie pozytywnie. Mimo braku ogrodzenia jest tu w miarę czysto nie licząc odrobiny szkła z brzegu. Nad macewami góruje pomnik dla ofiar holocaustu postawiony tu w latach 60 XXw. Na płytach nagrobnych wciąż można przeczytać kto pod nimi leży. Oczywiście jak się zna hebrajski lub jidysz. Poza wydobyciem skrzynki spędziłem tu trochę czasu, bo nie jest to miejsce gdzie można wpaść i zaraz uciekać.
Jako, że Mińsk Mazowiecki kojarzy się głównie z lotnictwem nie mogło zabraknąć akcentu lotniczego. Przy pomniku poświęconym Pułkowi Lotnictwa Myśliwskiego Warszawa jest kesz [Pomnik #2] Pomnik 1 PLM "Warszawa" OP8D1C. Wizualnie ładny pomnik upamiętnia lotników, którzy chrzest bojowy przeszli w okolicach Warki w 1944r. Pułk rozformowano w 2000r. na jego miejsce powołując 1 Eskadrę Lotniczą, by potem włączyć ją w 23 Bazę Lotnictwa Taktycznego. Dziś piloci z tej bazy latają na MiG-ach 29.
Kesz "Dzieje Żydów mińskich #1 RAMPA KOLEJOWA" OP8CZ3 poza historią jaka się za nim kryje, nie zapowiadał niczego szczególnego. Rampa, niknące za horyzontem tory i opustoszałe tereny przemysłowe. Smutek, melancholia i nuda. Jak w polskim kinie. A wystarczy wjechać w jedną z uliczek obok by natknąć się na wspaniały, drewniany dom. Piętrowy, zdobiony wyrobami snycerskimi, jest chyba przykładem stylu świdermajer, ale tego pewny nie jestem. Z pewnością takie domy to najlepsza ozdoba podwarszawskich miejscowości.
Z okolic dworca będę miał ambiwalentne wspomnienia. Z jednej strony przy keszu "[Pomnik #1] Krzyż ku czci Żołnierzy A K Obwodu "Mewa" OP8CSU oprócz skrzynki natknąłem się na regularną toaletę. Z drugiej strony wspaniała wieża ciśnień i sporych rozmiarów kesz "WIEŻA CIŚNIEŃ" OP7CF4. Coś jest w tych budynkach, że nawet gdy nie są specjalnie zdobione, natychmiast przyciągają uwagę.
W Mińsku Mazowieckim nie brakuje z pewnością jednego, pomników. Lepsze lub gorsze z keszami w postaci magnetycznych mikrusów. Ale poza pomnikami było jeszcze trochę ciekawych obiektów. Chociażby kościół św. Antoniego. Współczesny budynek od strony skrzynki "Parafia św. Antoniego w Mińsku Mazowieckim" OP8D65 wygląda jak wielki bunkier, choć mi skojarzyło się z sarkofagiem elektrowni w Czarnobylu. Wracając do pomników to jeden przykuł moją uwagę. Upamiętnienie Jana Himilsbacha w popularnej dziś formie "przysiadalnej". Można spocząć obok na krześle, ale nie długo bo te niezbyt wygodne. Zresztą pan Jan jakiś taki nieswój. Autorowi nie udało się uchwycić charakteru postaci. Zresztą ciekaw jestem co by sam zainteresowany powiedział o tym dziele.
Z Mińskiem Mazowieckim pożegnałem się keszem "Kapliczka na rozdrożu dróg" OP8D6Y. Pewnie nawet bym się specjalnie nie zainteresował prostym krzyżem na postumencie, gdyby nie modlitwa. Fundatorzy proszą o odsunięcie od narodu pijaństwa i rozpusty. Kapliczka z 1912r. więc jak widać lata mijają a problemy pozostają.
Droga do kesza "Pójdę boso" OP80ZZ okazała się prostsza niż myślałem. Niby na mapie nie ma dojazdu, ale w rzeczywistości jest niezła dróżka polna. Tylko trochę się ubrudziłem bo łąki lekko podmokłe. Na dodatek zostawiłem rower kilkanaście metrów dalej, nie wiadomo skąd wyskoczył bezpański pies i nim się zorientowałem oznaczył mi pojazd.
Wracałem już na wschód w stronę Cegłowa. Zahaczyłem o kesza "Schron by HKT" OP866C. Muszę przyznać że niezbyt imponujący, ale jak każdy tego typu obiekt odwiedzony z ciekawością. W środku panuje ogromna wilgoć, a co najgorsze jest okopcony przez co wysmarowałem sobie łapy sadzą.
Sporo obiecywałem sobie po keszu "23 baza lotnicza w Mińsku Mazowieckim" OP84N8. Po cichu liczyłem na jakiś wojskowy samolot. Tymczasem na lotnisku spokój i cisza. Chociaż nie do końca. Od jego strony dobiegał mnie ciągły szum. Początkowo myślałem, że coś się dzieje i zaraz zobaczę pilotów w akcji. Szybko jednak zorientowałem się, że zaraz na północ przebiega autostrada i to stamtąd ten szum. Moje rozczarowanie się pogłębiło.
Zaczynało się powoli ściemniać, a ja wciąż kilka kilometrów od Cegłowa. Trochę niepokoiła mnie droga krajowa przez którą musiałem kawałek jechać. Na szczęście w sporej części z boków są chodniki, które nieraz przybierały formę fajnych alejek. Ostatniego kesza "Pomnik ku czci żołnierzy Gwardii Ludowej" OP8CLT podjąłem już kilkanaście minut przed całkowitą ciemnością, a jak gdzieś padł strzał myśliwego szybko się z nim rozprawiłem by wrócić na drogę, bo w krzakach jeszcze by mnie za zwierzę wzięli.
Nocą dojechałem do Cegłowa, rower na dach i zmęczony, ale i zadowolony pojechałem w stronę Białegostoku. Bagażnik rowerowy to był dobry pomysł. Bardzo ułatwia logistykę. Szczególnie dostanie się w rejony gdzie nie dociera pociąg, albo przejazd z Białegostoku i z powrotem zabierze cały dzień. Czas który się oszczędza można poświęcić na przyjemniejsze rzeczy, jak keszowanie.
czwartek, 5 maja 2016
Skrzynki których nie ma i pałac w Kozłówce
Ilekroć jeździłem na Lubelszczyznę zawsze mijałem gdzieś tablicę kierunkową zachęcającą do odwiedzin pałacu w Kozłówce. Ostatnim razem obiecałem sobie, że w końcu odwiedzę to miejsce. A że miałem trochę wolnego, znów zajrzałem do Lublina, po drodze zahaczając o Lubartów.
Zwiedzanie połączone z keszowaniem zacząłem jeszcze w Huszlewie, wsi położonej z dala od szlaków. Pierwsza skrzynka i porażka. Zły prognostyk na resztę wyjazdu, który się niestety sprawdził. Sporo skrzynek nie udało mi się znaleźć, a na część po prostu zabrakło czasu, bo jednak człek jak już dotrze w ciekawe miejsce to chciałby coś więcej zobaczyć niż plastikowe pudełko.
Sporo czasu spędziłem w Lubartowie. Ładne miasteczko z ciekawą historią i jest tam trochę keszy. Zacząłem od skrzynki "Lubartowsie "Kariery" OP8CBY. Na pierwszy rzut oka miejsce niczym się nie wyróżnia. Tory, przystanek kolejowy i powojenny wiadukt samochodowy. Wystarczy jednak przeczytać opis, by poczuć się jak w miejscu niezwykle ważnym nie tylko dla historii Lubartowa, ale i Polski. Przynajmniej takie jest wrażenie. Jestem pod naprawdę wielkim wrażeniem zgromadzenia informacji o tak niepozornym miejscu i umiejętności ich sprzedania. Czapki z głów przed autorem.
Czym byłby wyjazd bez odrobiny adrenaliny? Tę zapewnił mi kesz "Żelaźniak" OP8C3R na moście kolejowym. Zejście na filar, dosyć proste, a i sam kesz przy odrobinie uwagi nie stwarza zbyt dużego ryzyka. Mimo to stojąc metr od krawędzi i mając parę metrów w dól do rzeki, starałem się dobrze trzymać żelaznej konstrukcji. Niestety po wpisie odkładając skrzynkę nie zauważyłem że ceownik na której leżała nie łączy się z poprzeczną płytą i przez tą szczeliną spadł do wody. Nie wiem czy inni keszerzy też tak czasem mają, ale to już mój drugi zniszczony kesz. Niespecjalnie, ale nie umniejsza to poczucia wstydu.
Centrum Lubartowa zachowało małomiasteczkowy charakter. Przetrwało tu trochę starych kamienic, nad którymi góruje kościół. Zaś najbardziej reprezentacyjnym miejscem jest pałac Sanguszków. Piękna, barokowa rezydencja szczególnie malowniczo wygląda od strony parku. Po krótkim spacerze jego alejkami dochodzi się do sporego stawu, w którym okoliczni wędkarze próbują szczęścia. Po prawej stronie jeszcze niedawno można było obejrzeć ruiny oranżerii. Teraz trwa jej odbudowa i jeżeli będzie się prezentować jak na zdjęciach archiwalnych, stanie się ciekawym dopełnieniem pałacu i parku.
W Lubartowie warto też wyskoczyć na dworzec PKP. Jest tu nieduży, ładny budynek stacji z końca XIXw. którego nie psuje nawet przybudówka rodem z PRL. Mimo to, moim zdaniem, ciekawsza jest pobliska wieża ciśnień. Szczególnie kręcone, żelazne schody, które na zewnątrz budynku prowadzą aż na ostatnią kondygnację. Nie przypominam sobie bym widział kiedyś coś podobnego.
Z mniejszym lub większym szczęściem pokręciłem się jeszcze w Lubartowie za keszami i pojechałem do Lublina. Jeżeli chodzi o skrzynki ten okazał się dla mnie wyjątkowo niełaskawy. Wpadło może kilka sztuk, ale odwiedziłem miejsca w których jeszcze nie byłem. Zacząłem od "Cmentarz Żydowski- Izba Pamięci" OP4994. To miejsce co prawda kiedyś już odwiedziłem, ale słabo szło mi skakanie przez jakiekolwiek przeszkody. Teraz już zdrowy, przesadziłem niewysoką bramę i znalazłem się na kirkucie. Pierwsze wrażenie to "jakiż on jest zarośnięty". Latem to pewnie wyprawa w dżunglę. Brak tu macew, podobnie jak w wielu przypadkach, użytych przez Niemców jako budulec najczęściej dróg. Nie ma też kesza. Jest za to wydzielona niewielka część, otoczona dodatkowym murem, gdzie są współczesne nagrobki i pomniki pamięci pomordowanych Żydów.
Z paru skrzynek warto wspomnieć o keszu "Koszmarek" - OP89KR. Niby pomnik ma być jakoś specjalnie brzydki. Nastawiałem się na jakąś oskubaną wronę, która mimo wszystko dumnie wypina pierś do przodu. Tymczasem orzeł jak się patrzy. Prawdę mówiąc pomnik ani specjalnie mnie nie zachwycił, ani nie zszokował.
Ciekawie było przy keszu "Arena Lublin" OP86L7. Okolica niezbyt ciekawa, mimo że szczególnie tereny pofabryczne zachęcały by wyjść z auta i cyknąć parę fotek, to po minięciu paru podejrzanych typków wolałem nie ryzykować. Po zaparkowaniu na granicy łąk czekał mnie jeszcze mały spacer. Szło się na tyłach prywatnych posesji, ale raczej biednych i zaniedbanych. Dawno nie widziałem tak ostrych psów. Jeden nawet siatkę gryzł z wściekłości jak mnie zobaczył. Czym prędzej wszedłem na pobliski wał i dalej wolałem iść po jego koronie, przynajmniej miałem spokój od psiaków. Drugi plus był taki że zobaczyłem stadion w dobrym momencie. Zmierzch zapadał, więc główna bryła była otoczona lekką szarówką. Natomiast boiska treningowe przed nim, sztucznie oświetlone wyglądały jak spacerniak w więzieniu.Nie wiem czemu miałem takie skojarzenie, ale chyba przez wysokie płoty i mocne światło.
Będąc w Lublinie warto wybrać się też ścieżką tamtejszych murali. Oczywiście jak ktoś lubi taką sztukę. Ja dodatkowo natknąłem się na metaloplastykę. Świetny pomysł by ożywić nijakie, szare blokowisko.
Drugiego dnia zacząłem od Świdnika. Młode miasto zawdzięcza swój rozwój przemysłowi lotniczemu. Do historii przeszło głównie dzięki tzw. Lubelskiemu Lipcowi. To właśnie w tym mieście wybuchły pierwsze strajki w roku 1980, zapowiadające karnawał Solidarności. Dziś pamiątką po tych wydarzeniach jest seria murali w mieście. Niestety, tak jak w przypadku Lublina, jeżeli chodzi o kesze szczęście mi nie sprzyjało.
Dużo lepiej poszło mi z keszami wokół lotniska. Niestety nie uświadczyłem żadnego startującego ani lądującego samolotu, a bez tego lotnisko jest nieciekawe. Wygląda jak wielkie centrum handlowe na środku łąki. Chyba najciekawszy fragment to ten przy keszu "A nad głową samoloty" OP6DCF. Na tabliczce informacja że to obiekt radionawigacyjny, więc cieszy że można pod niego podejść w dzisiejszych czasach, gdy wszystko co związane z bezpieczeństwem lotów jest ściśle pilnowane i monitorowane.
W drodze ze Świdnika do Kozłówki zatrzymałem się jeszcze przy kilku keszach. Ciekawie było przy keszu "Pałac w Snopkowie" OP7356. Pałac w dobrym stanie, ładnie się prezentował wśród drzew, które jeszcze nie do końca obudziły się do życia. Najciekawsze są jednak pobliskie budynki gospodarcze. Można do nich wejść, więc wyszedł taki nieplanowany urbex.
Dotarłem do Kozłówki, głównego celu mojego wyjazdu. Pałac jest jednym z ładniejszych jakie widziałem. Z przodu spory dziedziniec na który wchodzi się przez bramę, gdzie umieszczono herb rodu Zamoyskich i zawołanie "to mniey boli". To chyba jedyny zgrzyt, bo nawet poznając historię zawołania, nie wiadomo do czego to przypiąć. Z tyłu wspaniały park po którym przechadzają się pawie. Prawdziwe skarby kryją się wewnątrz. Wspaniałe meble, mnogość obrazów i liczne, różne figurki, zegary, itp. Mi do gustu przypadł szczególnie pokój czerwony. Ogromny, bo ponad 100m2, czyli więcej niż całe moje mieszkanie i chyba najciekawiej urządzony.
Do obejrzenia jest jeszcze powozownia. Sporo tu powozów i jest co oglądać. Mnie zawsze bardziej interesowało ich podwozie, ciekawie oglądać jak ludzie starali się resorować pojazdy i tym samym czynić podróże znośniejszymi.
Największą ciekawostką jest muzeum socrealizmu. Chyba jedyne takie w Polsce. Witają nas plakaty nawołujące do wydajnej pracy, klasowej czujności i zapraszające na imprezy propagandowe. Wewnątrz cała kolekcja mniejszych rzeźb i popiersi. Abstrahując od ich wymowy ideologicznej to rzeźbiarze się postarali. Oprócz wizerunków Stalina. Chyba artyści się bali i tworzyli według jakiegoś szablonu. Żadne z przedstawień nie ma takiego indywidualnego rysu, dzięki któremu zatrzymujemy się choć na chwilę przy rzeźbie.
Większe eksponaty wystawiono na zewnątrz. Jest tu Fornalska, której popiersie przez lata stało przed jedną ze szkół w Białymstoku. Nad wszystkim góruje towarzysz Bierut, co to zszedł na serce jak się dowiedział, że rządził w okresie błędów i wypaczeń. Tak jest, że śmierć niektórych budzi raczej wesołość. Ale na to trzeba porządnie napracować się za życia.
Mimo, że pora była jeszcze wczesna i mogłem gdzieś odbić w bok na keszowanie, ale jakoś zmęczony byłem. Ruszyłem więc wprost do Białegostoku.
Zwiedzanie połączone z keszowaniem zacząłem jeszcze w Huszlewie, wsi położonej z dala od szlaków. Pierwsza skrzynka i porażka. Zły prognostyk na resztę wyjazdu, który się niestety sprawdził. Sporo skrzynek nie udało mi się znaleźć, a na część po prostu zabrakło czasu, bo jednak człek jak już dotrze w ciekawe miejsce to chciałby coś więcej zobaczyć niż plastikowe pudełko.
Sporo czasu spędziłem w Lubartowie. Ładne miasteczko z ciekawą historią i jest tam trochę keszy. Zacząłem od skrzynki "Lubartowsie "Kariery" OP8CBY. Na pierwszy rzut oka miejsce niczym się nie wyróżnia. Tory, przystanek kolejowy i powojenny wiadukt samochodowy. Wystarczy jednak przeczytać opis, by poczuć się jak w miejscu niezwykle ważnym nie tylko dla historii Lubartowa, ale i Polski. Przynajmniej takie jest wrażenie. Jestem pod naprawdę wielkim wrażeniem zgromadzenia informacji o tak niepozornym miejscu i umiejętności ich sprzedania. Czapki z głów przed autorem.
Czym byłby wyjazd bez odrobiny adrenaliny? Tę zapewnił mi kesz "Żelaźniak" OP8C3R na moście kolejowym. Zejście na filar, dosyć proste, a i sam kesz przy odrobinie uwagi nie stwarza zbyt dużego ryzyka. Mimo to stojąc metr od krawędzi i mając parę metrów w dól do rzeki, starałem się dobrze trzymać żelaznej konstrukcji. Niestety po wpisie odkładając skrzynkę nie zauważyłem że ceownik na której leżała nie łączy się z poprzeczną płytą i przez tą szczeliną spadł do wody. Nie wiem czy inni keszerzy też tak czasem mają, ale to już mój drugi zniszczony kesz. Niespecjalnie, ale nie umniejsza to poczucia wstydu.
Centrum Lubartowa zachowało małomiasteczkowy charakter. Przetrwało tu trochę starych kamienic, nad którymi góruje kościół. Zaś najbardziej reprezentacyjnym miejscem jest pałac Sanguszków. Piękna, barokowa rezydencja szczególnie malowniczo wygląda od strony parku. Po krótkim spacerze jego alejkami dochodzi się do sporego stawu, w którym okoliczni wędkarze próbują szczęścia. Po prawej stronie jeszcze niedawno można było obejrzeć ruiny oranżerii. Teraz trwa jej odbudowa i jeżeli będzie się prezentować jak na zdjęciach archiwalnych, stanie się ciekawym dopełnieniem pałacu i parku.
W Lubartowie warto też wyskoczyć na dworzec PKP. Jest tu nieduży, ładny budynek stacji z końca XIXw. którego nie psuje nawet przybudówka rodem z PRL. Mimo to, moim zdaniem, ciekawsza jest pobliska wieża ciśnień. Szczególnie kręcone, żelazne schody, które na zewnątrz budynku prowadzą aż na ostatnią kondygnację. Nie przypominam sobie bym widział kiedyś coś podobnego.
Z mniejszym lub większym szczęściem pokręciłem się jeszcze w Lubartowie za keszami i pojechałem do Lublina. Jeżeli chodzi o skrzynki ten okazał się dla mnie wyjątkowo niełaskawy. Wpadło może kilka sztuk, ale odwiedziłem miejsca w których jeszcze nie byłem. Zacząłem od "Cmentarz Żydowski- Izba Pamięci" OP4994. To miejsce co prawda kiedyś już odwiedziłem, ale słabo szło mi skakanie przez jakiekolwiek przeszkody. Teraz już zdrowy, przesadziłem niewysoką bramę i znalazłem się na kirkucie. Pierwsze wrażenie to "jakiż on jest zarośnięty". Latem to pewnie wyprawa w dżunglę. Brak tu macew, podobnie jak w wielu przypadkach, użytych przez Niemców jako budulec najczęściej dróg. Nie ma też kesza. Jest za to wydzielona niewielka część, otoczona dodatkowym murem, gdzie są współczesne nagrobki i pomniki pamięci pomordowanych Żydów.
Z paru skrzynek warto wspomnieć o keszu "Koszmarek" - OP89KR. Niby pomnik ma być jakoś specjalnie brzydki. Nastawiałem się na jakąś oskubaną wronę, która mimo wszystko dumnie wypina pierś do przodu. Tymczasem orzeł jak się patrzy. Prawdę mówiąc pomnik ani specjalnie mnie nie zachwycił, ani nie zszokował.
Ciekawie było przy keszu "Arena Lublin" OP86L7. Okolica niezbyt ciekawa, mimo że szczególnie tereny pofabryczne zachęcały by wyjść z auta i cyknąć parę fotek, to po minięciu paru podejrzanych typków wolałem nie ryzykować. Po zaparkowaniu na granicy łąk czekał mnie jeszcze mały spacer. Szło się na tyłach prywatnych posesji, ale raczej biednych i zaniedbanych. Dawno nie widziałem tak ostrych psów. Jeden nawet siatkę gryzł z wściekłości jak mnie zobaczył. Czym prędzej wszedłem na pobliski wał i dalej wolałem iść po jego koronie, przynajmniej miałem spokój od psiaków. Drugi plus był taki że zobaczyłem stadion w dobrym momencie. Zmierzch zapadał, więc główna bryła była otoczona lekką szarówką. Natomiast boiska treningowe przed nim, sztucznie oświetlone wyglądały jak spacerniak w więzieniu.Nie wiem czemu miałem takie skojarzenie, ale chyba przez wysokie płoty i mocne światło.
Będąc w Lublinie warto wybrać się też ścieżką tamtejszych murali. Oczywiście jak ktoś lubi taką sztukę. Ja dodatkowo natknąłem się na metaloplastykę. Świetny pomysł by ożywić nijakie, szare blokowisko.
Drugiego dnia zacząłem od Świdnika. Młode miasto zawdzięcza swój rozwój przemysłowi lotniczemu. Do historii przeszło głównie dzięki tzw. Lubelskiemu Lipcowi. To właśnie w tym mieście wybuchły pierwsze strajki w roku 1980, zapowiadające karnawał Solidarności. Dziś pamiątką po tych wydarzeniach jest seria murali w mieście. Niestety, tak jak w przypadku Lublina, jeżeli chodzi o kesze szczęście mi nie sprzyjało.
Dużo lepiej poszło mi z keszami wokół lotniska. Niestety nie uświadczyłem żadnego startującego ani lądującego samolotu, a bez tego lotnisko jest nieciekawe. Wygląda jak wielkie centrum handlowe na środku łąki. Chyba najciekawszy fragment to ten przy keszu "A nad głową samoloty" OP6DCF. Na tabliczce informacja że to obiekt radionawigacyjny, więc cieszy że można pod niego podejść w dzisiejszych czasach, gdy wszystko co związane z bezpieczeństwem lotów jest ściśle pilnowane i monitorowane.
W drodze ze Świdnika do Kozłówki zatrzymałem się jeszcze przy kilku keszach. Ciekawie było przy keszu "Pałac w Snopkowie" OP7356. Pałac w dobrym stanie, ładnie się prezentował wśród drzew, które jeszcze nie do końca obudziły się do życia. Najciekawsze są jednak pobliskie budynki gospodarcze. Można do nich wejść, więc wyszedł taki nieplanowany urbex.
Dotarłem do Kozłówki, głównego celu mojego wyjazdu. Pałac jest jednym z ładniejszych jakie widziałem. Z przodu spory dziedziniec na który wchodzi się przez bramę, gdzie umieszczono herb rodu Zamoyskich i zawołanie "to mniey boli". To chyba jedyny zgrzyt, bo nawet poznając historię zawołania, nie wiadomo do czego to przypiąć. Z tyłu wspaniały park po którym przechadzają się pawie. Prawdziwe skarby kryją się wewnątrz. Wspaniałe meble, mnogość obrazów i liczne, różne figurki, zegary, itp. Mi do gustu przypadł szczególnie pokój czerwony. Ogromny, bo ponad 100m2, czyli więcej niż całe moje mieszkanie i chyba najciekawiej urządzony.
Do obejrzenia jest jeszcze powozownia. Sporo tu powozów i jest co oglądać. Mnie zawsze bardziej interesowało ich podwozie, ciekawie oglądać jak ludzie starali się resorować pojazdy i tym samym czynić podróże znośniejszymi.
Największą ciekawostką jest muzeum socrealizmu. Chyba jedyne takie w Polsce. Witają nas plakaty nawołujące do wydajnej pracy, klasowej czujności i zapraszające na imprezy propagandowe. Wewnątrz cała kolekcja mniejszych rzeźb i popiersi. Abstrahując od ich wymowy ideologicznej to rzeźbiarze się postarali. Oprócz wizerunków Stalina. Chyba artyści się bali i tworzyli według jakiegoś szablonu. Żadne z przedstawień nie ma takiego indywidualnego rysu, dzięki któremu zatrzymujemy się choć na chwilę przy rzeźbie.
Większe eksponaty wystawiono na zewnątrz. Jest tu Fornalska, której popiersie przez lata stało przed jedną ze szkół w Białymstoku. Nad wszystkim góruje towarzysz Bierut, co to zszedł na serce jak się dowiedział, że rządził w okresie błędów i wypaczeń. Tak jest, że śmierć niektórych budzi raczej wesołość. Ale na to trzeba porządnie napracować się za życia.
Mimo, że pora była jeszcze wczesna i mogłem gdzieś odbić w bok na keszowanie, ale jakoś zmęczony byłem. Ruszyłem więc wprost do Białegostoku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)