wtorek, 22 maja 2012

Krótka, niedzielna przejażdżka

  Miałem ja ci cztery dni wolnego w środku tygodnia. No i oczywiście przez te cztery dni musiało padać. Wietrznie, mokro i jeszcze się przeziębiłem. Kiedy trzeba było wracać do pracy wyszło słońce i znów zrobiło się ciepło. A mnie pozostał katar i lekka gorączka. Niedzielę, która też była wolna, miałem poświęcić do dojście do zdrowia. Ale jak wytrzymać w domu, gdy za oknem tak piękna pogoda? Nie dałem rady. Po obiedzie wyciągnąłem rower z piwnicy i w drogę. Oczywiście nigdzie daleko z uwagi na samopoczucie. Ot taka mała przejażdżka przez Majówkę, Supraśl i z powrotem do Białegostoku czyli jakieś 35-40km. Z Białegostoku wyjechałem przez ul. 27 Lipca. Przy części ulicy biegnie nowa droga rowerowa. Fajnie że władze miasta zrezygnowały z polbruku i robią je, jak pan Bóg przykazał z asfaltu. Dróżka przebiega przy samej siedzibie podlaskich oddziałów prewencji (przez białostoczan pieszczotliwie zwanej "zomozą"), a tuż za płotem spokojnie pasą się konie. Widziałem tu już owce, kozy, kuce. W takim sąsiedztwie to przynajmniej mają spokój.



Jadę dalej po drodze mijając sporo rowerzystów. Przez Grabówkę wyjeżdżam na drogę w stronę Bobrownik. Mógłbym jechać leśnymi duktami, ale nie chce mi się męczyć i wybieram asfalt. Tuż za Grabówką mijam miejsce pamięci jakich wiele wokół Białegostoku. Akurat w tym miejscu hitlerowcy zamordowali najwięcej osób. Szacuje się że ok 16tyś. Polaków, Żydów, a także jeńców sowieckich. W smutnym miejscu stoi wspaniały pomnik przedstawiający matkę z dzieckiem. Prosty w formie , ale przekazuje więcej niż tysiąc słów.


  Jadę dalej "krajówką". Jeszcze parę lat temu jej nawierzchnia była z kostki brukowej. Droga strategiczna, którą w razie III wojny miały iść czołgi ze wschodu. Przez wiele lat dobrze się jeździło po tej nawierzchni (przynajmniej autem), a jedynym mankamentem był trochę większy hałas niż na asfalcie. Kiedy jednak otwarto przejście graniczne w Bobrownikach, tiry dosyć szybko tak ją zniszczyły, że na niektórych fragmentach maksymalna prędkość to było 50km/h. Ale to już historia. Tą drogą dojechałem tylko do Majówki, gdzie ukryty jest kesz Zbyszatego "Majówka" OP4B20. Jej głównym celem jest "zareklamowanie" karczmy "U Rumcajsa". Dołączam się do rekomendacji. Jakbyście byli tu przejazdem, warto zatrzymać się na chwilę. Kuchnia naprawdę wspaniała. Szkoda tylko że trochę daleko od Białegostoku. Jak ktoś nie ma własnego środka transportu, zawsze zostaje PKS. Z powrotem nie powinno być problemu.A sam kesz tradycyjny, podlaski. Czyli zakopany. Czyli taki, jaki Psikiszek lubi najbardziej.



  W Majówce jest skrzyżowanie. Na nim skręcam w lewo w stronę Supraśla. Po kilkuset metrach przy drodze stoi znak zakaz ruchu wszelkich pojazdów. Oczywiście nie dotyczy ALP. W przypadku tej drogi nikt do tego znaku się nie stosuje. Nie słyszałem też by kogoś tam zatrzymano. Nie czas i miejsce nad zastanawianiem się nad przestrzeganiem prawa w Polsce. Tym bardziej że droga to marzenie. Równy asfalt. Lekki chłodek w cieniu puszczy w to upalne popołudnie. I nawet katar zaczął mi przechodzić. Ogólnie samopoczucie było coraz lepsze. Mijałem rowerzystów, piechurów, a nawet człowieka na nartach biegowych, tylko że z kółkami. Widocznie z braku śniegu :) Ta droga mogłaby być znacznie dłuższa, bo kończy się zdecydowanie zbyt szybko. Z górki i pod górkę. Drzewa "przytulające się" nad drogą. Suchy las sosnowy, a zaraz potem rozlewisko na rzeczce spiętrzonej przez bobry. To trzeba zobaczyć.



  W Supraślu odstąpiłem od tradycji i nigdzie się nie zatrzymywałem. Po prostu tak mi się dobrze jechało, że z roweru nie chciało mi się zsiadać. Z Supraśla w kierunku Białegostoku oczywiście dróżką rowerową. Trochę się pochwalę. Kondycja już lepsza, bo na podjeździe w Ogrodniczkach już się nie czułem tak jakbym miał płuca wypluć. Tak w ogóle to w planach był jeszcze jeden kesz teda "Zagadkowa puszcza" OP0C65. Obliczenia do zagadki to nic trudnego. Zresztą potwierdzone przez tych którzy już znaleźli kesza. Niestety nie dałem rady znaleźć. Może już go nie ma, może inny pieniek? Nie logowałem się jednak, bo ted ma teraz tendencję do archiwizowania skrzynek które ktoś loguje jako nieznalezione. Już jedną skrzyneczkę tak załatwiłem, a która na 100% do dzisiaj sobie leży w Puszczy Białowieskiej.
 




sobota, 12 maja 2012

W poszukiwaniu punktu G

  O czym marzy każdy keszer? Oczywiście o odnalezieniu punktu G. A że samotne poszukiwania w tym przypadku są bez sensu, zebrało się parę osób by ów punkt znaleźć. Czym bliżej końca tym było ciężej, ale w końcu się udało. A oto krótka relacja. Nie będzie opisywania kesza po keszu, bo tego spamiętać się nie da. Raczej kilka spostrzeżeń. Nie będzie roweru, bo tym razem wyprawa była samochodowa, a na miejscu "butowa". Zdjęcia tym razem nie są moje. Zapomniałem aparatu. Wielkie dzięki dla MIszkiWu za udostępnienie swoich. Wszystkie tu prezentowane są jego własnością.
  Wszystko zaczęło się o 5:30 w Białymstoku. Dziwna pora, dla mnie środek nocy. Na dwa samochody ruszyliśmy w stronę wyszkowskich lasów. Skład osobowy grupy uderzeniowej to: Ewa, Zbyszaty, Nickiel, Polcia&Szymaneq, MiszkaWu, Mieszko i oczywiście ja. Sprawnie dojechaliśmy na miejsce, a że do czasu spotkania z grupą warszawską było jeszcze trochę czasu, wzięliśmy się za początek punktu G. Dla przyszłych zdobywców mała rada. Weźcie ze sobą coś na komary i dobre buty. Ja już po paru minutach byłem pokąsany przez małych krwiopijców, a w butach czułem wilgoć. Trochę się przeraziłem. Jak mają wyglądać tak wszystkie skrzynki to pewnie nie dam rady do końca. Całe szczęście poranna rosa zaraz zeszła, a reszta była w zdecydowanie suchszym terenie. Chociaż i tak czasami trzeba było obchodzić bagienko dookoła.



  Las trochę inny niż u nas. Praktycznie w całości przemysłowy. Drzewa posadzone równiutko i niezbyt gęsto, przez co jak na las widoczność jest na dość dużą odległość. Głównie sosna, a między nimi czasem dąbki lub kilka brzóz. I prawie w ogóle nie ma średniej roślinności. Na jakieś krzaki natknęliśmy się jedynie w kilku miejscach. Za to sam dół lasu wprost niesamowity. Piękna zieleń gęstego jagodnika. Na jagody zdecydowanie zbyt wcześnie, ale może to i dobrze bo nigdzie nie wsiąkliśmy na dłużej. Wiadomo że jak zaczyna się jeść jagody, poziomki to ciężko skończyć.



  I tak sobie chodziliśmy od skrzynki do skrzynki. Parę zamaskowanych w nietypowy sposób, ale większość zakopanych. Największą trudność sprawiały te malutkie właśnie zakopane. Nawet jak wytypowało się miejsce z pomocą spojlera, to i tak trzeba było dość solidnie pogrzebać w ziemi by mieć pewność że nic się nie przeoczyło. I kolejna trudność to nieaktualność niektórych zdjęć. Najczęściej z powodu wycięcia jakiegoś drzewa. Łażąc praktycznie cały dzień po lesie tylko raz spotkaliśmy ludzi. Robotników leśnych nasadzających las. Oczywiście pod sznurek. No i z trzy razy mijaliśmy się z grupą warszawską. Trzeba przyznać że tempo mieli niezłe. A my po całym dniu łażenia po lesie czuliśmy niezłe zmęczenie. Raczej pozytywne, ale na drugi dzień czułem je nieźle w nogach.



  Na miejsce zbiórki dotarliśmy pierwsi. Zaraz po nas grupa warszawska. Pożegnaliśmy się, a że dzień miał być jeszcze długi pojechaliśmy jeszcze na kilka keszy w okolicy. Pierwszy w Kamieńczyku Snuffera "Kamieńczyk 1863". Szybka akcja i zaraz potem upragniona wizyta w sklepie, gdzie niektórzy w tym i ja uzupełnili zapasy paliwa wyczerpane w czasie chodzenia po wyszkowskich lasach. Zaopatrzeni ruszyliśmy dalej. Kolejna skrzynka Snuffera "Loretto". Znów szybko i sprawnie. Zakopana, czyli tak jak lubię. Za to kolejnej skrzynki Snuffera "Tam gdzie Liwiec z Bugiem się spotkały" niestety nie ma. Trzy GPS-y pokazały to samo miejsce, ale mimo bardzo dokładnego sprawdzenia niestety porażka. Przy okazji Nickiel pokazał część możliwości swojego auta, przejeżdżając przez zaorany pas ziemi. Kolejny punkt to skrzynka filipsa9 "Liwiec-Leniwiec:)". Sucha pora umożliwiła dotarcie suchą nogą. Tylko w jednym miejscu trzeba było dać większego susa przez strumyk. Po drodze natknęliśmy się na dziwne rośliny. Pojedyncze liście wyrastające z ziemi.  Niestety sama skrzyneczka to obraz nędzy i rozpaczy. Kto dotrze ten zobaczy dlaczego. Ale i tak to była jedna z najfajniejszych tego dnia. Przynajmniej z powodu drogi do niej.



  Kolejna skrzynka założona prze komandos users "Leniwe cycki nad Liwcem". Po punkcie G, cycki. Trochę różowa zrobiła się ta wyprawa. Niestety ku rozczarowaniu męskiej części wyprawy żadnych cycek tutaj nie zobaczyliśmy. Za to Liwiec to naprawdę piękna rzeka. Zupełnie inna niż nasza leniwie rozlewająca się Biebrza czy Narew. Trochę przypomina Bug, tylko trochę w mniejszej skali. Jedziemy dalej do skrzyneczki alexa22 "Domek dwa". Nic o niej nie napiszę żeby nie robić spojlera.. Mogę tylko powiedzieć że mieliśmy niezły ubaw patrząc na Mieszka, który nie wiedział czy łapać za papierosa czy za.....  A skrzynka tak fajna, że dałem za nią zielone. Stamtąd pojechaliśmy do kesza "Siedem dębów" Snuffera. Piękne, stare dęby. Zupełnie jak w Puszczy Białowieskiej. Ciekawe na ile lat są szacowane? Człowiek przy nich czuje się zupełnie malutki.



  Od pięknych dębów pojechaliśmy na prywatną działkę, gdzie Arishia ukryła kesza "Kopiec KRETÓW". Gospodarzy nie było, zabawiliśmy się więc w złodziei i desantem przez płot (a w zasadzie sam Szymaneq) zdobyliśmy skrzynkę. Wzbudziła taki entuzjazm, że niektórzy musieli koniecznie zrobić sobie z nią zdjęcie. Więcej nie mogę dodać, by podobnie jak z "Domkiem dwa" nie robić spojlera.
  Zupełnie niedaleko była kolejna skrzynka Snuffera "Opuszczony dom". Gdyby była już noc, pewnie zyskała by wiele w moich oczach. Takie domy po ciemku nabierają znów życia. Albo raczej wyobraźnia je ożywia. Kolejny przystanek to "Muzeum gwizdków" Snuffera. Byliśmy dość późno, więc na zwiedzanie szanse były zerowe. Okna też policzyliśmy na szybko. Tak miej więcej. W domu pewnie każdy ustalił rzeczywistą wartość. Został jeszcze ostatni punkt, proszę szanownej wycieczki. "Dwór w Pogorzelcu" znów kesz autorstwa Snuffera. Dwór nawet z pewnej odległości prezentuje się pięknie. Szkoda tylko że robiło się już ciemno i widoczność już nie była tak dobra. Czas już było do domu. Droga do Białegostoku wszak daleka. A jeszcze na następny dzień trzeba było z samego rana do pracy się zrywać. I mimo że wstałem trochę obolały przez przebyte kilometry, to jednak nakręciłem się pozytywnie.

wtorek, 8 maja 2012

Czasem północ, czasem wschód

  Koniec kwietnia to w tym roku był idealny czas na rower. Ciepło, ale nie upalnie. Nic tylko wsiadać i jechać. I ja nie miałem zamiaru marnować okazji. Jakieś parę dni temu wybrałem się na przejażdżkę na północ od Białegostoku. Wyjechałem drogą na Augustów. Jechało się całkiem fajnie po dość nowej ścieżce rowerowej. Kończy się przy zajeździe "Wiking", ale dalej można jechać bocznymi drogami. I całe szczęście bo ten kawałek drogi to połączenie krajowej 8 i 19. Pierwszy przystanek to Białostockie Muzeum Wsi. Wejście na wystawę plenerową to 2zł. Warto odżałować. Ciekawe budynki wiejskie, które co prawda można jeszcze znaleźć gdzieś w terenie, ale nie w takim stanie technicznym. A i trzeba trochę się naszukać. Chociaż na moim ranczu żuraw przy studni jest większy i wciąż pełni swą rolę. W muzeum miałem dwa główne cele. Jeden to kesz teda "skansen" OP0411. Znaleziony bez problemu. Drugi to bimbrownia. Coś w rodzaju daru podlaskiej policji dla muzeum. Widziałem taką manufakturę pracującą, ale nie tak dużą. Szacunek dla tego kto to skonstruował. Szkoda że ta maszyneria nie pracuje już dla szczęścia i pożytku ludzkości.



  Z muzeum pojechałem gruntową drogą do torów, które idą w kierunku Kuźnicy. Mostem kolejowym przeszedłem Supraśl. Pod mostem jest skrzynka, którą już zdobyłem wcześniej. Polecam ją miłośnikom mocnych wrażeń. Co prawda nie trzeba być specjalnie wygimnastykowanym, ale lęk wysokości warto zostawić w domu. Cały czas wzdłuż torów dojechałem do stacji Wasilków, a stamtąd skręciłem na Sochonie. Droga jak marzenie. Równiutki asfalt i mały ruch. Przez wsie które z rolniczych powoli stają się sypialnią Białegostoku dojechałem do kesza "Słup" OP4C19 założonego przez mieszka. Znalezienie jej nie było trudne. Natomiast kapliczka słupowa to unikat. Jakoś nie mogę sobie przypomnieć gdzie jeszcze taką widziałem. Podejrzewam że ich ilość obecnie można liczyć na palcach. Ciekawe ile jeszcze zim przestoi ta w Wólce?



  Szkoda tylko że lokalna żwirownia za kapliczką służy teraz jako dzikie wysypisko. Psuje to trochę klimat miejsca. Ale i tak fajnie było posiedzieć na świeżej trawce. Od kapliczki pojechałem kawałek dalej do kesza 3po3 "Na skraju Puszczy Knyszyńskiej" OP0098. Przy skręcie z głównej drogi w las natknąłem się na starsza panią na leżaku, która chyba zażywała świeżego powietrza. Jak wracałem, już jej nie było. Mam nadzieję że jej nie wystraszyłem. A kesz dał mi sie we znaki. W stylu: pieniek koło drzewa w lesie. Nie powiem że ich nie lubię. Ale trzeba wykazać się cierpliwością. Raz że GPS jak to w lesie lekko "pływa". Dwa że las naprawdę szybko się zmienia, a jak jeszcze trochę pomaga mu człowiek, to w parę lat miejsca można nie poznać. Nic to. Za to czytałem że klimat lasu sosnowego ma właściwości bakterjobójcze. Po takiej dawce chyba zabiłem ostatniego zarazka jaki sobie przy mnie spędzał żywot.
  Jednak co za dużo to niezdrowo, więc postanowiłem jechać w stronę drogi krajowej, gdzie obok wsi Katrynka jest kesz. Może i jest. Ale na polance obok był jakiś piknik. Nie chciałem dekonspirować kesza, więc sobie odpuściłem. Przyjadę tu jeszcze kiedyś.
  Kawałek drogi wypadł mi po własnych śladach. Na lokalnej drodze minąłem panów w Mitshubishi Lancer (sory ale nie wiem jak to się pisze), którzy widocznie mieli chwilę odpoczynku od ciężkiej służby. Zaraz potem przejechałem obok terenów które są siedliskiem orlika krzykliwego. Niestety żadnego nie spotkałem. Ale i tak miejsce które sobie wybrał jest naprawdę piękne.



  Dalej miałem jechać szlakiem zielonym. Jak to się stało, że zaraz za Wólką zjechałem ze szlaku, nie wiem do tej pory. Może przysnąłem za kierownicą? Nie chciało mi się już wracać, więc trochę zmieniłem plany. Najpierw kesz filipsa i BURZY "Stara kolejka wąskotorowa" OP13B4. Dotarłem inaczej niż podpowiadał opis. Ale chyba równie malowniczą drogą. Zostawiłem rower przy przewróconym drzewie i mały kawałek przeszedłem pieszo. Do kesza który jest na wyspie dostałem się naturalnym, bobrowym mostem. Jak czytałem później logi, przejście nie tylko mi kojarzyło się z przygodami Indiany Jonesa. Sama wyspa jest niewielka, więc ze znalezieniem skrzynki nie było większych problemów. A wokół naprawdę pięknie. Jeszcze kilka podobnych naturalnych mostów, nad czystą leśna rzeką. Oczywiście ślady po wąskotorówce wciąż są. Nasyp pod tory i kilka pali na których był most. Z pewnością jedno z najładniejszych miejsc jakie widziałem w Puszczy Knyszyńskiej.



  Wróciłem do roweru i pojechałem dalej. Dobra, utwardzona, szutrowa droga w cieniu drzew. Odgłosy lasu. Jazda w takich warunkach to czysta przyjemność. Wyjechałem na skrzyżowaniu w okolicach wsi Podratawiec. jest tu skrzynka 3po3 "Podratawiec" OP0ACC. Niby nic trudnego, ale trochę się naszukałem. Jak się okazało nie tylko ja. Już miałem rezygnować gdy zobaczyłem odpowiedni pieniek.  Niby miejsce ze spojlera nie jest jakoś przysłonięte przez krzaki, ale sprawia trochę kłopotu.
  Kawałek dalej jest kolejny kesz 3po3 "Czarny Blok" OP0CE6. Łatwy, miły i przyjemny. Jedyna trudność to duże, leśne mrówki. Ciekawa jest stacja kolejowa obok. Środek lasu, a tu mijanka, duży budynek dyżurnego ruchu. Obok coś w rodzaju betonowej hali, należącej do PKP Energetyka. I to właśnie cały Czarny Blok.
  Wróciłem do skrzyżowania obok Podratawca i skręciłem na Horodniankę. Jest to mała osada przy drodze krajowej. Mało kto wie, a ja też niedawno nie wiedziałem, że przed wojną była to siedziba nadleśnictwa. Pozostałością po nim są jedynie fundamenty. Musiało być tu kiedyś naprawdę pięknie. Budynki na wzniesieniu, a u podnóża malownicza, leśna rzeka. Jedynym budynkiem który ocalał jest piwnica, w której jest kesz "Horodniański Dom Kulturnik" OP1B91. W piwnicy jest przyjemnie chłodno. I ciemno jak w ... Przednie światło w rowerze przydało się w końcu do czegoś więcej niż oświetlanie drogi po zmroku. Piwnica jest dużo większa niż się wydaje z zewnątrz. Można chodzić wyprostowany, oprócz  wejścia głównego i dwóch komór.



  Prawie że po drugiej stronie drogi jest grób nieznanego powstańca styczniowego. I nowy krzyż ustawiony na pamiątkę Powstania Styczniowego. Cieszy że wciąż się pamięta o wydarzeniach sprzed prawie 200 lat. W prasie czytałem że w następnym roku w czasie obchodów okrągłej rocznicy, na Podlasiu ma być kilka ciekawych imprez. Oby się udało. Koło krzyża jest kesz teda "krzyż powstańczy" OP1009. Trochę problemu sprawiło mi znalezienie małego pojemnika po filmie.
  Stamtąd  prosto do domu. Kawałek niestety drogą 19 razem z tirami. Chociaż chyba gorsze są osobówki, bo strasznie blisko wyprzedzają, a tiry trzymają spory dystans. Widać co zawodowcy. Na drugi dzień niestety do pracy. ale nie ma co narzekać bo dnia trzeciego znów mogłem się wybrać w drogę. Pomyślałem że odwiedzę rodziców którzy na długa majówkę wyjechali na wieś, a przy okazji spełnię dobry uczynek i założę dwie skrzynki. Początek drogi wypadł wzdłuż 19-stki w stronę Lublina. Jeszcze w Białymstoku nie jest źle. Do znaku z końcem miasta jedzie się nowiutką ścieżką rowerową. Potem niestety trzeba dość wąską szosą. A ruch był spory. Nie musiałem jednak jechać nią zbyt długo, bo zaraz za Kurianami odbiłem na wschód. Mała lokalna droga przez pola, lasy i wioski. Większą część jedzie się asfaltem. Jest jednak odcinek z kocich łbów (fajna nazwa na tą nawierzchnię). Trzeba trzymać się pobocza, które miejscami jest dość piaszczyste. Można oczywiście próbować brukiem, ale to prosta droga do choroby parkinsona.



  Zatrzymałem się w Piatience. Jest to prawosławne miejsce kultu. Mała kapliczka nad świętym źródełkiem. Na pobliskim pagórku cerkiew wraz z otaczającym ją cmentarzem. Wielu turystów jadących nad Siemianówkę mija to miejsce nie wiedząc nawet o jego istnieniu. A jest to tylko 100m. od drogi głównej. Drzewa i krzaki skutecznie maskują to miejsce. Nie ma nawet drogowskazu. Jest za to cisza i spokój. Do kapliczki można zajrzeć przez okno. Niestety cerkiew jest zamknięta przez większą część roku. Warto obejrzeć cmentarz. Pierwszą różnicą jaka rzuca się w oczy to oczywiście napisy na nagrobkach pisane cyrylicą. Są też takie, które pomalowano na niebiesko. Na cmentarzu jest też kilka pomnikowych sosen. Drzewo wybitnie użytkowe, ale tu widać jak potrafią być piękne jak pozwoli im się spokojnie rosnąć.



  Niedaleko Piatenki, po drugiej stronie drogi swój początek ma rzeka Supraśl. Swój początek bierze w zarośniętym bajorze w miejscu zwanym Bazarnik. Na początku jest tak niepozorna, że gdy pora jest dość sucha chowa się pod ziemię, a jej szlak wyznacza trawa zieleńsza niż gdzie indziej. Oczywiście założyłem tu skrzynkę przy koncercie żab. Nieczęsto się je słyszy w takim natężeniu jak tutaj. To chyba żabi raj. Szkoda tylko że jakiś miejscowy zrobił sobie obok dzikie wysypisko śmieci.



  Stamtąd już niedaleko na ranczo. Oczywiście obowiązkowy obiad. Smakował wspaniale na świeżym powietrzu. A zupa szczawiowa ze świeżego szczawiu i z wiejskimi jajkami to wręcz poezja. Wieczorem pierwszy grill tego roku z sąsiadami. Ale to niech pozostanie naszą i okolicznych żab sprawą.

wtorek, 24 kwietnia 2012

Riders on the storm

  Kilka dni temu, a dokładnie w piątek postanowiłem uskutecznić krótką wycieczkę rowerem. Główny cel to Wasilków i tamtejszy quest "Wasilkowskie kirkuty" OP145A. Chodzi o to by odwiedzić trzy miejsca, z których dwa to nieistniejące cmentarze żydowskie i jeden istniejący. Przy każdym trzeba zebrać kilka cyferek, potem przeprowadzić proste działania matematyczne i skrzynka finałowa jest nasza. Ale od początku. Pierwszy cmentarz nieistniejący, jak wynika z opisu, jeszcze kilka lat temu to miejsce spotkań miejscowych menelików. Dzisiaj to zadbany teren z tablicą i dębami pamięci dla upamiętnienia ofiar zbrodni katyńskiej pochodzących z Wasilkowa. Jednak żadnej tablicy że był tu kiedyś cmentarz jak nie było, tak nie ma. Nawet wspomniany w opisie kamień z zatartymi napisami zniknął. Jedyne co pozostało z opisu to pan którego zmęczyło życie. A i on z kompanami z braku krzaczków musiał przenieść się trochę bardziej w głąb zabudowy. Korzystając z okazji założyłem niedaleko skrzyneczkę przy kościele Przemienienia Pańskiego. Naprawdę ładny kościółek ukryty w środku Wasilkowa. Obok zachowały się trzy nagrobki z XIXw. Drewniane domy obok dopełniają prawdziwego małomiasteczkowego klimatu.



  Drugi z nieistniejących cmentarzy był przy dzisiejszej ulicy Supraskiej. Dziś na jego terenie można pograć w piłkę czy w kosza. Liczę tylko drzewa i pieńki jak każe opis i jadę dalej bo nie ma tu nic do oglądania. Trzeci punkt to jedyny ocalały cmentarz. Poprzednie wpisy wspominały o śmieciach walających się na nim. Widocznie jednak posprzątano trochę teren. Sam cmentarz to jedynie kilka zachowanych w słabym stanie grobów. Do tego lapidarium z macew, które jeszcze niedawno były brukiem na drodze do Nowodworców. Granice cmentarza wyznaczają betonowe bloki z wyrytymi menorami. Niestety niektóre z nich są przewrócone, i jak widać część całkiem niedawno. Jak trzeba być gnidą by niszczyć jakikolwiek cmentarz?
To był ostatni punkt, jaki trzeba było znaleźć by obliczyć koordynaty skrzynki finałowej. Łatwe obliczenia i można było ruszać na azymut. Na miejscu okazało się pod skrzynkę prowadzi dość dobra leśna droga, ale całe szczęście spacer po lesie z rowerem był krótki, a i sam las niezbyt gęsty. W skrzyneczce była nienaruszona buteleczka napoju energetycznego z 2008r. I choć byłem rowerem postanowiłem upić mały łyczek. Swoją drogą to niezły absurd w polskim prawie, by tak samo karać rowerzystę i kierowcę ciężarówki po piwku.



  Jak już byłem niedaleko Świętej Wody warto było w końcu zaliczyć tamtejszy kesz teda. Miejsce trochę się zmieniło, nie ma też już czarnych opasek na drzewach, które ułatwiają znalezienie. Jednak tym razem jechałem uzbrojony w dobre odczytanie podpowiedzi. I trafione od razu. Kesz w środku bardziej oślizgły niż mokry. Do tego kolejna buteleczka napoju energetycznego. Na szczęście tym razem pusta. Jeszcze bym w jakieś zgubne nałogi popadł.
  Ze Świętej Wody wróciłem do Wasilkowa, a z niego pojechałem na Nowodworce. Przed wsią jest most na Supraśli. W zimie jest to miejsce kąpieli okolicznych morsów. Nie wiem jak można wchodzić do tak zimnej wody. Mi wystarczyło obmyć ręce i twarz by stwierdzić że włażenie w całości to nie jest dobry pomysł. Zamiast tego wolałem postać na moście i popatrzeć na piękną dolinę rzeki.



  Plan przewidywał jeszcze jednego kesza "Tuż za progiem" OP1459. Z Nowodworców pojechałem  przez Ogrodniczki. Tuż za tą drugą wsią ścieżka rowerowa ma dość stromy podjazd. Kondycja jeszcze słaba bo musiałem przystanąć na górze by łyknąć wody. Za to zjazd w stronę Krasnego to już czysta przyjemność. W Krasnym zjechałem ze ścieżki w drogę leśną. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem grzmot burzy. Jechać dalej, czy wracać do domu? Jeszcze w Nowodworcach widziałem jak niebo gdzieś nad Białymstokiem lekko ciemnieje. Może przejdzie bokiem? Jadę dalej. Początkowo wjechałem nie w tą drogę co trzeba i wyjechałem wprost na bagno. Wróciłem do leśnego rozjazdu i tym razem w prawo. W końcu znalazłem słupek z działem leśnym i już mogłem jechać z pomocą mapy. Bez tego byłoby ciężko bo mijałem jeszcze kilka rozjazdów i skrzyżowań. Po drodze spotkałem stado saren, które szybko schowały się w gęstym lesie. Zaraz potem wyjechałem na skraj lasu. Cisza, spokój, tylko bażanty coś do siebie gadają. Chwilę postałem wpatrując się głównie w kierunek chmur, i doszedłem do wniosku że szanse na to że burza przejdzie bokiem są coraz mniejsze. Zostało jeszcze odnaleźć kesza. Całe szczęście widoczny był z kilku metrów. Pojemnik na żywność w tak dobrym stanie, gdzie ostatnie znalezienie logowane było w 2010 roku? Otwieram a w środku niespodzianka. W logu wpis jakiegoś nieznanego mi keszera (może z innego serwisu?) i dwa wpisy Służby Leśnej z Supraśla. Ostatni sprzed kilkunastu dni. Miło jak ktoś kto w to się nie bawi nie zniszczy pojemnika, a jeszcze do tego w logu życzy miłej zabawy.



  Wpisałem się, schowałem kesza i przykryłem mchem i liśćmi by tak nie kuł w oczy. Po śladach wróciłem do Krasnego. I znów podjazd który jeszcze niedawno był długim zjazdem. Jechałem sobie ścieżką do Białegostoku, gdy gdzieś tak w Ogrodniczkach złapały mnie pierwsze krople deszczu. Może tylko będzie mżyć, a główna burza pójdzie bokiem? Niestety niedaleko mnie błysnęło a potem się rozpadało. Pod drzewem się nie schowam, więc jadę dalej. Już cały mokry. Jednak moim głównym zmartwieniem było to by nie trzepnął mnie piorun. A kilka rozświetliło niebo całkiem blisko. Deszcz pada sobie dalej, na szczęście główna burza już mnie ominęła i słychać tylko grzmoty. I jak początkowo byłem zły, tak już teraz zaczynam sobie nucić pod nosem "riders on the storm" ta ra ra ra ram. Deszcz jest ciepły, a i wiatr zaczyna wiać w plecy. Nie jest źle. Tylko nie wiem czemu niektórzy ludzie w Białymstoku patrzyli na mnie jakoś dziwnie. Nie widzieli nigdy człowieka na rowerze który wyszedł właśnie spod prysznica?

niedziela, 15 kwietnia 2012

Dwa razy wiosna

   Dobrze jest mieć pracę w której czasem w środku tygodnia wypada trzy dni wolnego. Pod koniec marca wypadła taka kumulacja. Pierwszego dnia poszedłem na koncert Vader'a który akurat zawitał do Białegostoku. Drugiego dnia próbowałem pozbierać się do kupy po wrażeniach muzycznych i trochę po zbyt dużej dawce napojów energetycznych :) I nastał dzień trzeci. Zaświeciło słońce. Pomyślałem że dobrze zrobić sobie małą przebieżkę rowerem, a przy okazji założyć dwie skrzynki. Jedną tradycyjną, drugą nietypową co do której miałem ogólny zarys, ale historię do niej miałem wymyślić po powrocie.
   No to w drogę. Pierwszy przystanek to cerkiew Zmartwychwstania Pańskiego (OP2E62). Może dodam jako małe uzupełnienie opisu, że ta rozebrana w 1938r. cerkiew była przy ul. Sienkiewicza. Prawdę mówiąc przy tej cerkwi na dłuższy czas zatrzymałem się na trochę dłużej po raz pierwszy. Trochę nowoczesna w kształcie, ale i tak ładna. Obejrzana i można było poszukać skrzyneczki w "lasku bulońskim" obok, który służy głównie jako wybieg dla psów. Trzeba uważać na miny. Skrzyneczka znaleziona, ale lasek się kurczy. Pewnie zaraz któryś z developerów wciśnie tam jakiś pastelowy klocek. Oto smutny widoczek zaraz za keszem.



   Czas w dalszą drogę. Przez Zielone Wzgórza i Klepacze do Niewodnicy Kościelnej. Od Białegostoku jedzie się nowym asfaltem, więc jazda rowerem to czysta przyjemność. W samej Niewodnicy warto obejrzeć cmentarz z XVIIIw. z kaplicą z 1872r. Więcej można przeczytać na tablicy informacyjnej.



  Kilkanaście metrów dalej jest kościół p.w. św. Antoniego z końca XIXw. Nieduży, biały budynek na wzgórzu ładnie wpisuje się w krajobraz. Trochę gorzej przedstawia się wnętrze. Dotknięte zębem czasu, ale widać że są prowadzone jakieś prace remontowe. Przynajmniej przy głównym ołtarzu. Przy kościele jest dość oryginalna  Droga Krzyżowa oraz coś w rodzaju groty zbudowanej z kamienia.



  Jadąc dalej mijamy tory i zaraz po lewej jest pomnik dla sformowanego tu w 1944r. 26 pułku piechoty LWP. Oprócz kamiennego obelisku jest tu jeszcze armata, jak mi się zdaje dywizyjna wz. 1942 ZiS3. Jest i czołg  T-34-85. Czyli popularny "Rudy". Jego największą atrakcją jest ruchoma wieżyczka. Uwieszenie się lufy i mała karuzela to naprawdę świetna zabawa. Szkoda że drzewa uniemożliwiają pełen obrót. Przy pomniku jest skrzyneczka teda "Niewodnica" (OP0B53). Całe szczęście że tym razem nikogo nie było, bo zazwyczaj kręcą tu się okoliczne dzieciaki. A na zdjęciu "Rudy" i PanzerFahhrad II "Psihiszek".



  Z Niewodnicy niedaleko do Ignatek. Jest tam niedokończony blok, obecnie ruina. Swego czasu ćwiczyli tam antyterroryści. Często obok niego przejeżdżałem i od dość dawna kusiło mnie by założyć tam kesza. Kilka razy wcześniej trochę po nim pochodziłem by wyszukać odpowiednie kryjówki. Cały czas miałem tylko ogólną koncepcję i zarys historii. Wiedziałem że trzeba wymyślić jakąś historię by ten blok ożywić. Coś w stylu filmu "Wejście smoka". Kto pamięta odtwarzacze video w ich początkach w Polsce, ten zrozumie dlaczego akurat wybrałem ten film walki. W czasie chowania wymyśliłem bohaterów i to co sobą mieli reprezentować. Pozostało tylko wrócić do domu i ją opisać.
  Do domu wróciłem trochę naokoło. Miałem jeszcze w planach założyć skrzyneczkę koło cerkwi w Zaściankach. Obok niej jest górka porośnięta lasem i to właśnie na niej miałem zakopać skrzyneczkę. Wiem, wiem zakopywanie jest passe. Ale ten zapaszek skrzyneczki która co najmniej rok przeleżała w ziemi. Wspaniały niczym stare wino. Znalazłem jednak kupę kamieni i gruzu i tam schowałem, co z pewnością ucieszy tych co w ziemi grzebać się nie lubią. Sama cerkiew co prawda niewielka, ale naprawdę ładna. Przy okazji uświadomiłem sobie co mi w niektórych brakuje. Złotych kopuł. Może nie wszędzie by pasowały, ale z tym mi się kojarzy cerkiew.



  Tyle z pierwszej przejażdżki. Potem nazbierało się pracy, święta które preferuję w tradycyjnej formie, czyli za stołem. I dopiero wczoraj znalazłem czas na dłuższa przejażdżkę. Wyznaczyłem trasę, coś koło 50km. zjadłem obiad i w drogę. Podobnie jak ostatnio przez Klepacze dojechałem do Niewodnicy. Tutaj naprawdę brakuje skrzyneczki przy kościele lub cmentarzu.; Może ktoś ją założy, może ja coś wymyślę. Tego miejsca nie można tak zostawić. Tym razem nie przejeżdżałem przez tory, a tuż przed nimi skręciłem w szutrową drogę w prawo. Mijam wieś o jakże pięknej nazwie Trypucie. Za wsią zaczyna się asfalt. Wiatr w plecy, równiutka droga, zero aut. Jazda to sama przyjemność. Nie przeszkadza nawet zapaszek obornika z pól. Ani to że miejscami droga jest uświniona przez ciągniki wyjeżdżające z pola.



  Dojeżdżam do Baciut. I znów dzięki keszowaniu odkrywam małą perełkę podlaskiego krajobrazu. Mała pobielona kaplica na rozstaju dróg, otoczona niewysokim, kamiennym płotem. Obok stary, żelazny krzyż na kamiennym postumencie i stary drewniany oparty o żelazny płotek. Ciekawe ile jeszcze postoi ten drewniany?
A kesz teda "Baciuty" OP07CB łatwy do znalezienia. Co prawda działka na której jest ukryty jest do sprzedania, ale tablica informująca o sprzedaży widać jest dość stara i teren pewnie nie prędko będzie uporządkowany.



   Z Baciut jadę do Turośni Dolnej. Przy ostatnich zabudowaniach z bramy wylatują dwa psy. I jak to sporo psów na wsi, rzucają się do nogawek. Nie jest to groźne, ale strasznie wkurzające. Do tego trafiłem na jakieś szczególnie upierdliwe typy. W końcu odpuszczają. Mijam sielskie krajobrazy. Dwa bociany stojące w gnieździe. Linię wysokiego napięcia :) I w głębi po lewej wielką rozdzielnię (nie wiem jak to się fachowo nazywa). Dojeżdżam do Turośni Kościelnej. Duża wieś. Jak się okazuje, siedziba gminy. Niby niedaleko, a byłem tam pierwszy raz. Tereny na wschód i północ od Białegostoku dość często objeżdżam, a tych na południe nie znam prawie wcale. Trzeba będzie to nadrobić. Pierwsza rzecz w Turośni to sklep. Nie wziąłem nic do picia i już od kilku kilometrów mocno mnie suszyło. Niech żyje kapitalizm i prywatne sklepy otwarte na wsi w późne sobotnie popołudnie. Nad wsią zdecydowanie góruje kościół. Stąd pewnie nazwa. Niestety zamknięty, więc nie mogłem zajrzeć do środka, ale z zewnątrz prezentuje się ładnie.



  Od kościoła jadę do dworku myśliwskiego, który znajduje się na obrzeżach Turośni. Trochę się zawiodłem. Nawet nie tym że tynki wymagają remontu. Dworek przypomina raczej jakiś urząd. To chyba z powodu tego że spora część okien jest po prostu zamurowana. Gmach wydaje się przez to niedostępny. Obok dworku jest kesz teda "Turośń Kościelna" OP076F. Keszyk łatwy w namierzeniu bo trochę wystawał. Po schowaniu trochę lepiej go zamaskowałem.
  Z Turośni przez Juraszki dojechałem do wsi Pomigacze. Tutaj głównym celem była skrzynka teda "Howieny" OP1AF1. Skrzynka pieńkowa, a że w lesie ich nie brakuje zaliczyłem ze dwa, trzy puste trafienia. Majątek rzeczywiście ogromny. Ze zwierząt tam występujących możemy wymienić kucyki, owce, króliki czy też lamy :) Jest też ostatni bastion obrony w czasie napadu. Wieża. Szkoda że drewniana, bo łatwo płonie. Całe szczęście obok zaparkowany jest wóz strażacki. Niesamowite wrażenie robią wielkie drewniane rzeźby. Generalnie to ciche, spokojne, piękne miejsce. Chociaż i tam znajdzie się jakaś czarna owca.



  Z Pomigaczy jadę na Juchnowiec. Trochę na skróty, przez leśne dróżki. Wyjeżdżam w Stacji Lewickie. W tym rejonie lasy są tak małe, że nawet jak skręcisz nie w ta ścieżkę to i tak po kilku minutach wyjedziesz w jakiejś wsi. Już w Juchnowcu przystaję chwilę na tamtejszym rynku. Spory plac przed tamtejszym kościołem. Cisza, spokój w sobotnie popołudnie w małym miasteczku. Nic się nie dzieje. Nuda. Jadę dalej. Po drodze krótki przystanek na podwieczorek. Niestety cisze i spokój przerywa młodzież która próbuje wycisnąć ostatki z jakiegoś starego auta. A niech się bawią. Posilony dojeżdżam do Niewodnicy Nargilewskiej. Szybko odnajduję ruiny pałacyku i ukrytą obok skrzyneczkę teda "ruiny pałacu" OP0701. W jej poszukiwaniach towarzyszył mi kundel z pobliskiego gospodarstwa. Szybko się jednak znudził i wrócił do siebie. Ruiny starych budynków zawsze działają na wyobraźnię. Jak musiało tu być w czasach świetności. Na ścianach wewnętrznych zachowały się jeszcze resztki zdobień. Z tyłu są zarośnięte i zdziczałe stawy. A dalej coś niby bagno. Szkoda że wszystko popadło w ruinę. Do pałacu najłatwiej wejść od tyłu, gdzie nie ma kawałka ściany. Mimo to na drzwiach głównych, które trzymają się na słowo honoru wisi stara zardzewiała kłódka. Trzeba będzie kogoś namówić na wyjazd, bo do środka samemu nie chciałem wchodzić. A kuszą szczególnie piwnice.



  Którędy dalej. Cel niby jasny. Tajemnicze kamienie koło wsi Halickie. Można drogą okrężną. Ale na mapie jest zaznaczona przerywaną liczbą jakaś ścieżka. Trzeba spróbować. Po deszczach raczej bym się nie wybierał, ale tym razem przejechałem bez problemu. Mimo że droga to ledwo odciśnięty w trawie ślad i trochę wyraźniejsza w dołkach gdzie dłużej jest mokro. Taki lekki offroad. Całkowity zaczyna się za Halickimi. Nie znam tych lasów więc początkowo idę z rowerem za GPS-em na azymut. Potem oczywiście się okaże że do samego miejsca prowadzi normalna leśna droga. Skrzynka mieszka "Kamienne kręgi" OP2A67. Miejsce tajemnicze. Dwa wielkie trójkątne głazy i chyba dwa mniejsze. Na jednym z mniejszych ktoś wyrył krzyż. Wygląda to jednak na dość współczesną robotę. Czy to stary cmentarz, czy może zaznaczenie jakiejś granicy. Wyobraźnia podsuwa nawet obraz żercy składającego ofiary pradawnym bóstwom. Pobieżne przeszperanie internetu nic nie wniosło. Prawdopodobne miejsce ukrycia skrzynki znalazłem, ale nie chciałem dekonspirować bo na pobliskiej polanie jakieś małolaty zrobiły ognisko. Pokręciłem się tylko wokół mając nadzieję że może znajdę jeszcze jakieś głazy. Niestety nic.



   Z Halickich prosto do domu. Co prawda po drodze urwał mi się przedni błotnik, ale dorobi się nowa blaszkę i będzie jak nowy. Przy okazji nowe granice Białegostoku od południa sięgają naprawdę daleko. Kiedyś to była wyprawa na cały dzień PKS-em. Świat się kurczy.
   Do domu wróciłem już po ciemku. Miałem przejechać około 50-ciu kilometrów. Wyszło 60 z hakiem. Mam nadzieję że czas pozwoli tej wiosny na jeszcze kilka większych przejażdżek po okolicy.

wtorek, 20 marca 2012

Rozpoczęcie sezonu

   Czas na nowy wpis. Dłuższa przerwa to efekt pogody nie sprzyjającej keszowaniu, ani jeździe rowerem. W końcu odważniej wyjrzało słoneczko i można było ruszać na pierwszy rekonesans. Tym bardziej że dzień wcześniej odebrałem rower z naprawy i trzeba go było przetestować na trochę dłuższym dystansie. Trochę pomyślałem nad opcją trasy i punkt 12 wyszedłem z domu.
   Z Białegostoku wyjechałem ul. Wysockiego w stronę Wasilkowa. Niby zjazd w stronę miasteczka jest dość ostry i długi, ale tam zawsze wieje wiatr od przodu. Zawsze. Za to jest fajny widok. Tym razem za lekką mgłą.



    Wjeżdżając do Wasilkowa od strony Białegostoku, zaraz po lewej jest coś w rodzaju zajazdu. A na parkingu przed nim odbywa się giełda staroci. Na takim targu możesz kupić prawie wszystko. Kabury, odznaczenia, porcelanę, książki i co tam kto potrafi wygrzebać ze strychu. Co prawda dawno mnie nie było na takim targu, a i tym razem jakoś skręcić mi się nie chciało, ale wręcz musiałem, gdy to zobaczyłem.



   Ciekawe czy sprzedający znalazł kupca? I gdzie to w ogóle powiesić? Kawałek dalej przejechałem Supraśl, która w tym miejscu rozlewa się w zalew. Przy okazji trzeba pochwalić władze Wasilkowa że w końcu coś z nim zrobili. Ostatnimi laty przypominał raczej zarośnięty staw niż zalew na rzece. Ale i tak jakoś nigdy mi się nie podobał. To chyba z powodu głównej drogi przez miasteczko obok, która jeszcze niedawno była częścią krajowej 19-stki.



   W Wasilkowie już się więcej nie zatrzymywałem. Trochę się po nim pokręcę jak znajdę chęć na rozwiązanie questa. A i jest trochę miejsc wartych założenia kesza. Pierwszy, większy przystanek to Święta Woda. Ten kto nie był tam parę lat nie pozna miejsca. Malutki kościółek, z czymś w rodzaju parku wokół zastąpił cały kompleks pielgrzymkowy. Mały kościółek przeszedł (moim zdaniem) dość udaną metamorfozę. Może kojarzyć się z włoską czy hiszpańską prowincją. Cudowne źródełko bije jak dawniej. Nie ma już jednak tylu drzew. Na pobliskim wzgórzu pielgrzymi zostawiają krzyże. Od malutkich po ogromny, swym kształtem nawiązujący do słupa wysokiego napięcia, ufundowany przez energetyków. Po drugiej stronie powstał dom pielgrzyma z kawiarnią, restauracją, placem zabaw, i polem biwakowym. To wszytko sprawia że w niedzielne południe był tam spory tłum ludzi. Czy to zmiana na lepsze? Chyba tak, ale jednak lepiej przyjechać w tygodniu, gdy ludzi z pewnością jest mniej.



 Przy Świętej Wodzie jest skrzyneczka teda OP0345. Schowana na pobliskim wzgórzu, wśród krzewów. Nie udało mi się jej znaleźć . Po prostu trochę źle odczytałem instrukcje. Jeszcze po nią wrócę. Jednak jak inni keszerzy zastanawiam się dlaczego tam? Co zainspirowało teda, jak wpadł na ten pomysł, co mu przyświecało? Świętej Wody nawet stamtąd nie widać, za to miejsce to dzikie wysypisko śmieci.
   Niezrażony niepowodzeniem pojechałem dalej. Wróciłem do Wasilkowa i stamtąd skręciłem na Dąbrówki. Na początku wsi droga ma spory spadek. Pierwszy raz w tym roku przekroczyłem 40km/h rowerem. Wiatr we włosach, born to be wilde... i koniec zjazdu. Bo on krótki strasznie jest. Na jego końcu można skręcić w lewo i dalej jechać asfaltem, lub w prawo, gdzie droga poprowadzi nas w dolinę Supraśli. Wybrałem druga opcję, głównie ze względu na kesza, ale też z powodu że jakoś nigdy wcześniej nią nie jechałem. Trochę się bałem że będzie strasznie błotnista, ale wcale nie jest to podmokły teren, a wręcz odwrotnie.



  W tym rejonie powinien być kesz Charioza "Rozprostuj nogi po zimie" OP17E3. GPS podprowadził mnie w punkt. Rzeczywiście jest tam bardzo charakterystyczny punkt. Niestety nic oprócz pustych puszek po piwie nie znalazłem. Niestety Charioz już chyba w to się nie bawi, a ostatni znalazca, swoją zabawę zakończył na tej skrzynce, zresztą jedynej jaką znalazł. Ani prosić o reaktywację, ani spytać czy może trzeba się wkopać co najmniej na pół metra. Nic to. Za to miejsce przepiękne, warte odwiedzenia. Do tego cały czas, obok latał skowronek. Jego głos to pewnik że wiosna na Podlasiu zagościła na dobre.



  Od miejsca nieudanych poszukiwań pojechałem do Studzianek. Po drodze kilka razy mijali nie motocrosowcy. Generalnie lubię motory. Czym większe tym lepsze. Ale, urwał, dlaczego akurat te terenowe maszyny wydają dźwięk jakby ktoś kosiarką próbował wzbić się w powietrze. No nic. Dobrze że to był krótki epizod. Przed wsią Studzianki trochę pokombinowałem którędy najlepiej przebić się przez wielką, gliniastą kałużę. Okazało się że najlepiej łączką obok. Ze Studzianek przez Zapieczki pojechałem do Supraśla. Zaraz za Zapieczkami zaczyna się zwarty las. A w lesie okazało się że zima jeszcze próbuje się trzymać. Na drogę leśną słońce nie może się przebić, w związku z czym cała jest oblodzona. Na szczęście ten lód jest strasznie brudny, a co za tym idzie niezbyt śliski. Są miejsca jednak bardziej odsłonięte. W tych z kolei było błoto. Generalnie, jak na mnie, warunki na leśne rowerowanie są niesprzyjające.



  Całe szczęście odcinek przez las jest dość krótki i zaraz wyjechałem w Supraślu. Kolejne miasteczko które ma kilka miejsc zasługujących na kesze. Często do niego zajeżdżam. Kiedy nie ma w nim wielu turystów ma swój niepowtarzalny urok. Jednak ciepły weekend sprawił, że ludzi było całkiem sporo. Przejechałem się tylko bulwarem wzdłuż rzeki Supraśl.



  Jako że świeże powietrze dobrze robi na apetyt, postanowiłem zjeść obiad w brze "Jarzębinka". Zbyt wielkiego wyboru nie ma. Kiszka, babka ziemniaczana lub kartacze. Ja zamówiłem porcję babki, do tego kiszoną kapustę i mleko na popitkę. Dla kogoś z bardziej wrażliwym żołądkiem polecam raczej herbatę na popitkę. Zjadłem, odsapłem i mogłem dalej ruszać, już w stronę Białegostoku. Po drodze miałem zamiar zgarnąć jeszcze dwa kesze. Z jednego zrezygnowałem bo droga do niego prowadziła przez leśne ścieżki, a jak wcześniej się przekonałem na takie jazdy jeszcze za wcześnie. Ścieżką rowerową dojechałem do Ogrodniczek, a stamtąd skręciłem na Nowodworce. Skrzynkę Mieszka "Muzeum wozów pożarniczych" OP47BD znalazłem bez problemu. Potem podjechałem do mini muzeum wozów pożarniczych. Wszystkie wozy wspaniałe. A najlepsze dwa. Jeden to STAR 660, jedna z najlepszych ciężarówek na świecie, być może dlatego że miała służyć głównie w wojsku. Co za tym idzie miała być prosta w obsłudze i radzić sobie w naprawdę trudnym terenie. Drugi eksponat, który szczególnie mi przypadł do gustu to UAZ. Prawdziwe auto terenowe. Zupełnie inne niż współczesne wynalazki o nazwie "miejska terenówka". Gdyby jeszcze mniej palił, pomyślałbym nad zakupem podobnego. Niestety dzisiejsze ceny paliw  zabijają marzenia :-)




  Z Nowodworców z powrotem na ścieżkę rowerową i do Białegostoku. Po drodze poratowałem jeszcze jakiegoś rowerzystę wodą, bo trochę przecenił swoje możliwości i zrobił sobie za długą wycieczkę. W sumie przejechałem 47km. Dystans idealny na wiosenny rozruch. Sezon uważam za oficjalnie rozpoczęty.

poniedziałek, 6 lutego 2012

Na dobry początek

Jako że  inni się chwalą swoimi wyprawami, i ja postanowiłem nie być gorszy. A że i czas zaciera przeżycia, dobrze jest je zanotować na gorąco.
Myślałem żeby pisać na blogu OC, ale jest on typowo keszerski. A że obok keszowania bardzo lubię jazdę rowerem to i wątki wyłącznie rowerowe też się znajdą. Co prawda jestem rowerzystą sezonowym i ciepłolubnym, ale moje wypady nie zawsze łączą się z keszowaniem.
Na dobry początek krótka relacja ze zdobywania skrzynki filipsa "filips6: bagna Puszczy Knyszyńskiej", OP00A5. Aha, nie spodziewajcie się spojlerów. Ani teraz, ani później.
A było to tak.
Parę dni temu, wieczorową porą, nudząc się w pracy straszliwie, wpadłem na pomysł podjęcia skrzynki na bagnach. Już od paru dni trzymały ostre mrozy, w nocy dochodzące do -30st.C. Bagna pewnie już trochę przymarzły, więc dojście do skrzynki powinno być łatwizną. Trochę się myliłem, ale o tym później. Zadzwoniłem do kumpla MiszkaWu, z pytaniem czy jutro gdzieś o 6-7 rano jedzie do puszczy. Z tak wczesną porą trochę przesadziłem, ale po krótkiej dyskusji stanęło na 8:30.
Dnia drugiego spotkaliśmy się na przystanku PKS na Wygodzie. Pół godziny i byliśmy w Supraślu. Ciche, spokojne miasteczko przywitało nas mroźną, ale słoneczną pogodą. Miasteczko dobrze znane, więc od razu ruszyliśmy po kesza.
Początek naszej wyprawy wiódł drogą łączącą Supraśl z  Majówką. Jest to droga asfaltowa, w większej części niedawno wyremontowana. Polecam szczególnie latem, kiedy przejazd po niej rowerem to czysta przyjemność. Z niewiadomych przyczyn zamknięta jest dla samochodów,  poza ludźmi z ALP. Co ciekawe jednak, nie słyszałem by kiedykolwiek zatrzymała tam kogoś Straż Leśna, a i kiedy szliśmy minęło nas kilka prywatnych osobówek.


Na górze początek drogi leśnej, a pod spodem ta sama droga w piękny zimowy poranek.



Tego kesza szukałem już wcześniej, więc wiedziałem gdzie skręcić w las, by dojście było w miarę łatwe, a przy okazji omijało się część bagien. Jednak nie mogę zrozumieć po co postawiono kolejny znak "zakaz ruchu nie dotyczy ALP" skoro teoretycznie i tak nikt nie powinien być  tutaj prywatnym autem. Warunki "butowania" specjalnie się nie pogorszyły, bo weszliśmy na drogę służąca robotnikom leśnym. A z tej drogi do bagna znów "lajtowo" przecinką leśną. Cały czas w pięknych okolicznościach przyrody.



Dalej niestety nie było już tak lekko. Pierwszy problem z GPS-em. W tak niskiej temperaturze miał problemy ze złapaniem sygnału. Jednak po restarcie złapał kilka satelit i to o naprawdę silnym sygnale. Drugi problem pojawił się kiedy dotarliśmy do "bagna właściwego". Przewrócone drzewa, plątaniny gałęzi, gęsta świerczyna czy zbyt słabo zamarznięte rzeczki skutecznie broniły dojścia do kesza. Jednak najgroźniejszym przeciwnikiem okazało się błoto. Pod grubą warstwą śniegu niestety nie zamarzło, co niestety przypłaciłem władowaniem się w nie po kolano. Całe szczęście że jeszcze w domu coś podpowiedziało mi żeby zabrać buty na zmianę. Trochę żałuję że nie zrobiłem zdjęcia, ale w tym momencie zajęty byłem wymyślaniem długiej litanii przekleństw. A bagienko zimą wygląda mniej więcej tak:


Na zdjęciu tego nie widać, ale ten wykrot ma jakieś dwa metry wysokości i trzy szerokości.  I jest z tych najmniejszych. Niesamowite wrażenie robią te po 5 metrów wysokości. To trzeba jedna zobaczyć.

GPS w końcu doprowadził nas do właściwego wykrotu. Na wszelki wypadek obejrzeliśmy zdjęcia Teda'a bo grzebanie w zamarzniętych lokacjach średnio nam się uśmiechało. I tutaj pojawił się kolejny problem. Trochę z powodu śniegu, trochę z powodu zanurzania się w bagnie wykrotu, miejsce ze zdjęcia nie było już takie samo. Pierwsze oględziny nie stwierdziły kesza. Postanowiliśmy że nie będziemy mocno grzebać, coby nie niszczyć przyrody. Na szczęście kesz nie był zbyt mocno ukryty i udało mi się go namierzyć. Zresztą w tym miejscu, mocne maskowanie nie ma chyba zbyt dużego sensu, bo i tak nikt tam nie chodzi. Sama skrzynka w świetnym stanie. Z pewnością dzięki serwisowi zbyszatych, jak i suchego świeżego powietrza. Sam kesz przedstawiał się tak:


Ja dorzuciłem tylko geokreta. MiszkaWu jak zwykle dość dokładnie przyjrzał się fantom i dokonał małej wymiany. Postalibyśmy dłużej, ale mimo pięknego słońca chwila bezruchu skutkowała bardzo szybkim marznięciem. Kesza schowaliśmy na swoje miejsce i jeszcze jedna fotka w pięknych okolicznościach przyrody.


Powrót to już łatwizna. Od miejsca ukrycia kesza do terenu całkowicie suchego to tylko kilkadziesiąt metrów. Potem do wspomnianej wcześniej przecinki, do drogi robotników leśnych i do drogi asfaltowej. W Supraślu tylko kilka minut czekaliśmy na autobus. Bez problemu dotarliśmy do Białegostoku. I postanowiliśmy znalezienie skrzynki uczcić w maleńkim barze. Trafiliśmy do takiego gdzie witano się lewą ręką, używano sformułowań "psie mięso" i "psina". Ale to już zupełnie inna historia.