Zazwyczaj nic nie piszę o miejskich przejażdżkach. Pewnie z powodu braku koncepcji. Ale tym razem natrafiłem na coś takiego, że nie mogłem się powstrzymać. Prowadziłem rower przez cmentarz prawosławny przy Wysockiego, gdy natknąłem się na takie coś
Moda jaką widziałem w internecie ogarnęła Rosję. Tutaj i tak jest lepiej, bo Rosjanie potrafią wypalić obrazek najnowszego modelu BMW, który posiadał szanowny nieboszczyk. Mam nadzieję, że to tylko odosobniony przypadek.
piątek, 4 października 2013
środa, 2 października 2013
Kurpie pieczone
Kolega MiszkaWu zakupił nowe auto, więc trzeba je było wypróbować na większym dystansie. A że zawsze dobrze łączyć przyjemne z pożytecznym, wybraliśmy się do Łomży, Nowogrodu i Mściwuj. Wyprawę rozpoczęliśmy o piątej rano. Niektórzy twierdzą, że to środek nocy. I wiele się nie mylą, bo jeszcze było ciemno, a jak po przejechaniu 50kn. dotarliśmy do pierwszej skrzynki "ted54_Mezenin" OP05D9, zbyt wiele się nie poprawiło. Tylko na wschodzie widać było powoli budzący się poranek. Skrzynka z tych mocno zaległych. Już parę razy obok niej przejeżdżałem, ale zawsze z jakiegoś powodu powtarzałem, że następnym razem. I w końcu zatrzymałem się w miejscu, które od małego było jakąś tajemnicą. Kiedy zajazd jeszcze działał, stał tu budynek stylizowany na wiatrak. Nigdy jednak nie dane mi było obejrzeć go z bliska. Jadąc z Białegostoku, było jeszcze zbyt blisko na postój, wracając, już zbyt blisko domu, by warto się zatrzymywać. I zawsze tylko śmigał za szybą auta, aż popadł w ruinę i całkiem zniknął, a ja już nigdy nie dowiem się jak tu było.
W Mężeninie odbiliśmy do drogi 679, która prowadzi aż do Łomży. Jednak po drodze czekały nas jeszcze trzy skrzynki. Pierwsza z nich "ted56_pomnik_400" OP05DE. Liczyłem, że do kesza da się dojechać autem. Niestety droga do niego prowadząca ma takie dziury, że bez dobrej terenówki nawet nie ma co się pchać. Trochę ruchu nikomu jeszcze nie zaszkodziło i przejście niecałego kilometra przy wschodzącym słońcu to czysta przyjemność. Pomnik upamiętnia 400 ofiar zamordowanych tu przez Niemców. I choć samo miejsce jest tragiczne, to z drugiej strony przez dęby tam rosnące nabiera piękna.
Kolejne miejsce straceń, zaledwie kilka kilometrów dalej. Trzy zbiorowe mogiły rozrzucone w lasach koło Giełczyna. Przy każdej jest kesz. Jeden już był kiedyś znaleziony, ale przez ulewę która się wtedy rozpadała, zostały nam dwa zaległe. "Indar14_Zapomniany Gielczyn2" OP13FC, niestety skrzynki nie udało się odszukać. Jak czytam logi, nie tylko my mieliśmy problemy z namierzeniem właściwego pieńka. A w zasadzie jedynego, który został po porządkach. Może jeszcze tu kiedyś wrócę jak będę miał więcej czasu. Za to przy kolejnej, "Mońka2_Zapomniany Giełczyn3" OP13FD, pełen sukces. Mimo, że pieniek w którym jest ukryta to teraz bardziej mała kupka próchna, która pewnie niedługo zniknie z powierzchni ziemi. A jeżeli chodzi o same pomniki, to przynajmniej ktoś zadbał o ich otoczenie. Wycięto krzaki, zlikwidowano pokrzywy o których wspominali inni keszerzy. Tylko same monumenty wciąż przygnębiają starymi ogrodzeniami i betonem dla którego czas nie ma litości. Nawet zerdzewiała tablica z fotek opisu wciąż stoi.
Opuściliśmy Giełczyn w stronę cywilizacji miejskiej, czyli Łomży. Na pierwszy ogień poszła "Skrzynka podróżnika" OP6C5F. By ją znaleźć, trzeba było odrobić pracę domową.Wiadomo było że szukać trzeba pod słupem wysokiego napięcia. Zajrzałem na Geoportal i znalazłem linię i słup pod który da się podjechać. Już na miejscu okazało się że trafiłem w punkt, ale przestrzelenie kordów przez autora o 300m. to jednak wyczyn. Przynajmniej trochę dzikich malin skubnęliśmy, które akurat tam rosną.
Kolejny punkt na mapie czyli "Ołtarz papieski" OP6199. Podpowiedź, że ukryta w dziurze. Problem z tym, że tych dziur całkiem sporo, a niektóre takie, że nawet w rękawiczce rąk się nie chce wkładać. W końcu znaleźliśmy inną od wszystkich, czystą i z pustym workiem w środku. Może to worek po keszu? Tak uznaliśmy i już nie chciało się szukać dalej. Zostało tylko obejrzeć kościół. Do środka nawet nie chciało mi się zaglądać. A z zewnątrz, no cóż, nowoczesna architektura sakralna. Podejrzewam, że architekci którzy je projektują mają jakieś wewnętrzne zawody, komu uda się stworzyć większy koszmarek.
Dwa następne kesze schowane były przy Alei Legionów. "Budynek starego więzienia" OP501E i "Park Ludowy" OP714C. Oba niby przy jednej z głównych ulic w Łomży, ale mimo to wokół panuje tak mały ruch, że można je spokojnie podjąć. Urok małych, sennych miast.
Na ten spokój liczyliśmy też przy keszu "Stary Cmentarz" OP6192. Nie zawiedliśmy się, ale skrzynki nie udało się znaleźć. Nie wiem czy to pech, czy jakaś ślepota. To już trzecia nasza nieznaleziona. Czyżby plan zaczynał się sypać? Trochę niezadowoleni podjeżdżamy pod kolejną, czyli "ted_105_Lomza_Katedra" OP07A0. Przy naszej ostatniej wizycie była zagubiona, ale na szczęście dobrzy ludzie ją reaktywowali. Po wpisaniu się nie mogłem przepuścić okazji by zajrzeć do katedry, której wnętrze tonie w majestatycznym półmroku.
Katedra stoi na terenie, który zazwyczaj nazywa się Starym Miastem. Wąskie, brukowane uliczki, stare kamienice. Tylko szkoda, że to w Łomży jest dość małe i pewnie da się je przejść szybkim krokiem w pięć minut. I właśnie w takim czasie dotarliśmy na jego skraj, czyli kesza "Muzeum" OP24B5. Trochę szkoda że w opisie jest tak mało informacji o budynku przy którym ukryto skrzynkę. A to, że obecnie dom niszczeje jest już dla mnie niepojęte. Stoi chyba w jednym z piękniejszych miejsc miasta, z wspaniałym widokiem na pobliską Piątnicę.
W Łomży została nam jeszcze jedna skrzynka, "Park Jakuba Wagi" OP5123. Ostatnim razem nie udało nam się znaleźć, bo skupiliśmy się na truchle wrony, gdy tymczasem skrzynka była ukryta trochę gdzie indziej.
Czas opuścić miasto, na zachód. Do dwóch skrzynek przy cmentarzach wojennych z I wojny światowej. "Indar8_Cmentarz żołnierzy niemieckich z I wojny światowej" OP123A i "Indar21_Kolejny cmentarz z I WŚ" OP186A. Dwa niewielkie cmentarze przy samej drodze do Ostrołęki. Parę razy tamtędy przejeżdżałem i o ile na ten pierwszy zwracałem uwagę, to ten drugi zawsze mi umykał. A warto tam się zatrzymać. Nie licząc nowego betonowego płotu, prezentuje się wspaniale. Na środku obelisk dla poległych w tym rejonie w sierpniu 1915r. Wokół kamienne nagrobki. Tylko szkoda że nie ma już orła na szczycie obelisku, o którym w opisie wspomina Indar. Ale przynajmniej powycinano krzaki, dzięki czemu w ogóle go widać.
Zaraz za cmentarzem skręcamy w prawo w drogę 648 do Nowogrodu. Małe miasteczko nad Narwią. Szybko zahaczamy o virtuala "bio5_011 - Skansen w Nowogrodzie" OP0533. Tym razem wyprawa jest wybitnie keszowa i zwiedzanie zostawiamy sobie na inną okazję. Dłuższy postój zrobiliśmy sobie przy skrzynce "Indar15_SGO Narew" OP13EA. Głównie z powodu dzieciaków, które przyszły tu ze szkoły na wycieczkę. Był czas na przegryzienie małego co nie co i łyk kawy. A w tak pięknym miejscu, nad samym brzegiem Narwi, smakuje podwójnie. W końcu dzieciaki sobie poszły i można w spokoju obejrzeć schron jak i odszukać skrzynkę. O miejscu można dowiedzieć się więcej z tablic tu ustawionych. W wielkim skrócie, we wrześniu 1939r. tutaj, tak jak w pobliskiej Wiźnie były ciężkie walki z Niemcami. Wiznę rozsławił szczególnie Sabaton, jednym ze swych kawałków. Osobiście uważam, że pozostałości wojenne w Nowogrodzie są dużo ciekawsze do obejrzenia.
Przy moście na Narwi stoi dość dobrze zachowany, kolejny polski schron z września 39. Na szczycie zachowała się metalowa kopułka strzelnicza. Nie wiem czy to oryginał, czy powojenna rekonstrukcja, ale że nie przetrwało zbyt dużo podobnych obiektów, warto było się tu wybrać, by go obejrzeć. Całości dopełnia czołg na szczycie pobliskiego wzniesienia. T34/85 czyli po polsku "Rudy". Gdzieżby mogła być skierowana lufa, jeżeli nie na zachód? Niezły żart historyczny. Upamiętniać polski wrzesień radzieckim czołgiem. Szkoda tylko, że okolica trochę zaśmiecona. Na szczęście skrzynka "Indar - Czołg" OP0D59, ukryta jest w pewnym oddaleniu i śmieciarze już do niej nie dotarli.
Drogą, którą według drogowskazów można dotrzeć do Olsztyna podjechaliśmy kilka kilometrów do kesza "Indar11_Pozycja Pisy (Galindestellung) - Punkt Oporu Zbójna" OP133E. Droga była w remoncie i nie było jak się zatrzymać. W końcu na chwilę zostały załączone światła awaryjne, a Miszka przeskoczył rów melioracyjny, który mi bardziej przypominał rów przeciwczołgowy. Malutki schron, który łatwo przegapić. A skrzynka jeszcze mniejsza. Myślałem że to żart założyciela, ale nie, kesz jest po tymczasowej reaktywacji i czeka na powrót do formy.
Wróciliśmy w stronę Nowogrodu, jednak tuż przed miasteczkiem odbiliśmy w lewo, by zdobyć małą serię skrzynek założonych przez przemo38 w Puszczy Kurpiowskiej. Autor pomyślał o pętli, którą najlepiej zdobyć rowerem, ale tak się składa, że keszerzy zrobili się strasznie wygodni i wszędzie docierają autem. Podejrzewam, że dlatego umyka część przyjemności w odszukiwaniu niektórych keszy. Tak w ogóle ich kolejność na mapie jest odwrotna do ruchu wskazówek zegara, a my postanowiliśmy objechać je w przeciwnym kierunku, czyli zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Jak już zaplątałem, to zaczynam. Na pierwszy ogień poszła "Choinka przed Morgownikami #14" OP5A74. Tutaj trzeba było mieć oczy dookoła głowy. Zza krzaka zawsze mógł wyskoczyć grzybiarz, których tutaj wcale nie brakowało. W każdym razie dwóch kolesi grzebiących w choince to widok co najmniej dziwny. Kolejny kesz "Ograniczenie #13" OP5A73, który ukryty jest w znaku drogowym. Myślałem, ze będzie to proste, ale na wąskiej, krętej drodze, znaków jak w Moskwie rakiet. Ale i tak udało się bez GPS. Podobnie jak następnego, czyli "Krzyż przy drodze do Jurek #12" OP5A72. Metalowy krzyż na postumencie, otoczony płotkiem. Ciekawie się prezentował w jesiennej scenerii.
Dotarliśmy do wsi Jurki i tu mieliśmy małą zagwozdkę. Dalsza droga, na mapie była zaznaczona przerywaną linią, czyli tak naprawdę może się skończyć w środku lasu. Szybka decyzja, jedziemy, najwyżej zawrócimy. Udało nam się dotrzeć w pobliże kesza "Urwisko nad Zrębiskiem #11" OP5A71. Trochę się jej naszukaliśmy, bo nie za bardzo wiedzieliśmy o co chodzi w podpowiedzi. Po znalezieniu kesza wszystko stało się jasne i oczywiste. Najlepsze było to, że skrzynka była dosłownie metr od plecaka, który odłożyłem na czas poszukiwań. Samo miejsce wręcz magiczne. Piękne zakole Pisy, które można obejrzeć ze skarpy. Wokół cisza jesiennego, słonecznego dnia. Od tego miejsca do dwóch następnych skrzynek ruszyliśmy pieszo. Przez las na azymut. Po drodze moc grzybów, które zbierał Miszka. W końcu stwierdził że wraca do auta i mieliśmy się spotkać przy keszu "Skok w bok - na Jazową Górę #9" OP5A6E. Zdążyłem odnaleźć skrzynkę, wpisać się, a kumpla nie widać. W końcu dociera zadowolony z łupu schowanego już w bagażniku w postaci sporej kolekcji grzybów. Mając nadzieję na kolejne idzie już ze mną do kolejnego kesza "Jazowa Góra #10" OP5A70. Niestety las grzybowy z niewiadomych powodów się skończył. Za to będąc już u celu można podziwiać chyba najpiękniejsze miejsce przy pętli wokół Pisy. Utworzyło się tu starorzecze, które powoli zarasta. Wciąż jednak widać, gdzie był nurt. Zachowała się też skarpa z ukrytą w pobliżu skrzynką. Całości dopełniał łabędź, majestatycznie pływając po swoim królestwie.
Wróciliśmy do auta i w drogę po ostatnią skrzynkę zagubioną przy bezdrożach leśnych, "Choinka za Dobrymlasem #8" OP5A6D. Choinek tu całkiem sporo, ale dzięki spoilerowi tą właściwą namierzyliśmy bez problemu. Zaraz za lasem zaczyna się wieś Dobry Las. Fajna nazwa dla tej niemałej wsi, ładnie rozłożonej nad Pisą. Zaraz za szkołą jest coś jakby boisko, otoczone siatką, a obok stoi kaplica z Nepomucenem w środku i kesz "Nepomuk #7" OP5A69. Do mostu może ze sto metrów, więc nie powinna dziwić, tylko stoi na terenie o którym ciężko powiedzieć czy jest prywatny, czy pod zarządem całej wsi? A jeszcze dodatkowy szok, kiedy my wchodzimy przez jedną furtkę, przez drugą, tę od terenu szkoły, dwaj panowie przeganiają krowy. Może to element akcji "szklana mleka", w tym przypadku z dostawą prosto od krowy?
Z tą zagadką ruszamy dalej, do skrzynki "Polana za Rudką Skrodzka #6" OP5A68. I znów dwóch dziwaków, przetrząsających choinkę. Długo się nad nie znęcaliśmy i po szybkiej akcji ruszyliśmy po kolejną, czyli "Most w Rudce Skrodzkiej #5" OP5A67. Z całej wsi miejsce z keszem jest najciekawsze. Most z jazem, którego wysokość można regulować za pomocą ciekawej maszynerii. Obok spory budynek młyna, który wciąż działa. Nie jest to zwykła sytuacja, bo większość małych, lokalnych młynów została zlikwidowana. Ten, dodatkowo zbudowany był w ciekawej technice. Dół murowany, środek szachulcowy, i sama góra drewniana.
Wracamy w końcu do drogi głównej, by na chwilę zatrzymać się przy kezu "Ostatnia przy asfaltowej szosie #4" OP5A66. Znaleziona jedynie przy pomocy spoilerów. Co ciekawe, miejsce lepiej się prezentuje na zdjęciach niż w rzeczywistości.
Kolejny kesz "Indar12_Cmentarz wojenny z I WŚ w Serwatkach" OP133F, choć na szlaku, nie należy do serii. Na miejscu krzyż i tablica dla poległych żołnierzy. Nie za bardzo wiadomo jakiej armii. Na ogrodzeniu zawiązane tylko dwie wstążeczki. Jedna w barwach flagi rosyjskiej, druga w kolorach czerwono - czarnym. Z kolei te kolory kojarzą mi się z Niemcami. Może w tej bezimiennej mogile leżą żołnierze obu armii?
Do końca objazdu serii zostały nam trzy skrzynki. Dwie tak naprawdę bez historii, "Na skraju lasu #3" OP5A65 i "Przed drogowskazem "Ptaki 0,2" #2" OP5A64. Akurat na rozprostowanie nóg i odpoczynek od dziurawej drogi. Kończymy przy skrzynce, która miała być pierwsza, "Most na Pisie w Morgownikach #1" OP5A63. Przeszedłem się przez most, podziwiając rzekę w dole, która zaraz zakończy swój bieg wpadając do Narwi. Dzięki OC poznałem trochę tę rzekę i podoba mi się ona. Niespodziewanie szeroka z urozmaiconymi brzegami i co najważniejsze, czysta. Polecam zajrzeć w tamte tereny, bo naprawdę warto.
Przed nami kolejna seria keszy przemo38, seria bunkrów Linii Mołotowa w rejonie wsi Mściwuje. Z jednej strony po przeczytaniu opisów wiedziałem, że żadna ze skrzynek nie jest schowana w ekstremalny sposób. Nigdzie nie trzeba się wspinać, nigdzie schodzić na dolne poziomy. Z drugiej strony, z doświadczenia wiem, że często zdarzają się strome skarpy, zwaliska gruzu na których łatwo o wypadek. Na szczęście od czego jest kolega i jak nie będę dał rady, to zawsze można po prostu postać przed bunkrem i poczekać, aż kesz sam przyjdzie. Pocieszając się tą myślą ruszyłem zdobywać sowieckie umocnienia. W Mściwujach skręciliśmy w mocno lokalną drogę na pola. Pewnie po deszczach w ogóle się nie da po niej jeździć osobówką. Daleko nie ujechaliśmy i już trzeba się zatrzymać i iść po kesza "Linia Mołotowa - PO Mściwuje #5" OP678D. Początkowo myślałem, że schron był wysadzony. Jednak jak się okazuje, był po prostu nieukończony. Dzięki temu mamy okazję obejrzeć przekrój bunkra. Bez ścian i dachu nie wygląda zbyt imponująco. Gdybym zobaczył go jako pierwszy w swym życiu, uznałbym, że bunkry to jakieś małe, betonowe skorupki, które nie wiedzieć czemu są ciężkie do zdobycia. A wracając do kesza okazał się trudny do znalezienia. Jeszcze nie wiedzieliśmy czego można sie spodziewać i tylko dzięki Miszce i jego interpretacji cienia na spoilerze udało się odnaleźć skrzynkę.
Następna skrzynka "Linia Mołotowa - PO Mściwuje #4" OP678C dostępna jedynie po małym spacerze przez pola. Całe szczęście, że już dawno po żniwach i nie musieliśmy wchodzić nikomu w szkodę. Tyle że idąc przez pole, kurzyło się strasznie na kurpiowskich piaskach. Tu pojawiła się pierwsza przeszkoda w postaci stromego nasypu, ale powoli dałem radę i już w bunkrze kesz został sprawnie namierzony. Przy okazji zwróciłem uwagę na to, że bunkier mimo bliskości wsi był prawie w ogóle nie zaśmiecony. Pozostałe schrony też nie tonęły w śmieciach. Widocznie bardzo kulturalni ludzie tu żyją.
Wracamy do auta by podjechać jedynie kilkaset metrów i tym razem przez łąkę dostać się do "Linia Mołotowa - PO Mściwuje #6" OP678E. Na poszukiwania straciliśmy mnóstwo czasu. Może z powodu braku spoilera, jedynego którego nie miałem. Ale i tak mimo braku tegoż, nie powinno nam to zająć tyle czasu, mając nawet tylko podpowiedź. Skrzynka ukryta w tak oczywistym miejscu i wręcz widocznym, że innego wytłumaczenia na naszą ślepotę niż jakieś czary, nie mogę znaleźć. I przypomnieliśmy sobie, że z logobooków trzeba spisywać cyferki potrzebne do finału, ale o tym jeszcze napiszę.
I znów podjazd kilkaset metrów. I znów podejście przez pole do kesza "Linia Mołotowa - PO Mściwuje #9" OP6791. Całe szczęście, że tym razem na polu swój ślad zostawił ciągnik i szło się jak ścieżką. Schron jest tak usytuowany, że dopiero przy podejściu widać jego ogrom. Niemcy tu się nie popisali i zniszczenia są raczej niewielkie. Można by rzec, że zrobili jedynie dogodne wejście do środka.
Kolejny schron "Linia Mołotowa - PO Mściwuje #10" OP6792 to już niestety mała kupa gruzów, ledwo widoczna zza gęstych krzaków. Wobec tego kesz nie jest schowany w rumowisku, ale obok i trzeba przyznać, że dość sprytnie.
Wjechaliśmy do lasu gdzie ukryte są trzy schrony. Zaparkowaliśmy przy wieży przeciwpożarowej i z GPS-em ruszyliśmy na poszukiwania. Pierwszy schron "Linia Mołotowa - PO Mściwuje #13" OP6795 ukryty na granicy pola i lasu. Sympatyczny maluch, przeznaczony tylko pod jeden CKM. Przynajmniej nie było dużo miejsc do przeszukania. Następny to "Linia Mołotowa - PO Mściwuje #12" OP6794. Podeszliśmy do niego od tyłu i dopiero w odległości 5-10 metrów go zobaczyliśmy, tak świetnie się maskuje, choć od przodu z pewnością nie da się go nie zauważyć. No i został nam ostatni z małej grupki, czyli "Linia Mołotowa - PO Mściwuje #11" OP6793. Dość skutecznie wysadzony, ale nie na tyle by nie można było jeszcze dostrzec pierwotnej bryły. Trochę się zastanawiałem co oznacza podpowiedź w cudzysłowie, ale jak się okazało trzeba brać ją dosłownie. I tak postąpił Miszka, nie bawiąc się w interpretacje, szybko wygrzebał skrzynkę. Został nam jeszcze powrót do auta metodą na azymut. Nie wiem czy to był dobry pomysł, bo marsz pod strome górki, a potem przez równie strome zejścia z przekraczaniem resztek transzei do prostych nie należał. A z pewnością dawno tak się nie zmęczyłem.Całe szczęście następny schron "Linia Mołotowa Rejon Mściwuje Suplement #1" OP6861 był dość daleko i miałem okazję odsapnąć. A już na miejscu czekała na mnie nagroda w postaci niesamowitego widoku na okolicę. Schron, a przed nim krzyż przydrożny, także fajnie się komponują. Dzięki tak wspaniałemu miejscu, wstąpiły we mnie nowe siły na dalsze keszowanie Do tego przyzwoita skrzynka i zielona gwiazdka w pełni zasłużona.
Korzystając z chwili przerwy, zastanawiamy się jak podejść pozostałe schrony. Czy zaatakować od zachodu, czy od wschodu, od strony Małego Płocka. Wybór pada na drugą opcję, bo nie trzeba cały czas wracać dziurawą polną drogą, a można skorzystać z asfaltu. W ogóle serię tych bunkrów najlepiej zdobywać zgodnie z numeracją, nie trzeba wtedy nadrabiać drogi. My zaczęliśmy od środka i nadrobiliśmy z dwa, trzy kilometry. Może niewiele, ale po co w ogóle krążyć bez sensu.
Kolejny schron, "Linia Mołotowa - PO Mściwuje #1" OP678A, wydawał się łatwy do zdobycia. Wjechaliśmy w leśną drogę prowadzącą do jakiejś wsi. Po zaparkowaniu poszliśmy na azymut przez las. Po drodze czekała nas niespodzianka w postaci szerokiej rzeczki. Miszka wypatrzył prowizoryczny mostek z gałęzi. I o ile on nie miał żadnego problemu z przejściem, dla mnie wydawało się to przeszkodą nie do pokonania. Stanęło na tym, że po prostu sam pójdzie po kesza, a ja poczekam. Jednak w myśl zasady, "co, ja k... nie dam rady?" dorzuciłem kilka gałęzi, znalazłem mocny patyk i w ten sposób przeszedłem mostek. Zajęło mi to sporo czasu i już nie pomogłem w poszukiwaniach. Na powrót tą samą droga już się nie zdecydowałem, i poszedłem do pobliskiej asfaltówki. Jak się okazało do przejścia było może ze 100m. więcej ale po normalnym, równym terenie.
Znów podjazd kilkaset metrów, postój i krótki spacer przez las do kesza "Linia Mołotowa - PO Mściwuje #2" OP6172. Kolejny mały schron i wydawało się że nie będzie problemu z poszukiwaniami. Okazało się, że skrzynka ukryta jest w sprytny sposób i zeszła nam chwila na poszukiwania.
Po drugiej stronie asfaltowej drogi czekały jeszcze dwa bunkry. Pierwszy z nich, "Linia Mołotowa - PO Mściwuje #7" OP678F, w wyniku wysadzenia zapadł się w sobie. To było jedno z miejsc, gdzie sam miałbym mały problem z poszukiwaniami. Ja przeszukiwałem te mniej nachylone gruzy, Miszka te bardziej i to on złowił kesza. Po szybkiej akcji czas na kolejny schron, "Linia Mołotowa - PO Mściwuje #8" OP6790. Miejsce wybitnie brudzące. By wejść do środka, trzeba przejść na czworakach. Przez ten mały otwór w środku jest słaba cyrkulacja powietrza, a co za tym idzie gorąco i wilgotno. Latają też jakieś bliżej nie zidentyfikowane muszki. Całe szczęście przez małość pomieszczenia, kesz znaleziony w chwilę i można się było ewakuować.
Przed nami ostatni, tradycyjny kesz z serii, "Linia Mołotowa - PO Mściwuje #3" OP678B. Drugi, który był poza bunkrem, co mnie nawet ucieszyło, bo sam schron jest w stanie poważnej ruiny. W czasie kiedy ja się wpisywałem, i odkładałem kesza, Miszka zajął się reperowaniem zamka w aucie, a i tak musiałem w końcu pomóc, bo do domu pewnie wracalibyśmy z otwartymi drzwiami.
Została nam jeszcze wisienka na torcie, czyli skrzynka "Linia Mołotowa - PO Mściwuje FINAŁ" OP6796. Jak wspominałem wcześniej, zapomnieliśmy w dwóch pierwszych punktach spisać cyferki i z obliczeń nic nie będzie. Zmęczeni całodziennym, intensywnym keszowaniem decydujemy się zadzwonić z prośbą o pomoc. Jeżeli nikt nie będzie mógł, to pozostanie nam znów marsz do schronów. Najpierw telefon do zbyszatego i rada by zadzwonić do polcia&szymaneq. Z kolei od nich dostajemy namiary na samego ojca założyciela, czyli przemo38. Całe szczęście, że keszerzy to mili i pomocni ludzie i widząc trud innych, zawsze chętnie pomogą. Dzięki przemo38 dotarliśmy w końcu do finału. Ale że i tak już było po zachodzie słońca, szukanie skrzynki w lesie po ciemku to dość ciekawe doświadczenie. Udało się tylko temu, że kordy jak na las są dość dokładne. Po otwarciu finałowej skrzynki trafiliśmy na prawdziwy skarb. Kilku litrowe wiaderko mieści sporo fajnych fantów i nawet ja, który zazwyczaj nie interesuje się zawartością z ciekawością rzuciłem okiem.
Po takim finale, morale mocno wzrosło i mimo, że zrobiła się już noc ciemna, zatrzymaliśmy się przy keszu "Indar7_Grodzisko w Małym Płocku" OP0ECD. Trzeba było zrobić mały spacer z latarkami przez łąkę. Kesz był tam gdzie wskazywała podpowiedź, ale żeby go wyciągnąć trzeba trochę pokombinować. A grodzisko, jak to grodzisko w nocy. Nic nie widać. Dobrze, że przejeżdżaliśmy koło niego jeszcze za dnia, więc przynajmniej miałem jakieś pojęcie o miejscu.
Z Małego Płocka ruszyliśmy w kierunku Jedwabnego. Oczywiście najkrótszymi, dostępnymi drogami. Miszka narzekał, że wyprowadziłem go gdzieś, gdzie zaraz drogi się skończą. Przez zakręty, skrzyżowania sam już myślałem, że pogubiłem się na mapie, ale nazwy wsi które mijaliśmy, przywracały wiarę w moje zdolności nawigatora. Bez błądzenia dotarliśmy do Jedwabnego i pomnika z keszem "ted37_Jedwabne" OP0526. Tragiczne miejsce, które rozpoczęło dyskusję nad postawami Polaków w czasie II wojny światowej, a niektórym uświadomiło, że nasz naród nie składa się tylko z szlachetnych bohaterów. Stojący na skraju śpiącego miasteczka robi mocne wrażenie. Co do kesza, myślałem, że ukryty jest przy pomniku, co wydawało mi się co najmniej dziwne, ale na szczęście się myliłem. Trochę tez się bałem, że go nie ma, bo ostatnie wpisy informowały o zaginięciu, ale widocznie poprzedni keszerzy słabo szukali.
Droga do domu była już miarę prosta i uznałem, że moje dalsze usługi pilota nie są potrzebne. By uczcić to niewątpliwie udane, ale i męczące keszowanie pozwoliłem sobie na dwa piwka. Co prawda, mieliśmy jeszcze w planie kesza "ted215_nad_Biebrza" OP1FAF i dotarliśmy na miejsce, ale skrzynki nie udało się znaleźć. Kordy prowadziły na łąkę, a przeszukanie wszystkich możliwych miejsc z podpowiedzi, także nic nie dało. Kto by się jednak przejmował tak małym niepowodzeniem. Bardziej żałowałem, że ciemności nie pozwoliły obejrzeć doliny Biebrzy, która rozciągała się przed nami. To był ostatni postój i już bez przeszkód dotarliśmy do Białegostoku. Czas pomyśleć nad kolejnym wyjazdem.
W Mężeninie odbiliśmy do drogi 679, która prowadzi aż do Łomży. Jednak po drodze czekały nas jeszcze trzy skrzynki. Pierwsza z nich "ted56_pomnik_400" OP05DE. Liczyłem, że do kesza da się dojechać autem. Niestety droga do niego prowadząca ma takie dziury, że bez dobrej terenówki nawet nie ma co się pchać. Trochę ruchu nikomu jeszcze nie zaszkodziło i przejście niecałego kilometra przy wschodzącym słońcu to czysta przyjemność. Pomnik upamiętnia 400 ofiar zamordowanych tu przez Niemców. I choć samo miejsce jest tragiczne, to z drugiej strony przez dęby tam rosnące nabiera piękna.
Kolejne miejsce straceń, zaledwie kilka kilometrów dalej. Trzy zbiorowe mogiły rozrzucone w lasach koło Giełczyna. Przy każdej jest kesz. Jeden już był kiedyś znaleziony, ale przez ulewę która się wtedy rozpadała, zostały nam dwa zaległe. "Indar14_Zapomniany Gielczyn2" OP13FC, niestety skrzynki nie udało się odszukać. Jak czytam logi, nie tylko my mieliśmy problemy z namierzeniem właściwego pieńka. A w zasadzie jedynego, który został po porządkach. Może jeszcze tu kiedyś wrócę jak będę miał więcej czasu. Za to przy kolejnej, "Mońka2_Zapomniany Giełczyn3" OP13FD, pełen sukces. Mimo, że pieniek w którym jest ukryta to teraz bardziej mała kupka próchna, która pewnie niedługo zniknie z powierzchni ziemi. A jeżeli chodzi o same pomniki, to przynajmniej ktoś zadbał o ich otoczenie. Wycięto krzaki, zlikwidowano pokrzywy o których wspominali inni keszerzy. Tylko same monumenty wciąż przygnębiają starymi ogrodzeniami i betonem dla którego czas nie ma litości. Nawet zerdzewiała tablica z fotek opisu wciąż stoi.
Opuściliśmy Giełczyn w stronę cywilizacji miejskiej, czyli Łomży. Na pierwszy ogień poszła "Skrzynka podróżnika" OP6C5F. By ją znaleźć, trzeba było odrobić pracę domową.Wiadomo było że szukać trzeba pod słupem wysokiego napięcia. Zajrzałem na Geoportal i znalazłem linię i słup pod który da się podjechać. Już na miejscu okazało się że trafiłem w punkt, ale przestrzelenie kordów przez autora o 300m. to jednak wyczyn. Przynajmniej trochę dzikich malin skubnęliśmy, które akurat tam rosną.
Kolejny punkt na mapie czyli "Ołtarz papieski" OP6199. Podpowiedź, że ukryta w dziurze. Problem z tym, że tych dziur całkiem sporo, a niektóre takie, że nawet w rękawiczce rąk się nie chce wkładać. W końcu znaleźliśmy inną od wszystkich, czystą i z pustym workiem w środku. Może to worek po keszu? Tak uznaliśmy i już nie chciało się szukać dalej. Zostało tylko obejrzeć kościół. Do środka nawet nie chciało mi się zaglądać. A z zewnątrz, no cóż, nowoczesna architektura sakralna. Podejrzewam, że architekci którzy je projektują mają jakieś wewnętrzne zawody, komu uda się stworzyć większy koszmarek.
Dwa następne kesze schowane były przy Alei Legionów. "Budynek starego więzienia" OP501E i "Park Ludowy" OP714C. Oba niby przy jednej z głównych ulic w Łomży, ale mimo to wokół panuje tak mały ruch, że można je spokojnie podjąć. Urok małych, sennych miast.
Na ten spokój liczyliśmy też przy keszu "Stary Cmentarz" OP6192. Nie zawiedliśmy się, ale skrzynki nie udało się znaleźć. Nie wiem czy to pech, czy jakaś ślepota. To już trzecia nasza nieznaleziona. Czyżby plan zaczynał się sypać? Trochę niezadowoleni podjeżdżamy pod kolejną, czyli "ted_105_Lomza_Katedra" OP07A0. Przy naszej ostatniej wizycie była zagubiona, ale na szczęście dobrzy ludzie ją reaktywowali. Po wpisaniu się nie mogłem przepuścić okazji by zajrzeć do katedry, której wnętrze tonie w majestatycznym półmroku.
Katedra stoi na terenie, który zazwyczaj nazywa się Starym Miastem. Wąskie, brukowane uliczki, stare kamienice. Tylko szkoda, że to w Łomży jest dość małe i pewnie da się je przejść szybkim krokiem w pięć minut. I właśnie w takim czasie dotarliśmy na jego skraj, czyli kesza "Muzeum" OP24B5. Trochę szkoda że w opisie jest tak mało informacji o budynku przy którym ukryto skrzynkę. A to, że obecnie dom niszczeje jest już dla mnie niepojęte. Stoi chyba w jednym z piękniejszych miejsc miasta, z wspaniałym widokiem na pobliską Piątnicę.
W Łomży została nam jeszcze jedna skrzynka, "Park Jakuba Wagi" OP5123. Ostatnim razem nie udało nam się znaleźć, bo skupiliśmy się na truchle wrony, gdy tymczasem skrzynka była ukryta trochę gdzie indziej.
Czas opuścić miasto, na zachód. Do dwóch skrzynek przy cmentarzach wojennych z I wojny światowej. "Indar8_Cmentarz żołnierzy niemieckich z I wojny światowej" OP123A i "Indar21_Kolejny cmentarz z I WŚ" OP186A. Dwa niewielkie cmentarze przy samej drodze do Ostrołęki. Parę razy tamtędy przejeżdżałem i o ile na ten pierwszy zwracałem uwagę, to ten drugi zawsze mi umykał. A warto tam się zatrzymać. Nie licząc nowego betonowego płotu, prezentuje się wspaniale. Na środku obelisk dla poległych w tym rejonie w sierpniu 1915r. Wokół kamienne nagrobki. Tylko szkoda że nie ma już orła na szczycie obelisku, o którym w opisie wspomina Indar. Ale przynajmniej powycinano krzaki, dzięki czemu w ogóle go widać.
Zaraz za cmentarzem skręcamy w prawo w drogę 648 do Nowogrodu. Małe miasteczko nad Narwią. Szybko zahaczamy o virtuala "bio5_011 - Skansen w Nowogrodzie" OP0533. Tym razem wyprawa jest wybitnie keszowa i zwiedzanie zostawiamy sobie na inną okazję. Dłuższy postój zrobiliśmy sobie przy skrzynce "Indar15_SGO Narew" OP13EA. Głównie z powodu dzieciaków, które przyszły tu ze szkoły na wycieczkę. Był czas na przegryzienie małego co nie co i łyk kawy. A w tak pięknym miejscu, nad samym brzegiem Narwi, smakuje podwójnie. W końcu dzieciaki sobie poszły i można w spokoju obejrzeć schron jak i odszukać skrzynkę. O miejscu można dowiedzieć się więcej z tablic tu ustawionych. W wielkim skrócie, we wrześniu 1939r. tutaj, tak jak w pobliskiej Wiźnie były ciężkie walki z Niemcami. Wiznę rozsławił szczególnie Sabaton, jednym ze swych kawałków. Osobiście uważam, że pozostałości wojenne w Nowogrodzie są dużo ciekawsze do obejrzenia.
Przy moście na Narwi stoi dość dobrze zachowany, kolejny polski schron z września 39. Na szczycie zachowała się metalowa kopułka strzelnicza. Nie wiem czy to oryginał, czy powojenna rekonstrukcja, ale że nie przetrwało zbyt dużo podobnych obiektów, warto było się tu wybrać, by go obejrzeć. Całości dopełnia czołg na szczycie pobliskiego wzniesienia. T34/85 czyli po polsku "Rudy". Gdzieżby mogła być skierowana lufa, jeżeli nie na zachód? Niezły żart historyczny. Upamiętniać polski wrzesień radzieckim czołgiem. Szkoda tylko, że okolica trochę zaśmiecona. Na szczęście skrzynka "Indar - Czołg" OP0D59, ukryta jest w pewnym oddaleniu i śmieciarze już do niej nie dotarli.
Drogą, którą według drogowskazów można dotrzeć do Olsztyna podjechaliśmy kilka kilometrów do kesza "Indar11_Pozycja Pisy (Galindestellung) - Punkt Oporu Zbójna" OP133E. Droga była w remoncie i nie było jak się zatrzymać. W końcu na chwilę zostały załączone światła awaryjne, a Miszka przeskoczył rów melioracyjny, który mi bardziej przypominał rów przeciwczołgowy. Malutki schron, który łatwo przegapić. A skrzynka jeszcze mniejsza. Myślałem że to żart założyciela, ale nie, kesz jest po tymczasowej reaktywacji i czeka na powrót do formy.
Wróciliśmy w stronę Nowogrodu, jednak tuż przed miasteczkiem odbiliśmy w lewo, by zdobyć małą serię skrzynek założonych przez przemo38 w Puszczy Kurpiowskiej. Autor pomyślał o pętli, którą najlepiej zdobyć rowerem, ale tak się składa, że keszerzy zrobili się strasznie wygodni i wszędzie docierają autem. Podejrzewam, że dlatego umyka część przyjemności w odszukiwaniu niektórych keszy. Tak w ogóle ich kolejność na mapie jest odwrotna do ruchu wskazówek zegara, a my postanowiliśmy objechać je w przeciwnym kierunku, czyli zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Jak już zaplątałem, to zaczynam. Na pierwszy ogień poszła "Choinka przed Morgownikami #14" OP5A74. Tutaj trzeba było mieć oczy dookoła głowy. Zza krzaka zawsze mógł wyskoczyć grzybiarz, których tutaj wcale nie brakowało. W każdym razie dwóch kolesi grzebiących w choince to widok co najmniej dziwny. Kolejny kesz "Ograniczenie #13" OP5A73, który ukryty jest w znaku drogowym. Myślałem, ze będzie to proste, ale na wąskiej, krętej drodze, znaków jak w Moskwie rakiet. Ale i tak udało się bez GPS. Podobnie jak następnego, czyli "Krzyż przy drodze do Jurek #12" OP5A72. Metalowy krzyż na postumencie, otoczony płotkiem. Ciekawie się prezentował w jesiennej scenerii.
Dotarliśmy do wsi Jurki i tu mieliśmy małą zagwozdkę. Dalsza droga, na mapie była zaznaczona przerywaną linią, czyli tak naprawdę może się skończyć w środku lasu. Szybka decyzja, jedziemy, najwyżej zawrócimy. Udało nam się dotrzeć w pobliże kesza "Urwisko nad Zrębiskiem #11" OP5A71. Trochę się jej naszukaliśmy, bo nie za bardzo wiedzieliśmy o co chodzi w podpowiedzi. Po znalezieniu kesza wszystko stało się jasne i oczywiste. Najlepsze było to, że skrzynka była dosłownie metr od plecaka, który odłożyłem na czas poszukiwań. Samo miejsce wręcz magiczne. Piękne zakole Pisy, które można obejrzeć ze skarpy. Wokół cisza jesiennego, słonecznego dnia. Od tego miejsca do dwóch następnych skrzynek ruszyliśmy pieszo. Przez las na azymut. Po drodze moc grzybów, które zbierał Miszka. W końcu stwierdził że wraca do auta i mieliśmy się spotkać przy keszu "Skok w bok - na Jazową Górę #9" OP5A6E. Zdążyłem odnaleźć skrzynkę, wpisać się, a kumpla nie widać. W końcu dociera zadowolony z łupu schowanego już w bagażniku w postaci sporej kolekcji grzybów. Mając nadzieję na kolejne idzie już ze mną do kolejnego kesza "Jazowa Góra #10" OP5A70. Niestety las grzybowy z niewiadomych powodów się skończył. Za to będąc już u celu można podziwiać chyba najpiękniejsze miejsce przy pętli wokół Pisy. Utworzyło się tu starorzecze, które powoli zarasta. Wciąż jednak widać, gdzie był nurt. Zachowała się też skarpa z ukrytą w pobliżu skrzynką. Całości dopełniał łabędź, majestatycznie pływając po swoim królestwie.
Wróciliśmy do auta i w drogę po ostatnią skrzynkę zagubioną przy bezdrożach leśnych, "Choinka za Dobrymlasem #8" OP5A6D. Choinek tu całkiem sporo, ale dzięki spoilerowi tą właściwą namierzyliśmy bez problemu. Zaraz za lasem zaczyna się wieś Dobry Las. Fajna nazwa dla tej niemałej wsi, ładnie rozłożonej nad Pisą. Zaraz za szkołą jest coś jakby boisko, otoczone siatką, a obok stoi kaplica z Nepomucenem w środku i kesz "Nepomuk #7" OP5A69. Do mostu może ze sto metrów, więc nie powinna dziwić, tylko stoi na terenie o którym ciężko powiedzieć czy jest prywatny, czy pod zarządem całej wsi? A jeszcze dodatkowy szok, kiedy my wchodzimy przez jedną furtkę, przez drugą, tę od terenu szkoły, dwaj panowie przeganiają krowy. Może to element akcji "szklana mleka", w tym przypadku z dostawą prosto od krowy?
Z tą zagadką ruszamy dalej, do skrzynki "Polana za Rudką Skrodzka #6" OP5A68. I znów dwóch dziwaków, przetrząsających choinkę. Długo się nad nie znęcaliśmy i po szybkiej akcji ruszyliśmy po kolejną, czyli "Most w Rudce Skrodzkiej #5" OP5A67. Z całej wsi miejsce z keszem jest najciekawsze. Most z jazem, którego wysokość można regulować za pomocą ciekawej maszynerii. Obok spory budynek młyna, który wciąż działa. Nie jest to zwykła sytuacja, bo większość małych, lokalnych młynów została zlikwidowana. Ten, dodatkowo zbudowany był w ciekawej technice. Dół murowany, środek szachulcowy, i sama góra drewniana.
Wracamy w końcu do drogi głównej, by na chwilę zatrzymać się przy kezu "Ostatnia przy asfaltowej szosie #4" OP5A66. Znaleziona jedynie przy pomocy spoilerów. Co ciekawe, miejsce lepiej się prezentuje na zdjęciach niż w rzeczywistości.
Kolejny kesz "Indar12_Cmentarz wojenny z I WŚ w Serwatkach" OP133F, choć na szlaku, nie należy do serii. Na miejscu krzyż i tablica dla poległych żołnierzy. Nie za bardzo wiadomo jakiej armii. Na ogrodzeniu zawiązane tylko dwie wstążeczki. Jedna w barwach flagi rosyjskiej, druga w kolorach czerwono - czarnym. Z kolei te kolory kojarzą mi się z Niemcami. Może w tej bezimiennej mogile leżą żołnierze obu armii?
Do końca objazdu serii zostały nam trzy skrzynki. Dwie tak naprawdę bez historii, "Na skraju lasu #3" OP5A65 i "Przed drogowskazem "Ptaki 0,2" #2" OP5A64. Akurat na rozprostowanie nóg i odpoczynek od dziurawej drogi. Kończymy przy skrzynce, która miała być pierwsza, "Most na Pisie w Morgownikach #1" OP5A63. Przeszedłem się przez most, podziwiając rzekę w dole, która zaraz zakończy swój bieg wpadając do Narwi. Dzięki OC poznałem trochę tę rzekę i podoba mi się ona. Niespodziewanie szeroka z urozmaiconymi brzegami i co najważniejsze, czysta. Polecam zajrzeć w tamte tereny, bo naprawdę warto.
Przed nami kolejna seria keszy przemo38, seria bunkrów Linii Mołotowa w rejonie wsi Mściwuje. Z jednej strony po przeczytaniu opisów wiedziałem, że żadna ze skrzynek nie jest schowana w ekstremalny sposób. Nigdzie nie trzeba się wspinać, nigdzie schodzić na dolne poziomy. Z drugiej strony, z doświadczenia wiem, że często zdarzają się strome skarpy, zwaliska gruzu na których łatwo o wypadek. Na szczęście od czego jest kolega i jak nie będę dał rady, to zawsze można po prostu postać przed bunkrem i poczekać, aż kesz sam przyjdzie. Pocieszając się tą myślą ruszyłem zdobywać sowieckie umocnienia. W Mściwujach skręciliśmy w mocno lokalną drogę na pola. Pewnie po deszczach w ogóle się nie da po niej jeździć osobówką. Daleko nie ujechaliśmy i już trzeba się zatrzymać i iść po kesza "Linia Mołotowa - PO Mściwuje #5" OP678D. Początkowo myślałem, że schron był wysadzony. Jednak jak się okazuje, był po prostu nieukończony. Dzięki temu mamy okazję obejrzeć przekrój bunkra. Bez ścian i dachu nie wygląda zbyt imponująco. Gdybym zobaczył go jako pierwszy w swym życiu, uznałbym, że bunkry to jakieś małe, betonowe skorupki, które nie wiedzieć czemu są ciężkie do zdobycia. A wracając do kesza okazał się trudny do znalezienia. Jeszcze nie wiedzieliśmy czego można sie spodziewać i tylko dzięki Miszce i jego interpretacji cienia na spoilerze udało się odnaleźć skrzynkę.
Następna skrzynka "Linia Mołotowa - PO Mściwuje #4" OP678C dostępna jedynie po małym spacerze przez pola. Całe szczęście, że już dawno po żniwach i nie musieliśmy wchodzić nikomu w szkodę. Tyle że idąc przez pole, kurzyło się strasznie na kurpiowskich piaskach. Tu pojawiła się pierwsza przeszkoda w postaci stromego nasypu, ale powoli dałem radę i już w bunkrze kesz został sprawnie namierzony. Przy okazji zwróciłem uwagę na to, że bunkier mimo bliskości wsi był prawie w ogóle nie zaśmiecony. Pozostałe schrony też nie tonęły w śmieciach. Widocznie bardzo kulturalni ludzie tu żyją.
Wracamy do auta by podjechać jedynie kilkaset metrów i tym razem przez łąkę dostać się do "Linia Mołotowa - PO Mściwuje #6" OP678E. Na poszukiwania straciliśmy mnóstwo czasu. Może z powodu braku spoilera, jedynego którego nie miałem. Ale i tak mimo braku tegoż, nie powinno nam to zająć tyle czasu, mając nawet tylko podpowiedź. Skrzynka ukryta w tak oczywistym miejscu i wręcz widocznym, że innego wytłumaczenia na naszą ślepotę niż jakieś czary, nie mogę znaleźć. I przypomnieliśmy sobie, że z logobooków trzeba spisywać cyferki potrzebne do finału, ale o tym jeszcze napiszę.
I znów podjazd kilkaset metrów. I znów podejście przez pole do kesza "Linia Mołotowa - PO Mściwuje #9" OP6791. Całe szczęście, że tym razem na polu swój ślad zostawił ciągnik i szło się jak ścieżką. Schron jest tak usytuowany, że dopiero przy podejściu widać jego ogrom. Niemcy tu się nie popisali i zniszczenia są raczej niewielkie. Można by rzec, że zrobili jedynie dogodne wejście do środka.
Kolejny schron "Linia Mołotowa - PO Mściwuje #10" OP6792 to już niestety mała kupa gruzów, ledwo widoczna zza gęstych krzaków. Wobec tego kesz nie jest schowany w rumowisku, ale obok i trzeba przyznać, że dość sprytnie.
Wjechaliśmy do lasu gdzie ukryte są trzy schrony. Zaparkowaliśmy przy wieży przeciwpożarowej i z GPS-em ruszyliśmy na poszukiwania. Pierwszy schron "Linia Mołotowa - PO Mściwuje #13" OP6795 ukryty na granicy pola i lasu. Sympatyczny maluch, przeznaczony tylko pod jeden CKM. Przynajmniej nie było dużo miejsc do przeszukania. Następny to "Linia Mołotowa - PO Mściwuje #12" OP6794. Podeszliśmy do niego od tyłu i dopiero w odległości 5-10 metrów go zobaczyliśmy, tak świetnie się maskuje, choć od przodu z pewnością nie da się go nie zauważyć. No i został nam ostatni z małej grupki, czyli "Linia Mołotowa - PO Mściwuje #11" OP6793. Dość skutecznie wysadzony, ale nie na tyle by nie można było jeszcze dostrzec pierwotnej bryły. Trochę się zastanawiałem co oznacza podpowiedź w cudzysłowie, ale jak się okazało trzeba brać ją dosłownie. I tak postąpił Miszka, nie bawiąc się w interpretacje, szybko wygrzebał skrzynkę. Został nam jeszcze powrót do auta metodą na azymut. Nie wiem czy to był dobry pomysł, bo marsz pod strome górki, a potem przez równie strome zejścia z przekraczaniem resztek transzei do prostych nie należał. A z pewnością dawno tak się nie zmęczyłem.Całe szczęście następny schron "Linia Mołotowa Rejon Mściwuje Suplement #1" OP6861 był dość daleko i miałem okazję odsapnąć. A już na miejscu czekała na mnie nagroda w postaci niesamowitego widoku na okolicę. Schron, a przed nim krzyż przydrożny, także fajnie się komponują. Dzięki tak wspaniałemu miejscu, wstąpiły we mnie nowe siły na dalsze keszowanie Do tego przyzwoita skrzynka i zielona gwiazdka w pełni zasłużona.
Korzystając z chwili przerwy, zastanawiamy się jak podejść pozostałe schrony. Czy zaatakować od zachodu, czy od wschodu, od strony Małego Płocka. Wybór pada na drugą opcję, bo nie trzeba cały czas wracać dziurawą polną drogą, a można skorzystać z asfaltu. W ogóle serię tych bunkrów najlepiej zdobywać zgodnie z numeracją, nie trzeba wtedy nadrabiać drogi. My zaczęliśmy od środka i nadrobiliśmy z dwa, trzy kilometry. Może niewiele, ale po co w ogóle krążyć bez sensu.
Kolejny schron, "Linia Mołotowa - PO Mściwuje #1" OP678A, wydawał się łatwy do zdobycia. Wjechaliśmy w leśną drogę prowadzącą do jakiejś wsi. Po zaparkowaniu poszliśmy na azymut przez las. Po drodze czekała nas niespodzianka w postaci szerokiej rzeczki. Miszka wypatrzył prowizoryczny mostek z gałęzi. I o ile on nie miał żadnego problemu z przejściem, dla mnie wydawało się to przeszkodą nie do pokonania. Stanęło na tym, że po prostu sam pójdzie po kesza, a ja poczekam. Jednak w myśl zasady, "co, ja k... nie dam rady?" dorzuciłem kilka gałęzi, znalazłem mocny patyk i w ten sposób przeszedłem mostek. Zajęło mi to sporo czasu i już nie pomogłem w poszukiwaniach. Na powrót tą samą droga już się nie zdecydowałem, i poszedłem do pobliskiej asfaltówki. Jak się okazało do przejścia było może ze 100m. więcej ale po normalnym, równym terenie.
Znów podjazd kilkaset metrów, postój i krótki spacer przez las do kesza "Linia Mołotowa - PO Mściwuje #2" OP6172. Kolejny mały schron i wydawało się że nie będzie problemu z poszukiwaniami. Okazało się, że skrzynka ukryta jest w sprytny sposób i zeszła nam chwila na poszukiwania.
Po drugiej stronie asfaltowej drogi czekały jeszcze dwa bunkry. Pierwszy z nich, "Linia Mołotowa - PO Mściwuje #7" OP678F, w wyniku wysadzenia zapadł się w sobie. To było jedno z miejsc, gdzie sam miałbym mały problem z poszukiwaniami. Ja przeszukiwałem te mniej nachylone gruzy, Miszka te bardziej i to on złowił kesza. Po szybkiej akcji czas na kolejny schron, "Linia Mołotowa - PO Mściwuje #8" OP6790. Miejsce wybitnie brudzące. By wejść do środka, trzeba przejść na czworakach. Przez ten mały otwór w środku jest słaba cyrkulacja powietrza, a co za tym idzie gorąco i wilgotno. Latają też jakieś bliżej nie zidentyfikowane muszki. Całe szczęście przez małość pomieszczenia, kesz znaleziony w chwilę i można się było ewakuować.
Przed nami ostatni, tradycyjny kesz z serii, "Linia Mołotowa - PO Mściwuje #3" OP678B. Drugi, który był poza bunkrem, co mnie nawet ucieszyło, bo sam schron jest w stanie poważnej ruiny. W czasie kiedy ja się wpisywałem, i odkładałem kesza, Miszka zajął się reperowaniem zamka w aucie, a i tak musiałem w końcu pomóc, bo do domu pewnie wracalibyśmy z otwartymi drzwiami.
Została nam jeszcze wisienka na torcie, czyli skrzynka "Linia Mołotowa - PO Mściwuje FINAŁ" OP6796. Jak wspominałem wcześniej, zapomnieliśmy w dwóch pierwszych punktach spisać cyferki i z obliczeń nic nie będzie. Zmęczeni całodziennym, intensywnym keszowaniem decydujemy się zadzwonić z prośbą o pomoc. Jeżeli nikt nie będzie mógł, to pozostanie nam znów marsz do schronów. Najpierw telefon do zbyszatego i rada by zadzwonić do polcia&szymaneq. Z kolei od nich dostajemy namiary na samego ojca założyciela, czyli przemo38. Całe szczęście, że keszerzy to mili i pomocni ludzie i widząc trud innych, zawsze chętnie pomogą. Dzięki przemo38 dotarliśmy w końcu do finału. Ale że i tak już było po zachodzie słońca, szukanie skrzynki w lesie po ciemku to dość ciekawe doświadczenie. Udało się tylko temu, że kordy jak na las są dość dokładne. Po otwarciu finałowej skrzynki trafiliśmy na prawdziwy skarb. Kilku litrowe wiaderko mieści sporo fajnych fantów i nawet ja, który zazwyczaj nie interesuje się zawartością z ciekawością rzuciłem okiem.
Po takim finale, morale mocno wzrosło i mimo, że zrobiła się już noc ciemna, zatrzymaliśmy się przy keszu "Indar7_Grodzisko w Małym Płocku" OP0ECD. Trzeba było zrobić mały spacer z latarkami przez łąkę. Kesz był tam gdzie wskazywała podpowiedź, ale żeby go wyciągnąć trzeba trochę pokombinować. A grodzisko, jak to grodzisko w nocy. Nic nie widać. Dobrze, że przejeżdżaliśmy koło niego jeszcze za dnia, więc przynajmniej miałem jakieś pojęcie o miejscu.
Z Małego Płocka ruszyliśmy w kierunku Jedwabnego. Oczywiście najkrótszymi, dostępnymi drogami. Miszka narzekał, że wyprowadziłem go gdzieś, gdzie zaraz drogi się skończą. Przez zakręty, skrzyżowania sam już myślałem, że pogubiłem się na mapie, ale nazwy wsi które mijaliśmy, przywracały wiarę w moje zdolności nawigatora. Bez błądzenia dotarliśmy do Jedwabnego i pomnika z keszem "ted37_Jedwabne" OP0526. Tragiczne miejsce, które rozpoczęło dyskusję nad postawami Polaków w czasie II wojny światowej, a niektórym uświadomiło, że nasz naród nie składa się tylko z szlachetnych bohaterów. Stojący na skraju śpiącego miasteczka robi mocne wrażenie. Co do kesza, myślałem, że ukryty jest przy pomniku, co wydawało mi się co najmniej dziwne, ale na szczęście się myliłem. Trochę tez się bałem, że go nie ma, bo ostatnie wpisy informowały o zaginięciu, ale widocznie poprzedni keszerzy słabo szukali.
Droga do domu była już miarę prosta i uznałem, że moje dalsze usługi pilota nie są potrzebne. By uczcić to niewątpliwie udane, ale i męczące keszowanie pozwoliłem sobie na dwa piwka. Co prawda, mieliśmy jeszcze w planie kesza "ted215_nad_Biebrza" OP1FAF i dotarliśmy na miejsce, ale skrzynki nie udało się znaleźć. Kordy prowadziły na łąkę, a przeszukanie wszystkich możliwych miejsc z podpowiedzi, także nic nie dało. Kto by się jednak przejmował tak małym niepowodzeniem. Bardziej żałowałem, że ciemności nie pozwoliły obejrzeć doliny Biebrzy, która rozciągała się przed nami. To był ostatni postój i już bez przeszkód dotarliśmy do Białegostoku. Czas pomyśleć nad kolejnym wyjazdem.
czwartek, 26 września 2013
Ćwierć udanego keszowania
To miała być przejażdżka po trzy kesze. Udało się zdobyć jeden. Oto krótka historia jak do tego doszło.
Pierwszy błąd popełniłem przez zbyt późny wyjazd. Aha, nie wspomniałem gdzie się wybrałem. Na północ od Białegostoku, do Rybnik i pobliskiego rezerwatu Krzemianka. Około 20km. w jedną stronę. Póki zrobiłem sobie obiad, pozmywałem i już było około piętnastej. Nie zrażony tym, ruszyłem śmiało przed siebie. Do Jurowiec znaną już drogą. Tak sobie myślę, że coś często tam ostatnio jeżdżę. Pewnie przez świetne warunki dla roweru. Jak nie ścieżka rowerowa, to lokalna droga z małym ruchem. Tym razem z Jurowiec odbiłem na Wasilków, ale przed tym ostatnim miasteczkiem skręciłem na Sochonie. Cóż by tu rzec o tej wsi? Rezydencje podmiejskie, zdarzają się szeregówki, nawet nie zauważyłem typowych wiejskich gospodarstw. Jednak przy końcu wsi stoi samotny, stary krzyż. Wydaje mi się że zgodnie z tradycją, jeżeli część w ziemi przegnije, ucina się ją i znów wkopuje. A tak w ogóle coraz mniej już drewnianych krzyży. Owszem, zastępują je nowe, metalowe, ale nie mają już tej magii.
Zaraz za wsią Sochonie zaczynają się Woroszyły. Powitał mnie smród, chyba z fermy drobiu. Z nią graniczy wspaniała posesja. Nie wiem czy to właściciel, czy po prostu sąsiad, ale zastanawiałem się jak tam w ogóle można mieszkać. Co mnie bardziej zaciekawiło to sama nazwa wsi. Aż sprawdziłem w necie czy nie ma jakichś związków z Klimentem Woroszyłowem, ale nic nie znalazłem. To co jednak najciekawsze we wsi, to nieczynny młyn nad rzeczka Czarną. Podejrzewam że przy budynku nad wodą była jakaś drewniana konstrukcja, podtrzymująca napęd młyna. Niestety nic poza budynkiem się nie zachowało. A do środka nie da się zajrzeć.
Kończą się Woroszyły i już widać Wólkę Poduchowną. Na rozstaju dróg stoi kapliczka słupowa. Już tu kiedyś byłem, bo przy niej ukryty jest kesz Mieszka, który zresztą już mam w kolekcji. Zajrzałem do opisu skrzynki, a szczególnie fotek i niestety widać upływający czas. Wtedy jeszcze może stara, ale trzymająca się prosto i dumnie. Z figurką w środku. Dziś, górna część coraz bardziej przygięta do ziemi, figurka zniknęła, nawet może nie ukradziona, a zwyczajnie wypadła i została zabrana przez dobrych ludzi. Aż strach, że najbliższej zimy może nie przetrzymać.
Kiedy byłem przy kapliczce rozpadał się deszcz. Skorzystałem więc z okazji, zjadłem batona, popiłem izotonikiem i... jeszcze parę minut posiedziałem. W końcu jedna chmura przeszła i mogłem ruszać dalej. Nie ujechałem zbyt daleko, bo zaledwie kilometr za ostatnie zabudowania Wólki, znów się rozpadało. Tym razem deszcz był mocniejszy i jeszcze dłuższy. Nie pozostało mi nic innego niż schronić się pod rozłożystym świerkiem i przeczekać. A czas płynie.
W końcu doczekałem się końca opadów i mogłem ruszyć ku skrzynce "Tajemnice bobrow (wojtech_2)" OP0018. Już na miejscu okazało się że poza kordami nie mam żadnych innych wskazówek. Ani opisu, ani pomocnych zdjęć. Bądź mądry i szukaj kesza w lesie. Nie wiem na co liczyłem, chyba tylko na szczęście. To tu patykiem grzebnąłem, to tam ręka sprawdziłem czy ziemia nie jest podejrzanie miękka. Ot tak, by ściółki nie niszczyć. Prawdę mówiąc sensu w tym było niewiele, ale jak się okazało, nawet nie wiem kiedy minęło pół godziny. W końcu wykonałem telefon do przyjaciela, który tyle wniósł, że wiedziałem iż nie ma już sensu szukać bez zdjęć.
Pomknąłem więc do pobliskiej skrzynki "T_E_D_1" OP0410. Skrzynka w lesie pokazująca, co zaskakujące, las. Nie w tym jest jej siła. To pierwsza skrzynka teda, swego czasu najbardziej aktywnego keszera na Podlasiu. A także jednego z pionierów tej zabawy w naszym regionie. Wyciągając skrzynkę, wyciągnąłem też kawałek historii. Gdzie bym nie znalazł takiej wiekowej skrzynki, zawsze dostaje ode mnie ocenę znakomitą.
W planach była jeszcze skrzynka keszera burza w rezerwacie Krzemianka. Jednak słońce już powoli chyliło się ku zachodowi, a do domu daleko. Zawróciłem do wsi Rybniki. Na podstawie zdjęcia poniżej, można by pomyśleć, że to cicha, spokojna wieś w dolinie. I pewnie by tak było, gdyby nie krajowa "ósemka", którą bez przerwy mkną ciężarówki.
Pierwszy błąd popełniłem przez zbyt późny wyjazd. Aha, nie wspomniałem gdzie się wybrałem. Na północ od Białegostoku, do Rybnik i pobliskiego rezerwatu Krzemianka. Około 20km. w jedną stronę. Póki zrobiłem sobie obiad, pozmywałem i już było około piętnastej. Nie zrażony tym, ruszyłem śmiało przed siebie. Do Jurowiec znaną już drogą. Tak sobie myślę, że coś często tam ostatnio jeżdżę. Pewnie przez świetne warunki dla roweru. Jak nie ścieżka rowerowa, to lokalna droga z małym ruchem. Tym razem z Jurowiec odbiłem na Wasilków, ale przed tym ostatnim miasteczkiem skręciłem na Sochonie. Cóż by tu rzec o tej wsi? Rezydencje podmiejskie, zdarzają się szeregówki, nawet nie zauważyłem typowych wiejskich gospodarstw. Jednak przy końcu wsi stoi samotny, stary krzyż. Wydaje mi się że zgodnie z tradycją, jeżeli część w ziemi przegnije, ucina się ją i znów wkopuje. A tak w ogóle coraz mniej już drewnianych krzyży. Owszem, zastępują je nowe, metalowe, ale nie mają już tej magii.
Zaraz za wsią Sochonie zaczynają się Woroszyły. Powitał mnie smród, chyba z fermy drobiu. Z nią graniczy wspaniała posesja. Nie wiem czy to właściciel, czy po prostu sąsiad, ale zastanawiałem się jak tam w ogóle można mieszkać. Co mnie bardziej zaciekawiło to sama nazwa wsi. Aż sprawdziłem w necie czy nie ma jakichś związków z Klimentem Woroszyłowem, ale nic nie znalazłem. To co jednak najciekawsze we wsi, to nieczynny młyn nad rzeczka Czarną. Podejrzewam że przy budynku nad wodą była jakaś drewniana konstrukcja, podtrzymująca napęd młyna. Niestety nic poza budynkiem się nie zachowało. A do środka nie da się zajrzeć.
Kończą się Woroszyły i już widać Wólkę Poduchowną. Na rozstaju dróg stoi kapliczka słupowa. Już tu kiedyś byłem, bo przy niej ukryty jest kesz Mieszka, który zresztą już mam w kolekcji. Zajrzałem do opisu skrzynki, a szczególnie fotek i niestety widać upływający czas. Wtedy jeszcze może stara, ale trzymająca się prosto i dumnie. Z figurką w środku. Dziś, górna część coraz bardziej przygięta do ziemi, figurka zniknęła, nawet może nie ukradziona, a zwyczajnie wypadła i została zabrana przez dobrych ludzi. Aż strach, że najbliższej zimy może nie przetrzymać.
Kiedy byłem przy kapliczce rozpadał się deszcz. Skorzystałem więc z okazji, zjadłem batona, popiłem izotonikiem i... jeszcze parę minut posiedziałem. W końcu jedna chmura przeszła i mogłem ruszać dalej. Nie ujechałem zbyt daleko, bo zaledwie kilometr za ostatnie zabudowania Wólki, znów się rozpadało. Tym razem deszcz był mocniejszy i jeszcze dłuższy. Nie pozostało mi nic innego niż schronić się pod rozłożystym świerkiem i przeczekać. A czas płynie.
W końcu doczekałem się końca opadów i mogłem ruszyć ku skrzynce "Tajemnice bobrow (wojtech_2)" OP0018. Już na miejscu okazało się że poza kordami nie mam żadnych innych wskazówek. Ani opisu, ani pomocnych zdjęć. Bądź mądry i szukaj kesza w lesie. Nie wiem na co liczyłem, chyba tylko na szczęście. To tu patykiem grzebnąłem, to tam ręka sprawdziłem czy ziemia nie jest podejrzanie miękka. Ot tak, by ściółki nie niszczyć. Prawdę mówiąc sensu w tym było niewiele, ale jak się okazało, nawet nie wiem kiedy minęło pół godziny. W końcu wykonałem telefon do przyjaciela, który tyle wniósł, że wiedziałem iż nie ma już sensu szukać bez zdjęć.
Pomknąłem więc do pobliskiej skrzynki "T_E_D_1" OP0410. Skrzynka w lesie pokazująca, co zaskakujące, las. Nie w tym jest jej siła. To pierwsza skrzynka teda, swego czasu najbardziej aktywnego keszera na Podlasiu. A także jednego z pionierów tej zabawy w naszym regionie. Wyciągając skrzynkę, wyciągnąłem też kawałek historii. Gdzie bym nie znalazł takiej wiekowej skrzynki, zawsze dostaje ode mnie ocenę znakomitą.
W planach była jeszcze skrzynka keszera burza w rezerwacie Krzemianka. Jednak słońce już powoli chyliło się ku zachodowi, a do domu daleko. Zawróciłem do wsi Rybniki. Na podstawie zdjęcia poniżej, można by pomyśleć, że to cicha, spokojna wieś w dolinie. I pewnie by tak było, gdyby nie krajowa "ósemka", którą bez przerwy mkną ciężarówki.
Choć nie często tak postępuję, tym razem postanowiłem wrócić po śladach. Zresztą by nie nadkładać dużo drogi, nie miałem wielkiego wyboru. Zaczęło też się robić przenikliwie zimno. Przeszywało do szpiku kości, a jazda z górki zawsze tak przyjemna, jeszcze to uczucie potęgowała. W końcu dotarłem do rozjazdu w Sochoniach. I tu pojawił się dylemat. Jechać dalej po śladzie, czy może ścieżką wzdłuż torów kolejowych, które były niedaleko. Wybrałem ścieżkę, bo to jednak trochę skracało trasę do Białegostoku. Może nie wygląda najlepiej i jest wąska, ale polecam, bo jedzie się po niej znakomicie. I nawet to, że dwa razy trzeba przenosić rower przez tory nie jest problemem. Tym razem mój wybór był nagrodzony małym bonusem w postaci widoku rozlewisk wieczorową porą.
I to mógłby być koniec opowieści jak zziębnięty dotarłem do domu. Jednak już w mieście pewien kierowca wymusił na mnie pierwszeństwo. Nie przesadzę, ale od tego bym znalazł się w jego boku brakowało centymetrów. I jedynie to, iż puściłem hamulce i odbiłem kierownicą zawdzięczam że jestem cały. Za to jak się zatrzymałem poczułem wręcz gorąco. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo przynajmniej już na resztę drogi do domu mogłem trochę polar rozpiąć.
poniedziałek, 23 września 2013
Tryczówka
Nosiło mnie ostatnio z myślą by przejechać się gdzieś dalej. Fajnie się kręcić po mieście i bliskich okolicach, ale i trochę dalej wyskoczyć by się zdało. Myślałem i wymyśliłem. Kółko przez Tryczówkę. 50km. wydawało się w sam raz. I wtedy zaczął padać deszcz. I padał trzy dni. W końcu w niedzielne popołudnie zrobiła się pogoda zachęcająca do jazdy.
Zaraz za rogatkami miasta, w Stanisławowie nadeszła nie wiadomo skąd chmura. Popadało jednak pięć minut i można było jechać dalej. A już się bałem że trzeba wracać nim się jeszcze dobrze zaczęło. Wspomniane Stanisławowo, jak i inne wsie tuż za Białymstokiem, np: Solniczki czy Skrybicze tracą swój wiejski charakter na rzecz podmiejskich rezydencji, których mieszkańcy nie mają nic wspólnego z rolnictwem. Jednak z czasem oddalania się od miasta, proporcje się zmieniają na rzecz rolników. Przypomina o tym szczególnie zapach sianokiszonki.
W końcu wyjechałem ze zwartej zabudowy i droga prowadziła wśród pól i lasów. Niestety, chociaż droga jest w nie najlepszym stanie i jest mocna lokalna, ruch był spory. Mimo to udało mi się spotkać ptaka, który wyglądał jak czapla biała. Początkowo myślałem że to bocian, który z jakiegoś powodu nie odleciał. Mogłem podjechać na jakieś 300m. i wtedy stwierdziłem ze udało mi się spotkać tego rzadkiego ptaka. Niestety aparat jaki mam, na tę odległość robi raczej słabe zdjęcia i to co uchwyciłem to jedynie biały kontur na tle zalanej łąki.
Jechało mi się bardzo dobrze. Pola poprzecinane niewielkimi lasami. Teren w miarę płaski, więc i tempo raczej dobre. Ale że rower to mimo wszystko powolny pojazd (w sensie wycieczek turystycznych), to i była dobra okazja do popatrzenia na okolice w które niezbyt często się zapuszczam.
Niedługo, i tak już dość wąska droga, zwęziła się jeszcze bardziej. Asfaltu na szerokość jednego auta, a reszta to żwirówka z takimi dziurami, ze nijak po niej nie da się jechać. Oczywiście stoi znak ostrzegawczy i tabliczka informująca o przeznaczeniu drogi do remontu. Ale już chyba nikt nie pamięta ile lat nasi drogowcy zabierają się za remont.
P drodze mijałem pojedyncze gospodarstwa. Szczególnie w pamięci utkwiło mi to, gdzie na pobliskiej łące wypasało się spore stado czerwonych krów. Niby nic, a jednak to rzadki widok w naszym regionie nastawionym na produkcję mleka, a co za tym idzie krowy czarno-białe. I tak w końcu dotarłem do Rzepnik. Niewielka wieś, jakich wiele. I pewnie nawet bym się nie zatrzymał, gdyby nie niecodzienna tablica.
Zaraz za Rzepnikami odbiłem w drogę gruntową. Lekko wyboista, ale naprawdę niezła do jazdy. Chyba po 2 - 3km zaczęła się wieś Tryczówka. Uśpiona w leniwe, niedzielne popołudnie. Co mi nawet odpowiadało, bo mogłem bez przeszkód podjąć kesza "TOM-XII Tryczówka" OP4335. Strzeżony przez oddział czarnych mrówek, przez co kesz ma bardzo intensywny, dla niektórych nieprzyjemny zapach. Co prawda jesień się zbliża, co czuć już w powietrzu, to jednak liście jeszcze się trzymają i poza małymi wyjątkami, nie chcą zmieniać kolorów. Trochę szkoda, bo aż chciałoby się obejrzeć okolice kesza w jesiennej scenerii. Za to mały strumyk Mieńka przybrał sporo na sile i ładnie się rozlał.
Przy końcu wsi, na wzniesieniu stoi mały, prosty wiejski kościół. Niby nic, ale moją uwagę zwróciły dwie figury na szczycie ściany frontowej. W oryginale zapewne białe, ale przez lata sczerniały w niektórych miejscach, przez co prezentują się nader dostojnie. Nawet poznałem jedną figurę, a mianowicie archanioła Michała, bo któż to inny w postaci anioła z mieczem?
Za kościołem skręcam w prawo w kierunku Białegostoku. Tutaj czeka mnie miła niespodzianka. Nowy, równy asfalt. Tak równy że koła roweru zaczynają wydawać lekki szum, który się zdarza tylko na najlepszych drogach. Jadę przez kolejne wsie. Okazuje się że nawet do pierwszej, którą mijam, czyli Biel/Bieli? (wieś się nazywa Biele, ale mam kłopot z odmianą) dociera autobus miejski. Czyli do kesza w Tryczówce można się wybrać komunikacją miejską i zrobić sobie mały, dwukilometrowy spacer.
W Wólce mijam małą prawosławna kaplicę. Wielkości może 3x3 metry. Oczywiście pomalowana, ta akurat na kolor niebieski, kolor dość popularny dla prawosławnych świątyń. Zaraz za Wólką widać już wieże kościoła w Juchnowcu. Zbudowany w XVIIIw. w stylu barokowym, stojąc na małym wzniesieniu góruje nad miastem. Już trochę zmęczony, nie miałem tym razem ochoty na obejrzenie go z bliska. Zresztą jest to już dość blisko Białegostoku i już od dawna się tam wybieram w czasie kiedy można obejrzeć wnętrza. A jak wiadomo, czym co bliżej, tym ciężej się zebrać.
Zaraz za Juchnowcem, kolejna wieś, Lewickie. Przypomniało mi się, że kawałek od drogi głównej stoją tu ruiny pałacyku. Wiedzie do niego coś co od biedy można nazwać drogą. Rowerem na szczęście da się podjechać. Wstępu na teren broni metalowy płot, który ze starości gdzieniegdzie się przewrócił. Dostępu do ruin broni też roślinność rodem z dżungli. Trochę się bałem wpaść w jakąś dziurę, których tam całkiem sporo i pod same mury nie dotarłem. Trzeba jednak będzie tu wrócić, bo takie miejsce bez kesza nie może się marnować.
Już myślałem że nic mnie nie może zaskoczyć w drodze do Białegostoku, gdy natknąłem się na znak ostrzegawczy o nisko latających samolotach. Początkowo pomyślałem o lotnisku na Krywlanach. Coś mi się jednak nie zgadzało. Jest ono zbyt daleko, by jakiś kukuruźnik od wyciągania szybowców, mógł tu latać na małej wysokości. Tym razem z pomocą przyszły internety i okazało się że w okolicy jest prywatne lądowisko. Czas i na lądowanie dla mnie. Na liczniku wybiło trochę ponad 50km., czyli co rzadkie, praktyka pokryła się z teorią mapy. Szkoda że do końca sezonu bliżej niż dalej, ale z pewnością uda się jeszcze uskutecznić parę wycieczek.
Zaraz za rogatkami miasta, w Stanisławowie nadeszła nie wiadomo skąd chmura. Popadało jednak pięć minut i można było jechać dalej. A już się bałem że trzeba wracać nim się jeszcze dobrze zaczęło. Wspomniane Stanisławowo, jak i inne wsie tuż za Białymstokiem, np: Solniczki czy Skrybicze tracą swój wiejski charakter na rzecz podmiejskich rezydencji, których mieszkańcy nie mają nic wspólnego z rolnictwem. Jednak z czasem oddalania się od miasta, proporcje się zmieniają na rzecz rolników. Przypomina o tym szczególnie zapach sianokiszonki.
W końcu wyjechałem ze zwartej zabudowy i droga prowadziła wśród pól i lasów. Niestety, chociaż droga jest w nie najlepszym stanie i jest mocna lokalna, ruch był spory. Mimo to udało mi się spotkać ptaka, który wyglądał jak czapla biała. Początkowo myślałem że to bocian, który z jakiegoś powodu nie odleciał. Mogłem podjechać na jakieś 300m. i wtedy stwierdziłem ze udało mi się spotkać tego rzadkiego ptaka. Niestety aparat jaki mam, na tę odległość robi raczej słabe zdjęcia i to co uchwyciłem to jedynie biały kontur na tle zalanej łąki.
Jechało mi się bardzo dobrze. Pola poprzecinane niewielkimi lasami. Teren w miarę płaski, więc i tempo raczej dobre. Ale że rower to mimo wszystko powolny pojazd (w sensie wycieczek turystycznych), to i była dobra okazja do popatrzenia na okolice w które niezbyt często się zapuszczam.
Niedługo, i tak już dość wąska droga, zwęziła się jeszcze bardziej. Asfaltu na szerokość jednego auta, a reszta to żwirówka z takimi dziurami, ze nijak po niej nie da się jechać. Oczywiście stoi znak ostrzegawczy i tabliczka informująca o przeznaczeniu drogi do remontu. Ale już chyba nikt nie pamięta ile lat nasi drogowcy zabierają się za remont.
P drodze mijałem pojedyncze gospodarstwa. Szczególnie w pamięci utkwiło mi to, gdzie na pobliskiej łące wypasało się spore stado czerwonych krów. Niby nic, a jednak to rzadki widok w naszym regionie nastawionym na produkcję mleka, a co za tym idzie krowy czarno-białe. I tak w końcu dotarłem do Rzepnik. Niewielka wieś, jakich wiele. I pewnie nawet bym się nie zatrzymał, gdyby nie niecodzienna tablica.
Zaraz za Rzepnikami odbiłem w drogę gruntową. Lekko wyboista, ale naprawdę niezła do jazdy. Chyba po 2 - 3km zaczęła się wieś Tryczówka. Uśpiona w leniwe, niedzielne popołudnie. Co mi nawet odpowiadało, bo mogłem bez przeszkód podjąć kesza "TOM-XII Tryczówka" OP4335. Strzeżony przez oddział czarnych mrówek, przez co kesz ma bardzo intensywny, dla niektórych nieprzyjemny zapach. Co prawda jesień się zbliża, co czuć już w powietrzu, to jednak liście jeszcze się trzymają i poza małymi wyjątkami, nie chcą zmieniać kolorów. Trochę szkoda, bo aż chciałoby się obejrzeć okolice kesza w jesiennej scenerii. Za to mały strumyk Mieńka przybrał sporo na sile i ładnie się rozlał.
Przy końcu wsi, na wzniesieniu stoi mały, prosty wiejski kościół. Niby nic, ale moją uwagę zwróciły dwie figury na szczycie ściany frontowej. W oryginale zapewne białe, ale przez lata sczerniały w niektórych miejscach, przez co prezentują się nader dostojnie. Nawet poznałem jedną figurę, a mianowicie archanioła Michała, bo któż to inny w postaci anioła z mieczem?
Za kościołem skręcam w prawo w kierunku Białegostoku. Tutaj czeka mnie miła niespodzianka. Nowy, równy asfalt. Tak równy że koła roweru zaczynają wydawać lekki szum, który się zdarza tylko na najlepszych drogach. Jadę przez kolejne wsie. Okazuje się że nawet do pierwszej, którą mijam, czyli Biel/Bieli? (wieś się nazywa Biele, ale mam kłopot z odmianą) dociera autobus miejski. Czyli do kesza w Tryczówce można się wybrać komunikacją miejską i zrobić sobie mały, dwukilometrowy spacer.
W Wólce mijam małą prawosławna kaplicę. Wielkości może 3x3 metry. Oczywiście pomalowana, ta akurat na kolor niebieski, kolor dość popularny dla prawosławnych świątyń. Zaraz za Wólką widać już wieże kościoła w Juchnowcu. Zbudowany w XVIIIw. w stylu barokowym, stojąc na małym wzniesieniu góruje nad miastem. Już trochę zmęczony, nie miałem tym razem ochoty na obejrzenie go z bliska. Zresztą jest to już dość blisko Białegostoku i już od dawna się tam wybieram w czasie kiedy można obejrzeć wnętrza. A jak wiadomo, czym co bliżej, tym ciężej się zebrać.
Zaraz za Juchnowcem, kolejna wieś, Lewickie. Przypomniało mi się, że kawałek od drogi głównej stoją tu ruiny pałacyku. Wiedzie do niego coś co od biedy można nazwać drogą. Rowerem na szczęście da się podjechać. Wstępu na teren broni metalowy płot, który ze starości gdzieniegdzie się przewrócił. Dostępu do ruin broni też roślinność rodem z dżungli. Trochę się bałem wpaść w jakąś dziurę, których tam całkiem sporo i pod same mury nie dotarłem. Trzeba jednak będzie tu wrócić, bo takie miejsce bez kesza nie może się marnować.
Już myślałem że nic mnie nie może zaskoczyć w drodze do Białegostoku, gdy natknąłem się na znak ostrzegawczy o nisko latających samolotach. Początkowo pomyślałem o lotnisku na Krywlanach. Coś mi się jednak nie zgadzało. Jest ono zbyt daleko, by jakiś kukuruźnik od wyciągania szybowców, mógł tu latać na małej wysokości. Tym razem z pomocą przyszły internety i okazało się że w okolicy jest prywatne lądowisko. Czas i na lądowanie dla mnie. Na liczniku wybiło trochę ponad 50km., czyli co rzadkie, praktyka pokryła się z teorią mapy. Szkoda że do końca sezonu bliżej niż dalej, ale z pewnością uda się jeszcze uskutecznić parę wycieczek.
wtorek, 17 września 2013
Augustów i okolice
Siedząc w domu knuję gdzie można by się było wybrać, tak na jeden dzień. Oczywiście łącząc przyjemne z pożytecznym, czyli obejrzeć kawałek Polski i jednocześnie odszukać parę keszy. Tym razem padło na Augustów i jego bliskie okolice. W wycieczce uczestniczył też MiszkaWu wraz ze swoją rodziną. Czyżby miało to się stać nową, świecką tradycją? Trochę powątpiewam bo już myślę jak tu wrócić na bunkry, a jak słyszałem wszelkie umocnienia, ruiny niespecjalnie interesują małżonkę kolegi. Jednak to pieśń przyszłości, a teraz skupmy się na teraźniejszości.
Niedzielny poranek. Wszelkie strony pogodowe zapowiadały słońce, a tymczasem wyjeżdżając z Białegostoku jedziemy z deszczem. Po pewnym czasie przechodzi, a mimo to nasze obawy budzą granatowe chmury na wschodzie. Na szczęście napędziły nam tylko stracha i już przez resztę dnia mieliśmy fajną pogodę. Nawet czasami zza chmur wyglądało słońce.
Kilka kilometrów za Sztabinem w Osowym Grądzie zjechaliśmy w drogę lokalną. Droga niesamowicie kręta, szeroka na jedno auto, ale okolica wprost przepiękna. Pagórkowaty teren z rozrzuconymi gospodarstwami, zupełnie nieogrodzonymi. A zaraz za nimi wjechaliśmy w południowy skraj Puszczy Augustowskiej. Soczysta zieleń zatopiona w porannej mgle. Nawet z perspektywy pędzącego auto wyglądało to niesamowicie. I tak dotarliśmy do Gabowych Grądów i tamtejszej wspólnoty starowierców. Ich historia sięga XVIIw. kiedy to po reformach w cerkwi rosyjskiej, część wiernych uznała nowe porządki za podszepty antychrysta i musiała opuścić Rosję w obawie przed prześladowaniami. Schronienie znaleźli na terenach Rzeczpospolitej, w Puszczy Augustowskiej i na terenach dzisiejszej Suwalszczyzny. Dziś ta mała wspólnota broni się przed całkowitym zapomnieniem. W Gabowych Grądach, który jest jednym z ostatnich ośrodków starowierców stoi cerkiew, zwana molenną. Niewielki drewniany budynek, obok cmentarz. Przed świątynią wzniesiono pomnik dla pomordowanych mieszkańców wsi w czasie II wojny światowej. Typowo rosyjskie nazwiska przypominają skąd przywędrowali przodkowie mieszkańców wsi. Przy okazji podjęliśmy kesza "Molenna w Gabowych Grądach" OP410D.
Kolejny punkt wycieczki to jezioro Sajno z małą serią skrzynek autorstwa JJPKB. Pierwsza z nich "Biwak" OP6D99 schowana na terenie pola namiotowego. I aż mi się ciepło na sercu zrobiło bo to miejsce gdzie jeździłem z rodzicami pod namiot, kiedy w Polsce komuna chyliła się ku upadkowi, a i na pierwsze lata kapitalizmu się załapałem. Wróciły wspomnienia, jednak pole namiotowe jakieś mniejsze. Tylko jezioro Sajno piękne jak zawsze.
Wzdłuż jeziora od jego południowej strony idzie droga leśna. Kręta żwirówka, ale dopuszczona do ruchu. Dość długi odcinek doprowadził nas do kesza "Podczarnucha" OP6D97. Nazwa skrzynki jest jednocześnie nazwą leśnej rzeczki wpadającej do Sajna. W necie ciężko coś o niej znaleźć, a opis kesza jest jeszcze niepełny. Tyle co z mapy wynika że wypływa z bagien oddalonych około 5km. na południe. Podczarnucha to typowa rzeka nizinna. Prawie nie widać by płynęła, a prawie całą jej powierzchnię pokrywa zielona rzęsa. Trochę tu się naszukaliśmy skrzynki, bo GPS uparcie prowadził nie na ten brzeg co potrzeba. Poszukiwania urozmaicił dzięcioł, który wybrał sobie drzewo do opukiwania dosłownie o kilkadziesiąt metrów.
Od południowej strony zrobiliśmy jeszcze jeden postój, bo okolica była naprawdę piękna i aż zachęcała do wyjścia z auta. W końcu opuściliśmy szutrówkę i wjechaliśmy na asfalt. Główna droga przecina Sajno groblą, przez co utworzyło się jezioro Sajenek. Po grobli biegnie też linia kolejowa łącząca Białystok z Augustowem i dalej Suwałkami. Niedługo za groblą jest parking leśny na którym zostawiliśmy auto i poszliśmy po kesza "Panorama" OP6F2F. Już tu kiedyś byłem po innego kesza, ale w piękne miejsca zawsze warto wracać. Z wysokiego brzegu rozciąga się niezły widok na Sajno. Do następnej skrzynki nie było zbyt daleko, więc zdecydowaliśmy się na spacer brzegiem. Ścieżka idzie cały czas wysoką skarpą, tuż przy transzejach z okresu II wojny światowej. Doszliśmy w końcu do miejsca gdzie powinien być kesz "Skowronek" OP6F2E. Tytułowy skowronek to ośrodek wypoczynkowy. Można przenieść się w czasie, bo budynki bez większego remontu prezentują styl typowy dla PRL. Wrażenie pogłębiał jeszcze jesienny klimat i pustki posezonowe. Niestety kesz który był schowany w pomoście zniknął. Nawet nie tyle skrzynka co cały pomost, który widocznie jest składany na okres jesienno - zimowy.
Został nam ostatni punkt nad jeziorem Sajno. Kesz "Binduga" OP6F2D. Było to miejsce gdzie przygotowywano drewno do spławu. Jak doczytałem tej metody już się w Polsce nie stosuje, oprócz konieczności w razie kataklizmów jak np huraganu który poważnie zniszczył Puszczę Piską i coś trzeba było zrobić z ogromna masą złamanych drzew. Został nam jeszcze finał, czyli "Jezioro Sajno" OP6D98. Co jednak robić, jak przez "Skowronka" nie mamy wszystkich danych, a właściciel nie odbiera telefonu. Na całe szczęście potem oddzwonił i chociaż już opuściliśmy okolice Sajna, wróciliśmy po finał tej zacnej serii.
Czas już opuścić jedno jezioro i udać się dalej. Kolejny postój wypadł w drodze nad jezioro Studzieniczne. W lesie, przy drodze jest zbiorowa mogiła żołnierzy z I wojny światowej. Leży tam po czterdziestu Niemców i Rosjan. A raczej wojskowych z tych armii, bo jak wiadomo z narodowością to różne bywało. Ciężko coś znaleźć więcej o potyczce w jakiej polegli. Obok mogił, otoczonych płotkiem jest kesz "Snuffer - Żołnierski cmentarzyk" OP062F. Skrzynka zaległa, bo już kiedyś tam przejeżdżaliśmy, ale wtedy nie miałem opisu, ani kordów i szukanie mijało się z celem.
Już nad jeziorem Studzienicznym można obejrzeć sanktuarium. A że cała wycieczka już je widziała, zdecydowaliśmy się tym razem na odrobinę sztuki nowoczesnej, przy okazji kesza "Rzeźby w puszczy" OP3EA3. Seria abstrakcyjnych rzeźb ustawionych wśród drzew. Zazwyczaj takie instalacje stoją w galeriach, ewentualnie zdobią przestrzeń miejską. Taka odmienność dobrze służy takiej sztuce, bo zazwyczaj widząc jakąś abstrakcyjną instalację omijam ją, niewiele się nad nią zastanawiając. Tutaj był czas i ochota spojrzeć jak artysta w swej wyobraźni widzi ideę. Jak się okazuje otoczenie sztuki ma ogromne znaczenie. Przynajmniej dla mnie.
Od rzeźb zupełnie niedaleko było do śluzy Przewięź. Łączy ona jezioro Białe ze Studzienicznym. Przy niej była skrzynka "ted75_sluza_Przewiez" OP0666. Po małej reaktywacji nadal powinna cieszyć keszerów. Z opisu wynikało że po terenie śluzy można swobodnie chodzić. Skorzystaliśmy z tego i przez kładkę na wrotach przeszliśmy na drugi brzeg. Posiedzieliśmy chwilę na drewnianych ławach i kiedy mieliśmy wracać, pod śluzę podpłynął statek wycieczkowy. Nie mogliśmy przepuścić takiej okazji i obejrzeliśmy śluzowanie. Miałem okazję przeżyć już taką atrakcję z perspektywy kajaka, ale nawet oglądanie tego przedstawienia z mostu jest nie lada atrakcją. Spory statek prawie na styk mieści się między betonowymi ścianami. Pan śluzowy tak jak przed laty ręcznie otwiera zastawki, a potem wielkie, drewniane wrota.
Kiedy statek już odpłynął i my opuściliśmy to piękne miejsce. Pojechaliśmy w stronę Augustowa. Dzięki OC zajrzeliśmy w miejsca przy których byśmy się pewnie nie zatrzymali. Na pierwszy ogień poszedł kesz "Szpital Biernackiego" OP65FD. Gdyby prezentował się tak jak na archiwalnym zdjęciu w opisie, można by go nawet uznać od biedy za atrakcję. A tak, bryła znika upstrzona reklamami i tablicami informacyjnymi. Czym prędzej opuściliśmy to miejsce by dotrzeć do kesza "Macewy" OP4BE7. Przez niedoczytanie podpowiedzi, a jedynie bazując na kordach i spoilerze niestety nieznaleziony. Tytułowe macewy to pozostałość po cmentarzu żydowskim. Pozostało osiem macew, które ustawione w rzędzie, wraz z obeliskiem są jednym z nielicznych śladów obecności Żydów w Augustowie. To czego nie zdążyli zniszczyć Niemcy, próbują zrobić miejscowi troglodyci. Na jednej z macew widnieje wymalowana trystyka, na kolejnej inne nazistowskie symbole. Brak słów.
Kolejny punkt na mapie to "Młyn wodny w Augustowie" OP5776. Trochę szkoda że sam młyn to wciąż ruina i tak naprawdę nie ma co oglądać. Za to od skrzynki jest fajny widok na port w Augustowie. Może określenie port jest trochę na wyrost, szczególnie jak ktoś widział te morskie, ale podobno nie wielkość się liczy.
W planie były odwiedziny kolejnego miejsca związanego ze społecznością żydowską. "Cmentarz żydowski" OP4BE6. Tak naprawdę nic po nim nie zostało. Podejrzewam że część domów wokół stoi na terenie byłej nekropolii. Wąski pas trawy z informacją, która przypomina o historii tego miejsca. Wciśnięty między zabudowę, łatwy do przeoczenia. Wygląda wręcz jak część którejś z posesji..
Trochę zgłodnieliśmy, więc pojechaliśmy do centrum gdzie za parę złotych można zjeść obiad. Posileni poszliśmy na mały spacer. Wpierw do kina, ale nie na film, a po skrzynkę "Kino Iskra" OP6504. Jak czytam logi nie tylko my mieliśmy kłopoty z jej znalezieniem i ostatecznie ponieśliśmy porażkę. Na szczęście humory poprawiła skrzynka "Dom Turka" OP6ECB. Zaraz po wojnie siedzibę miało tu NKWD, a po nim UB. Budynek dawno nieremontowany mógłby z powodzeniem zagrać w filmie o tamtych czasach.
Będąc w Augustowie grzechem byłoby nie odwiedzić Kanału Augustowskiego. Mały spacer o tej porze roku to sama przyjemność. Nie ma już tłumów turystów i można bez problemu usiąść na ławce. Jakaś rodzina karmi kaczki, miejscowi starsi panowie zebrali się na pogaduchy, po drugiej stronie wędkarz moczy kija. Normalnie sielanka. Zuzka wypatrzyła plac zabaw, a Ela została przypilnować córki, więc z Miszką ruszyliśmy po kesze, dając chwilę wytchnienia paniom.
Zaczęliśmy od małego niepowodzenia. "Augustowskie Piosenki I" OP4C5A chyba po prostu zaginęła. Kordy łatwe do obliczenia, spoiler też się zgadza, a skrzynki brak. Niezrażeni podjechaliśmy po następną "Tu byłem - Napoleon" OP5679. Zastanawia mnie czy w dym domu rzeczywiście nocował Napoleon. Pewnie gdyby zebrać wszystkie miejsca gdzie odpoczywał, to by się okazało że w życiu nic nie robił, tylko jeździł po Europie i nocował. Ale historia i tak fajna, tym bardziej że w kamienicy już dużo później był Pewex. To jest za to kawał historii. Kto pamięta ten wie, że nawet torba z tego sklepu to już był niezły szpan.
Jako że to niedziela trzeba było w końcu i o ducha zadbać. Świetna okazja ku temu to skrzynka "Kaplica Pana Jezusa Klęczącego" OP5678. Niepozorna kaplica umiejscowiona na rozstaju dróg. W środku piękna rzeźba Jezusa. W ogóle wnętrze choć małe to wyposażone ze smakiem.
Po odwiedzeniu kaplicy zatankowałem auto i wróciliśmy po dziewczyny. Czas już było wracać do Białegostoku. Tylko trochę drogą okrężną bo było jeszcze kilka ciekawych miejsc do odwiedzenia. Zaczęliśmy od Bargłowa Kościelnego i tamtejszej skrzynki "Bargłów Kościelny - snieeegu" OP6C91. Schowany przy miejscowym kościele, który wygląda mi na neogotycki, tylko otynkowany i pomalowany, gdy zazwyczaj zostawia się gołą cegłę. Akurat chmury całkowicie się rozproszyły, a słońce które było już nisko, pięknie oświetliło świątynię.Obok przycupnęła, jak mi się wydaje, plebania z ciekawym gankiem. Dzisiaj mało komu chce się bawić w takie detale.
W Bargłowie zjechaliśmy z głównych dróg. Wąskie, kręte drogi prowadziły nas wśród pól do "Folwarku Netta" OP4107. Miałem tu już okazję być w całkowitej ciemności i przy gęstej mgle. Tym razem okolice kesza mogłem obejrzeć za dnia. Wcale się nie dziwię że wtedy zostaliśmy przepędzeni, a jak czytam logi i innych keszerów to spotkało. Po prostu skrzynka jest na prywatnej, zamieszkałej posesji. Może i mocno zarośniętej, ale ja też bym sobie nie życzył by bez mojej zgody łazili sobie po obejściu jacyś obcy ludzie. Postaliśmy, obejrzeliśmy z daleka i szanując prywatność ruszyliśmy dalej.
Postój wypadł przy keszu "ted68_sluza_Borki" OP0634. Miejsce przywitało nas złowrogim muczeniem krowy. Tak złowrogim, bo takiego ryku jeszcze nie słyszałem. Sama śluza jest w remoncie, dlatego może nie prezentuje się imponująco. Ale otoczenie, w czasie kiedy słońce właśnie zaszło, ale jest jeszcze widno, robiło nieziemskie wrażenie. Skrzynkę chciałem wyciągnąć osobiście. Problemem było, że trzeba stać na dość stromej skarpie. Chwyciłem się więc betonowego słupka. Kto by się jednak spodziewał że był tak zwietrzały i z kawałkiem wspomnianego poleciałem w dół. Aż mi się gorąco ze strachu zrobiło. Na szczęście obyło się bez większych strat. Ogromny stres zrekompensowałem sobie śmiechem. Ale ostatecznie kesza podjął Miszka, bo nie odważyłem się na drugie podejście.
Ruszyliśmy do kolejnej śluzy i skrzynki "ted67_sluza_Sosnowo" OP0633. To było prawdziwie magiczne miejsce. Wieczorne mgły i cisza aż w uszach dzwoni. Przy okazji to jeden z nielicznych przejazdów nad Kanałem Augustowskim w jego południowej części. Szkoda że ta część nie jest spływna. To znaczy płynąć kajakiem można, ale śluza wygląda na nieużywaną i pewnie trzeba przenosić kajaki. Może jak zakończy się remont w Borkach, na czas wakacji będzie można płynąć bez przeszkód. A może się mylę i rzęsa na wodzie jest wynikiem rzadkiego ruchu turystycznego, ale śluza jest używana? Fajnie by było zacząć spływ od Wigier, a skończyć w Gdańsku.
Przed nami ostatni punkt programu "Szlak Wanogi X - Żołnierze Kaisera Wilhelma nad Biebrzą" OP1176. Najpierw trzeba się do niej dostać. Zrobiło się ciemno, miejscami zaległa gęsta mgła. Dobrze że w domu przygotowałem się z mapy do tej ostatniej części podróży bo łatwo można było zabłądzić. Drogi ostatniej kategorii, bez żadnych drogowskazów, ale bez błędu udało się trafić do Jamin.Miejscowy cmentarz kryje groby żołnierzy poległych w I wojnie światowej, a obok mogiły ofiar cywilnych drugiej. Nad całym cmentarzem góruje, choć drewniany, to jednak ogromny kościół św. Mateusza. By zdobyć hasło do virtuala trzeba było zrobić mały spacer po cmentarzu w nocy. Z jednej strony trochę szkoda, bo nie można było zobaczyć kościoła w pełnej krasie, z drugiej strony, cmentarz po ciemku nabiera tajemniczości.
Z Jamin już prosta droga powiodła nas do Sztabina w którym wjechaliśmy w krajową ósemkę prosto do Białegostoku. Już w domu okazało się że przez upadek w Borkach, chociaż na ciele nie poniosłem żadnego uszczerbku, to jednak w spodniach jest dziura. Rok 2013 jest dla mnie wybitnie pechowy. Cały czas coś się psuje. Ale jak śpiewał Kazik "los się musi odmienić".
Niedzielny poranek. Wszelkie strony pogodowe zapowiadały słońce, a tymczasem wyjeżdżając z Białegostoku jedziemy z deszczem. Po pewnym czasie przechodzi, a mimo to nasze obawy budzą granatowe chmury na wschodzie. Na szczęście napędziły nam tylko stracha i już przez resztę dnia mieliśmy fajną pogodę. Nawet czasami zza chmur wyglądało słońce.
Kilka kilometrów za Sztabinem w Osowym Grądzie zjechaliśmy w drogę lokalną. Droga niesamowicie kręta, szeroka na jedno auto, ale okolica wprost przepiękna. Pagórkowaty teren z rozrzuconymi gospodarstwami, zupełnie nieogrodzonymi. A zaraz za nimi wjechaliśmy w południowy skraj Puszczy Augustowskiej. Soczysta zieleń zatopiona w porannej mgle. Nawet z perspektywy pędzącego auto wyglądało to niesamowicie. I tak dotarliśmy do Gabowych Grądów i tamtejszej wspólnoty starowierców. Ich historia sięga XVIIw. kiedy to po reformach w cerkwi rosyjskiej, część wiernych uznała nowe porządki za podszepty antychrysta i musiała opuścić Rosję w obawie przed prześladowaniami. Schronienie znaleźli na terenach Rzeczpospolitej, w Puszczy Augustowskiej i na terenach dzisiejszej Suwalszczyzny. Dziś ta mała wspólnota broni się przed całkowitym zapomnieniem. W Gabowych Grądach, który jest jednym z ostatnich ośrodków starowierców stoi cerkiew, zwana molenną. Niewielki drewniany budynek, obok cmentarz. Przed świątynią wzniesiono pomnik dla pomordowanych mieszkańców wsi w czasie II wojny światowej. Typowo rosyjskie nazwiska przypominają skąd przywędrowali przodkowie mieszkańców wsi. Przy okazji podjęliśmy kesza "Molenna w Gabowych Grądach" OP410D.
Kolejny punkt wycieczki to jezioro Sajno z małą serią skrzynek autorstwa JJPKB. Pierwsza z nich "Biwak" OP6D99 schowana na terenie pola namiotowego. I aż mi się ciepło na sercu zrobiło bo to miejsce gdzie jeździłem z rodzicami pod namiot, kiedy w Polsce komuna chyliła się ku upadkowi, a i na pierwsze lata kapitalizmu się załapałem. Wróciły wspomnienia, jednak pole namiotowe jakieś mniejsze. Tylko jezioro Sajno piękne jak zawsze.
Wzdłuż jeziora od jego południowej strony idzie droga leśna. Kręta żwirówka, ale dopuszczona do ruchu. Dość długi odcinek doprowadził nas do kesza "Podczarnucha" OP6D97. Nazwa skrzynki jest jednocześnie nazwą leśnej rzeczki wpadającej do Sajna. W necie ciężko coś o niej znaleźć, a opis kesza jest jeszcze niepełny. Tyle co z mapy wynika że wypływa z bagien oddalonych około 5km. na południe. Podczarnucha to typowa rzeka nizinna. Prawie nie widać by płynęła, a prawie całą jej powierzchnię pokrywa zielona rzęsa. Trochę tu się naszukaliśmy skrzynki, bo GPS uparcie prowadził nie na ten brzeg co potrzeba. Poszukiwania urozmaicił dzięcioł, który wybrał sobie drzewo do opukiwania dosłownie o kilkadziesiąt metrów.
Od południowej strony zrobiliśmy jeszcze jeden postój, bo okolica była naprawdę piękna i aż zachęcała do wyjścia z auta. W końcu opuściliśmy szutrówkę i wjechaliśmy na asfalt. Główna droga przecina Sajno groblą, przez co utworzyło się jezioro Sajenek. Po grobli biegnie też linia kolejowa łącząca Białystok z Augustowem i dalej Suwałkami. Niedługo za groblą jest parking leśny na którym zostawiliśmy auto i poszliśmy po kesza "Panorama" OP6F2F. Już tu kiedyś byłem po innego kesza, ale w piękne miejsca zawsze warto wracać. Z wysokiego brzegu rozciąga się niezły widok na Sajno. Do następnej skrzynki nie było zbyt daleko, więc zdecydowaliśmy się na spacer brzegiem. Ścieżka idzie cały czas wysoką skarpą, tuż przy transzejach z okresu II wojny światowej. Doszliśmy w końcu do miejsca gdzie powinien być kesz "Skowronek" OP6F2E. Tytułowy skowronek to ośrodek wypoczynkowy. Można przenieść się w czasie, bo budynki bez większego remontu prezentują styl typowy dla PRL. Wrażenie pogłębiał jeszcze jesienny klimat i pustki posezonowe. Niestety kesz który był schowany w pomoście zniknął. Nawet nie tyle skrzynka co cały pomost, który widocznie jest składany na okres jesienno - zimowy.
Został nam ostatni punkt nad jeziorem Sajno. Kesz "Binduga" OP6F2D. Było to miejsce gdzie przygotowywano drewno do spławu. Jak doczytałem tej metody już się w Polsce nie stosuje, oprócz konieczności w razie kataklizmów jak np huraganu który poważnie zniszczył Puszczę Piską i coś trzeba było zrobić z ogromna masą złamanych drzew. Został nam jeszcze finał, czyli "Jezioro Sajno" OP6D98. Co jednak robić, jak przez "Skowronka" nie mamy wszystkich danych, a właściciel nie odbiera telefonu. Na całe szczęście potem oddzwonił i chociaż już opuściliśmy okolice Sajna, wróciliśmy po finał tej zacnej serii.
Czas już opuścić jedno jezioro i udać się dalej. Kolejny postój wypadł w drodze nad jezioro Studzieniczne. W lesie, przy drodze jest zbiorowa mogiła żołnierzy z I wojny światowej. Leży tam po czterdziestu Niemców i Rosjan. A raczej wojskowych z tych armii, bo jak wiadomo z narodowością to różne bywało. Ciężko coś znaleźć więcej o potyczce w jakiej polegli. Obok mogił, otoczonych płotkiem jest kesz "Snuffer - Żołnierski cmentarzyk" OP062F. Skrzynka zaległa, bo już kiedyś tam przejeżdżaliśmy, ale wtedy nie miałem opisu, ani kordów i szukanie mijało się z celem.
Już nad jeziorem Studzienicznym można obejrzeć sanktuarium. A że cała wycieczka już je widziała, zdecydowaliśmy się tym razem na odrobinę sztuki nowoczesnej, przy okazji kesza "Rzeźby w puszczy" OP3EA3. Seria abstrakcyjnych rzeźb ustawionych wśród drzew. Zazwyczaj takie instalacje stoją w galeriach, ewentualnie zdobią przestrzeń miejską. Taka odmienność dobrze służy takiej sztuce, bo zazwyczaj widząc jakąś abstrakcyjną instalację omijam ją, niewiele się nad nią zastanawiając. Tutaj był czas i ochota spojrzeć jak artysta w swej wyobraźni widzi ideę. Jak się okazuje otoczenie sztuki ma ogromne znaczenie. Przynajmniej dla mnie.
Od rzeźb zupełnie niedaleko było do śluzy Przewięź. Łączy ona jezioro Białe ze Studzienicznym. Przy niej była skrzynka "ted75_sluza_Przewiez" OP0666. Po małej reaktywacji nadal powinna cieszyć keszerów. Z opisu wynikało że po terenie śluzy można swobodnie chodzić. Skorzystaliśmy z tego i przez kładkę na wrotach przeszliśmy na drugi brzeg. Posiedzieliśmy chwilę na drewnianych ławach i kiedy mieliśmy wracać, pod śluzę podpłynął statek wycieczkowy. Nie mogliśmy przepuścić takiej okazji i obejrzeliśmy śluzowanie. Miałem okazję przeżyć już taką atrakcję z perspektywy kajaka, ale nawet oglądanie tego przedstawienia z mostu jest nie lada atrakcją. Spory statek prawie na styk mieści się między betonowymi ścianami. Pan śluzowy tak jak przed laty ręcznie otwiera zastawki, a potem wielkie, drewniane wrota.
Kiedy statek już odpłynął i my opuściliśmy to piękne miejsce. Pojechaliśmy w stronę Augustowa. Dzięki OC zajrzeliśmy w miejsca przy których byśmy się pewnie nie zatrzymali. Na pierwszy ogień poszedł kesz "Szpital Biernackiego" OP65FD. Gdyby prezentował się tak jak na archiwalnym zdjęciu w opisie, można by go nawet uznać od biedy za atrakcję. A tak, bryła znika upstrzona reklamami i tablicami informacyjnymi. Czym prędzej opuściliśmy to miejsce by dotrzeć do kesza "Macewy" OP4BE7. Przez niedoczytanie podpowiedzi, a jedynie bazując na kordach i spoilerze niestety nieznaleziony. Tytułowe macewy to pozostałość po cmentarzu żydowskim. Pozostało osiem macew, które ustawione w rzędzie, wraz z obeliskiem są jednym z nielicznych śladów obecności Żydów w Augustowie. To czego nie zdążyli zniszczyć Niemcy, próbują zrobić miejscowi troglodyci. Na jednej z macew widnieje wymalowana trystyka, na kolejnej inne nazistowskie symbole. Brak słów.
Kolejny punkt na mapie to "Młyn wodny w Augustowie" OP5776. Trochę szkoda że sam młyn to wciąż ruina i tak naprawdę nie ma co oglądać. Za to od skrzynki jest fajny widok na port w Augustowie. Może określenie port jest trochę na wyrost, szczególnie jak ktoś widział te morskie, ale podobno nie wielkość się liczy.
W planie były odwiedziny kolejnego miejsca związanego ze społecznością żydowską. "Cmentarz żydowski" OP4BE6. Tak naprawdę nic po nim nie zostało. Podejrzewam że część domów wokół stoi na terenie byłej nekropolii. Wąski pas trawy z informacją, która przypomina o historii tego miejsca. Wciśnięty między zabudowę, łatwy do przeoczenia. Wygląda wręcz jak część którejś z posesji..
Trochę zgłodnieliśmy, więc pojechaliśmy do centrum gdzie za parę złotych można zjeść obiad. Posileni poszliśmy na mały spacer. Wpierw do kina, ale nie na film, a po skrzynkę "Kino Iskra" OP6504. Jak czytam logi nie tylko my mieliśmy kłopoty z jej znalezieniem i ostatecznie ponieśliśmy porażkę. Na szczęście humory poprawiła skrzynka "Dom Turka" OP6ECB. Zaraz po wojnie siedzibę miało tu NKWD, a po nim UB. Budynek dawno nieremontowany mógłby z powodzeniem zagrać w filmie o tamtych czasach.
Będąc w Augustowie grzechem byłoby nie odwiedzić Kanału Augustowskiego. Mały spacer o tej porze roku to sama przyjemność. Nie ma już tłumów turystów i można bez problemu usiąść na ławce. Jakaś rodzina karmi kaczki, miejscowi starsi panowie zebrali się na pogaduchy, po drugiej stronie wędkarz moczy kija. Normalnie sielanka. Zuzka wypatrzyła plac zabaw, a Ela została przypilnować córki, więc z Miszką ruszyliśmy po kesze, dając chwilę wytchnienia paniom.
Zaczęliśmy od małego niepowodzenia. "Augustowskie Piosenki I" OP4C5A chyba po prostu zaginęła. Kordy łatwe do obliczenia, spoiler też się zgadza, a skrzynki brak. Niezrażeni podjechaliśmy po następną "Tu byłem - Napoleon" OP5679. Zastanawia mnie czy w dym domu rzeczywiście nocował Napoleon. Pewnie gdyby zebrać wszystkie miejsca gdzie odpoczywał, to by się okazało że w życiu nic nie robił, tylko jeździł po Europie i nocował. Ale historia i tak fajna, tym bardziej że w kamienicy już dużo później był Pewex. To jest za to kawał historii. Kto pamięta ten wie, że nawet torba z tego sklepu to już był niezły szpan.
Jako że to niedziela trzeba było w końcu i o ducha zadbać. Świetna okazja ku temu to skrzynka "Kaplica Pana Jezusa Klęczącego" OP5678. Niepozorna kaplica umiejscowiona na rozstaju dróg. W środku piękna rzeźba Jezusa. W ogóle wnętrze choć małe to wyposażone ze smakiem.
Po odwiedzeniu kaplicy zatankowałem auto i wróciliśmy po dziewczyny. Czas już było wracać do Białegostoku. Tylko trochę drogą okrężną bo było jeszcze kilka ciekawych miejsc do odwiedzenia. Zaczęliśmy od Bargłowa Kościelnego i tamtejszej skrzynki "Bargłów Kościelny - snieeegu" OP6C91. Schowany przy miejscowym kościele, który wygląda mi na neogotycki, tylko otynkowany i pomalowany, gdy zazwyczaj zostawia się gołą cegłę. Akurat chmury całkowicie się rozproszyły, a słońce które było już nisko, pięknie oświetliło świątynię.Obok przycupnęła, jak mi się wydaje, plebania z ciekawym gankiem. Dzisiaj mało komu chce się bawić w takie detale.
W Bargłowie zjechaliśmy z głównych dróg. Wąskie, kręte drogi prowadziły nas wśród pól do "Folwarku Netta" OP4107. Miałem tu już okazję być w całkowitej ciemności i przy gęstej mgle. Tym razem okolice kesza mogłem obejrzeć za dnia. Wcale się nie dziwię że wtedy zostaliśmy przepędzeni, a jak czytam logi i innych keszerów to spotkało. Po prostu skrzynka jest na prywatnej, zamieszkałej posesji. Może i mocno zarośniętej, ale ja też bym sobie nie życzył by bez mojej zgody łazili sobie po obejściu jacyś obcy ludzie. Postaliśmy, obejrzeliśmy z daleka i szanując prywatność ruszyliśmy dalej.
Postój wypadł przy keszu "ted68_sluza_Borki" OP0634. Miejsce przywitało nas złowrogim muczeniem krowy. Tak złowrogim, bo takiego ryku jeszcze nie słyszałem. Sama śluza jest w remoncie, dlatego może nie prezentuje się imponująco. Ale otoczenie, w czasie kiedy słońce właśnie zaszło, ale jest jeszcze widno, robiło nieziemskie wrażenie. Skrzynkę chciałem wyciągnąć osobiście. Problemem było, że trzeba stać na dość stromej skarpie. Chwyciłem się więc betonowego słupka. Kto by się jednak spodziewał że był tak zwietrzały i z kawałkiem wspomnianego poleciałem w dół. Aż mi się gorąco ze strachu zrobiło. Na szczęście obyło się bez większych strat. Ogromny stres zrekompensowałem sobie śmiechem. Ale ostatecznie kesza podjął Miszka, bo nie odważyłem się na drugie podejście.
Ruszyliśmy do kolejnej śluzy i skrzynki "ted67_sluza_Sosnowo" OP0633. To było prawdziwie magiczne miejsce. Wieczorne mgły i cisza aż w uszach dzwoni. Przy okazji to jeden z nielicznych przejazdów nad Kanałem Augustowskim w jego południowej części. Szkoda że ta część nie jest spływna. To znaczy płynąć kajakiem można, ale śluza wygląda na nieużywaną i pewnie trzeba przenosić kajaki. Może jak zakończy się remont w Borkach, na czas wakacji będzie można płynąć bez przeszkód. A może się mylę i rzęsa na wodzie jest wynikiem rzadkiego ruchu turystycznego, ale śluza jest używana? Fajnie by było zacząć spływ od Wigier, a skończyć w Gdańsku.
Przed nami ostatni punkt programu "Szlak Wanogi X - Żołnierze Kaisera Wilhelma nad Biebrzą" OP1176. Najpierw trzeba się do niej dostać. Zrobiło się ciemno, miejscami zaległa gęsta mgła. Dobrze że w domu przygotowałem się z mapy do tej ostatniej części podróży bo łatwo można było zabłądzić. Drogi ostatniej kategorii, bez żadnych drogowskazów, ale bez błędu udało się trafić do Jamin.Miejscowy cmentarz kryje groby żołnierzy poległych w I wojnie światowej, a obok mogiły ofiar cywilnych drugiej. Nad całym cmentarzem góruje, choć drewniany, to jednak ogromny kościół św. Mateusza. By zdobyć hasło do virtuala trzeba było zrobić mały spacer po cmentarzu w nocy. Z jednej strony trochę szkoda, bo nie można było zobaczyć kościoła w pełnej krasie, z drugiej strony, cmentarz po ciemku nabiera tajemniczości.
Z Jamin już prosta droga powiodła nas do Sztabina w którym wjechaliśmy w krajową ósemkę prosto do Białegostoku. Już w domu okazało się że przez upadek w Borkach, chociaż na ciele nie poniosłem żadnego uszczerbku, to jednak w spodniach jest dziura. Rok 2013 jest dla mnie wybitnie pechowy. Cały czas coś się psuje. Ale jak śpiewał Kazik "los się musi odmienić".
czwartek, 12 września 2013
Do Katrynki i z powrotem
Ostatnio przemieniłem się w cyklistę miejskiego. W ramach rehabilitacji zazwyczaj jeżdżę sobie po mieście nie oddalając się zbytnio od domu. Taka jazda bez celu niczym easy rider. Ewentualnie zahaczę o wsie z Białymstokiem graniczące. Nawet nie wiedziałem że taka jazda bez celu po miejskich ulicach, tempem mocno turystycznym, może dostarczyć tyle przyjemności. Ale ciągnie mnie by i te kilka kilometrów poza miasto wyskoczyć. Przypomina mi się że w stronę wsi Katrynka idzie serwisówka wzdłuż nowoczesnej drogi krajowej. Trasa na 30km. czyli akuratnie na popołudniową przejażdżkę.
Trochę niepokoiły mnie ciemne chmury, ale człowiek nie jest z cukru. Pierwsza niespodzianka czekała na mnie już na wysokości Białostockiego Muzeum Wsi. Istna dyskoteka na drodze, antyterroryści groźnie się kręcący. Początkowo myślałem że to może blokada na rowerzystów po piwku, tyle się słyszy op tych zabójcach na drogach. A tu jedynie panowie siedzący niezbyt dobrowolnie pod barierką przyglądają się jak "trzepią" ich auta. Atrakcja na jakieś dwie minuty i można jechać dalej. Kolejny przystanek na moście nad Supraślą. Z mostu jest fajny widok na dolinę rzeki. Może trochę psuję go linia energetyczna, ale naprawdę ciężko w Polsce znaleźć miejsce bez pięciolinii. No i te chmury, wciąż budzą niepokój.
Niestety zaraz za Jurowcami zaczęło padać. Niewielki deszcz siąpił parę minut, ale wcale nie zamierzał przechodzić w nic poważniejszego. Uznałem to jedynie za drobną niedogodność, która i tak zaraz się skończyła. Przed samą Katrynką stoi kapliczka słupowa. Rzecz już niezwykle rzadka na Białostocczyźnie. Tym bardziej cieszy ta wciąż w dobrym stanie. Tabliczka, która wygląda jak nagrobna jest "KU PAMIĘCI OJCÓW NASZYCH POLEGŁYCH W 1920 STRZELCY KURKOWI PRAWDZIC". O wiele ciekawszy wydaje sie napis wyryty w drewnie powyżej tabliczki. "ZA DUSZE ZMARŁE PROSZE ZMÓWIĆ B. ZD. MA. 1920 ROKU". Na szczycie we wnęce oczywiście figura świętego. Jestem jednak słaby w ich panteonie i dla mnie, kto to taki, pozostało zagadką.
Zaraz za kapliczką zaczyna się Katrynka, a droga łączy się z krajową, która znów jest wąska i wyboista. Wystarczyło mi przejechać nią 500m. razem z pędzącymi ciężarówkami, by mieć dość i niezmiernie się cieszyłem, gdy dojechałem do skrętu w las. A w lesie oczywiście spokój. Na wysokości dwóch, trzech metrów rozciągnęła się lekka mgła jak powstaje w lesie zaraz po deszczu, gdy jest w miarę ciepło. Pewnie da się to uchwycić jakimś dobrym aparatem.
Dotarłem w końcu do polanki na którym stoją ławki, jest miejsce na ognisko. Ładne miejsce na chwilę odpoczynku. Pewnie dlatego 3po3 założył tu kesza "Postoj w puszczy" OP2584. Dobrych kilkanaście minut zajęło mi jej szukanie bo i kordy GPS takie sobie i miejsce ze spoilera trochę się zmieniło. Ale nie żałuję, bo las tam rzeczywiście malowniczy. Udało mi się też znaleźć młodziutkie opieńki. Aż mi ślinka pociekła na myśli o nich ze śmietaną i cebulką.Tylko aparat trochę przekłamał, bo nóżki mają ten sam kolor co kapelusz.
Czas już wracać do domu. Zazwyczaj staram się wybierać jakąś inna drogę, ale tym razem postanowiłem wracać po śladach. Tylko teraz wydawało mi się, że jakoś tak więcej wypadło pod górkę. A już z pewnością wiatr miałem od czoła. Dobrze że odległość była niewielka, bo jednak kondycja słaba, oj słaba.
Trochę niepokoiły mnie ciemne chmury, ale człowiek nie jest z cukru. Pierwsza niespodzianka czekała na mnie już na wysokości Białostockiego Muzeum Wsi. Istna dyskoteka na drodze, antyterroryści groźnie się kręcący. Początkowo myślałem że to może blokada na rowerzystów po piwku, tyle się słyszy op tych zabójcach na drogach. A tu jedynie panowie siedzący niezbyt dobrowolnie pod barierką przyglądają się jak "trzepią" ich auta. Atrakcja na jakieś dwie minuty i można jechać dalej. Kolejny przystanek na moście nad Supraślą. Z mostu jest fajny widok na dolinę rzeki. Może trochę psuję go linia energetyczna, ale naprawdę ciężko w Polsce znaleźć miejsce bez pięciolinii. No i te chmury, wciąż budzą niepokój.
Niestety zaraz za Jurowcami zaczęło padać. Niewielki deszcz siąpił parę minut, ale wcale nie zamierzał przechodzić w nic poważniejszego. Uznałem to jedynie za drobną niedogodność, która i tak zaraz się skończyła. Przed samą Katrynką stoi kapliczka słupowa. Rzecz już niezwykle rzadka na Białostocczyźnie. Tym bardziej cieszy ta wciąż w dobrym stanie. Tabliczka, która wygląda jak nagrobna jest "KU PAMIĘCI OJCÓW NASZYCH POLEGŁYCH W 1920 STRZELCY KURKOWI PRAWDZIC". O wiele ciekawszy wydaje sie napis wyryty w drewnie powyżej tabliczki. "ZA DUSZE ZMARŁE PROSZE ZMÓWIĆ B. ZD. MA. 1920 ROKU". Na szczycie we wnęce oczywiście figura świętego. Jestem jednak słaby w ich panteonie i dla mnie, kto to taki, pozostało zagadką.
Zaraz za kapliczką zaczyna się Katrynka, a droga łączy się z krajową, która znów jest wąska i wyboista. Wystarczyło mi przejechać nią 500m. razem z pędzącymi ciężarówkami, by mieć dość i niezmiernie się cieszyłem, gdy dojechałem do skrętu w las. A w lesie oczywiście spokój. Na wysokości dwóch, trzech metrów rozciągnęła się lekka mgła jak powstaje w lesie zaraz po deszczu, gdy jest w miarę ciepło. Pewnie da się to uchwycić jakimś dobrym aparatem.
Dotarłem w końcu do polanki na którym stoją ławki, jest miejsce na ognisko. Ładne miejsce na chwilę odpoczynku. Pewnie dlatego 3po3 założył tu kesza "Postoj w puszczy" OP2584. Dobrych kilkanaście minut zajęło mi jej szukanie bo i kordy GPS takie sobie i miejsce ze spoilera trochę się zmieniło. Ale nie żałuję, bo las tam rzeczywiście malowniczy. Udało mi się też znaleźć młodziutkie opieńki. Aż mi ślinka pociekła na myśli o nich ze śmietaną i cebulką.Tylko aparat trochę przekłamał, bo nóżki mają ten sam kolor co kapelusz.
Czas już wracać do domu. Zazwyczaj staram się wybierać jakąś inna drogę, ale tym razem postanowiłem wracać po śladach. Tylko teraz wydawało mi się, że jakoś tak więcej wypadło pod górkę. A już z pewnością wiatr miałem od czoła. Dobrze że odległość była niewielka, bo jednak kondycja słaba, oj słaba.
niedziela, 8 września 2013
Las Pietrasze
Las Pietrasze, który od niedawna można zwać też Lasem Techniki. A to dzięki serii skrzynek duetu polcia&szymaneq. Tutaj jest opis projektu i lista keszy wchodzących w jego skład. Skrzynki zdobywałem poruszając się po lesie rowerem, co polecam. Raz że dużo szybciej, po drugie dobrze się po nim jeździ. Owszem, są i wystające korzenie i spore fragmenty mocno sypkiego piachu, ale jak da radę człowiek w czasie rehabilitacji po złamaniu nogi, to da radę każdy kto umie jeździć na rowerze.I zawsze można podzielić szukanie na kilka dni.
Spoglądając na mapę, las zajmuje spora część północnych terenów Białegostoku. Akurat jest sezon na grzyby, więc można spotkać sporo grzybiarzy. Sporo osób spaceruje jedynie dla przyjemności. Zimą dobrze się jeździ na biegówkach. Niestety można tez się natknąć na quady czy motocrossowców.
Jak na tak duży teren ma także bogatą historię. "Za cara" służył jako poligon wojskowy, w czasie I wojny światowej była tu baza sterowców (oczywiście lasu jeszcze nie było), po wojnie znów służył jako poligon, tym razem wojskom polskim. W czasie II wojny światowej w lesie dokonywano masowych egzekucji mieszkańców Białegostoku, głównie Żydów. Zaraz po wojnie także służył celom wojskowym, ale i przeprowadzano egzekucje żołnierzy podziemia. Ten ostatni temat wciąż jest badany.
Nie będę opisywał drogi od skrzynki do skrzynki, ani jak ich szukałem. Kesze są wprost genialne, a to że nie wszystkie dostały zielone, jest "zasługą" autorów, którzy sami sobie podnieśli poprzeczkę bardzo wysoko. Naprawdę polecam, bo nawet jeżeli ktoś nie lubi włóczyć się po lesie, kesze mu to wynagrodzą.
Tym razem bez większej relacji, bo nie chcę za bardzo spoilerować. Jedynie kilka zdjęć z tego pięknego fragmentu Białegostoku.
Spoglądając na mapę, las zajmuje spora część północnych terenów Białegostoku. Akurat jest sezon na grzyby, więc można spotkać sporo grzybiarzy. Sporo osób spaceruje jedynie dla przyjemności. Zimą dobrze się jeździ na biegówkach. Niestety można tez się natknąć na quady czy motocrossowców.
Jak na tak duży teren ma także bogatą historię. "Za cara" służył jako poligon wojskowy, w czasie I wojny światowej była tu baza sterowców (oczywiście lasu jeszcze nie było), po wojnie znów służył jako poligon, tym razem wojskom polskim. W czasie II wojny światowej w lesie dokonywano masowych egzekucji mieszkańców Białegostoku, głównie Żydów. Zaraz po wojnie także służył celom wojskowym, ale i przeprowadzano egzekucje żołnierzy podziemia. Ten ostatni temat wciąż jest badany.
Nie będę opisywał drogi od skrzynki do skrzynki, ani jak ich szukałem. Kesze są wprost genialne, a to że nie wszystkie dostały zielone, jest "zasługą" autorów, którzy sami sobie podnieśli poprzeczkę bardzo wysoko. Naprawdę polecam, bo nawet jeżeli ktoś nie lubi włóczyć się po lesie, kesze mu to wynagrodzą.
Tym razem bez większej relacji, bo nie chcę za bardzo spoilerować. Jedynie kilka zdjęć z tego pięknego fragmentu Białegostoku.
| leśny staw, chyba jedyny |
| stąd był fajny widok na miasto, trochę zarosło i zostały tylko dwie wieże |
| można przejechać się słoneczna ścieżką... |
| ... a można tonącą w cieniu |
| są też drogi dla lubiących bardziej ekstremalne wrażenia |
| cały las jest wręcz przeorany transzejami (coraz słabiej widocznymi) |
| a jak komuś mało zabawy w OC, są i inne, jak widać "pod patronatem" |
Subskrybuj:
Posty (Atom)