piątek, 18 września 2015

Gdzieś przy granicy

    Noc nad jeziorem Płaskim minęła spokojnie. Wstałem dość wcześnie, rozprostowałem kości, zauważyłem że niektórzy przebudzili się jeszcze wcześniej, czyli byli już na nogach około piątej. Aha, to wędkarze więc nie ma co się dziwić. Śniadanie, zwijanie noclegu i dalej w drogę. Jazda po nieznanym lesie, a szczególnie tak dużym jak Puszcza Augustowska do prostych nie należy. To znaczy podłoże świetne bo twarda ziemia, ale problem pojawia się na rozjazdach. Mapa papierowa to jednak za mało, bo nie wiesz czy to już ten rozjazd, czy może za 500m. jest inny. A nie miałem takiej z oddziałami leśnymi która świetnie sprawdza się w lesie. Całe szczęście technologia GPS prowadziła mnie jak po sznurku.  A mijany las, no cóż, widać że rośnie głównie po to by za parę lat można było zacząć pozyskiwanie drewna. I tak dobrze, że drzewa nie rosną jak po sznurku, co widziałem w paru miejscach Polski.
    Pierwszy cel to trójstyk granic Polski, Litwy i Białorusi. Nie powiem, tu się trochę przygotowałem by w ogóle trafić w to miejsce. Nie ma żadnego szlaku czy drogowskazu co trochę dziwi, bo jednak jest to jakaś atrakcja turystyczna. Z mapy miałem koordynaty, ale w terenie okazało się, że nawet przechodząc 30m. obok nie zauważyłem miejsca. Krzaki i pokrzywy wyższe od człowieka skutecznie utrudniały dojście. W końcu po przedzieraniu się przez mało przyjazną zieleń stanąłem nad rzeczką po stronie polskiej. Trzy słupy pięknie widać, mógłbym nawet przejść na stronę litewską, bo i woda niezbyt głęboka, ale jakoś odpuściłem. Pozostało schowanie kesza, którego specjalnie ciągnąłem z Białegostoku. Wybrałem miejsce kilkadziesiąt metrów dalej, ale z którego wciąż widać słupy graniczne.


    Po wyjechaniu z Puszczy Augustowskiej pierwsza wieś na którą się natknąłem to była Zelwa. Przy jednym z gospodarstw, robiącym za mini skansen ukryta była skrzynka "Zelwa" OP5535. Komuś znudziło się, albo już nie może prowadzić przedsięwzięcia i stare siedlisko jest do kupienia.  Niewielka chatka i zabudowania gospodarcze na końcu świata z pewnością tylko dla prawdziwych pasjonatów.


    Nie zabawiłem tu długo, bo na wschód od Białegostoku, w wioskach przy granicy z Białorusią co drugie gospodarstwo to taki mini skansen. Czas było wrócić do lasów Puszczy Augustowskiej. Zaczęło robić się gorąco, ale las ciągle dawał ochłodę. Zajechałem pod samą granicę z Litwą. Tutaj ukryty był kesz "ted147_przed_szlabanem" OP0DA6. Uniesiony w górę szlaban. Z jednej strony polska tablica z drugiej litewska no i słupek graniczny. Cisza, spokój, żadnych patroli, zaoranej ziemi czy drutów. Takie granice to ja rozumiem (choć jak piszę te słowa nad strefą Schengen zbierają się ciemne chmury). Nie mogłem przepuścić okazji i zdobyć swego pierwszego kesza za granicą, czyli "ted148_za_szlabanem" OP0DA8. Co prawda to tylko około kilometr, ale zadowolenie ogromne. Przy okazji po litewskiej stronie spotkałem klępę z młodym, co to szła w stronę Polski.


    Spory kawałek niestety musiałem jechać po tarce. Każdy rowerzysta wie jaka to mordęga, kiedy przez dłuższy czas czujesz się jakbyś pracował na ubijaku. W końcu w Berżnikach pojawił się asfalt. Krótki postój przy keszu "Ramię w ramię" OP1038, czyli cmentarzu wojskowym z I wojny światowej i dalej w drogę.
    Wąskimi, ale asfaltowymi drogami dojechałem do dawnej strażnicy SG (wcześniej KOP i WOP). Jeszcze przed wejściem do budynku zaczepił mnie inny rowerzysta. Trochę pogadaliśmy ogólnie o rowerach i okolicy, po czym pan odjechał w swoja stronę, a ja poszedłem szukać kesza "Hołny Wolmera - [ Granica II RP ]" OP8742. Jak w przypadku wszystkich keszy keram58 i ta była solidnie przygotowana. Do tego radocha z łażenia po opuszczonym budynku. Można natknąć się na ślady żołnierzy odbywających tu zasadniczą służbę wojskową i wydrapujących na murach datę poboru, jest cela, kancelaria szefa, kapselki na pieczęć przy niektórych pomieszczeniach. Spędziłem tu trochę czasu wchodząc chyba do wszystkich pokoi.


    Jadę dalej tylko coś ruch na lokalnej drodze podejrzanie duży. Wyjechałem na DK16 i wszystko jasne, jest w remoncie, a objazd puszczono przez wąskie, suwalskie ścieżki. Ale to już za mną. Wjechałem na drogę prowadzącą po zachodniej stronie jeziora Gaładuś. Dla takich miejsc warto jeździć rowerem. Po prawej w dole wciąż mam jezioro i co jeden widoczek to lepszy. Teraz też zauważam, że wkroczyłem na tereny z silną mniejszością litewską. Kapliczki niby niczym się nie wyróżniające, ale bez znajomości litewskiego bez szans na poznanie w jakiej intencji są postawione. Był i kesz "Graniczna Gaładuś" OP7332.


    W Burbiszkach odbiłem na zachód. Tak przy okazji to podobają mi się tutejsze nazwy, kto wie może i gdzieś są Psikiszki? A tak bliżej ziemi to brak tu sklepów. Miałem wodę, coś do przegryzienia, nie było źle, ale naszła mnie ochota na coś słodkiego. Kilometry uciekały, a sklepu ni widu ni słychu. Jak ktoś się wybiera w tamte rejony niech robi sobie zapasy w pierwszym napotkanym, bo potem może być ciężko. I tak nie zaspokoiwszy swych pragnień dojechałem do ośrodka Silaine. Było dość wcześnie, bo tak między 16 a 17, ale po obiedzie postanowiłem że tu zostaję na noc. Rozbiłem namiot, posiedziałem w barze przy okazji mogąc się przekonać że to rzeczywiście tereny z silnymi wpływami litewskimi. Cała obsługa mówiła w tym języku, a i większość gości też. Potem poszwendałem się trochę nad jeziorem Sejwy i poszedłem spać z kurami.


cdn.

środa, 9 września 2015

Deszczowa Warszawa

    Poprzednie dwa wyjazdy do Warszawy to była totalna klapa i nie ma o czym pisać. A to przez Veturilo, którym miałem poruszać się po mieście, a prawie wszystkie stacje wyświetlały dziwne komunikaty. Pewnie przez ilość wypożyczeń system zaczyna się zwyczajnie wieszać. Za to wrześniową eskapadę można uznać za udaną. Rowery wypożyczałem bez problemu. Tylko gdyby nie ten deszcz.
    Najpierw metrem z Młocin do stacji Ursynów. I kawałek na piechotę po kesza "Fort Służew" OP7470. I w czasie drogi po skrzynkę i przy niej samej padało, a czasami wręcz lało. Krzaki i drzewa przy keszu dały przynajmniej trochę osłony. Szukanie wśród mokrego gruzu średnio mi się uśmiechało. Całe szczęście był spoiler, więc najpierw wytypowałem miejsce do którego miałem 100% pewność , że to tu i uważając by się nie pośliznąć na mokrym betonie poradziłem sobie ze skrzynką.
    W drodze na kolejny fort chwyciłem jeszcze dwie skrzynki "Krzyż z ulicy Fosa" OP3003 i "Sadyba" OP2E67. W końcu dotarłem do kesza "Fort Czerniaków" OP4748. Na terenie fortu jest ulokowany oddział Muzeum Wojska. Zgromadzono tu sporo sprzętu wojskowego. Zaczyna się od rzadkiego widoku, czyli T34. Wydaje się, że nic specjalnego  bo przecież sporo podobnych czołgów stoi na cokołach w polskich miastach. No właśnie podobnych, bo to zazwyczaj T34/85, a wcześniejszego modelu nie zachowało się zbyt wiele. A później się zaczyna. Inne czołgi, transportery, samoloty, systemy radarowe czy rakietowe. Sporo tutaj wojskowego żelastwa. Wszystko to na jednego, biednego człowieka. Nie zmienia to faktu, że moim zdaniem cały ten sprzęt militarny ma swoje surowe piękno. Oczywiście w czasie zwiedzania musiało lunąć, a tym razem ochronę dała mi stara lipa.


    Rowerem wróciłem znów do metra i ty razem aż do placu Wilsona. Pierwsze kroki skierowałem do kesza "Kościół św. Stanisława Kostki" OP1279. Byłem tu w dzieciństwie, ale miejsce zapamiętałem zupełnie inaczej. Chyba nie zmieniło się tu aż tak przez te dwadzieścia kilka lat? Grób Popiełuszki jakby się oddalił od chodnika. Na murze kościoła liczne tablice będące prawdziwą lekcja historii.


    Idąc Krasińskiego podjąłem kesza "Akcja Pol - Śmierć Herberta Junka" OP86ZQ. Pierwszy raz słyszałem o akcji "Pol". Jak się okazuje był to krótki epizod wojenny, w czasie którego udało się zlikwidować komendanta Pawiaka.
    Szkoda, że do Cytadeli nie można wchodzić z racji remontu. Wszędzie tabliczki z zakazem, więc mimo, że nikogo nie widziałem to nie chciałem sprawdzać co grozi za łamanie zakazu. Pocieszyłem się keszem  "Park Fosa i Stoki Cytadeli" OP1EB1 i zaszedłem jeszcze do Bramy Straceń. O tym miejscu chyba każdy słyszał, bo jego zdjęcia są nawet w szkolnych podręcznikach.


    Po drugiej stronie Wisłostrady wypożyczyłem rower i ruszyłem w dłuższą drogę. Deszcz i czasem wiatr w oczy to nic przyjemnego. Najgorszy był początek, ale potem jakoś szło. Zostawiłem rower na rogu Radiowej/Powstańców Śląskich i poszedłem w stronę kesza  "Stary most na fortach" OP0C07. Przeżyłem małe deja vu, bo kiedyś już w tych okolicach byłem i tak jak poprzednio gdzieś zza budynków wojskowych dochodziło terkotanie broni maszynowej. Niestety most nie prezentuje się już jak na zdjęciach z opisu. Gdzieś zapodziało się kilka metalowych elementów i niemożliwe jest przejście na drugą stronę.
    Znów dłuższa przejażdżka i znów deszcz, ale tym razem w większości z wiatrem. Po odstawieniu roweru poszedłem do Fortu Mokotów. Niby trzeba tam przejść przez bramę, więc zastanawiałem się co powiem dozorcy w razie gdyby pytał po co przyszedłem. Całe szczęście wejście jest swobodne, a na terenie działa nawet knajpka. Nie przybyłem tu jednak przesiadywać w lokalach a po kesze. Na pierwszy ogień poszła skrzynka "Fort Mokotów" OP24B2. Czym byłaby wycieczka bez spenetrowania jakiejś dziury? Można by ją uznać wręcz za niebyłą. Zanurzyłem się w ciemność, minąłem miejsce skrytki, by zobaczyć jak daleko ciągnie się korytarz. Niestety zaraz się skończył. Podłoga w forcie jest strasznie nierówna. Sporo tu nacieków ziemi i strasznie wilgotno. Nie wiem czy ta wilgoć jest cały czas, czy przez padające akurat deszcze. 


    Po wyjściu na powierzchnię znalazłem jeszcze dwie fortowe skrzynki. "A więc wojna" OP24B1. Sympatyczna keszyna w pozostałościach po masztach które tu kiedyś stały. Po wycięciu krzaków dobrze widać inne okoliczne pozostałości. Druga skrzynka to "Reflektor obrony cywilnej" OP24B0. Został z niego jedynie ułamany pal. Za to obok jakaś dziwna konstrukcja. Okazało się, że to mieszkanie dla bezpańskich kotów. Kartka wyjaśniła wszystko i dobrze bo bym teraz siedział i szperał po internecie co to za ustrojstwo.
    Czas było się już zbierać w stronę Dworca Wschodniego i iść na metro. Po drodze zgarnąłem jeszcze kesza "Przedwojenny Pastorał" OP21A2. Lubię takie kesze które pokazują jakiś detal całkowicie pomijany we wszelkich przewodnikach. Ciekawe, że kiedyś przedmioty wysoce użytkowe starano się choć trochę upiększyć. Dziś taką szansę mają tylko te z miejsc reprezentacyjnych. 
    Przy wschodnim trochę poczekałem na autobus PKS Białystok. Urozmaiciłem to sobie keszem "Loesje [luszje]" OP7889. Niby prosty magnetyk, a cała siła tkwi w logbooku gdzie można poczytać sobie różne "loesje". Niedaleko zostawiłem też mobilniaka "PKSowy keszyk podróżny" OP5E62. Myślę, że okolice niewielkiego dworca autobusowego są odpowiednie dla niego.
    W Białymstoku byłem po 23. Następnego dnia wziąłem się za logowanie i zauważyłem, że nieoczekiwanie zaliczyłem niezbędne minimum do geościeżki "Twierdza Warszawa". Miałem w planach na ten dzień jeszcze z dwie czy trzy skrzynki tego projektu, ale okazało się, że Warszawa jest trochę większa niż się wydaje na mapie i musiałem odpuścić z braku czasu. Ale co się odwlecze...

czwartek, 27 sierpnia 2015

Z Sokółki nad jezioro Płaskie

    Znów chciałem spędzić urlop na rowerze i znów się nie udało. Drugi rok z rzędu psuje się jakaś kluczowa część, której nie da się zreperować bez odwiedzenia warsztatu. I to żeby w jakimś cywilizowanym miejscu, ale nie, gdzieś w wygwizdowie i do najbliższego rowerowego jest cały dzień marszu, a PKS jeździ dwa razy dziennie. Trzeba będzie wcielić w życie plan który już od dłuższego czasu chodzi mi po głowie i kupić bagażnik rowerowy na samochód. Mobilność wzrasta niesamowicie o czym przekonałem się na niedawnej wycieczce do Puszczy Białowieskiej (ale o tym innym razem).
    To miał być wyjazd wzdłuż granicy wschodniej i północnej aż do Trójmiasta. Początkowo skorzystałem z usług PKP i dostałem się do Sokółki. Zawsze to jeden dzień oszczędzony na dojazd w pobliże granicy. Zaczęło się od szutrów i leśnych dróżek. Czasem piaseczek, ale generalnie jechało się przyjemnie. W końcu odrobina asfaltu. Aż do kesza "Pałac w Pawłowiczach" OP8181. Obecnie to pustostan, ale żeby go obejrzeć trzeba skakać przez płot. Jako że nie miałem żadnych zamiarów chuligańskich zdecydowałem się wejść na teren. Pałac wciąż prezentuje się nieźle. Szkoda, że gmina nie ma pomysłu na wykorzystanie go.


    W końcu odwiedziłem Zalesie. Dotąd  zawsze objeżdżałem je z różnych stron, a z daleka widziałem tylko dwie białe wieże kościoła. Świątynia była w remoncie, więc wejście na teren było zabronione. Za to za kościołem znajduje się stary cmentarz. Parę starych nagrobków da się wypatrzyć.
    W końcu udało mi się podjąć kesza "Dubnica" OP40E1. Żadnego patrolu SG tym razem nie było, więc poszło sprawnie. Niby nic nielegalnego się nie robi, ale granica po drugiej stronie drogi dodaje smaczku poszukiwaniom. 
    Od skrzynki pojechałem drogą na północ. Na mapie wyglądała nieźle. I początkowo tak było, aż do zjazdu do samotnego gospodarstwa. Potem zrobiła się zarośnięta ścieżka, którą pewnie tylko czasem rolnik traktorem przejedzie, bo nic innego tam nie wjedzie (no może terenówka). Całe szczęście szybko dotarłem do w miarę normalnej polnej drogi.
    W Chworościanach wjechałem na dawny szlak kolejowy łączący Grodno z Suwałkami będącą częścią dawnej kolei zaniemeńskiej. To była mordęga. Jechałem po wyniesieniu nasypu, powiewu wiatru żadnego, a z góry żar lał się z nieba. Cieszyłem się jak opuściłem ten odcinek. 


    Kluczyłem po lokalnych dróżkach, gdzie bez mapy jadąc nawet drugi raz pewnie bym się zagubił. W końcu dotarłem do wsi Wołkusz. Na jej skraju trochę się przemyłem w Wołkuszance. Pilnował mnie zdaje się Nepomucen w kapliczce słupowej. Odświeżony wjechałem w lasy Puszczy Augustowskiej.


    Trzymając się głównej leśnej drogi znalazłem się przy keszu "Śluza Kurzyniec" OP69BB. Jest to ostatnia śluza Kanału Augustowskiego po stronie polskiej. Dokładnie stoi na samej granicy i oś kanału dzieli Polskę od Białorusi. Jest pięknie odnowiona, a teren wokół zadbany. Co z tego skoro w minimalnym stopniu pełni swą rolę. Pamiętam wielkie nadzieje związane z jej otwarciem po remoncie, ale trudności graniczne skutecznie zniechęcają.


    Zupełnie niedaleko jest kolejna śluza i kesz "CASH CACHE - śluza Kudryki" OP1D4B. I tutaj ruch niewielki przez bliskość granicy, ale mechanizmy w pełni sprawne. Nie mogłem się oprzeć i zakręciłem korbą od wrót jeden raz. Potem odkręciłem w pierwotne położenie. Mechanizm chodzi tak lekko, że nawet małe dziecko nie miałoby problemu z otwarciem śluzy.


    Zastanawiałem się czy uda mi się dostać do kesza "Jezioro Szlamy" OP70AB. Jaka droga mnie czeka i jak daleko trzeba iść przez las? Jak się okazało prawie pod samego kesza da się podjechać rowerem, a las ma już parę lat, więc w poszyciu krzaków niewiele i te ostatnie metry idzie się jak po parku. Nad sam brzeg jeziora niestety nie dotarłem. Chroni go spory pas trzcinowisk i nigdzie w nich nie widać przerwy. Prawdziwie dziewicze miejsce.


    Kolejne kilometry uciekały, i nie wiadomo kiedy znalazłem się prawie u kresu wędrówki tego dnia. We wsi Rygol zjechałem nad rzekę o pięknej nazwie Szlamica. Warto było bo dawny młyn (obecnie elektrownia), pobielony dworek i leniwie tocząca swe wody rzeka wyglądają razem naprawdę malowniczo. Był i kesz "Elektrownia na Szlamicy w Rygoli" OP70AA, którego trochę się naszukałem, a wszystko przez niedoczytanie opisu.
    W Rygolu stołowałem się przez chwilę w miejscowym barze. Schabowy z ziemniakami niczym się nie wyróżniał, ale ogórki małosolne wyśmienite. Niestety nie było sklepu i trzeba było podjechać do Mikaszówki, ale to zaledwie około 2km. Po zaopatrzeniu w żarełko skierowałem się ku jeziorze Płaskie. Na nim rozbiłem się na noc. A jezioro jest przepiękne. Niewielkie z krystalicznie czystą wodą i miłym piaseczkiem na dnie. Chyba niezbyt głębokie bo idzie się w nie kilkanaście metrów, a wody co najwyżej do pasa. Wszystkiego dopełnił jeszcze zachód słońca, po którym wybrałem się na poszukiwanie kesza  "Jezioro Płaskie" OP70A9 co wcale takie proste nie było, bo w lesie wszystkie drzewa są podobne. Na koniec mała łyżka dziegciu. Nocleg na polu kosztuje 16zł. co z cenami kempingów z pełnym zapleczem jest ceną dość wysoką, ale że nie lubię nocować na dziko gdy nie muszę, przełknąłem cenę. 


 cdn. 

sobota, 25 lipca 2015

Piękna dziura

    Planowaliśmy z MiszkaWu wyskoczyć do Puszczy Białowieskiej na dwa dni. Jednak pewnego dnia dostaję telefon z pytaniem, a może zamiast lasu betony MRU? Nie zastanawiałem się nawet minuty. Tym bardziej, że od pewnego czasu myślałem o wyjeździe tam, ale raczej w kategoriach może za rok, a może za pięć lat. Nie wiem co on obiecał żonie, ale grunt, że dostał dyspensę.
    Z Białegostoku wyruszyliśmy dość późno, bo przed 9 rano. Nie było co się wyrywać, bo czekał nas cały dzień jazdy  i lepiej ruszać wypoczętym. Pierwszy postój w Wyszkowie po virtuala i kesza "Haubica nad Bugiem" OP444A. Mijana nie raz w drodze do Twierdzy Modlin, ale zawsze mijana, bo wiecznie w logach pisano o zaginięciu, aż wreszcie trafiliśmy na reaktywację, więc żal było nie skorzystać. Tylko wody w Bugu jakoś mniej niż zwykle.


    Podróż daleka więc trzeba było niektóre kesze omijać, ale klasztor w Zakroczymiu skusił. Najpierw szybka akcja z keszem  "Klasztor Braci Mniejszych w Zakroczymiu" OP545F i można było iść obejrzeć wnętrze kościoła. Stare świątynie mają swój niepowtarzalny zapach. Dla jednych to zapach starego drzewa, dla innych pogrzebu.
    Są skrzynki które zapadają w pamięci z powodu niemiłosiernego syfu. Tak było z "Stara stacja benzynowa" OP58DE. Kierowcy pobliskiego parkingu TIR zrobili tu sobie toaletę. Ciekawostka niech ją diabli. Po wpisie szybka ewakuacja, a zapowiadało się ciekawie bo budynek zachowany w niezłym stanie, a i resztki dystrybutorów też się znajdą.


    Będąc w Wyszogrodzie nie sposób ominąć kesza "Snuffer- "Żołnierzom znad Bzury" OP0B08. Samo miejsce jest godne odwiedzenia. Prosty pomnik w postaci kamieni z nazwami jednostek. Stoi na wysokiej skarpie, a pod spodem płynie Wisła przecięta ogromnym mostem. Warto było chwilę postać i nacieszyć oczy widokiem. Potem jeszcze rzut oka na tablicę z planem Bitwy nad Bzurą, by dojść do wniosku, że za dużo tu niebieskich i czerwonych linii i strzałek by się połapać bez krótkiego kursu strategii wojskowej.


    W Płocku nie wypadało się nie zatrzymać. Pierwsze kroki skierowaliśmy do katedry obejrzeć drzwi płockie. Co prawda to tylko kopia, bo oryginał jest w Nowogrodzie Wielkim. Mniej słynne niż te gnieźnieńskie, ale zachwycają wykonaniem. W każdym polu inna scena, więc można spędzić tu chwilę. A że na zewnątrz ponad 30 stopni i wielka wilgotność, spędzenie czasu w chłodnych murach dało chwilę ulgi.


    Połaziliśmy jeszcze chwilę po płockiej starówce, nawet jeden kesz wpadł i przez stary most dostaliśmy się na drugi brzeg Wisły. Była okazja by z miejsca ukrycia skrzynki "Nieśmiertelni #50 - Ostatnia walka ORP Nieuchwytny" OP83FJ popatrzyć na Płock z innej perspektywy. Wisła jako dzika rzeka ma swój urok, a i widok na miasto ciekawy.
    Zawsze chciałem zobaczyć tamę we Włocławku i w końcu była okazja. Budowla rozłożyła się bardziej wzdłuż niż w górę. Wyobrażałem sobie że jest wyższa, ale i tak zrobiła wrażenie. Szczególnie śluza, gdzie różnica poziomu wód jest ogromna. Do tej pory znałem śluzy mazurskie i Kanału Augustowskiego, ale przy tej wydają się śmiesznie małe. Szkoda że nie trafiliśmy na śluzowanie, bo to pewnie niezły widok. Przy okazji przypomniał mi się teraz film o Wiśle. Ponoć zapora jest w bardzo złym stanie. Jak to się wszystko zawali...


    W Brześciu Kujawskim po próbie wciśnięcia nam perfum przez uroczą dziewczynę zabraliśmy się za to co najważniejsze czyli kesze. Poszło sprawnie, ale największe wrażenie zrobił na mnie pomnik Łokietka. Z podręczników wyłania się mikry, ale zadziorny książę. Na pomniku stoi jednak krasnolud z trochę za dużymi nogami, a jak Miszka zauważył podobieństwo do Smolenia, cała poważna historia legła w gruzach.


    Za Brześciem postój wart pamięci wypadł w Płowcach. Kolejne miejsce znane mi z kart historii, ale nawet nie potrafiłem go specjalnie umieścić na mapie. Przy drodze stoi niewielki pomnik, którego jednak nie sposób przegapić. Sympatyczna ciekawostka po drodze.


    Jadąc przez tereny gdzie powstawało państwo polskie nie sposób nie zahaczyć o Kruszwicę, Strzelno czy Gniezno. W Kruszwicy pierwsze kroki skierowaliśmy do kolegiaty. Najpierw odszukaliśmy kesza "Kolegiata Św. Piotra i Pawła w Kruszwicy" OP47BA. Potem przyszedł czas na obejrzenie świątyni. Zachwycają przede wszystkim wspaniałe kamienne bloki. Dokładnie obrobione, wpasowane do siebie niczym klocki ukazują kunszt średniowiecznych budowniczych.Potem oczywiście wizyta przy Mysiej Wieży. Biorąc pod uwagę wielkość wieży, która jest jedyną całą pozostałością po zamku można sobie wyobrazić wielkość warowni. 
    Najbardziej zadziwiło mnie brak kesza OC w Strzelnie. Wspaniałe zabytki architektury romańskiej których nie ma znowu tak wiele, a jedyna skrzynka zarchiwizowana. Niestety w kościele trwała msza i wnętrze obejrzeliśmy tylko z przedsionka. Dobrze że widziałem już kiedyś kolumnę, ale nie zaszkodziłoby jeszcze raz.


    W Gnieźnie byliśmy już dosyć późno. Mimo to znalezienie tam miejsca parkingowego do prostych nie należy. Jakoś się udało i poszliśmy do katedry. Niestety z racji godziny była już zamknięta. Z zewnątrz kościół robi wrażenie, ale niedosyt pozostał. Być w Gnieźnie i nie zobaczyć tamtejszych drzwi. Szkoda.
    Do MRU jeszcze sporo kilometrów, a tu już wieczór się zbliżył. Decydujemy że jedziemy już bez przerwy. Wielkopolska jest tak bogata w miejsce warte odwiedzenia, że warto tu kiedyś przyjechać. Tylko te odległości. Na miejscu spotkania meldujemy się kiedy jest już ciemno. Posiedziałem chwilę przy ognisku, ale zmęczony podróżą zaraz odpłynąłem.
    Sobota przywitała nas piękna pogodą. Ale to nie dla niej tu przyjechaliśmy. Zejść pod ziemię i zanurzyć się w mrok chłodnych korytarzy. Oto na co czekam. W końcu po leniwym śniadaniu, powolnym zbieraniu się grupy nadszedł ten moment. Byłem tu pierwszy raz i system tak mnie oszołomił, że skrzynki zeszły na drugi plan. Pierwsza myśl jak tu wilgotno. Schodziliśmy po ogromnej klatce kilkanaście metrów w dół, a beton prawie ociekał. W niektórych miejscach rzeczywiście kapała woda. Pierwsza fotka pod ziemią i małe zdziwienie. Wszystko przysłonięte jakby przez mgłę. Zazwyczaj jest ziarno przez kurz, a tu coś takiego. W dalszej części podziemi zdjęcia wychodziły już normalne ( jak na zwykłą cyfrówkę). Idziemy, zaczyna się woda. Na początku dość płytka i da się iść pod ścianą, albo korzystając z wysepek. Z czasem bez zamoczenia się nie obejdzie, więc ci co są uzbrojeni w wodery naciągają je na siebie. Podziwiam ludzi w trampkach. Pomysł dobry, bo butków za parę złotych nie szkoda, ale woda na dole jest lodowata. Moje ochraniacze na nogi też finalnie nie przechodzą próby. Potrzebne są z porządnej gumy, odpornej na przedarcie, a nie to co zakupiłem. Chyba wymyślono je by wojacy nie zabrudzili sobie butów przy myciu sprzętu i nie mieli w nich nigdzie chodzić. 


    Pierwsze pomieszczenie do którego zeszliśmy było ogromne. Potem długi spacer przez korytarz. Niemcy wzorowali się na naturze i wykonali go w kształcie jajka. Ponoć zapewnia on większą wytrzymałość. W końcu dotarliśmy do pierwszego dworca. Te miejsca robią wrażenie. Ogromna kubatura potrafi wywrzeć wielkie wrażenie, gdy ma się świadomość, że jest się ładnych kilka metrów pod ziemią. 


    Chodziliśmy sobie korytarzami, po drodze zbierając parę keszy. W końcu przyszedł czas by wyjść bliżej powierzchni. Wspinamy się kolejne metry i czuć coraz większe gorąco. W Panzerwerku panuje zaduch i wilgoć jak chyba w tropikalnej dżungli. A że jest wielki, trzeba tam spędzić trochę czasu by pomyszkować we wszystkich pomieszczeniach. Z ogromnym uczuciem ulgi witam powrót w dół. Niby jest dość chłodno, bo panuje stała temperatura 10 stopni. Wystarczą jednak długie spodnie i polar by czuć się komfortowo. 


    Przed zejściem trochę się bałem jakie niebezpieczeństwa na mnie czekają. Wystarczy dobra latarka (dobra, bo mrok potrafi mocno "wchłaniać" światło) by omijać największe niebezpieczeństwo czyli studzienki. Większość jest odkryta. Nie są strasznie głębokie, ale wpadnięcie może skończyć się boleśnie. Skrzynki też nie są ekstremalne. Akurat moja grupa zaliczyła tylko dwie takie. Raz trzeba było przejść po wąskiej desce, drugi raz przecisnąć się wybitą dziurą po prawej mając kilkanaście metrów w dół.  Nie wymaga to specjalnej kondycji fizycznej, a jedynie trochę uwagi. 


    Chodziliśmy sobie korytarzami, art noise opowiadał trochę o systemie. Ot chociażby takie rury w ścianie gwintowane na końcu. Człek by je minął nie zwracając na nie większej uwagi, a okazuje się, że to ważny element obronny. W razie zdobycia Panzerwerku przez wroga, umieszczone w rurze ładunki wybuchały zawalając przejście. A skrzynki? No tak, parę znaleźliśmy, ale tym razem nie były najważniejsze. Pierwsza wizyta na MRU narobiła mi smaku na kolejną. Z racji tego, że wiem już trochę czego się spodziewać, keszowanie może będzie bardziej intensywne. Chociażby taka prosta sprawa gdzie jesteś. Plan podziemi nie wydaje się zbytnio skomplikowany, ale w praktyce zgubić się nie jest trudno, szczególnie dla świeżaka. I znów dobra rada od osób które już tam trochę czasu spędziły, notować gdzie skręca się w korytarz. Warto było tam pojechać, by zobaczyć czym w ogóle jest MRU. Chciałoby się tam wrócić. Tyle jeszcze jest do zobaczenia. Został spory kawałek podziemi, elementy naziemne no i Pętla Boryszyńska, bo jednak warto poznać podziemia tak jak prezentowały się z wyposażeniem. Tylko ta odległość. 600km. w jedną stronę trochę kosztuje, a i czasu trzeba sporo, bo dwa pełne dni to minimum i kolejne dwa na dojazd i powrót.
    A mówiąc o powrocie, czas zbierać się do Białegostoku. Cały dzień drogi przed nami, więc wyjechaliśmy w niedzielę rano. Jeszcze chwilę pokręciliśmy się po okolicy, szczególnie ceniąc sobie postój nad jeziorem gdzie było okazja trochę się wymoczyć. Będąc w okolicy nie mogliśmy sobie odpuścić okazji zajrzenia do Świebodzina. Chyba każdy kojarzy to miasto z gigantyczną figurą Chrystusa. Walory artystyczne pozostawiam do własnej oceny. Każdy ma swoją opinię. Z pewnością pomnik (choć słowo mi to słabo pasuje) jest wielki. I dla mnie to wszystko. Okolica niezbyt interesująca, a centrum handlowe po drugiej stronie drogi już w ogóle psuje otoczenie. Będąc pod sama figurą i opukaniu okazała się z jakiegoś taniego gipsu i wydawała pusty dźwięk. Długo szukałem z czym mi się to kojarzy i pomyślałem , że to taka gigantyczna butelka na wodę święconą w kształcie najczęściej Marii z odkręcaną koroną. Z kronikarskiego obowiązku wspomnę o keszu "Świebodziński cud" OP35A9.


    Dużo większe wrażenie zrobiła na mnie parowozownia w Wolsztynie. Oglądając relikty kolei parowej znaleźliśmy kesza "Parowozownia Wolsztyn" OP8042. Najlepsze jest to, że do niektórych parowozów można wejść. Kierowanie takim kolosem z pewnością nie było łatwe. Szczególnie zaciekawił mnie widok do przodu. Maszynista miał naprawdę słabą perspektywę i niewiele widział. Najpiękniejszą lokomotywą jest z pewnością "Piękna Helena". Moim zdaniem o jej urodzie decydują koła. Duże, ale jednocześnie o dość cienkich szprychach nadają konstrukcji lekkości. Oprócz parowozów można obejrzeć wagony, specjalne pojazdy torowe, jest nawet niewielkie muzeum, które mieliśmy szczęście obejrzeć. Na terenie parowozowni oprócz obrotnicy i "kaczek" do napełniania parowozów wodą, są wysięgniki do załadunku węgla do tendrów. Warto było je zobaczyć, bo ten element kolejowy chyba już nigdzie się nie zachował.


    Chcieliśmy jeszcze coś po drodze obejrzeć. W Kurniku zastała nas ogromna burza. Lało jakby niebo się urwało, a wokół biły pioruny. Ulewa ustała, ale cały czas padało, więc postanowiliśmy wracać. To co zastaliśmy po drodze przeszło nasze oczekiwania. Powalone drzewa, zerwane linie, w niektórych wsiach zniszczone dachy. W tych warunkach priorytetem stał się bezpieczny powrót do domu. A że miejscami trochę staliśmy, gdzie indziej musieliśmy wybierać objazd do Białegostoku wróciliśmy coś koło północy.

poniedziałek, 20 lipca 2015

Z Ciechanowca do Łap

    Jak podjąć skrzynki oddalone od Białegostoku o kilkadziesiąt kilometrów przemieszczając się rowerem? Od czego jest PKP? Przewozy Regionalne to wciąż w większości "elektryczki" w których przewóz roweru w przedziale dla podróżnych z większym bagażem to bajka. Tylko czasem trzeba trzymać swego bicykla, bo potrafi tak trząść, że się wywraca. Na krótkich dystansach to mała niedogodność.
    Korzystając z kolei dotarłem do Szepietowa. Można by rzec, że to rolnicza stolica regionu. Tutaj odbywają się największe targi skierowane głównie do ludzi żyjących z ziemi. Cóż mi tu było robić, więc pojechałem do Dąbrówki Kościelnej. Jak nawet sama nazwa mówi, głównym punktem jest kościół neoklasycystyczny z XIXw. Obok stoi drewniana dzwonnica z końca XVIIIw. Jeżdżąc po Polsce często widzę zachowane drewniane dzwonnice. Na Podlasiu z jakiegoś powodu się nie zachowały. A może to złudzenie i na te okoliczne mniej zwracam uwagę? Jest jeszcze pomnik dla POW. Kiedyś kolega chciał założyć parę skrzynek przy takich pomnikach, na których szczycie jest orzeł. Niestety nie zrealizował pomysłu, a szkoda bo była by z tego niezła ciekawostka.


    Z Dąbrówki wprost na południe pojechałem w kierunku Ciechanowca. Droga wiodła przez pola i niewielkie lasy. Asfalt przechodził w szuter, by znów się pojawić. Ogólnie sprawnie mi się jechało w ciszy i spokoju. Po wyjeździe na trochę szerszą drogę w oczy rzucił się ogromny kościół w Kuczynie. Wieś jest jedną z najstarszych na Podlasiu i jest wymieniona już w 1230r.  Obecna świątynia pochodzi z końca XIXw. kiedy parafię zamieszkiwało ok. 4700 katolików, więc przestaje dziwić jej ogrom. Zbudowana jest w stylu neogotyckim, a że lubię ten styl miejsce przypadło mi do gustu. W otoczeniu kościoła zachowało się kilka nagrobków żeliwnych. Te małe dzieła sztuki są chyba nawet lepszym pretekstem do zatrzymania się niż sam kościół.


    W Ciechanowcu pojechałem od razu do Muzeum Rolnictwa. A że był poniedziałek, okazało się że wejście na teren parku i wystawy plenerowej jest darmowe. Perspektywę od bramy głównej zamyka pałac Starzeńskich. Ród był znaczny i rozgałęziony, więc z pamięci ciężko wydobyć kto był dokładnie właścicielem. Grunt że dzięki niemu możemy cieszyć oczy neorenesansowym pałacem w otoczeniu rozległego parku. Na zewnątrz, na zainteresowanych czekają budynki przeniesione tu z różnych części Podlasia. Dzięki temu możemy zobaczyć w jakim domu mieszkała bogata szlachta, w jakim zamożny włościanin, ale są tez biedniejsze chałupy wiejskie. Oprócz tego są budynki inwentarskie i co mi szczególnie przypadło do gustu, młyn wodny. Oprócz budynków są też maszyny. Chociażby takie zachowane silniki do maszyn rolniczych to prawdziwy unikat. Wiadomo że wieś nie była kiedyś zbyt bogata, więc nowoczesne wyposażenie nie było powszechne. Siłą rzeczy zabytków techniki rolniczej nie zachowało się tak wiele.  Z keszerskego obowiązku wspomnę, że przy jednym z budynków chciałem schować kesza, ale uznałem że dam też szansę tym którzy przybędą poza godzinami otwarcia.


    Ciechanowic położony jest nad sporą rzeką Nurzec na której w mieście utworzono zalew nad którym można chwilę odpocząć. Centrum to spory rynek. Tutejszy jest długi i wąski, taki "kiszkowaty", ale przez to ciekawy bo niezbyt często spotykany. Trzeba przyznać że jak na tak niewielkie miasteczko jest co zwiedzać. Oprócz wspomnianego pałacu jest też kościół, cerkiew i zachowana synagoga.
    Jadąc drogą 681 po kilku kilometrach odbiłem ku rzece Nurzec. Najpierw dotarłem do niewielkiego mostu nad starorzeczem, a potem mostu nad głównym nurtem połączonego z lokalną elektrownia wodną. Brzegiem rzeki dojechałem do pobliskiego kesza "Kostry" OP871U. Miejsce naprawdę magiczne. Jest oznaczone jako pole namiotowe, ale nie wiem czy da się znaleźć o tym gdzieś informacje. Stoi tam wiata, gdzie rozłożyłem się z wałówką. Kilkanaście metrów dalej postawiono krzyż z płaskorzeźbą o tematyce religijnej u podstawy. Data na krzyżu 1990 podsunęła mi myśl że może miejsce było to kiedyś wykorzystywane przez jakiś ruch kościelny. Kto by tu nie obozował, trzeba przyznać że mimo niepozorności miejsce jest świetne. Cisza i spokój czynią tę okolicę prawdziwa oazą dla człeka spragnionego chwili wytchnienia.


    Następny postój przy keszu "U Ossolińskich" OP8709. Wstyd się przyznać, ale o tym pałacu wcześniej nie słyszałem. W ogóle wiadomość, że Ossolińscy mieli dobra na Podlasiu zaskoczyła mnie. O tej rodzinie słyszeli chyba wszyscy, głównie za sprawą Ossolineum. Mają też niezły herb. Nie jakiś mityczny zwierz, lew z piórkami a prosty topór. Jeżeli można tak się wyrazić, proste symbole graficzne zawsze są najmocniejsze. Sam pałac zachowany w dobrym stanie, głównie dzięki temu że wprowadziła się tu szkoła rolnicza. 


    Tuż przed Brańskiem jest cmentarz żydowski i kesz o tej samej nazwie. Ktoś czasem zadba o to miejsce, bo przejście było świeżo wykoszone i wyszedł rowerowy drive-in. Mimo kąsających komarów spędziłem tam chwilę dłużej niż tylko na wydobyciu skrzynki. Jak doczytałem w opisie część płyt nagrobnych odzyskano w 1988r. z brańskich chodników. Ustawiono je z powrotem dość gęsto przez co robią przejmujące wrażenie. Zastanawia też kto już w 1988r. zdecydował się na ratowanie pamiątek po dawnych mieszkańcach miasteczkach. To wciąż była komuna, wbrew pozorom czas niezbyt sprzyjający ocaleniu od zapomnienia małomiasteczkowych kirkutów.


    W Brańsku dopisało mi szczęście i trafiłem na całkowicie otwarty kościół. To moje szczęście to nieszczęście kogoś innego, bo świątynia była przygotowana na pogrzeb. Wyposażenie można by uznać za barokowe, ale jest współczesne. Obok jest kesz "Kościół WNMP" OP83W7. Warto zainteresować się niewielkim pomnikiem obok. Poświęcony jest zmarłym którzy zostali odnalezieni przy budowie ronda między kościołem a cerkwią. 


    Za Brańskiem  jest okeszowana (kesz "Kumat" OP83UH) lokalna ciekawostka. Miejsce boju wojsk Jaćwingów pod wodzą Komata z Polakami pod wodzą Bolesława Wstydliwego. To był już zmierzch tego bitnego plemienia nękającego ziemie polskie w okresie średniowiecza. Cóż, niechęć do zmian, niezrozumienie zmian dziejących się w Europie zepchnęły ten lud w mroki historii. Swoją drogą jak mało wiemy o ludach zamieszkujących kiedyś tereny dzisiejszej północnej Polski. O Jaćwingach to mało kto słyszał, Prusowie pojawiają się tylko przy okazji św. Wojciecha. Niestety nie pozostawili po sobie pism, ani zbyt wielu zabytków archeologicznych. 
    Z Brańska zmieniłem kierunek jazdy na północ. Wybrałem asfaltówkę, ale tak rzadko uczęszczaną, że przez dłuższy czas minęły mnie tylko dwie osobówki. Dzięki temu bez problemu podjąłem kesza "Dąb z tradycjami" OP8987. Gratka dla miłośnika lokalnych ciekawostek, których dzięki OC trochę poznałem. Tym razem rozłożysty dąb, król polskich drzew, pełniący funkcję jaką gdzie indziej pełnią krzyże na końcu wsi. Jak wynika z opisu w tej okolicy praktykowane jest odprowadzanie trumny do tego drzewa, które zostało zmienione w rodzaj kapliczki. 


    Po raz kolejny potwierdziła się prawda, że jadąc rowerem więcej widać. Kiedyś przejeżdżając przez Pietkowo autem nawet nie zauważyłem sporego, murowanego budynku będącego kiedyś spichlerzem. Miejsce zostało zmienione na dyskotekę, ogrodzone wysokim płotem, a dodatkowo "upiększone" plastikowymi palmami. Ma to urok małomiasteczkowego odpustu i wywołuje raczej uśmiech. Za to przed budynkiem stoi murowana kapliczka w formie latarni umarłych. Piękna nazwa. Stawiana tam gdzie świat żywych łączyła się ze światem zmarłych. Okolice cmentarzy, szpitali, przytułków to było jej miejsce.  Potem stawiano je też na rozstajach dróg. A te też były miejscem magicznym dla naszych przodków.


    Prawdę mówiąc sam stanąłem przed takim miejscem. Po ponad setce kilometrów, na rozjeździe przed Łapami zastanawiałem się gdzie skręcić.  W stronę Suraża by jeszcze kręcić około 20km. do domu, czy w lewo do Łap gdzie liczyłem na pociąg. Krążące w oddali ciemne chmury pomogły podjąć decyzję na korzyść drugiej opcji i większość drogi pokonałem już korzystając z usług PKP. Ciekawe co by się stało gdybym pojechał przez Suraż?

wtorek, 30 czerwca 2015

Twierdza Modlin 25.06.2015

    To się nigdy nie znudzi. To moja kolejna wizyta w Twierdzy Modlin. I znów coś nowego, ciekawego. Kolejna porcja przygody i odrobiny adrenaliny. Tym razem prócz częstego towarzysza podróży MiszkiWu wybrała się jego córka Zuzanna. Obraliśmy lekko alternatywną trasę przez Ostrołękę, Różan i Pułtusk. Kesze w tych dwóch pierwszych miastach miałem już zaliczone, więc był to przyjemny powrót do przeszłości. Nowością były kesze "Pozostałość XIX wiecznego zespołu dworskiego w Drogoszewie" OP6C2A w nieźle zachowanych budynkach gospodarczych i "Drive-in Różan" OP45E7 skrzynka służąca głównie rozprostowaniu kości w podróży.
    Na obrzeżach Pułtuska jest cmentarz i kesz "Armia Czerwona - Niezwyciężona." OP71C2. Oglądając wielki cmentarz i równie ogromne mauzoleum, zastanawia mnie rosyjskie umiłowanie wielkości. Chyba nie na darmo mówi się że w Rosji wszystko jest naj. Nawet najszybsze zegarki. 


    Przedsmak Twierdzy Modlin dały pułtuskie koszary z keszem o tej samej nazwie. Carskie koszary kilka lat temu opuściło wojsko, a budynki zaczęły niszczeć. Ograbione z wyposażenia, pozbawione okien, nawet w świetle słońca wyglądają posępnie. Nad wszystkim góruje ciekawa wieża ciśnień. 


    W centrum Pułtuska największą atrakcją jest najdłuższy rynek w Europie. Rozstawione kramy gdzie można kupić mydło i powidło nadają temu miejscu prawdziwy charakter miasteczka powiatowego. I nie zmienia tego ani spory ratusz z keszem  "Najdłuższy rynek w Europie" OP247F, ani zamek z keszem "Dom Polonii" OP247E, którego zresztą nie udało się znaleźć.


    Zaraz za Pułtuskiem jest kesz o intrygującym tytule  "Walec Napoleona" OP77BF. I rzeczywiście jest to walec drogowy, być może zabytek techniki, a Napoleona bo skrzynka założona w czasie wyjazdu autora na napoleońskie pola bitew. Zadziwiające są ścieżki ludzkiego umysłu.


    Jeszcze tylko krótki postój przy keszu "Pomnikowa Aleja Drzew" OP2482 i ruszyliśmy wprost do Twierdzy Modlin. Zaczęliśmy od mocnego uderzenia czyli kesza "Beczka za Wagą" OP460E. Ani opis, ani wygląd zewnętrzny obiektu nie oddają tego co zastaliśmy w środku. Parter to ogromne korytarze i równie wielkie komory tonące w absolutnych ciemnościach. Ich system jest lekko poplątany, przez co można się na chwile zagubić. Na piętrze mamy regularny korytarz, przez co spędziliśmy tam mniej czasu. Byłem pod ogromnym wrażeniem obiektu. Połączenie jego wielkości i absolutnych ciemności zapada w pamięci na zawsze.


    Jakoś tak się złożyło, że pierwsze kesze były lekko ekstremalne. Wejście po kesza "Elektrownia NAREW " OP2BA5 nie napawało optymizmem. Wąski otwór do którego ciężko sie wsunąć. W końcu najpierw stojąc na rękach by pierwsze weszły nogi , a potem z pomocą MiszkiWu który wsunął mnie całego do środka jakoś się udało. Wnętrze nie jest zbyt wielkie, ale rekompensuje to wspaniała maszyneria. Jakimś cudem nie trafiła na złom i ciesze się, że dostęp do wnętrza jest utrudniony, bo dzięki temu trwa w niezłym stanie. 


    Obok elektrowni kesz "Zbiornik na Ropę" OP2D6E. Tutaj trudność polega na walce z oparami i resztkami mazutu. Przygotowałem się w domu i kupiłem jednorazowy kombinezon malarski. Przywdział go Miszka, ale nie założył nic na nos, przez co po wyjściu zwymiotował, ale przynajmniej się nie upaćkał. Ja wszedłem jedynie na szczyt, ale i to wystarczyło by delikatnie ubrudzić się mazutem. 
    Do kolejnego kesza "Pod Wieżą Białą" OP260B nie mieliśmy daleko, ale za to wejście na nasyp to nie spacerek. Z keszem poszło sprawnie mimo groźnie brzmiącego podwójnego maskowania. Teraz nie ma tam krzaków i drzew więc słońce nagrzewające mury nieźle tam przypieka. Jak będzie naprawdę gorąco, przy keszu będzie jak w piekarniku. Z drugiej strony brak krzaków to niezły widok na koszary i na Wisłę.
    Krótko powłóczyliśmy się po południowej stronie koszar i przenieśliśmy się na północną. W miarę świeży kesz "Komin" OP8121padł łupem jako pierwszy. Na ostatnim evencie TMW widziałem wychodzących od niego keszerów. Ubrudzeni sadzą ale zadowoleni. Ja się wtedy nie zdecydowałem, ale teraz chciałem spróbować. Okazało się że dotarcie do kesza nie jest wcale trudne, a przy sporej uwadze można się nawet nie ubrudzić. 
    Nie można tego powiedzieć o keszu "Tunele pod Bramą Dąbrowskiego" OP261A. Wąski początek do tego sporo tam pokruszonych cegieł. I przez to trzeba sie przeczołgać do trochę lepszej części gdzie da się iść na czworakach. Pełzając prze cegły przeklinałem własna głupotę, że nie zabrałem nic z długim rękawem. Minąłem inną skrzynkę i pojawił się inny problem. W lewo czy w prawo? Tym razem dopisało mi szczęście i obrałem dobry kierunek.


    Z dwoma kleszami mimo znalezienia fizycznego pojemnika walczę do teraz. "Cytadela Brama Wschodnia" OP2632 i "Brama Północna" OP87JF są obwarowane hasłami. I trzeba przyznać że rozgryźć je nie jest łatwo. Chyba nie obędzie się bez podpowiedzi. 
    W czasie ostatniej wizyty nie udało nam się znaleźć kesza "FIRE BOX" OP435C bardziej przez własne lenistwo. Tym razem zeszliśmy z nasypu i udało się odnaleźć wejście do skrzynki. Musieliśmy tez wrócić do kesza "Nadzorcówka" OP3186 po hasło. Koncept z hasłem w logu to średni pomysł i już nie pierwszy raz musiałem po nie wracać. Przy okazji była okazja zaobserwować jak w ciągu miesiąca kesz potrafi zmienić miejscówkę.
    Opuściliśmy teren Twierdzy Modlin. , a że mieliśmy jeszcze trochę czasu pojechaliśmy do Fortu VII. Po drodze zatrzymaliśmy się przy keszu "Snuffer- "Fort Ordona" OP0B0A i "Markoviak #02 - Samotna Kapliczka" OP53FC. Każdy znaleziony kesz cieszy, ale niektóre po pewnym czasie się zapomina i tak będzie pewnie tym razem. 
    Przy skrzynce "Snuffer- "Prochownie Zajączka" OP0142 ponieśliśmy porażkę , ale do tej pory nie wiem czy kesz zmienił położenie czy go nie ma. 
    Zwiedzanie Fortu VII zaczęliśmy od kesza "Czarna skrzynka" OP584C. Początek wysadzonego bunkra przypomina raczej jakąś jaskinię niż obiekt militarny. Po malowniczym początku następuje trudniejszy etap. Częściowo wysadzony schron utrudnia dostanie się na wyższy poziom. Tym razem Miszka wspiął się na górę co wcale nie jest tam proste. 


    Jak się spojrzy na mapę keszy Fortu VII to wydaje się, że pięć jest rozrzuconych lekko po terenie. W praktyce większość jest w jednym miejscu. Ze "Studnia rowerową" nawet nie ryzykowaliśmy. Z keszem "Fort 7" OP0100 poszło w miare sprawnie, głównie dzięki kordom. Wewnątrz schronu kiedy ja bez powodzenia szukałem kesza "Snuffer- "Twierdza Modlin - Fort VII Cybulice" OP0147 Miszka wydobył skrzynkę "Komnata Tajemnic" OP1E3A. Trzeba przyznać że jest tu duże zagęszczenie keszy na metr kwadratowy. 


    Po wyjściu rozglądaliśmy się za keszem "Fort 7 - Wentylacja" OP273C i jak się okazało nie trzeba było daleko szukać. W środku pojawił się problem jak dostać się na górę. W końcu stanąłem na ramionach Miszki i jakoś się wywindowałem. Trzeba przyznać że adrenalina dodaje sporo siły. Prawdę mówiąc nie chciałbym powtarzać tego wyczynu, tym bardziej że zejście mimo że łatwiejsze, to i tak bez asekuracji byłby problem. Przynajmniej wisząc na klapie wiedziałem , że nie mam daleko do ziemi. 
    Czas było zbierać się do domu. Po drodze pod Wyszkowem zostawiłem kesza "Krowy", który przez tydzień pomieszkiwał w moim domu. Na koniec został kesz "Snuffer- "Nagoszewo" OP0C4D który był mijany dotąd już kilka razy. W końcu i on się doczekał znalezienia. Nawet nie wiedziałem, że kilka metrów od szosy jest takie historyczne miejsce.
    Do zobaczenia Twierdzo. Spotkamy się znów. Niech tylko pozbędę się paru siniaków i strupów.