sobota, 19 marca 2016

Długie keszowanie w Warszawie

    Warszawa to dobra opcja na keszowanie, gdy w okolicach Białegostoku zostały już tylko pojedyncze kesze. Niedrogi dojazd i wbrew pozorom całkiem ładne miasto. No może miejscami strasznie głośne, ale taki już urok sporych aglomeracji.
    Tym razem znów dołączył do mnie MiszkaWu. Wymyśliliśmy by wieczorem pojechać pociągiem i sprawdzić jak to jest naprawdę z Pesa Dart. Skład robi wrażenie nowoczesnego, a ciekawie zaprojektowany dziób daje wrażenie zadziorności. Pierwsze wrażenie to cisza. Oczywiście nadal to metal toczy się po metalu, ale nie ma tego charakterystycznego "tuk, tuk.....tuk, tuk". Jakoś tak mniej rzuca na rozjazdach i w ogóle wydaje się, że skład pewniej trzyma się szyn. Czysto, schludnie, nowocześnie. Minusem jest brak przedziałów. Rozumiem, że teraz standardy są jak w samolocie, ale wolałem kameralne przedziały. No i wszyscy muszą siedzieć w rozświetlonym wagonie.


    W Warszawie byliśmy przed 23 i rzuciliśmy się w wir piątkowego wieczoru. Przez centrum przewalały się tłumy mniej lub bardziej pijanej młodzieży, a my chodziliśmy za skrzynkami. Ludzie skupili się głównie w rejonie na wschód od Marszałkowskiej, a kiedy przeszliśmy zaledwie kilkaset metrów na płd.-zach. zaczęło się jakby inne miasto. Ciche, spokojne ulice i stylowe kamienice, aż miło było keszowć.
    Przełaziliśmy prawie całą noc, niestety zwykła cyfrówka nie nadaje się do zdjęć o tej porze doby. Ale co zobaczyłem to moje. Ze skrzynek, które mam i które dopiero pojawiły się na mojej liście znalezień tym razem warto wymienić trzy. Pierwsza to "Najpiękniejsze kamienice Śródmiescia #1" OP472D. Z pewnością wyróżnia się na tle pozostałych ciekawą elewacją. Jeżeli została odnowiona tak jak w oryginale, to pewnie od początku należała do luksusowych. 
    Kolejnym ciekawym punktem był kesz "Turbina parowa przy ITC PW" OP8DZE. Element turbiny postawiono przed wejściem do jednego z wydziałów politechniki. Do 2005r. pracowała w elektrowni na Żeraniu, co pewnie szczególnie interesuje miłośników ciekawostek warszawskich. Dla mnie to wyglądało bardziej jak rzeźba nowoczesna. Trochę mi to przypomina motyw dreblinek do kombajnu z "Nie lubię poniedziałku".
    Pomnik z keszem "bacza 6: Pomnik Jazdy Polskiej" OP3311 z daleka nie wyglądał imponująco. Kolejny monument  na placu Warszawy. Ale wystarczyło podejść bliżej i zadrzeć głowę by mieć wrażenie, że dwaj jeźdźcy zaraz zjadą w dół i pogalopują zrobić porządek. Z kim? A to już zależy od czytającego.
    W końcu nastał świt, można było znaleźć wcześnie otwarty bar, by porządnie wypocząć, wszak przed nami jeszcze kilka godzin do powrotnego autobusu. Z rana dobrym pomysłem było pójście na Stare Miasto. Chociaż wycieczki zbierały się od godzin rannych, to jednak tłoku jeszcze nie było i można było spokojnie keszować. Dzięki ścieżce "Wokół Murów Obronnych Starej Warszawy" była okazja poznać Stare Miasto z perspektywy której nieraz nie znałem. Niby miejsca nieraz oglądane, ale zagłębienie się w historię fortyfikacji i poszukiwanie skrzynek w miejscach nieraz nieoczywistych było ciekawym doświadczeniem.


    Ale nie tylko skrzynki z wspomnianej serii zaprowadziły nas w ciekawe miejsca.
"gazebo - Gąsienica niemieckiego czołgu" OP89LX to taki przykład. Wmurowany w ścianę kościoła fragment gąsienicy "Goliata" dał możliwość opowiedzenia historii zdobycia pojazdu opancerzonego, będącego w istocie stawiaczem min, który w końcu eksplodował powodując śmierć i rany setek osób. W ten sposób narodziła się powtarzana przez wiele lat historia niemieckiego "czołgu pułapki".


    W sobotę około południa na Starym Mieście zaczęło się robić trochę ciasno, pojechaliśmy korzystając z rowerów miejskich w spokojniejsze rejony. Zmęczenie dało znać o sobie, więc szukanie nie było zbyt intensywne, ale i tak udało się odwiedzić parę perełek. Do jednej z nich zaliczę kamienicę z keszem "Podwórkowa Kapliczka" OP4421. Od ulicy nie wyglądało to zachęcająco. Elewacja która ma już swoje lata, niektóre mieszkania wydają się opuszczone, a lokale usługowe na parterze zabite na głucho. I właśnie tam uchowała się brama ze zdobieniami niczym z jakiegoś pałacu. 
    Z pewnych względów dłużej musieliśmy się zatrzymać przy keszu "Karol Beyer" OP8B32 w okolicach Zachęty. Dzięki temu mogłem bliżej obejrzeć najbliższą okolicę. I w ten sposób trafiłem na mural przedstawiający jasne i ciemne strony nauki. A przynajmniej ja to tak zinterpretowałem.


    Kwintesencją tego keszowania okazała się skrzynka "bacza 7: Ucieczka z Getta" OP35FA. W poszukiwaniu finału przez przypadek weszliśmy w studnię stworzoną przez kamienice. Miejsce wręcz archetypowe dla opuszczonych, zaniedbanych kamienic. Klimat jak z filmu o najbiedniejszych dzielnicach, a to wszystko w centrum stolicy.


     Żegnaj Warszawo, ale nie na długo. Już rodzą się pomysły na co najmniej dwie wycieczki. Oby tylko pogoda dopisała jak tym razem.

piątek, 4 marca 2016

Do Olsztyna i z powrotem

    Już kiedyś byłem w Olsztynie na keszowaniu, ale sporo skrzynek jeszcze mi tam zostało, więc korzystając z kilku dni wolnego wyskoczyłem do stolicy Warmii. Nie sposób pominąć jednak skrzynek po drodze. Na pierwszy ogień poszła "Jedzie, Jedzie Straż Ogniowa" OP860K. Prawdziwy zabytek techniki w postaci Stara 25. Co prawda są OSP w których taki sprzęt wciąż służy, ale biorąc pod uwagę, że produkcji modelu zaniechano w 1971r. maszynę w jednym kawałku należy uznać za niemały skarb.
    Za Nowogrodem czekała mnie jeszcze większa niespodzianka. Niemiecki schron bojowy, obok którego przejeżdżałem kilka razy, a nie wiedziałem jakie cudo mijam. Tony betony, zachowane ościeżnice drzwi, czy płyta pancerna stanowiska strzeleckiego to jeszcze nic szczególnego. Ale zachowane niemieckie napisy gotykiem, czy metalowa kopuła obserwacyjna to prawdziwe skarby. Zastanawiam się jak to tyle lat przetrwało, szczególnie kopuła będąca łakomym kąskiem dla złomiarzy. Niestety jak się okazało już po wpisie, kesza "Regelbau 105a Bauwerk 81" OP818G nie udało się w pełni zaliczyć. Co prawda właściciel uznał zaliczenie, ale koniecznie trzeba będzie znów odwiedzić obiekt, by dobrać się do drugiego etapu.


    Już prawie pod Olsztynem udało się odnaleźć kesza "Stary most" OP80ER z którym miałem kiedyś kłopoty. Tym razem brak roślin, w szczególności pokrzyw pozwolił dostać się we właściwe miejsce. Ciekawie jest odwiedzić jakieś miejsce po raz drugi. 
    Niestety jadąc do Olsztyna przez Łomżę zbyt dużo kezy nie było, ale za to w stolicy Warmii byłem dość wcześnie. Pierwsze spostrzeżenie, to miasto dorobiło się tramwajów. W moim odczuciu te pojazdy świadczą o wielkomiejskości (ewentualnie trolejbusy). No, ale nie przyjechałem tu kontemplować uroki komunikacji miejskiej, a po skrzynki. Zacząłem od zamku i reaktywacji "pod zamkiem" OP0AE6. W końcu była okazja by odwiedzić wnętrza warowni. Przyznam, że z zewnątrz budowla obiecuje więcej niż to co zobaczy się w środku. Odsłonięte urządzenie pomiarowe Kopernika, czy oryginalne belki, chociaż ciekawe, to jednak brakuje tego czegoś. Może to przez to że muzeum upiera się by zwiedzającym przeznaczyć przewodnika. Jednak wolę indywidualne zwiedzanie, co mnie interesuje doczytam z tabliczek, wnętrza obejrzę w swoim tempie i wtedy dopiero mam szansę poczuć klimat miejsca. 


    Po obejrzeniu zamku, co było moim głównym celem wycieczki, przyszła pora na pozostałe olsztyńskie kesze. Ukryte lepiej lub gorzej, trochę virtuali, ale przynajmniej żaden nie pokazywał miejsca "tu była moja szkoła podstawowa". Które tu są warte wymienienia? Z przyczyn osobistych "Duma Warmi" OP2FD1. Zastanawiałem się jak wygląda dziś boisko Stomilu Olsztyn, co by nie mówić zasłużonego klubu, dziś nieźle radzącego sobie w I lidze. A pamiętam jak w latach upadku przyjechali do Wysokiego Mazowieckiego na mecz II czy III ligi, a za nimi wierni kibice. Byłem pod wrażeniem, że na tak nieważny mecz, w takim małym miasteczku, pofatygowało się kilkadziesiąt osób. Pamiętam że organizatorzy strasznie się tego bali, a tymczasem atmosfera była wręcz piknikowa. A wracając do kesza, to nie było tak miło. Zabrałem się za szukanie i zaczął padać ni to śnieg, ni to grad. W tym roku już na keszowaniu raz przemokłem i powtórka z rozrywki wcale mi się nie uśmiechała. Całe szczęście załamanie pogody było chwilowe.
     Kolejnym punktem który będę dobrze wspominał jest kesz "Obserwatorium Astronomiczne v.2.1" OP7657. Obserwatorium zamontowano w dawnej wieży ciśnień. Zazwyczaj te budynki stoją opuszczone, czasem lokalne władze dorzucą parę groszy na renowację, ale na palcach jednej ręki mogę policzyć takie, które dalej jakoś służą ludziom. Niestety z racji pochmurnego nieba wieczorem nie było pokazu, czego żałuję. 


    Mijały kolejne godziny, wpadło trochę keszy. Ciekawostką okazał się cmentarz wojenny z keszem "Cmentarz trzech nacji" OP84Z6. Jego wyjątkowość polega na tym, że obok żołnierzy rosyjskich i polskich upamiętniono francuskich lotników. Do tej poru nie wiedziałem, że Francuzi walczyli u boku Armii Czerwonej w ramach pułku lotniczego Normandia-Niemen. Tylko skąd liczba ponad 600 lotników, skoro z pułku poległy 42 osoby? Od czego jest internet, a tam można doczytać, że zawyżona liczba to ofiary Stalagu. Ale to też nic pewnego. Kolejna zagadka historii wciąż czekająca na rozwiązanie. 


    Przyszedł czas na Kortowo. Największym problemem okazał sie kesz "Tajemniczy Kortowski Ogród" OP8172. Nie sam pojemnik, łatwy do lokalizacji, a dojście do niego. Wynalazłem jakąś dziurę w płocie, by potem klucząc między krzakami, a zwalonymi pniami dostać się w miejsce o którym wspomina autor jako dogodne wejście. Niby czytałem, ale myślałem że chodzi o zupełnie inne rejony. Potem już przejście ścieżką i znów kawałek zdziczałymi rejonami. Miejsce zaiste tajemnicze. Idąc mija się resztki niewielkich budowli, czasem jakieś zdziczałe drzewa owocowe, a i na parę starych niedziałających latarni można się natknąć. 
    Ostatnim keszem pierwszego dnia okazał się "PRZESMYK II" OP0BA1. Czekało mnie przejście ciemnym lasem około kilometra. Brzegiem jeziora, więc było nawet miło. Gorzej zrobiło się na cyplu z keszem. Jakiś zwierz zaczął szeleścić w krzakach. Bałem się, że to dzik, ale pomyślałem że jak sam parę razy chrząknę i klasnę w dłonie, to cokolwiek by to było zostanie przepłoszone. Grunt że metoda podziałała i już nic mnie nie niepokoiło.
    Drugi i ostatni dzień zacząłem od "Widok na Ukiel" OP2014. Jeszcze było ciemno i nie dla mnie były rozległe widoki na jezioro. Za to kiedy podejmowałem kesza, zza chmur wyłonił się księżyc w pełni. Zalał świat swym zimnym blaskiem i cudownie odbił się w tafli wody. Okazuje się że czasem trzeba trafić w moment, by odkryć jakieś miejsce w stanie w jakim zupełnie się tego nie spodziewamy.
    Opuszczając Olsztyn zahaczyłem min. o "Most por. Hansa Klossa" OP80Y7. Lubię odkrywać miejsca, jakie do tej pory znałem z ekranu. A przy okazji zobaczyłem niezły most. Z góry nie wygląda imponująca, kolejna przeprawa, ale wystarczy zejść w dół by ujrzeć wspaniały, ceglany łuk spinający dwa brzegi. Szkoda tylko, że stylowe barierki zastąpiły brzydkie poręcze. Tu nastąpił też przypadek, że coś w rzeczywistości wygląda bardziej imponująco niż w filmie. To zazwyczaj filmowcy ulepszają rzeczywistość.


    W Barczewie zatrzymałem się przy dworcu. Skłoniła mnie ku temu skrzynka "Dworzec kolejowy w Barczewie" OP8B75. Już jadąc na miejsce musiałem zatrzymać się na przejeździe by przepuścić lokalny szynobus. Kiedy już dotarłem na dworzec, przez tory przetoczył się pospieszny, ale nie wiem jakiej relacji. Wniósł on trochę życia w martwy dworzec. Jakże częsty widok, niebrzydki budynek niszczeje czekając na lepsze czasy, które pewnie nieprędko nadejdą.


    Biskupiec przywitał mnie porywistym wiatrem, przez który czym prędzej uciekłem znad jeziora Kraksy. Oczywiście, jak to w warmińskim (a może mazurskim) miasteczku warto odwiedzić niewielką starówkę, nad którą góruje kościół. Jednak tym razem wspomnę niewielką rzecz tuż za rogatkami miasta. Mowa o przydrożnej kapliczce z keszem "O Warmio moja miła :-D" OP0651. Niby nic specjalnego, bo podobne można czasem spotkać na Podlasiu, choć przyznaję niezwykle rzadko. Co ją wyróżnia to mała tabliczka w podstawie. Krótka sentencja z początku XXw. po niemiecku, a do tego gotykiem. Dla mnie to coś innego, niespotykanego. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że egzotyka na wyciągnięcie ręki.


    Ogromną niespodziankę przeżyłem w Sorkwitach przy keszu "Pałac w Sorkwitach" OP0E29. Wiedziałem, że czeka na mnie neogotycki pałac, ale nie spodziewałem się że tak wielki. Trochę szkoda, że szczelnie ogrodzony i mogłem podziwiać jedynie z drogi. Z pewnością robi wrażenie wielkością, ale czy stylem? Neogotyk w architekturze świeckiej to nie był moim zdaniem najlepszy pomysł. Tania podróbka gotyckich zamków, która dziś broni się raczej patyną czasu. 


    Kolejny kesz "Mikołajki" OP8BZ7 i mogłem poznać jak wygląda jedna z letnich stolic Polski poza sezonem. Pustawo i trochę smętnie, więc czym prędzej pomknąłem dalej. Przystanek w Orzyszu przy keszu "Jednostka karna Orzysz" OP8EHH. Choć Warmia i Mazury usiane są miasteczkami z dużymi garnizonami, to jednak Orzysz zawsze wybijał się na ich tle. Już po wycieczce rozmawiałem z ojcem o wojsku w latach komuny i nawet nie licząc jednostki karnej, to służba w Orzyszu była postrzegana jako pech rekruta. Dziś kręcąc się po mieście, wciąż widać kto tu jest głównym pracodawcą. Samochody wojskowe, czasem ciuchy z demobilu i coś czego nie widziałem już wiele lat, czyli prewencyjny, pieszy patrol żandarmerii. Wojsko widać tu na każdym kroku.
    Kolejny cmentarz z I wojny światowej i kesz "Opuszczone cmentarze #6 Talusy" OP8EJZ. Spodziewałem się kilku nagrobków gdzieś w lasku. Jakie było moje zaskoczenie kiedy zatrzymałem się pod niemała górą. Omijając wijące się schody wbiegłem na przełaj, by móc podziwiać jeden z ciekawszych cmentarzy jakich widziałem. Perspektywa zamknięta tablicą pamiątkową, skromne nagrobki, imienne dla Niemców i anonimowe dla Rosjan. Wszystko to rozłożone na dość dużej przestrzeni szczytu góry. Jakże to inne od ciasno ustawionych krzyży. Warto tu było się zatrzymać.


    Do domu zostało jeszcze kilka keszy.. Wszystkie warte poznania historii, jaka się za nimi kryje. A i zdobywanie niektórych, jak np "Cmentarz między Hertami" OP88SX to było coś więcej. Włóczenie się po lesie po zachodzie słońca, ale gdy nie jest jeszcze ciemno, w tym magicznym momencie przejścia dnia w noc to sama przyjemność.
    Szkoda, że do Grajewa dotarłem już w całkowitych ciemnościach. Tutejszy mini park militarny pokazuje kilka starych, ale dobrze utrzymanych sprzętów. Niestety miejsce to jest słabo oświetlone i zostaje jedynie podziwianie zarysów zgromadzonych eksponatów.
    Do domu zostało jeszcze kilkadziesiąt kilometrów, ale już bez keszy. Ciemno, zaczął padać śnieg, a mi wzrok się męczył od wypatrywania czy żaden łoś nie wejdzie na drogę.  To był intensywny wyjazd, chociaż może keszy nie zdobyłem ogromnej ilości, to jednak najważniejsze że zobaczyłem parę ciekawych miejsc.

wtorek, 23 lutego 2016

Pierwsze keszowanie 2016

    Poleniłem się w tym roku. Już druga połowa lutego, a ja dopiero teraz mam za sobą pierwsze kesze 2016r. Wybór padł na Warszawę, bo i dojazd tani i zagęszczenie keszy sprawia, że da się ogarnąć wycieczkę na piechotę. Tym razem w miejsca mniej oczywiste, a z pewnością żaden turysta tam nie zagląda.


    Zacząłem od kesza "rozcięty szlak" OP2CAF. I od razu porażka. W miejscu schowania wielka wycinka drzew, jakieś prace ziemne, czyli zero szans na szukanie. Może kesz jeszcze jest, ale po tych pracach słabo widzę żeby przetrwał. A że w kwestii kezy jestem trochę przesądny i wyznaję zasadę, jaka pierwsza skrzynka w danym dniu, taka i reszta, lekko się zmartwiłem. Trochę niepotrzebnie, bo dalej poszło nie najgorzej.
    Przy drugim keszu "Dwie mogiły w lesie Młocińskim" OP80RR będącym prostym multakiem, przy pierwszym etapie poszło nadzwyczaj sprawnie (po prostu leżał sobie wygrzebany ze schowka). Potem krótki spacer przez las. Jakieś ptaszki ćwierkają, a i łanię udało się wypatrzyć. Mimo lutego w powietrzu czuć już wiosnę. Pewne problemy pojawiły się przy drugim etapie. Jakoś nie mogłem namierzyć pojemnika i dopiero trochę przez przypadek wygrzebałem skrzynkę. Swoją drogą jak wszystko szybko się zmienia. Kesz z 2014r. a mogiła żołnierza AK zupełnie inna. Co ciekawe poprzednie krzyże nie są zabrane tylko ustawione pod drzewami w najbliższej okolicy.


    Kolejne dwie skrzynki czyli: "Zanim wjedziesz do Warszawy" OP02BB i "Zanim wyjedziesz z Warszawy" OP013D to prawdziwa stara szkoła. Jedna zakopana pod charakterystycznym drzewem w lesie, druga w karpie. Bez silenia się na oryginalne maskowanie, w pierwszym przypadku nawet las wokół niespecjalnie ciekawy. Może trochę szkoda, że nie pokazują nic ciekawego, ani żadna historia za nimi nie stoi, ale taki prosty sposób ukrycia lubię najbardziej.
    Za to pobliski kesz "Cywilizacja w środku lasu" OP26AD oprócz wspomnianego, prostego ukrycia pokazuje małą ciekawostkę. Coś w rodzaju śluzy, ale z pewnością ze starym rodowodem. Raz że zbudowana z cegły, a po drugie murarze pokusili się na proste, geometryczne ozdoby. Komu by dziś w takiej niewielkiej budowie technicznej chciałoby się układać jakieś wzorki?


     Jeszcze trochę poszwendałem się po Lesie Młocińskim. Niestety miejscami mocno zaśmiecony. Chociaż w jednym miejscu czekała mnie mała niespodzianka w postaci ścieżki od domków do głównej drogi wysłanej dywanami. I tak wyszedłem na dzielnicę domków jednorodzinnych Dąbrowa (część Łomianek). Zgarnąłem trzy tutejsze kesze z serii "W kapciach po Dąbrowie". Początkowo specjalnie nie zwracałem uwagi na otoczenie. Ot, spokojna, senna dzielnica. Z czasem uwagę zaczęły przykuwać niektóre domy. Jak się okazuje jest coś pomiędzy gotowym wzorcem, a miniaturowym zameczkiem Gargamela.
    I znów las, ale tym razem wschodnie rubieże Kampinosu. Trochę się zawiodłem, bo w tym rejonie to raczej lasek podmiejski, a nie coś zasługującego na park narodowy. Udało się wyciągnąć kilka leśnych skrzynek. "Kapliczka przy drodze do Lasek" OP4037 tę zapamiętam na długo. Kapliczka widoczna już z daleka i zadbana. Kiedy przyjrzałem się bliżej, u stóp Matki Boskiej zobaczyłem małe figurki. Nigdy czegoś takiego nie widziałem, ale bardzo mi się to podobało.


    Już się ściemniło, a mi zostało jeszcze kilka keszy. W okolicach niezbyt ciekawych, gdzieś na pograniczach Wólki Węglowej i Radiowa. Błotniste uliczki, mniejsze i większe zakłady przemysłowe, a siąpiący deszcz wcale nie poprawiał widoków na okolice. Ale i tam znalazła się perełka w postaci kesza "Opuszczona nastawnia" OP0419. Co prawda nastawni nie ma, ale kolejowe klimaty wynagrodziły trud zdobycia kesza. A w szczególności ciekawy budynek pobliskiej stacji. Tylko trzeba było się trochę pogimnastykować, by nie utytłać się w glinie podejmując skrzynkę. 
    Jeszcze tylko prosty quiz i została ostatnia skrzynka tego dnia "Nieśmiertelni # 56 - Wawrzyszew" OP84SR. Jak zwykle przy tej serii ładnie dopracowana i z ciekawym opisem. Byłem 20min. przed zamknięciem cmentarza, na który trzeba było wejść po hasło, ale całe szczęście poszło szybko i mnie nie zamknęli. Gorzej było z keszem, bo podejmując go trochę wody naciekło mi za mankiet, co przyjemne nie było.
    To byłaby nawet całkiem udana wycieczka, gdyby nie deszcz który padał cały dzień. Kurtkę musiałem potem suszyć do południa następnego dnia. Cóż się jednak nie robi dla kilku plastikowych pojemników.

wtorek, 19 stycznia 2016

W stronę Trójmiasta

     Zima w pełni. W Białymstoku w końcu sypnęło trochę więcej śniegiem, ale gdzie te zimy ze śniegiem po kolana? Co nie zmienia faktu, że zima to zło i niech sobie idzie do morza, a człek żyje letnimi wspomnieniami i jak zbawienia wygląda wiosennego słońca. I oto kolejna garść wspomnień z urlopu 2015r. 
     Po zwiedzeniu Kanału Mazurskiego czas było jechać dalej na zachód. Początkowo wybrałem jakieś boczne drogi nad samą granicą z Rosją co było niezłym pomysłem, bo się w końcu zgubiłem.  Fajnie jest się zgubić, bo można dotrzeć w miejsca nieoczekiwane. I w ten sposób odwiedziłem kilka starych, pruskich majątków, po wojnie przemianowanych na PGR-y, a dziś wsie chylące się ku ziemi. A że polskie drogi to nie bezkresne pustkowia Kazachstanu, w końcu powróciłem na szlak. Ale, że wyjechałem dość późno czas było rozglądać się za noclegiem. Znalazłem leśną drogę, wjechałem kawałek w las i rozłożyłem się na noc.
    Pobudka o świcie, tak wcześnie, że w oddalonym o  kilka kilometrów Pieniężnie byłem kiedy ludzie zmierzali na mszę o szóstej. Obejrzałem późnośredniowieczny ratusz, który pewnie z powodu braku funduszy wciąż oczekuje na remont, neogotycki kościół górujący nad okolicą i przemknąłem przez mur po kesza "ZAMEK PIENIĘŻNO" OP2338. Schowany tak by postronne osoby raczej nas nie dostrzegły. Niestety zamek niszczeje. Ani to trwała ruina, ani nie wygląda by ktoś chciał mu przywrócić świetność. Jakoś tak jest też przytłoczony przez kościół po sąsiedzku. Ogólnie nie zrobił na mnie zbyt dużego wrażenia.


    Kolejny postój we Fromborku. Zatrzymałem się tu głównie by obejrzeć zespół katedralny. Miejsce które stało się świadkiem powstania dzieła "O obrotach sfer niebieskich" Kopernika. Udało mi się znaleźć tu trzy skrzynki, ale to nie one były najważniejsze. Sporo czasu spędziłem we wnętrzu bazyliki. Oczywiście bogato wyposażona, pełna śladów historii z grobem Kopernika na czele. Jest tu też klimat, tak charakterystyczny dla wielowiekowych kościołów. Przez takie miejsca nie da się przejść biegiem i pstryknąć parę fotek. Z zewnątrz zespół katedralny przypomina raczej zamek, co jednak nie powinno dziwić, bo oprócz funkcji kościelnych pełnił też obronne. Na zewnątrz murów warto obejrzeć też kilka budynków kanonii. Mają prostą bryłę, coś pomiędzy większym dworem, a mniejszą kamienicą, ciekawie prezentują się wśród zieleni otaczającej mury katedry.
    Będąc w Fromborku zajrzałem jeszcze do szpitala. Nie zachorowałem, ale nie mogłem sobie odpuścić okazji obejrzenia murów szpitala z XVw. Gdybym nie wiedział co tu było, z pewnością uznałbym, że to kolejny kościół. Z ciekawszych zabytków warto wspomnieć jeszcze o wieży ciśnień. Prostokątna bryła może nie jest szczególnie imponująca, ale jej wiek owszem. To pierwsza taka konstrukcja na terenie Polski. Wodę na Wzgórze Katedralne i do domów kanoników doprowadzano drewnianymi rurami. Długo nie służyła, bo tylko 60 lat, a to z braku konserwacji.


    Jeszcze na chwilę zajrzałem do tutejszego portu. Jak mogłem zorientować się po nazwach łodzi, sporo tu żeglarzy z Rosji. Patrząc na wielkość portu widać że Zalew Wiślany nie pełni jakiejś ważnej roli w polskiej żegludze. 
    Z Fromborka ruszyłem drogą 503 w stronę Elbląga. Nawet cieszyłem się, że jednak jadę autem bo podjazdy były tu strome i długie. W Kadymach podjąłem dwa kesze z których to virtual przypadł mi bardziej do gustu. Dąb opisany w keszu "Kadyny- najgrubszy dąb w Polsce" OP098D to jedna z ciekawostek przyrodniczych Polski. Przez prześciganie się kto jest bardziej naj w Polsce, ciężko dowiedzieć się czy jest najstarszy, czy po spaleniu dębu Napoleona jest najszerszy. Z pewnością nie jest najwyższy. Przypomina raczej starego, ale wciąż krzepkiego krasnoluda z twórczości Tolkiena.


     W Elblągu długo nie zabawiłem. Zajrzałem do zamku o którym wcześniej nie słyszałem. Nic dziwnego skoro niewiele z niego zostało. Jedynie budynek pełniący kiedyś funkcję słodowni. Nie mogłem odpuścić sobie przyjemności i po raz drugi nie odwiedzić Ścieżki Kościelnej. Lubię takie wąskie przesmyki, które spotyka się w miastach ze starówką z prawdziwego zdarzenia. Akurat te przejście uważam za najpiękniejsze spośród odwiedzonych.


    Przez Żuławy spokojnie asfaltami. Kiedyś rowerem skracałem sobie tu drogę i skończyło się to zalepieniem roweru w gliniastej ziemi i przymusem prowadzenia go. Warto zatrzymać się przy budowlach hydrotechnicznych. Ciekawa kumulacja jest w Rybinie. Można obejrzeć tu most zwodzony, sporą stację pomp, ale najciekawszy jest kolejowy most obrotowy. Szkoda, że nie mogłem zobaczyć jak niczym na karuzeli, kręci się na nim skład wąskotorówki. Za to pozostały kesze, które zawsze cieszą.


    Będąc w okolicy nie mogłem zajrzeć do Sztutowa i tamtejszego muzeum na terenie dawnego obozu koncentracyjnego. Najpierw skrzynka "Sztutowo" OP22D0, ale tak schowana, że nie narusza powagi miejsca. Co napisać o obozie? Z pewnością nie czuję się w takich miejscach najlepiej. Zwiedzając, czytając o mijanych punktach, mojej wyobraźni wymyka się ogarnięcie ogromu zbrodni.


    I znów w drodze, już czuć nadmorski klimat. Morza nie widać, ale liczba pensjonatów, hoteli i wolnych pokoi daje znać, że już blisko do letniej stolicy Polski. Jeszcze tylko promem przez Przekop Wisły. Tym razem miałem szczęście bo kilka lat temu z powodu wysokiej wody musiałem nadrobić wiele kilometrów, a najgorsze że rowerem wyjechałem na siódemkę, której starałem się unikać. No i mogłem wpisać się do tutejszego virtuala "Promem przez Wisłę w Mikoszewie. Hobbit" OP0B6B, bo choć nawet miałem fotkę z potrzebnymi danymi, to byłem tu przed czasami keszerskimi i moim zdaniem to się nie liczy.


    Na Wyspie Sobieszewskiej zaliczyłem kesza "Przy Wale" OP1AA1. To taki o którym długo się pamięta, czyli tak naprawdę w "nigdziu". Najlepszy jest jednak most łączący wyspę ze stałym lądem. Jak czytałem, po remoncie nie jest już zamykany w razie złej pogody. Mimo to z racji, że jest to konstrukcja pontonowa, czyli most pływający, sprawia wrażenie trochę niestabilnego.
    Jest już Gdańsk, witający mnie niesamowity widokiem petrochemii. Wybieram jeden z licznych kempingów i można poświęcić się zwiedzaniu Gdańska, nie zapominając oczywiście o skrzynkach.

piątek, 4 grudnia 2015

Kanał Mazurski

    Oto dalsza opowieść o urlopie 2015. Rower się popsuł, więc z pomocą wróciłem do Białegostoku. Późnym wieczorem, więc tylko złożyłem wszystko na kupkę i na drugi dzień rano wziąłem się za przepakowywanie. Zeszło dłużej niż myślałem i o 11 już samochodem ruszyłem z powrotem na Mazury. Krajobraz tylko migał jak w kalejdoskopie, w odtwarzaczu jakiś ostry rock i po kilku godzinach zatrzymałem się za Węgorzewem w Leśniewie Górnym. To tutaj są pierwsze śluzy  Kanału Mazurskiego, którego budowę rozpoczęto w 1911r. i nigdy nie ukończono. W założeniu miał łączyć Bałtyk z Wielkimi Jeziorami Mazurskimi. Według legendy były plany by w czasie II wojny światowej wpływały nim U-Booty na jeziora mazurskie celem remontów. We wspomnianym Leśniewie jest chyba najsłynniejsza śluza. Dotrzeć tu najłatwiej, bo jest tylko krótki fragment do przejścia z drogi wojewódzkiej. A jak wpiszecie w przeglądarce frazę "kanał mazurski" to na grafice pojawi się zapewne jej wizerunek z niemiecką wroną. Śluza jest ogromna, co za tym idzie hitlerowska gapa też ma słuszne rozmiary. Poza tym z jednej strony wykop kanału, a z drugiej las na górce. Wygląda to jak ślepy kanał, ale Niemcy wymyślili sobie, że szlak żeglugowy będzie biegł w wykopie, albo w nasypie. Wszystko by ograniczyć różnicę poziomu. Była i skrzynka "Kanał Mazurski - śluza Leśniewo Górne" OP6C1A w pomysłowym maskowaniu.


    Na chwilę opuściłem skrzynki Kanału Mazurskiego i zatrzymałem się przy "Wieża Otto Bismarcka" OP0F0C. Malownicza ruina na szczycie niewielkiego wzgórza. Można sobie wyobrazić, że to resztki ufortyfikowanego dworku. Tymczasem budowano je jeszcze za życia Bismarcka do roku 1934. Z okazji ważnych rocznic na ich szczycie palono ogień. Poza tym były świetnym punktem widokowym, a w dole mogła działać np kawiarnia. Bismarck nie zapisał się najlepiej w historii Polski, więc po wojnie o ile nie była potrzebna jakiejś instytucji to nie dbano specjalnie o nie. Smutny los podzieliła i ta w Srokowie. Powoli się sypie i wiszą na niej ostrzeżenia o możliwym niebezpieczeństwie. Z pewnością nie ma sensu odbudowywać, ale można by było zabezpieczyć jako trwałą ruinę, tym bardziej, że to zabytek.


    Szybko znalazłem kesza  "Szlaki Wanogi IV: Zapomniany Kanał - śluza Guja" OP13AD i poszedłem oglądać obiekt. Spadek jest tu naprawdę ogromny. Z wnętrza śluzy dobiega szum, znak że ta akurat jest ukończona i wciąż działa. Tylko trochę szkoda że wejście na teren jest zabezpieczone siatką i można przyjrzeć się jej tylko z zewnątrz. Za to nieodległy jaz z keszem "Kanał Mazurski - jaz walcowy Rydzówka" OP741B można już sobie obejrzeć bez problemu. Wydaje się nawet sprawny. Są koła zębate, łańcuchy no i sam walec, co prawda lekko skorodowane, ale wydaje się że wystarczy trochę wyczyścić, przesmarować i cały mechanizm mógłby bez problemu ruszyć.


    Na chwilę zatrzymałem się na obiad przy  "św.Hubertus" OP84JX i dalej na śluzy. Śluzę z keszem  "Kanał Mazurski - śluza Bajory Małe" OP741F widziałem z daleka. Samochód zostawiłem przy drodze i ruszyłem na piechotę. Idąc przez pola i łąki straciłem ją z oczu. I nagle znów się pojawiła, ogromna bryła betonu wyłoniła się zza drzew. Podobnie jak w Leśniewie z jednej strony rośnie sobie spokojnie las. Tutaj z kolei zachowała się ogromna rura, pewnie do spuszczania i napełniania wodą śluzy. Przy takiej średnicy przepompowanie wody nie miało zapewne zabierać zbyt dużo czasu. 


    Ostatnia śluza po polskiej stronie z keszem "Kanał Mazurski - Śluza Bajory Wielkie" OP85YS. Niepozorna bo stan zaawansowania robót nie był zbyt wielki. Gorzej z dojściem. Szedłem od wschodu i w pewnym momencie jedyna droga to była zdziczała łąka z trawą wyżej pasa. Pokrzywy, osty a ja w krótkich spodenkach i sandałach, ale chęć dotarcia na miejsce była ogromna. I tak udało się zaliczyć FTF-a, choć do dyspozycji miałem jedynie kordy. Prawdę mówiąc dopisało mi szczęście, bo urządzenie trochę tam wariuje przez gęstwinę roślinności.


    Dalej na północ zaliczając kesza "Stary cmentarz rodowy" OP84JW i we wsi Brzeźnica dotarłem do ostatniego punktu Kanału Mazurskiego, czyli mostu nad nim i kesza "Kanał Mazurski - ostatni most po stronie polskiej" OP6C19. Niestety skrzynki nie znalazłem. Most był świeżo wyremontowany i skrzynka nie miała prawa przetrwać. Ale miałem okazję z bliska przyjrzeć się mostowi, jakich parę wcześniej minąłem. Są dość wąskie, na jeden pojazd. Nawierzchnia drewniana, ale całość opiera się na solidnej konstrukcji metalowej i betonowych przyporach. 


    Szkoda, że Kanał Mazurski nigdy nie został ukończony. Nawet mimo granicy byłby ciekawą turystyczną drogą wodną.  

niedziela, 29 listopada 2015

Wykończyć tobruki

    Tak mi się spodobała ścieżka z warszawskimi tobrukami w roli głównej, że przy pierwszej okazji zakupiłem tani bilet i po raz drugi w listopadzie zameldowałem się w Warszawie. I jaka była moja radość, gdy stolica powitała mnie pięknym słońcem, chociaż meteo zapowiadało solidne opady. Co prawda potem był grad i burza, ale to tylko krótki epizod. Z autobusu od razu przesiadłem się na rower miejski i popędziłem w rejon Dworca Gdańskiego.  Tutaj oddałem rower i przeszedłem się do Fortu Traugutta. Jest on na terenie ośrodka sportowego, ale na pełnym legalu można przejść przez bramę. Co prawda okolice kesza "Tobruk przy Forcie Traugutta (Alekseja)" OP84LK  widziałem już przez płot, ale nie chciałem skakać, ale latem przy maskującej roślinności czemu nie, może ktoś tak sobie skrócić drogę. Sam fort prezentuje się lepiej od przodu, nawet remont tu trwa. Z tyłu niestety czasem można natknąć się na niewielki śmietnik. A najbardziej ucieszyło mnie znalezienie kesza. Ładnie oblepiony przez biedronki przypomniał o niedawnym lecie. Biedronki pewnie mniej się cieszyły z mojej wizyty.


    Po opuszczeniu fortu poszedłem po kesza "Wiadukt nad ul.Zakroczymską" OP26C0. Były tory, pociąg remontowy i prosto, ale fajnie ukryta skrzynka. Dobrze, że ruch tu niewielki, bo wyciągając kesza musiałbym dla postronnego człowieka wyglądać co najmniej dziwnie.
    Dalej na nogach po kesza "Tobruki 10 Pawilonu" OP880A. Przeszedłem przez Bramę Straceń i przez świeżo odnowione otoczenie Muzeum X Pawilonu dotarłem pod skrzynkę. Tutaj bardziej od schronu zainteresowało mnie to co mijałem. Szczególnie spodobała mi się kibitka. Z pewnością Polakom nie kojarzy się najlepiej, a jednak taki opancerzony powóz to jest coś. A co najbardziej zdziwiło, to że w centrum miasta wciąż siedzi sobie armia. Akurat gdy wychodziłem przez Bramę Bielańską, podjechały pod nią dwie wojskowe ciężarówki.


    Spod Cytadeli znów rowerem, tym razem nieco bliżej, bo tylko na plac Inwalidów. Trochę mi tu się zeszło z powodu skrzynki "Tobruki przy placu Inwalidów" OP85UP. Myślałem, że skrzynki nie ma, i wykonałem telefon do ostatniego znalazcy. Okazało się, że tylko spoiler źle interpretowałem.
    Tego dnia sporo korzystałem z roweru miejskiego, bo znów wykorzystałem go by przemieścić się w okolice centrum handlowego Arkadia. Tutaj zjadłem obiad w fast foodzie i podszedłem po kesza "Tobruki Burakowska róg Piaskowej" OP86TT. Wszystkie kesze z tej serii zapamiętam, bo są naprawdę starannie wykonane, ale ten dodatkowo zapadł mi w pamięć przez psie kupy. Wiem, obrzydlistwo i może nie warte wzmianki, ale naprawdę uważajcie bo okolica jest niczym innym jak psim wychodkiem.
    Droga po kolejnego kesza "Tobruki przy Bema i Kasprzaka" OP85U9  to był chyba najdłuższy przejazd. Nie lubię jeździć po chodniku, ale muszę przyznać, że na warszawskich ulicach nie czułem się zbyt bezpiecznie. Chyba przez znerwicowanych kierowców, bo mimo że nigdy na mnie, ale zdecydowanie nadużywają klaksonów. Z samą skrzynka poszło sprawnie i mogłem iść po kolejną. Już wcześniej trochę niepokoiły mnie ciemne chmury. I jak akurat wypadł spory fragment bez możliwości schronienia się zaczęło mocno padać. Do deszczu zaraz dołączył grad, a najlepsze, że parę razy błysnęło i zagrzmiało. W końcu schroniłem się pod jakimś daszkiem i przeczekałem. Po ustaniu opadów ruszyłem dalej. Zaraz minąłem ogromne zbiorniki na gaz, które mają swoją skrzynkę. Samotnie bałem się wchodzić na ich teren. Trochę szkoda, bo jak oglądam zdjęcia w internecie to jestem pełen zachwytu.
    Za to zostało mi zwiedzanie terenów kolejowych okolic Dworca Zachodniego. Jest tam jeden z lepiej zachowanych tobruków z keszem "Tobruki przy Tunelowej" OP7B1A. Niestety trochę tu śmieci, ale nie tak strasznie. Gdyby wcześniej nie padało można by było zajrzeć do środka, a tak wytarzanie się w błocie to nie był dobry pomysł. 


    Jak już byłem niedaleko virtuala "Snuffer- "St. Warszawa Wiedeńska" OP0A45 żal było nie podejść. Nie za bardzo wiedziałem którędy, ale zobaczyłem otwartą bramę, więc na pewniaka przeszedłem przez nią. I to chyba najlepszy pomysł, bo droga jaką znalazłem wydaje się jedyna w miarę legalna.
    Podziemiami przez Dworzec Zachodni i już po drugiej stronie szybka akcja z keszem "Tobruki przy Dworcu Zachodnim" OP87XJ. Znów na rower, który zostawiłem niedaleko Pomnika Lotnika. Stąd już na piechotę w okolice Filtrów Warszawskich. Tu też są kesze z serii tobruków:  "Tobruki na rogu Filtrowej i Krzywickiego" OP8701 i "Tobruk przy Nowowiejskiej" OP7AD7. Ten drugi zdecydowanie bardziej mi się podobał i dałem zielone. Od keszy bardziej podobało mi się otoczenie. Budynki filtrów z ładnej czerwonej cegły, co prawda za płotem, ale ten sam w sobie też nie szpeci krajobrazu jak zazwyczaj przemysłowe ogrodzenia. No i budynki gdzie mieści się min. NIK i okoliczne, odnowione kamienice. Tramwaje przetaczają się powoli, w ogóle w tym miejscu wydaje się, że Warszawa zwalnia. 
    Niedaleko zaczynają się budynki politechniki. Są i kesze choć z nie wszystkimi się próbowałem. Zacząłem od "Tobruki przy Placu Politechniki" OP872Q. Idzie się wzdłuż płotu z tablicami opowiadającymi o profesorach uczelni. Niektóre zagadnienia którymi się zajmowali znam dzisiaj z codziennego użycia, ale część to nadal dla mnie czarna magia, mimo, że nieraz upłynęło już 100 lat od rozpoczęcia badań. Przy okazji potwierdziło się prawo fizyczne mówiące, że jak kesz wypadnie z ręki to poleci tam gdzie najciężej go podnieść. Ja musiałem drałować na drugą stronę płotu. Całe szczęście jakaś furtka była otwarta. 
    Trochę się bałem jak z dojściem do kesza "Moja uczelnia - J" OP0A18. Wszystko teraz grodzą, bramki, czipy, strefy dostępu. Całe szczęście na uczelnie wyższe wejść wciąż można bez zwracania na siebie uwagi. Po wyjściu chwyciłem jeszcze "Politechnika Warszawska" OP459B podziwiając gmach główny i poszedłem na plac Zbawiciela. Tęczy już nie ma, ale miałem okazję zobaczyć ją kiedyś w nocy, ale został kesz "Tęcza na pl. Zbawiciela" OP857D . Liczyłem trochę na wspomnianych w opisie kesza "Tobruk przy pl. Zbawiciela" OP84NX "celebrytów". Jakoś nie miałem szczęścia trafić na lansującą się młodzież, ale kto wie, w dzisiejszych czasach tak szybko wszystko się zmienia i ci przesiadują zupełnie gdzie indziej.
    Przy okazji skrzynki "Tobruk róg Pięknej, Kruczej i Mokotowskiej" OP85SW zjadłem wczesną kolację, bo akurat konwojenci tam na coś czekali i nie wyglądało by mieli się szybko ruszyć. Swoją drogą następnym razem trzeba będzie trochę lepiej przygotować się kulinarnie, bo jedzenie w fastfoodach to nie jest to co lubię najbardziej.
    Zakończyłem serię tobruków, a że czasu jeszcze sporo mogłem iść po kolejne kesze. Zacząłem od "Zamach na Kutschere" OP2252. Świetna skrzynka, bo pokazuje miejsce które można przegapić. Co prawda jest głaz z napisem, ale jakoś ginie w tym miejscu. Jedno z miejsc o którym mam nadzieję nadal uczą na lekcjach historii i choćby z tego powodu warto tu zajrzeć. 
    Przy Parku Ujazdowskim zrobiłem tylko fotki potrzebne do dwóch virtuali i wkroczyłem w piękną osobliwość Warszawy. Mowa o osiedlu domków fińskich. Jesteśmy niby w centrum, a klimat jak w jakiejś wsi letniskowej. Ma to swój niepowtarzalny urok. Tutejsze skrzynki dorównują otoczeniu. Ładnie wykonane i sprytnie schowane i tylko z "miejskie pszczoły" OP8CD8 miałem problem bo jak się okazało akurat tego dnia była niedostępna.
    Przy keszu "Street Art na Rozbrat" OP23D6 przypadkowo natknąłem się na keszerkę burntflowers i resztę keszy znaleźliśmy już razem. Ale wracając do graffiti, po pierwsze bardzo mi się tutejsze podobały. A po drugie, moim zdaniem, takie miejsca koniecznie powinny być udostępniane ulicznym artystom. Nawet władze samorządowe mogłyby im farby sponsorować.  Miejsca wręcz idealne dla prawdziwych grafficiarzy, miasto zyskuje na wyglądzie i jakoś nikt po tym nie maże, że najlepszy jest ten klub, a tamten to ch...
    Kolejny kesz  "Tunel przy Myśliwieckiej" OP8CR8 został znaleziony sprawnie, mimo że było ciemno, a i maskowanie też niezłe. Po prostu w okolicach kordów nie było innego miejsca gdzie można by było coś ukryć.  Niestety sam tunel ciągle jest zagadką, ale pewnie objawi się w końcu miłośnik Warszawy który wyjawi nam jego przeznaczenie. 
    Krótki spacer w stronę ulicy Profesorskiej i znów jak w przypadku domków fińskich klimat jak nie z centrum miasta. Bardziej tutaj jak na bogatych przedmieściach z tradycjami. Wille tonące w półmroku i ani żywego ducha przez kilkanaście minut jakie tam spędziliśmy. A nie, przejechał jeden samochód.
    Czas się zbierać z powrotem na autobus, a że było jeszcze trochę czasu zahaczyliśmy o kesza "Emilka - DNA" OP4D1A. Miejsce wydaje się niemożliwe do podjęcia. Ale było późno, zimno i wietrznie, więc pieszych jak na lekarstwo, a dla kierowców ktoś kto na chwilę przysiadł na murku jest niewartym odnotowania szczegółem. Jeszcze tylko fotka na tle PKiN do kesza "PKiN" OP170F, chwila oczekiwania na autobus i można było się zdrzemnąć w ciepłym wnętrzu po dość intensywnym, całodziennym keszowaniu.

poniedziałek, 16 listopada 2015

Pół dnia przed awarią

    Zapowiadał się kolejny, ciepły sierpniowy dzień. Piękny poranek nad jeziorem Gołdap zachęcał by czym prędzej zwijać namiot i jechać dalej. Z każdym kilometrem za Gołdapią zanurzałem się w dzikie tereny dawnych Prus Wschodnich. Co prawda na każdym kroku widać ślady człowieka, bo to i pola i lasy urządzane ręką ludzką. Tylko domów brakuje. Nawet mijane nieliczne wioski wydają się jakieś opustoszałe. Wszystko tak jak lubię, ruchu brak i cały asfalt dla mnie. W końcu musiałem skręcić w stronę Klewin i zaczęły się kocie łby. Ale szutrowe pobocze na tyle szerokie, że da się niezgorzej jechać. W Klewinach przywitał mnie ładny widoczek. Pozostałości folwarku, stawy hodowlane i wyłaniający się z lasu komin dawnej gorzelni. Pozostało odszukać w parku podworskim kesza "Park dworski w Klewinach" OP744A i można było jechać dalej. 


    Z odnalezienia kolejnego kesza "Cmentarz wojenny Klewiny" OP7449 jestem szczególnie zadowolony. Uwielbiam kiedy skrzynka prowadzi mnie w jakieś zapomniane miejsce o którym pamiętają chyba tylko miejscowi. Rowerem podjechałem ile się dało i ostatnie kilkaset metrów pokonałem na własnych nogach. Inaczej się nie da, bo gęsty las i gałęzie po ścince skutecznie utrudniają dostanie się na miejsce. Rzadko widzi się tak zapomniany cmentarz z I wojny. Nagrobki jeszcze stoją, jest i ogrodzenie  chociaż częściowo zniszczone przez naturę. Pewnie gdyby był przy drodze doczekałby się remontu, a tu nawet ścieżki nie ma. Po operacji ze skrzynką wracając pomyliłem przez chwilę kierunek i wyszedłem na linię okopów. Ciekawy dodatek, którego się nie spodziewałem. Kto wie, może to w nich walczyli i ginęli pochowani na cmentarzyku?


    Kolejny kawałek na mapie zapowiadał się jako droga leśna. Tylko zapomniałem wziąć poprawkę na to, że to mazurskie dróżki. Zjazdy to prawdziwy offroad, bardziej niż na podziwianiu widoków skupiłem się by na jakimś kamieniu nie zacząć nauki latania. Ale bez przygód dotarłem do Żabina, a stąd już niedaleko do Rapy. Największą osobliwością tej ostatniej wsi jest piramida. Zagubiona gdzieś na Mazurach, jest grobowcem rodzinnym. Może to jakaś niezdrowa ciekawość, ale leżące w środku trumny musiałem obejrzeć przez wszystkie możliwe okienka. Teraz i tak jest tam porządek, ale jak poczyta się powojenną historię tego miejsca to aż włos na głowie się jeży. Ktoś ukradł czaszkę, co pewien czas ktoś przerzucał kości mając nadzieję na odnalezienie kosztowności. W końcu trumny zebrano do kupy, wejścia zamurowano, okna zakratowano i zmarli mają spokój. A ja wziąłem się za szukanie kesza "Piramida w Rapie" OP119C  z czym poszło mi całkiem sprawnie. 


    Przed Mieduniszkami przeciąłem Węgorapę, albo jej kanał. Trudno się rozeznać, bo praktyczni Prusacy tworzyli kanały, przekopy by maksymalnie wykorzystać wodę do transportu. Ale przy okazji stworzyli prawdziwy wodny labirynt. We wspomnianych Mieduniszkach moim głównym celem był pałac i kesz "Dwór w Mieduniszkach Wielkich" OP40EA. Po wojnie mieściła się tu szkoła, potem budynek przejął prywatny właściciel, ale niestety budynek w czasie prac remontowych spłonął i dziś straszą ruiny. Aż żal widzieć jak kolejny zabytek niszczeje. Patrząc na mury pałac jest wciąż do uratowania, choć z pewnością wymaga ogromnych nakładów. Z ciekawszych detali warto wspomnieć o kartuszu z orłem, tylko ciężko dociec czy ten posiada koronę czy jest bez.


    Za Mieduniszkami kawałek w palącym słońcu przez pola na których akurat trwały w najlepsze żniwa. Ale niezbyt długo, bo może z trzy kilometry i  już minąłem tablicę wsi Zabrost Wielki. Byłem pod ogromnym wrażeniem tej wsi. Jakże różniła się od pozostałych wsi mazurskich które mijałem. To nie były zaniedbane budynki dawnego PGR-u, a pamiętające jeszcze pruskie rządy. W sporej części budynki były zadbane a obejścia posprzątane. Naprawdę duży kontrast, ale może wciąż tu żyje duch pewnego niemieckiego architekta, który chciał połączyć użyteczność ze stylem ludowym. A wszystko w ramach odbudowy po I wojnie światowej. Zabrost leży nad samą granicą i jest tam kesz "Zabrost Wielki - wieś niezwykła" OP40EB   schowany w "garnku Kocha" bunkrze który tam można pomylić z poidłem dla bydła. Po wpisie do logu podjechałem jeszcze parę metrów w stronę granicy, ale pod sam szlaban nie dotarłem, bo akurat działali tam pszczelarze podbierając miód. Pszczoły zbierały pyłek z pewnością i po stronie rosyjskiej, gwiżdżąc na granicę.


     A ja tymczasem zabrałem się do odwrotu i tylko usłyszałem głośny trzask z tyłu. Szybki ogląd sytuacji i widzę, że tylnej oście pękł taki "cwancyk" i bez poważnej naprawy się nie obejdzie. I znów sklep rowerowy jakieś 30km. dalej, a tym razem PKS jedzie stąd dwa razy, czyli rano i wieczorem. Rower zrobił mi drugi raz taki psikus w czasie długiego wyjazdu. Pewnie to znak, taki żeby przestać samemu grzebać przy nim i oddać go do profesjonalnego serwisu. Ale niedoczekanie, dam sobie spokój z tym jednym wyjazdem w roku który trwa około 10 dni i pozostanę przy tych krótkich.
cdn. (ale autem)