Zawiał cieplejszy wiatr, znak że można rower wyciągnąć z piwnicy. Tylko gdzie jechać po przestoju zimowym? Jak zawsze niezawodny jest kierunek do Supraśla. Trasa na trochę ponad 30km. pozwala sprawdzić swoją kondycję i wychwycić ewentualne niedomagania w rowerze. O ile rower wydaje się ok, to kilka miesięcy bez roweru da się odczuć.
Wyjechałem wzdłuż ul. 42pp. która mocno się zmieniła. Nie ma już małych zakładów za poprawczakiem, jest małe osiedle bloków, a i na miejscu szklarni coś po kilku latach zaczęli budować. Zaraz za rogatkami miasta skręciłem na Sowlany i równym asfaltem dojechałem do Ogrodniczek, skąd już ścieżką do Supraśla. Miasteczko przywitało mnie ładnym widokiem koni. Nie przystawałem nigdzie na dłużej, by od razu pojechać po kesza "Pstrągarnia" OP8DL7, ale chyba jakaś ślepota mnie dopadła i tylko obszedłem się smakiem.
W Supraślu chwilę odpocząłem w miejscu ze świetnym widokiem. Czyli na tyłach klasztoru, na szczycie skarpy ustawiono kilka ławek, w dole płynie rzeka, a za nią rozciągają się podmokłe łąki. Na horyzoncie jest ściana lasu Puszczy Knyszyńskiej.
Po krótkim odpoczynku i posiłku wróciłem do Białegostoku. Po drodze czekały mnie dwie skrzynki. Najpierw "Przystanek 1863" OP8E98. Murale o tematyce historycznej krążą wokół historii najnowszej. A tutaj mamy sięgnięcie po wydarzenia z XIXw. Historia wydawałoby się już zapomniana. Jednak z okazji niedawnej 150 rocznicy Powstania Styczniowego trochę sobie przypomniano o tych wydarzeniach. I wszystko byłoby pięknie, gdyby jakaś menda nie popisała się w wolnym polu swoim brakiem mózgu.
Może z 200-300 metrów dalej jest cmentarz miejski. Działa od niedawna, gdy na tym przy ul. Wysockiego zaczęło już brakować miejsc. Nowy cmentarz to nic specjalnego, kościół na jego terenie też jakoś nie zapada w pamięć, ale chyba wszyscy zwrócą uwagę na stojący niedaleko płotu śmigłowiec Mi2. Służył kiedyś w straży pożarnej, a teraz jest swoistą ciekawostką. Można podejść i zajrzeć do środka. Niestety wnętrze jest mocno rozszabrowane, ale to co zostało zadziwia ilością wskaźników i przełączników. Strasznie dużo ma tego pilot do ogarnięcia. Po nacieszeniu się wnętrzem przyszła pora na szybką skrzynkę "Helikopter na cmentarzu" OP8E99 i już można było wracać do domu. Może nie tak od razu, bo znalazł się czas na małą rundkę po mieście.
wtorek, 12 kwietnia 2016
piątek, 8 kwietnia 2016
Dziki z Bródna
Jak ostatnio opowiadałem w pracy gdzie byłem w Warszawie to niektórzy oczami przewracali. Chaszcze nad Wisłą, elektrownia na Żeraniu i lasek na Bródnie, to nie są miejsca gdzie zazwyczaj zagląda turysta. Ale keszer - turysta jak najbardziej. A było tak.
Nie zapowiadało się najlepiej. Jak zwykle gdy zrobi się trochę cieplej i jest większe zapotrzebowanie na rower miejski, stacje się zawieszają. Człowiek w kosmos lata, a porządnego systemu nie da się Polsce wprowadzić. Całe szczęście plan nie zakładał dalekich i częstych przejazdów rowerem, więc tragedii nie było. Na prawy brzeg Wisły przeszedłem mostem Curi-Skłodowskiej i zabrałem się za pobliskie skrzynki. Jak każdy most, tak i ten największe wrażenie wywarł na mnie spod spodu. A z pewnością najładniej się prezentuje z rejonu skrzynki "Zielone Brzegi" OP8AJT.
Od tego kesza ruszyłem terenami zalewowymi Wisły. Istna dżungla w mieście. Niesamowicie powykręcane drzewa, górki i dolinki, przyroda ma się tu lepiej niż w niektórych rezerwatach. Trochę zmęczyło mnie jednak łażenie krętymi ścieżkami i wszedłem na wał przeciwpowodziowy. Jego koroną doszedłem do kesza "Po drugiej stronie mostka" OP0F5E. Mostka, dobre sobie. To spora stalowa konstrukcja, ale akurat w remoncie i ze zdobywania kesza nici. Chociaż nie wiem czy bym się odważył wejść na kratownicę bez nawierzchni, mając pod sobą kilka dobrych metrów w dół.
Ruszyłem w kierunku elektrowni Żerań. Jest jakieś surowe piękno w terenach przemysłowych. Gdyby tam można było wejść z aparatem, pewnie dnia by nie starczyło. Ale i tak to co widać z ulicy, sprawiło, że spędziłem tam trochę czasu. No bo i fragment Portu Żerańskiego i sama elektrownia z górującymi nad wszystkim kominami. Zaliczyłem kesza "Jak "Animals" OP0A8A, ale zostały mi jeszcze dwa niedaleko. Z pewnością wrócę w te przemysłowe rejony.
Niestety trochę się zawiodłem na keszu "FSO - brama nr 7" OP0BE2. Nie na skrzynce, a otoczeniu. Z FSO mam miłe wspomnienia, bo uczyłem się jeździć i pierwsze lata za kółkiem spędziłem w tutejszym produkcie, Fiacie 125p. Z dawnej fabryki zostały jakieś nędzne resztki i plac po którym hula wiatr. Całe szczęście na poprawę humoru obok jest wielkie torowisko, a za nim lokalna ciekawostka w postaci przedwojennych torów tramwajowych i bruku z kocich łbów. Niestety tylko skrzynki "Tramwajem na Bródno ..." OP3D9D brak.
Jak się okazuje na Bródnie jest jeszcze kilka ciekawostek. Chociażby kamienica tuż przy powojennych blokach. Jest to już przedostatni przedwojenny relikt przy ul. Toruńskiej. Wypalony, bez dachu, budynek czeka już chyba tylko rozbiórka.
W o wiele lepszym stanie jest nagrobek niejakiego Michała Walenbergera, przypominający raczej kapliczkę w wersji maksi. Kolejna warszawska tajemnica, bo jak się doczytałem, nie wiadomo kiedy działał tu cmentarz, ani nawet gdzie dokładnie był, bo nagrobek trochę wędrował, więc i siłą rzeczy nie ma pod nim głównego lokatora.
Skończyło się typowo miejskie keszowanie, zaczęło leśne. Park Leśny Bródno za skrzynkami przeszedłem wzdłuż i wszerz. Nie ma co się rozpisywać nad każdą skrzynką, ale trzeba przyznać, że wszystkie jakie znalazłem trzymały solidny poziom. Cóż można napisać o lesie? Ktoś pewnie powiedziałby: drzewa i tyle. Ale każdy jest inny i każdy ma swój niepowtarzalny klimat. Las Bródnowski to oczywiście lasek podmiejski. Od strony osiedli sporo tu spacerowiczów, biegaczy. Są i ławki więc można zaryzykować stwierdzenie o zdziczałym parku. Jednak wystarczy odejść trochę dalej i już mamy las pełną gębą. Na terenach podmokłych nawet trochę dziki. Ma też swoje tajemnice. Jedna ze skrzynek doprowadziła mnie do odciągów masztów. Wokół nich można znaleźć sporo okopów. Niestety przeznaczenie masztów do dziś pozostaje dla mnie tajemnicą. Fort Lewicpol to też namiastka tajemnicy. A raczej teren jednostki wojskowej, która graniczy z dawnym fortem carskim. Po tym ostatnim nie pozostało zbyt wiele śladów, ale współczesne ogrodzenie składające się z pięciu szykan pobudza wyobraźnię, co też się kryje za nim.
Niestety od strony wschodniej pojawiają się śmiecie. Wyrzucają je działkowcy z Malborskiej, tuż za kanałek i te są gabarytowo małe i mocno nie rzucają się w oczy. Za to bliżej Radzymińskiej można spotkać i takie miejsca, gdzie jakiś burak pozbył się gratów z warsztatu mechanicznego. Resztki zderzaków, zbiorników na płyn hamulcowy, przewody, konsole samochodowe, do wyboru do koloru. Choć nie wszystkie śmieci powodowały ból zębów. Przy jednej znalazłem taki z drugiej wojny światowej. Na oko łuska od naboju przeciwlotniczego.
Za symbol lasu Bródnowskiego trzeba uznać dzika. Gdzie bym się nie ruszył, tam wszędzie widać było jego ślady. I to nawet w tej części blisko osiedla. Kiedyś miałem bliskie spotkanie ze stadem dzików i na resztę życia mi wystarczy, tak że nie byłem spragniony spotkania z tym gatunkiem. Było to jednak chyba nieuchronne. Już przy granicy lasu, paręnaście metrów przed ul. Bystrą z pomiędzy drzew wybiegł samotny dzik. Przystanął, popatrzył na mnie , ja na niego, a kątem oka szukałem drzewa które nadaje się na szybką wspinaczkę. Zwierz jednak w końcu parę razy zachrumkał, jakby podirytowany i wbiegł w gęste krzaki.
Czas było wracać do cywilizacji. Trochę na piechotę, trochę rowerem miejskim dotarłem na obrzeża Pragi - Północ. Akurat miałem czas na trzy kesze obok siebie, więc skorzystałem z okazji. Miałem to szczęście, że trafiły mi się ciekawe miejsca. Skrzynka "Rogatki Bródnowskie" OP8334 w budynku o tej samej nazwie. Stoi tu od XIXw, a dzięki solidnej, ceglanej konstrukcji będzie tu pewnie wiecznie. Mimo, że tymczasowo jest opuszczony.
Zupełnie niedaleko jest kesz "Warszawska Piekarnia Mechaniczna" OP2625. Ponadstuletni budynek nieczynnej już piekarni, podobnie jak poprzedni wciąż jest w niezłym stanie. Brak jednak odważnego by dziś zagospodarować niewielki zakład. Obok wizji, potrzebna też jest z pewnością spora ilość kasy. Ciekawy jest kontrast jaki ten zakład, czy pobliskie kamienice tworzą z wieżowcami.
Najmniej przyjazne miejsce z wspomnianej trójki to "Koszary Legii Akademickiej" OP219E. W sporej części zmieniło się obecnie w wysypisko. Jeden z opuszczonych budynków mocno kusił do odwiedzin, przez wybitą dziurę w cegłach, ale byłem sam ze słabą latarką i się nie odważyłem. Jednak kiedy przymknie się oko na śmieci otoczenie jest interesujące, ale potrzebny jest czas na dokładne zwiedzanie. A tego zaczynało mi brakować. Czas było wsiąść na rower i jechać w stronę Młocin. Na mapie wydawało się, że to nie taka duża odległość. A tymczasem jedzie się i jedzie, jeszcze do tego zapadł zmrok i zaczął siąpić deszcz. Mimo to nie było tak najgorzej, bo powietrze już wiosenne i to nie październikowe chłody z północy.
Przed odjazdem busa byłem niecałe pół godziny. Niezłe zgranie w czasie. Już parę kilometrów za Warszawą głowa mi opadła i resztę drogi przespałem. To był męczący dzień, ale to keszowanie będę dobrze wspominał. Fajne skrzynki i ciekawy kawałek miasta to jest coś co lubię.
Nie zapowiadało się najlepiej. Jak zwykle gdy zrobi się trochę cieplej i jest większe zapotrzebowanie na rower miejski, stacje się zawieszają. Człowiek w kosmos lata, a porządnego systemu nie da się Polsce wprowadzić. Całe szczęście plan nie zakładał dalekich i częstych przejazdów rowerem, więc tragedii nie było. Na prawy brzeg Wisły przeszedłem mostem Curi-Skłodowskiej i zabrałem się za pobliskie skrzynki. Jak każdy most, tak i ten największe wrażenie wywarł na mnie spod spodu. A z pewnością najładniej się prezentuje z rejonu skrzynki "Zielone Brzegi" OP8AJT.
Od tego kesza ruszyłem terenami zalewowymi Wisły. Istna dżungla w mieście. Niesamowicie powykręcane drzewa, górki i dolinki, przyroda ma się tu lepiej niż w niektórych rezerwatach. Trochę zmęczyło mnie jednak łażenie krętymi ścieżkami i wszedłem na wał przeciwpowodziowy. Jego koroną doszedłem do kesza "Po drugiej stronie mostka" OP0F5E. Mostka, dobre sobie. To spora stalowa konstrukcja, ale akurat w remoncie i ze zdobywania kesza nici. Chociaż nie wiem czy bym się odważył wejść na kratownicę bez nawierzchni, mając pod sobą kilka dobrych metrów w dół.
Ruszyłem w kierunku elektrowni Żerań. Jest jakieś surowe piękno w terenach przemysłowych. Gdyby tam można było wejść z aparatem, pewnie dnia by nie starczyło. Ale i tak to co widać z ulicy, sprawiło, że spędziłem tam trochę czasu. No bo i fragment Portu Żerańskiego i sama elektrownia z górującymi nad wszystkim kominami. Zaliczyłem kesza "Jak "Animals" OP0A8A, ale zostały mi jeszcze dwa niedaleko. Z pewnością wrócę w te przemysłowe rejony.
Niestety trochę się zawiodłem na keszu "FSO - brama nr 7" OP0BE2. Nie na skrzynce, a otoczeniu. Z FSO mam miłe wspomnienia, bo uczyłem się jeździć i pierwsze lata za kółkiem spędziłem w tutejszym produkcie, Fiacie 125p. Z dawnej fabryki zostały jakieś nędzne resztki i plac po którym hula wiatr. Całe szczęście na poprawę humoru obok jest wielkie torowisko, a za nim lokalna ciekawostka w postaci przedwojennych torów tramwajowych i bruku z kocich łbów. Niestety tylko skrzynki "Tramwajem na Bródno ..." OP3D9D brak.
Jak się okazuje na Bródnie jest jeszcze kilka ciekawostek. Chociażby kamienica tuż przy powojennych blokach. Jest to już przedostatni przedwojenny relikt przy ul. Toruńskiej. Wypalony, bez dachu, budynek czeka już chyba tylko rozbiórka.
W o wiele lepszym stanie jest nagrobek niejakiego Michała Walenbergera, przypominający raczej kapliczkę w wersji maksi. Kolejna warszawska tajemnica, bo jak się doczytałem, nie wiadomo kiedy działał tu cmentarz, ani nawet gdzie dokładnie był, bo nagrobek trochę wędrował, więc i siłą rzeczy nie ma pod nim głównego lokatora.
Skończyło się typowo miejskie keszowanie, zaczęło leśne. Park Leśny Bródno za skrzynkami przeszedłem wzdłuż i wszerz. Nie ma co się rozpisywać nad każdą skrzynką, ale trzeba przyznać, że wszystkie jakie znalazłem trzymały solidny poziom. Cóż można napisać o lesie? Ktoś pewnie powiedziałby: drzewa i tyle. Ale każdy jest inny i każdy ma swój niepowtarzalny klimat. Las Bródnowski to oczywiście lasek podmiejski. Od strony osiedli sporo tu spacerowiczów, biegaczy. Są i ławki więc można zaryzykować stwierdzenie o zdziczałym parku. Jednak wystarczy odejść trochę dalej i już mamy las pełną gębą. Na terenach podmokłych nawet trochę dziki. Ma też swoje tajemnice. Jedna ze skrzynek doprowadziła mnie do odciągów masztów. Wokół nich można znaleźć sporo okopów. Niestety przeznaczenie masztów do dziś pozostaje dla mnie tajemnicą. Fort Lewicpol to też namiastka tajemnicy. A raczej teren jednostki wojskowej, która graniczy z dawnym fortem carskim. Po tym ostatnim nie pozostało zbyt wiele śladów, ale współczesne ogrodzenie składające się z pięciu szykan pobudza wyobraźnię, co też się kryje za nim.
Niestety od strony wschodniej pojawiają się śmiecie. Wyrzucają je działkowcy z Malborskiej, tuż za kanałek i te są gabarytowo małe i mocno nie rzucają się w oczy. Za to bliżej Radzymińskiej można spotkać i takie miejsca, gdzie jakiś burak pozbył się gratów z warsztatu mechanicznego. Resztki zderzaków, zbiorników na płyn hamulcowy, przewody, konsole samochodowe, do wyboru do koloru. Choć nie wszystkie śmieci powodowały ból zębów. Przy jednej znalazłem taki z drugiej wojny światowej. Na oko łuska od naboju przeciwlotniczego.
Za symbol lasu Bródnowskiego trzeba uznać dzika. Gdzie bym się nie ruszył, tam wszędzie widać było jego ślady. I to nawet w tej części blisko osiedla. Kiedyś miałem bliskie spotkanie ze stadem dzików i na resztę życia mi wystarczy, tak że nie byłem spragniony spotkania z tym gatunkiem. Było to jednak chyba nieuchronne. Już przy granicy lasu, paręnaście metrów przed ul. Bystrą z pomiędzy drzew wybiegł samotny dzik. Przystanął, popatrzył na mnie , ja na niego, a kątem oka szukałem drzewa które nadaje się na szybką wspinaczkę. Zwierz jednak w końcu parę razy zachrumkał, jakby podirytowany i wbiegł w gęste krzaki.
Czas było wracać do cywilizacji. Trochę na piechotę, trochę rowerem miejskim dotarłem na obrzeża Pragi - Północ. Akurat miałem czas na trzy kesze obok siebie, więc skorzystałem z okazji. Miałem to szczęście, że trafiły mi się ciekawe miejsca. Skrzynka "Rogatki Bródnowskie" OP8334 w budynku o tej samej nazwie. Stoi tu od XIXw, a dzięki solidnej, ceglanej konstrukcji będzie tu pewnie wiecznie. Mimo, że tymczasowo jest opuszczony.
Zupełnie niedaleko jest kesz "Warszawska Piekarnia Mechaniczna" OP2625. Ponadstuletni budynek nieczynnej już piekarni, podobnie jak poprzedni wciąż jest w niezłym stanie. Brak jednak odważnego by dziś zagospodarować niewielki zakład. Obok wizji, potrzebna też jest z pewnością spora ilość kasy. Ciekawy jest kontrast jaki ten zakład, czy pobliskie kamienice tworzą z wieżowcami.
Najmniej przyjazne miejsce z wspomnianej trójki to "Koszary Legii Akademickiej" OP219E. W sporej części zmieniło się obecnie w wysypisko. Jeden z opuszczonych budynków mocno kusił do odwiedzin, przez wybitą dziurę w cegłach, ale byłem sam ze słabą latarką i się nie odważyłem. Jednak kiedy przymknie się oko na śmieci otoczenie jest interesujące, ale potrzebny jest czas na dokładne zwiedzanie. A tego zaczynało mi brakować. Czas było wsiąść na rower i jechać w stronę Młocin. Na mapie wydawało się, że to nie taka duża odległość. A tymczasem jedzie się i jedzie, jeszcze do tego zapadł zmrok i zaczął siąpić deszcz. Mimo to nie było tak najgorzej, bo powietrze już wiosenne i to nie październikowe chłody z północy.
Przed odjazdem busa byłem niecałe pół godziny. Niezłe zgranie w czasie. Już parę kilometrów za Warszawą głowa mi opadła i resztę drogi przespałem. To był męczący dzień, ale to keszowanie będę dobrze wspominał. Fajne skrzynki i ciekawy kawałek miasta to jest coś co lubię.
sobota, 19 marca 2016
Długie keszowanie w Warszawie
Warszawa to dobra opcja na keszowanie, gdy w okolicach Białegostoku zostały już tylko pojedyncze kesze. Niedrogi dojazd i wbrew pozorom całkiem ładne miasto. No może miejscami strasznie głośne, ale taki już urok sporych aglomeracji.
Tym razem znów dołączył do mnie MiszkaWu. Wymyśliliśmy by wieczorem pojechać pociągiem i sprawdzić jak to jest naprawdę z Pesa Dart. Skład robi wrażenie nowoczesnego, a ciekawie zaprojektowany dziób daje wrażenie zadziorności. Pierwsze wrażenie to cisza. Oczywiście nadal to metal toczy się po metalu, ale nie ma tego charakterystycznego "tuk, tuk.....tuk, tuk". Jakoś tak mniej rzuca na rozjazdach i w ogóle wydaje się, że skład pewniej trzyma się szyn. Czysto, schludnie, nowocześnie. Minusem jest brak przedziałów. Rozumiem, że teraz standardy są jak w samolocie, ale wolałem kameralne przedziały. No i wszyscy muszą siedzieć w rozświetlonym wagonie.
W Warszawie byliśmy przed 23 i rzuciliśmy się w wir piątkowego wieczoru. Przez centrum przewalały się tłumy mniej lub bardziej pijanej młodzieży, a my chodziliśmy za skrzynkami. Ludzie skupili się głównie w rejonie na wschód od Marszałkowskiej, a kiedy przeszliśmy zaledwie kilkaset metrów na płd.-zach. zaczęło się jakby inne miasto. Ciche, spokojne ulice i stylowe kamienice, aż miło było keszowć.
Przełaziliśmy prawie całą noc, niestety zwykła cyfrówka nie nadaje się do zdjęć o tej porze doby. Ale co zobaczyłem to moje. Ze skrzynek, które mam i które dopiero pojawiły się na mojej liście znalezień tym razem warto wymienić trzy. Pierwsza to "Najpiękniejsze kamienice Śródmiescia #1" OP472D. Z pewnością wyróżnia się na tle pozostałych ciekawą elewacją. Jeżeli została odnowiona tak jak w oryginale, to pewnie od początku należała do luksusowych.
Kolejnym ciekawym punktem był kesz "Turbina parowa przy ITC PW" OP8DZE. Element turbiny postawiono przed wejściem do jednego z wydziałów politechniki. Do 2005r. pracowała w elektrowni na Żeraniu, co pewnie szczególnie interesuje miłośników ciekawostek warszawskich. Dla mnie to wyglądało bardziej jak rzeźba nowoczesna. Trochę mi to przypomina motyw dreblinek do kombajnu z "Nie lubię poniedziałku".
Pomnik z keszem "bacza 6: Pomnik Jazdy Polskiej" OP3311 z daleka nie wyglądał imponująco. Kolejny monument na placu Warszawy. Ale wystarczyło podejść bliżej i zadrzeć głowę by mieć wrażenie, że dwaj jeźdźcy zaraz zjadą w dół i pogalopują zrobić porządek. Z kim? A to już zależy od czytającego.
W końcu nastał świt, można było znaleźć wcześnie otwarty bar, by porządnie wypocząć, wszak przed nami jeszcze kilka godzin do powrotnego autobusu. Z rana dobrym pomysłem było pójście na Stare Miasto. Chociaż wycieczki zbierały się od godzin rannych, to jednak tłoku jeszcze nie było i można było spokojnie keszować. Dzięki ścieżce "Wokół Murów Obronnych Starej Warszawy" była okazja poznać Stare Miasto z perspektywy której nieraz nie znałem. Niby miejsca nieraz oglądane, ale zagłębienie się w historię fortyfikacji i poszukiwanie skrzynek w miejscach nieraz nieoczywistych było ciekawym doświadczeniem.
Ale nie tylko skrzynki z wspomnianej serii zaprowadziły nas w ciekawe miejsca.
"gazebo - Gąsienica niemieckiego czołgu" OP89LX to taki przykład. Wmurowany w ścianę kościoła fragment gąsienicy "Goliata" dał możliwość opowiedzenia historii zdobycia pojazdu opancerzonego, będącego w istocie stawiaczem min, który w końcu eksplodował powodując śmierć i rany setek osób. W ten sposób narodziła się powtarzana przez wiele lat historia niemieckiego "czołgu pułapki".
W sobotę około południa na Starym Mieście zaczęło się robić trochę ciasno, pojechaliśmy korzystając z rowerów miejskich w spokojniejsze rejony. Zmęczenie dało znać o sobie, więc szukanie nie było zbyt intensywne, ale i tak udało się odwiedzić parę perełek. Do jednej z nich zaliczę kamienicę z keszem "Podwórkowa Kapliczka" OP4421. Od ulicy nie wyglądało to zachęcająco. Elewacja która ma już swoje lata, niektóre mieszkania wydają się opuszczone, a lokale usługowe na parterze zabite na głucho. I właśnie tam uchowała się brama ze zdobieniami niczym z jakiegoś pałacu.
Z pewnych względów dłużej musieliśmy się zatrzymać przy keszu "Karol Beyer" OP8B32 w okolicach Zachęty. Dzięki temu mogłem bliżej obejrzeć najbliższą okolicę. I w ten sposób trafiłem na mural przedstawiający jasne i ciemne strony nauki. A przynajmniej ja to tak zinterpretowałem.
Kwintesencją tego keszowania okazała się skrzynka "bacza 7: Ucieczka z Getta" OP35FA. W poszukiwaniu finału przez przypadek weszliśmy w studnię stworzoną przez kamienice. Miejsce wręcz archetypowe dla opuszczonych, zaniedbanych kamienic. Klimat jak z filmu o najbiedniejszych dzielnicach, a to wszystko w centrum stolicy.
Żegnaj Warszawo, ale nie na długo. Już rodzą się pomysły na co najmniej dwie wycieczki. Oby tylko pogoda dopisała jak tym razem.
Tym razem znów dołączył do mnie MiszkaWu. Wymyśliliśmy by wieczorem pojechać pociągiem i sprawdzić jak to jest naprawdę z Pesa Dart. Skład robi wrażenie nowoczesnego, a ciekawie zaprojektowany dziób daje wrażenie zadziorności. Pierwsze wrażenie to cisza. Oczywiście nadal to metal toczy się po metalu, ale nie ma tego charakterystycznego "tuk, tuk.....tuk, tuk". Jakoś tak mniej rzuca na rozjazdach i w ogóle wydaje się, że skład pewniej trzyma się szyn. Czysto, schludnie, nowocześnie. Minusem jest brak przedziałów. Rozumiem, że teraz standardy są jak w samolocie, ale wolałem kameralne przedziały. No i wszyscy muszą siedzieć w rozświetlonym wagonie.
W Warszawie byliśmy przed 23 i rzuciliśmy się w wir piątkowego wieczoru. Przez centrum przewalały się tłumy mniej lub bardziej pijanej młodzieży, a my chodziliśmy za skrzynkami. Ludzie skupili się głównie w rejonie na wschód od Marszałkowskiej, a kiedy przeszliśmy zaledwie kilkaset metrów na płd.-zach. zaczęło się jakby inne miasto. Ciche, spokojne ulice i stylowe kamienice, aż miło było keszowć.
Przełaziliśmy prawie całą noc, niestety zwykła cyfrówka nie nadaje się do zdjęć o tej porze doby. Ale co zobaczyłem to moje. Ze skrzynek, które mam i które dopiero pojawiły się na mojej liście znalezień tym razem warto wymienić trzy. Pierwsza to "Najpiękniejsze kamienice Śródmiescia #1" OP472D. Z pewnością wyróżnia się na tle pozostałych ciekawą elewacją. Jeżeli została odnowiona tak jak w oryginale, to pewnie od początku należała do luksusowych.
Kolejnym ciekawym punktem był kesz "Turbina parowa przy ITC PW" OP8DZE. Element turbiny postawiono przed wejściem do jednego z wydziałów politechniki. Do 2005r. pracowała w elektrowni na Żeraniu, co pewnie szczególnie interesuje miłośników ciekawostek warszawskich. Dla mnie to wyglądało bardziej jak rzeźba nowoczesna. Trochę mi to przypomina motyw dreblinek do kombajnu z "Nie lubię poniedziałku".
Pomnik z keszem "bacza 6: Pomnik Jazdy Polskiej" OP3311 z daleka nie wyglądał imponująco. Kolejny monument na placu Warszawy. Ale wystarczyło podejść bliżej i zadrzeć głowę by mieć wrażenie, że dwaj jeźdźcy zaraz zjadą w dół i pogalopują zrobić porządek. Z kim? A to już zależy od czytającego.
W końcu nastał świt, można było znaleźć wcześnie otwarty bar, by porządnie wypocząć, wszak przed nami jeszcze kilka godzin do powrotnego autobusu. Z rana dobrym pomysłem było pójście na Stare Miasto. Chociaż wycieczki zbierały się od godzin rannych, to jednak tłoku jeszcze nie było i można było spokojnie keszować. Dzięki ścieżce "Wokół Murów Obronnych Starej Warszawy" była okazja poznać Stare Miasto z perspektywy której nieraz nie znałem. Niby miejsca nieraz oglądane, ale zagłębienie się w historię fortyfikacji i poszukiwanie skrzynek w miejscach nieraz nieoczywistych było ciekawym doświadczeniem.
Ale nie tylko skrzynki z wspomnianej serii zaprowadziły nas w ciekawe miejsca.
"gazebo - Gąsienica niemieckiego czołgu" OP89LX to taki przykład. Wmurowany w ścianę kościoła fragment gąsienicy "Goliata" dał możliwość opowiedzenia historii zdobycia pojazdu opancerzonego, będącego w istocie stawiaczem min, który w końcu eksplodował powodując śmierć i rany setek osób. W ten sposób narodziła się powtarzana przez wiele lat historia niemieckiego "czołgu pułapki".
W sobotę około południa na Starym Mieście zaczęło się robić trochę ciasno, pojechaliśmy korzystając z rowerów miejskich w spokojniejsze rejony. Zmęczenie dało znać o sobie, więc szukanie nie było zbyt intensywne, ale i tak udało się odwiedzić parę perełek. Do jednej z nich zaliczę kamienicę z keszem "Podwórkowa Kapliczka" OP4421. Od ulicy nie wyglądało to zachęcająco. Elewacja która ma już swoje lata, niektóre mieszkania wydają się opuszczone, a lokale usługowe na parterze zabite na głucho. I właśnie tam uchowała się brama ze zdobieniami niczym z jakiegoś pałacu.
Z pewnych względów dłużej musieliśmy się zatrzymać przy keszu "Karol Beyer" OP8B32 w okolicach Zachęty. Dzięki temu mogłem bliżej obejrzeć najbliższą okolicę. I w ten sposób trafiłem na mural przedstawiający jasne i ciemne strony nauki. A przynajmniej ja to tak zinterpretowałem.
Kwintesencją tego keszowania okazała się skrzynka "bacza 7: Ucieczka z Getta" OP35FA. W poszukiwaniu finału przez przypadek weszliśmy w studnię stworzoną przez kamienice. Miejsce wręcz archetypowe dla opuszczonych, zaniedbanych kamienic. Klimat jak z filmu o najbiedniejszych dzielnicach, a to wszystko w centrum stolicy.
Żegnaj Warszawo, ale nie na długo. Już rodzą się pomysły na co najmniej dwie wycieczki. Oby tylko pogoda dopisała jak tym razem.
piątek, 4 marca 2016
Do Olsztyna i z powrotem
Już kiedyś byłem w Olsztynie na keszowaniu, ale sporo skrzynek jeszcze mi tam zostało, więc korzystając z kilku dni wolnego wyskoczyłem do stolicy Warmii. Nie sposób pominąć jednak skrzynek po drodze. Na pierwszy ogień poszła "Jedzie, Jedzie Straż Ogniowa" OP860K. Prawdziwy zabytek techniki w postaci Stara 25. Co prawda są OSP w których taki sprzęt wciąż służy, ale biorąc pod uwagę, że produkcji modelu zaniechano w 1971r. maszynę w jednym kawałku należy uznać za niemały skarb.
Za Nowogrodem czekała mnie jeszcze większa niespodzianka. Niemiecki schron bojowy, obok którego przejeżdżałem kilka razy, a nie wiedziałem jakie cudo mijam. Tony betony, zachowane ościeżnice drzwi, czy płyta pancerna stanowiska strzeleckiego to jeszcze nic szczególnego. Ale zachowane niemieckie napisy gotykiem, czy metalowa kopuła obserwacyjna to prawdziwe skarby. Zastanawiam się jak to tyle lat przetrwało, szczególnie kopuła będąca łakomym kąskiem dla złomiarzy. Niestety jak się okazało już po wpisie, kesza "Regelbau 105a Bauwerk 81" OP818G nie udało się w pełni zaliczyć. Co prawda właściciel uznał zaliczenie, ale koniecznie trzeba będzie znów odwiedzić obiekt, by dobrać się do drugiego etapu.
Już prawie pod Olsztynem udało się odnaleźć kesza "Stary most" OP80ER z którym miałem kiedyś kłopoty. Tym razem brak roślin, w szczególności pokrzyw pozwolił dostać się we właściwe miejsce. Ciekawie jest odwiedzić jakieś miejsce po raz drugi.
Niestety jadąc do Olsztyna przez Łomżę zbyt dużo kezy nie było, ale za to w stolicy Warmii byłem dość wcześnie. Pierwsze spostrzeżenie, to miasto dorobiło się tramwajów. W moim odczuciu te pojazdy świadczą o wielkomiejskości (ewentualnie trolejbusy). No, ale nie przyjechałem tu kontemplować uroki komunikacji miejskiej, a po skrzynki. Zacząłem od zamku i reaktywacji "pod zamkiem" OP0AE6. W końcu była okazja by odwiedzić wnętrza warowni. Przyznam, że z zewnątrz budowla obiecuje więcej niż to co zobaczy się w środku. Odsłonięte urządzenie pomiarowe Kopernika, czy oryginalne belki, chociaż ciekawe, to jednak brakuje tego czegoś. Może to przez to że muzeum upiera się by zwiedzającym przeznaczyć przewodnika. Jednak wolę indywidualne zwiedzanie, co mnie interesuje doczytam z tabliczek, wnętrza obejrzę w swoim tempie i wtedy dopiero mam szansę poczuć klimat miejsca.
Po obejrzeniu zamku, co było moim głównym celem wycieczki, przyszła pora na pozostałe olsztyńskie kesze. Ukryte lepiej lub gorzej, trochę virtuali, ale przynajmniej żaden nie pokazywał miejsca "tu była moja szkoła podstawowa". Które tu są warte wymienienia? Z przyczyn osobistych "Duma Warmi" OP2FD1. Zastanawiałem się jak wygląda dziś boisko Stomilu Olsztyn, co by nie mówić zasłużonego klubu, dziś nieźle radzącego sobie w I lidze. A pamiętam jak w latach upadku przyjechali do Wysokiego Mazowieckiego na mecz II czy III ligi, a za nimi wierni kibice. Byłem pod wrażeniem, że na tak nieważny mecz, w takim małym miasteczku, pofatygowało się kilkadziesiąt osób. Pamiętam że organizatorzy strasznie się tego bali, a tymczasem atmosfera była wręcz piknikowa. A wracając do kesza, to nie było tak miło. Zabrałem się za szukanie i zaczął padać ni to śnieg, ni to grad. W tym roku już na keszowaniu raz przemokłem i powtórka z rozrywki wcale mi się nie uśmiechała. Całe szczęście załamanie pogody było chwilowe.
Kolejnym punktem który będę dobrze wspominał jest kesz "Obserwatorium Astronomiczne v.2.1" OP7657. Obserwatorium zamontowano w dawnej wieży ciśnień. Zazwyczaj te budynki stoją opuszczone, czasem lokalne władze dorzucą parę groszy na renowację, ale na palcach jednej ręki mogę policzyć takie, które dalej jakoś służą ludziom. Niestety z racji pochmurnego nieba wieczorem nie było pokazu, czego żałuję.
Mijały kolejne godziny, wpadło trochę keszy. Ciekawostką okazał się cmentarz wojenny z keszem "Cmentarz trzech nacji" OP84Z6. Jego wyjątkowość polega na tym, że obok żołnierzy rosyjskich i polskich upamiętniono francuskich lotników. Do tej poru nie wiedziałem, że Francuzi walczyli u boku Armii Czerwonej w ramach pułku lotniczego Normandia-Niemen. Tylko skąd liczba ponad 600 lotników, skoro z pułku poległy 42 osoby? Od czego jest internet, a tam można doczytać, że zawyżona liczba to ofiary Stalagu. Ale to też nic pewnego. Kolejna zagadka historii wciąż czekająca na rozwiązanie.
Przyszedł czas na Kortowo. Największym problemem okazał sie kesz "Tajemniczy Kortowski Ogród" OP8172. Nie sam pojemnik, łatwy do lokalizacji, a dojście do niego. Wynalazłem jakąś dziurę w płocie, by potem klucząc między krzakami, a zwalonymi pniami dostać się w miejsce o którym wspomina autor jako dogodne wejście. Niby czytałem, ale myślałem że chodzi o zupełnie inne rejony. Potem już przejście ścieżką i znów kawałek zdziczałymi rejonami. Miejsce zaiste tajemnicze. Idąc mija się resztki niewielkich budowli, czasem jakieś zdziczałe drzewa owocowe, a i na parę starych niedziałających latarni można się natknąć.
Ostatnim keszem pierwszego dnia okazał się "PRZESMYK II" OP0BA1. Czekało mnie przejście ciemnym lasem około kilometra. Brzegiem jeziora, więc było nawet miło. Gorzej zrobiło się na cyplu z keszem. Jakiś zwierz zaczął szeleścić w krzakach. Bałem się, że to dzik, ale pomyślałem że jak sam parę razy chrząknę i klasnę w dłonie, to cokolwiek by to było zostanie przepłoszone. Grunt że metoda podziałała i już nic mnie nie niepokoiło.
Drugi i ostatni dzień zacząłem od "Widok na Ukiel" OP2014. Jeszcze było ciemno i nie dla mnie były rozległe widoki na jezioro. Za to kiedy podejmowałem kesza, zza chmur wyłonił się księżyc w pełni. Zalał świat swym zimnym blaskiem i cudownie odbił się w tafli wody. Okazuje się że czasem trzeba trafić w moment, by odkryć jakieś miejsce w stanie w jakim zupełnie się tego nie spodziewamy.
Opuszczając Olsztyn zahaczyłem min. o "Most por. Hansa Klossa" OP80Y7. Lubię odkrywać miejsca, jakie do tej pory znałem z ekranu. A przy okazji zobaczyłem niezły most. Z góry nie wygląda imponująca, kolejna przeprawa, ale wystarczy zejść w dół by ujrzeć wspaniały, ceglany łuk spinający dwa brzegi. Szkoda tylko, że stylowe barierki zastąpiły brzydkie poręcze. Tu nastąpił też przypadek, że coś w rzeczywistości wygląda bardziej imponująco niż w filmie. To zazwyczaj filmowcy ulepszają rzeczywistość.
W Barczewie zatrzymałem się przy dworcu. Skłoniła mnie ku temu skrzynka "Dworzec kolejowy w Barczewie" OP8B75. Już jadąc na miejsce musiałem zatrzymać się na przejeździe by przepuścić lokalny szynobus. Kiedy już dotarłem na dworzec, przez tory przetoczył się pospieszny, ale nie wiem jakiej relacji. Wniósł on trochę życia w martwy dworzec. Jakże częsty widok, niebrzydki budynek niszczeje czekając na lepsze czasy, które pewnie nieprędko nadejdą.
Biskupiec przywitał mnie porywistym wiatrem, przez który czym prędzej uciekłem znad jeziora Kraksy. Oczywiście, jak to w warmińskim (a może mazurskim) miasteczku warto odwiedzić niewielką starówkę, nad którą góruje kościół. Jednak tym razem wspomnę niewielką rzecz tuż za rogatkami miasta. Mowa o przydrożnej kapliczce z keszem "O Warmio moja miła :-D" OP0651. Niby nic specjalnego, bo podobne można czasem spotkać na Podlasiu, choć przyznaję niezwykle rzadko. Co ją wyróżnia to mała tabliczka w podstawie. Krótka sentencja z początku XXw. po niemiecku, a do tego gotykiem. Dla mnie to coś innego, niespotykanego. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że egzotyka na wyciągnięcie ręki.
Ogromną niespodziankę przeżyłem w Sorkwitach przy keszu "Pałac w Sorkwitach" OP0E29. Wiedziałem, że czeka na mnie neogotycki pałac, ale nie spodziewałem się że tak wielki. Trochę szkoda, że szczelnie ogrodzony i mogłem podziwiać jedynie z drogi. Z pewnością robi wrażenie wielkością, ale czy stylem? Neogotyk w architekturze świeckiej to nie był moim zdaniem najlepszy pomysł. Tania podróbka gotyckich zamków, która dziś broni się raczej patyną czasu.
Kolejny kesz "Mikołajki" OP8BZ7 i mogłem poznać jak wygląda jedna z letnich stolic Polski poza sezonem. Pustawo i trochę smętnie, więc czym prędzej pomknąłem dalej. Przystanek w Orzyszu przy keszu "Jednostka karna Orzysz" OP8EHH. Choć Warmia i Mazury usiane są miasteczkami z dużymi garnizonami, to jednak Orzysz zawsze wybijał się na ich tle. Już po wycieczce rozmawiałem z ojcem o wojsku w latach komuny i nawet nie licząc jednostki karnej, to służba w Orzyszu była postrzegana jako pech rekruta. Dziś kręcąc się po mieście, wciąż widać kto tu jest głównym pracodawcą. Samochody wojskowe, czasem ciuchy z demobilu i coś czego nie widziałem już wiele lat, czyli prewencyjny, pieszy patrol żandarmerii. Wojsko widać tu na każdym kroku.
Kolejny cmentarz z I wojny światowej i kesz "Opuszczone cmentarze #6 Talusy" OP8EJZ. Spodziewałem się kilku nagrobków gdzieś w lasku. Jakie było moje zaskoczenie kiedy zatrzymałem się pod niemała górą. Omijając wijące się schody wbiegłem na przełaj, by móc podziwiać jeden z ciekawszych cmentarzy jakich widziałem. Perspektywa zamknięta tablicą pamiątkową, skromne nagrobki, imienne dla Niemców i anonimowe dla Rosjan. Wszystko to rozłożone na dość dużej przestrzeni szczytu góry. Jakże to inne od ciasno ustawionych krzyży. Warto tu było się zatrzymać.
Do domu zostało jeszcze kilka keszy.. Wszystkie warte poznania historii, jaka się za nimi kryje. A i zdobywanie niektórych, jak np "Cmentarz między Hertami" OP88SX to było coś więcej. Włóczenie się po lesie po zachodzie słońca, ale gdy nie jest jeszcze ciemno, w tym magicznym momencie przejścia dnia w noc to sama przyjemność.
Szkoda, że do Grajewa dotarłem już w całkowitych ciemnościach. Tutejszy mini park militarny pokazuje kilka starych, ale dobrze utrzymanych sprzętów. Niestety miejsce to jest słabo oświetlone i zostaje jedynie podziwianie zarysów zgromadzonych eksponatów.
Do domu zostało jeszcze kilkadziesiąt kilometrów, ale już bez keszy. Ciemno, zaczął padać śnieg, a mi wzrok się męczył od wypatrywania czy żaden łoś nie wejdzie na drogę. To był intensywny wyjazd, chociaż może keszy nie zdobyłem ogromnej ilości, to jednak najważniejsze że zobaczyłem parę ciekawych miejsc.
Za Nowogrodem czekała mnie jeszcze większa niespodzianka. Niemiecki schron bojowy, obok którego przejeżdżałem kilka razy, a nie wiedziałem jakie cudo mijam. Tony betony, zachowane ościeżnice drzwi, czy płyta pancerna stanowiska strzeleckiego to jeszcze nic szczególnego. Ale zachowane niemieckie napisy gotykiem, czy metalowa kopuła obserwacyjna to prawdziwe skarby. Zastanawiam się jak to tyle lat przetrwało, szczególnie kopuła będąca łakomym kąskiem dla złomiarzy. Niestety jak się okazało już po wpisie, kesza "Regelbau 105a Bauwerk 81" OP818G nie udało się w pełni zaliczyć. Co prawda właściciel uznał zaliczenie, ale koniecznie trzeba będzie znów odwiedzić obiekt, by dobrać się do drugiego etapu.
Już prawie pod Olsztynem udało się odnaleźć kesza "Stary most" OP80ER z którym miałem kiedyś kłopoty. Tym razem brak roślin, w szczególności pokrzyw pozwolił dostać się we właściwe miejsce. Ciekawie jest odwiedzić jakieś miejsce po raz drugi.
Niestety jadąc do Olsztyna przez Łomżę zbyt dużo kezy nie było, ale za to w stolicy Warmii byłem dość wcześnie. Pierwsze spostrzeżenie, to miasto dorobiło się tramwajów. W moim odczuciu te pojazdy świadczą o wielkomiejskości (ewentualnie trolejbusy). No, ale nie przyjechałem tu kontemplować uroki komunikacji miejskiej, a po skrzynki. Zacząłem od zamku i reaktywacji "pod zamkiem" OP0AE6. W końcu była okazja by odwiedzić wnętrza warowni. Przyznam, że z zewnątrz budowla obiecuje więcej niż to co zobaczy się w środku. Odsłonięte urządzenie pomiarowe Kopernika, czy oryginalne belki, chociaż ciekawe, to jednak brakuje tego czegoś. Może to przez to że muzeum upiera się by zwiedzającym przeznaczyć przewodnika. Jednak wolę indywidualne zwiedzanie, co mnie interesuje doczytam z tabliczek, wnętrza obejrzę w swoim tempie i wtedy dopiero mam szansę poczuć klimat miejsca.
Po obejrzeniu zamku, co było moim głównym celem wycieczki, przyszła pora na pozostałe olsztyńskie kesze. Ukryte lepiej lub gorzej, trochę virtuali, ale przynajmniej żaden nie pokazywał miejsca "tu była moja szkoła podstawowa". Które tu są warte wymienienia? Z przyczyn osobistych "Duma Warmi" OP2FD1. Zastanawiałem się jak wygląda dziś boisko Stomilu Olsztyn, co by nie mówić zasłużonego klubu, dziś nieźle radzącego sobie w I lidze. A pamiętam jak w latach upadku przyjechali do Wysokiego Mazowieckiego na mecz II czy III ligi, a za nimi wierni kibice. Byłem pod wrażeniem, że na tak nieważny mecz, w takim małym miasteczku, pofatygowało się kilkadziesiąt osób. Pamiętam że organizatorzy strasznie się tego bali, a tymczasem atmosfera była wręcz piknikowa. A wracając do kesza, to nie było tak miło. Zabrałem się za szukanie i zaczął padać ni to śnieg, ni to grad. W tym roku już na keszowaniu raz przemokłem i powtórka z rozrywki wcale mi się nie uśmiechała. Całe szczęście załamanie pogody było chwilowe.
Kolejnym punktem który będę dobrze wspominał jest kesz "Obserwatorium Astronomiczne v.2.1" OP7657. Obserwatorium zamontowano w dawnej wieży ciśnień. Zazwyczaj te budynki stoją opuszczone, czasem lokalne władze dorzucą parę groszy na renowację, ale na palcach jednej ręki mogę policzyć takie, które dalej jakoś służą ludziom. Niestety z racji pochmurnego nieba wieczorem nie było pokazu, czego żałuję.
Mijały kolejne godziny, wpadło trochę keszy. Ciekawostką okazał się cmentarz wojenny z keszem "Cmentarz trzech nacji" OP84Z6. Jego wyjątkowość polega na tym, że obok żołnierzy rosyjskich i polskich upamiętniono francuskich lotników. Do tej poru nie wiedziałem, że Francuzi walczyli u boku Armii Czerwonej w ramach pułku lotniczego Normandia-Niemen. Tylko skąd liczba ponad 600 lotników, skoro z pułku poległy 42 osoby? Od czego jest internet, a tam można doczytać, że zawyżona liczba to ofiary Stalagu. Ale to też nic pewnego. Kolejna zagadka historii wciąż czekająca na rozwiązanie.
Przyszedł czas na Kortowo. Największym problemem okazał sie kesz "Tajemniczy Kortowski Ogród" OP8172. Nie sam pojemnik, łatwy do lokalizacji, a dojście do niego. Wynalazłem jakąś dziurę w płocie, by potem klucząc między krzakami, a zwalonymi pniami dostać się w miejsce o którym wspomina autor jako dogodne wejście. Niby czytałem, ale myślałem że chodzi o zupełnie inne rejony. Potem już przejście ścieżką i znów kawałek zdziczałymi rejonami. Miejsce zaiste tajemnicze. Idąc mija się resztki niewielkich budowli, czasem jakieś zdziczałe drzewa owocowe, a i na parę starych niedziałających latarni można się natknąć.
Ostatnim keszem pierwszego dnia okazał się "PRZESMYK II" OP0BA1. Czekało mnie przejście ciemnym lasem około kilometra. Brzegiem jeziora, więc było nawet miło. Gorzej zrobiło się na cyplu z keszem. Jakiś zwierz zaczął szeleścić w krzakach. Bałem się, że to dzik, ale pomyślałem że jak sam parę razy chrząknę i klasnę w dłonie, to cokolwiek by to było zostanie przepłoszone. Grunt że metoda podziałała i już nic mnie nie niepokoiło.
Drugi i ostatni dzień zacząłem od "Widok na Ukiel" OP2014. Jeszcze było ciemno i nie dla mnie były rozległe widoki na jezioro. Za to kiedy podejmowałem kesza, zza chmur wyłonił się księżyc w pełni. Zalał świat swym zimnym blaskiem i cudownie odbił się w tafli wody. Okazuje się że czasem trzeba trafić w moment, by odkryć jakieś miejsce w stanie w jakim zupełnie się tego nie spodziewamy.
Opuszczając Olsztyn zahaczyłem min. o "Most por. Hansa Klossa" OP80Y7. Lubię odkrywać miejsca, jakie do tej pory znałem z ekranu. A przy okazji zobaczyłem niezły most. Z góry nie wygląda imponująca, kolejna przeprawa, ale wystarczy zejść w dół by ujrzeć wspaniały, ceglany łuk spinający dwa brzegi. Szkoda tylko, że stylowe barierki zastąpiły brzydkie poręcze. Tu nastąpił też przypadek, że coś w rzeczywistości wygląda bardziej imponująco niż w filmie. To zazwyczaj filmowcy ulepszają rzeczywistość.
W Barczewie zatrzymałem się przy dworcu. Skłoniła mnie ku temu skrzynka "Dworzec kolejowy w Barczewie" OP8B75. Już jadąc na miejsce musiałem zatrzymać się na przejeździe by przepuścić lokalny szynobus. Kiedy już dotarłem na dworzec, przez tory przetoczył się pospieszny, ale nie wiem jakiej relacji. Wniósł on trochę życia w martwy dworzec. Jakże częsty widok, niebrzydki budynek niszczeje czekając na lepsze czasy, które pewnie nieprędko nadejdą.
Biskupiec przywitał mnie porywistym wiatrem, przez który czym prędzej uciekłem znad jeziora Kraksy. Oczywiście, jak to w warmińskim (a może mazurskim) miasteczku warto odwiedzić niewielką starówkę, nad którą góruje kościół. Jednak tym razem wspomnę niewielką rzecz tuż za rogatkami miasta. Mowa o przydrożnej kapliczce z keszem "O Warmio moja miła :-D" OP0651. Niby nic specjalnego, bo podobne można czasem spotkać na Podlasiu, choć przyznaję niezwykle rzadko. Co ją wyróżnia to mała tabliczka w podstawie. Krótka sentencja z początku XXw. po niemiecku, a do tego gotykiem. Dla mnie to coś innego, niespotykanego. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że egzotyka na wyciągnięcie ręki.
Ogromną niespodziankę przeżyłem w Sorkwitach przy keszu "Pałac w Sorkwitach" OP0E29. Wiedziałem, że czeka na mnie neogotycki pałac, ale nie spodziewałem się że tak wielki. Trochę szkoda, że szczelnie ogrodzony i mogłem podziwiać jedynie z drogi. Z pewnością robi wrażenie wielkością, ale czy stylem? Neogotyk w architekturze świeckiej to nie był moim zdaniem najlepszy pomysł. Tania podróbka gotyckich zamków, która dziś broni się raczej patyną czasu.
Kolejny kesz "Mikołajki" OP8BZ7 i mogłem poznać jak wygląda jedna z letnich stolic Polski poza sezonem. Pustawo i trochę smętnie, więc czym prędzej pomknąłem dalej. Przystanek w Orzyszu przy keszu "Jednostka karna Orzysz" OP8EHH. Choć Warmia i Mazury usiane są miasteczkami z dużymi garnizonami, to jednak Orzysz zawsze wybijał się na ich tle. Już po wycieczce rozmawiałem z ojcem o wojsku w latach komuny i nawet nie licząc jednostki karnej, to służba w Orzyszu była postrzegana jako pech rekruta. Dziś kręcąc się po mieście, wciąż widać kto tu jest głównym pracodawcą. Samochody wojskowe, czasem ciuchy z demobilu i coś czego nie widziałem już wiele lat, czyli prewencyjny, pieszy patrol żandarmerii. Wojsko widać tu na każdym kroku.
Kolejny cmentarz z I wojny światowej i kesz "Opuszczone cmentarze #6 Talusy" OP8EJZ. Spodziewałem się kilku nagrobków gdzieś w lasku. Jakie było moje zaskoczenie kiedy zatrzymałem się pod niemała górą. Omijając wijące się schody wbiegłem na przełaj, by móc podziwiać jeden z ciekawszych cmentarzy jakich widziałem. Perspektywa zamknięta tablicą pamiątkową, skromne nagrobki, imienne dla Niemców i anonimowe dla Rosjan. Wszystko to rozłożone na dość dużej przestrzeni szczytu góry. Jakże to inne od ciasno ustawionych krzyży. Warto tu było się zatrzymać.
Do domu zostało jeszcze kilka keszy.. Wszystkie warte poznania historii, jaka się za nimi kryje. A i zdobywanie niektórych, jak np "Cmentarz między Hertami" OP88SX to było coś więcej. Włóczenie się po lesie po zachodzie słońca, ale gdy nie jest jeszcze ciemno, w tym magicznym momencie przejścia dnia w noc to sama przyjemność.
Szkoda, że do Grajewa dotarłem już w całkowitych ciemnościach. Tutejszy mini park militarny pokazuje kilka starych, ale dobrze utrzymanych sprzętów. Niestety miejsce to jest słabo oświetlone i zostaje jedynie podziwianie zarysów zgromadzonych eksponatów.
Do domu zostało jeszcze kilkadziesiąt kilometrów, ale już bez keszy. Ciemno, zaczął padać śnieg, a mi wzrok się męczył od wypatrywania czy żaden łoś nie wejdzie na drogę. To był intensywny wyjazd, chociaż może keszy nie zdobyłem ogromnej ilości, to jednak najważniejsze że zobaczyłem parę ciekawych miejsc.
wtorek, 23 lutego 2016
Pierwsze keszowanie 2016
Poleniłem się w tym roku. Już druga połowa lutego, a ja dopiero teraz mam za sobą pierwsze kesze 2016r. Wybór padł na Warszawę, bo i dojazd tani i zagęszczenie keszy sprawia, że da się ogarnąć wycieczkę na piechotę. Tym razem w miejsca mniej oczywiste, a z pewnością żaden turysta tam nie zagląda.
Zacząłem od kesza "rozcięty szlak" OP2CAF. I od razu porażka. W miejscu schowania wielka wycinka drzew, jakieś prace ziemne, czyli zero szans na szukanie. Może kesz jeszcze jest, ale po tych pracach słabo widzę żeby przetrwał. A że w kwestii kezy jestem trochę przesądny i wyznaję zasadę, jaka pierwsza skrzynka w danym dniu, taka i reszta, lekko się zmartwiłem. Trochę niepotrzebnie, bo dalej poszło nie najgorzej.
Przy drugim keszu "Dwie mogiły w lesie Młocińskim" OP80RR będącym prostym multakiem, przy pierwszym etapie poszło nadzwyczaj sprawnie (po prostu leżał sobie wygrzebany ze schowka). Potem krótki spacer przez las. Jakieś ptaszki ćwierkają, a i łanię udało się wypatrzyć. Mimo lutego w powietrzu czuć już wiosnę. Pewne problemy pojawiły się przy drugim etapie. Jakoś nie mogłem namierzyć pojemnika i dopiero trochę przez przypadek wygrzebałem skrzynkę. Swoją drogą jak wszystko szybko się zmienia. Kesz z 2014r. a mogiła żołnierza AK zupełnie inna. Co ciekawe poprzednie krzyże nie są zabrane tylko ustawione pod drzewami w najbliższej okolicy.
Kolejne dwie skrzynki czyli: "Zanim wjedziesz do Warszawy" OP02BB i "Zanim wyjedziesz z Warszawy" OP013D to prawdziwa stara szkoła. Jedna zakopana pod charakterystycznym drzewem w lesie, druga w karpie. Bez silenia się na oryginalne maskowanie, w pierwszym przypadku nawet las wokół niespecjalnie ciekawy. Może trochę szkoda, że nie pokazują nic ciekawego, ani żadna historia za nimi nie stoi, ale taki prosty sposób ukrycia lubię najbardziej.
Za to pobliski kesz "Cywilizacja w środku lasu" OP26AD oprócz wspomnianego, prostego ukrycia pokazuje małą ciekawostkę. Coś w rodzaju śluzy, ale z pewnością ze starym rodowodem. Raz że zbudowana z cegły, a po drugie murarze pokusili się na proste, geometryczne ozdoby. Komu by dziś w takiej niewielkiej budowie technicznej chciałoby się układać jakieś wzorki?
Jeszcze trochę poszwendałem się po Lesie Młocińskim. Niestety miejscami mocno zaśmiecony. Chociaż w jednym miejscu czekała mnie mała niespodzianka w postaci ścieżki od domków do głównej drogi wysłanej dywanami. I tak wyszedłem na dzielnicę domków jednorodzinnych Dąbrowa (część Łomianek). Zgarnąłem trzy tutejsze kesze z serii "W kapciach po Dąbrowie". Początkowo specjalnie nie zwracałem uwagi na otoczenie. Ot, spokojna, senna dzielnica. Z czasem uwagę zaczęły przykuwać niektóre domy. Jak się okazuje jest coś pomiędzy gotowym wzorcem, a miniaturowym zameczkiem Gargamela.
I znów las, ale tym razem wschodnie rubieże Kampinosu. Trochę się zawiodłem, bo w tym rejonie to raczej lasek podmiejski, a nie coś zasługującego na park narodowy. Udało się wyciągnąć kilka leśnych skrzynek. "Kapliczka przy drodze do Lasek" OP4037 tę zapamiętam na długo. Kapliczka widoczna już z daleka i zadbana. Kiedy przyjrzałem się bliżej, u stóp Matki Boskiej zobaczyłem małe figurki. Nigdy czegoś takiego nie widziałem, ale bardzo mi się to podobało.
Już się ściemniło, a mi zostało jeszcze kilka keszy. W okolicach niezbyt ciekawych, gdzieś na pograniczach Wólki Węglowej i Radiowa. Błotniste uliczki, mniejsze i większe zakłady przemysłowe, a siąpiący deszcz wcale nie poprawiał widoków na okolice. Ale i tam znalazła się perełka w postaci kesza "Opuszczona nastawnia" OP0419. Co prawda nastawni nie ma, ale kolejowe klimaty wynagrodziły trud zdobycia kesza. A w szczególności ciekawy budynek pobliskiej stacji. Tylko trzeba było się trochę pogimnastykować, by nie utytłać się w glinie podejmując skrzynkę.
Jeszcze tylko prosty quiz i została ostatnia skrzynka tego dnia "Nieśmiertelni # 56 - Wawrzyszew" OP84SR. Jak zwykle przy tej serii ładnie dopracowana i z ciekawym opisem. Byłem 20min. przed zamknięciem cmentarza, na który trzeba było wejść po hasło, ale całe szczęście poszło szybko i mnie nie zamknęli. Gorzej było z keszem, bo podejmując go trochę wody naciekło mi za mankiet, co przyjemne nie było.
To byłaby nawet całkiem udana wycieczka, gdyby nie deszcz który padał cały dzień. Kurtkę musiałem potem suszyć do południa następnego dnia. Cóż się jednak nie robi dla kilku plastikowych pojemników.
Zacząłem od kesza "rozcięty szlak" OP2CAF. I od razu porażka. W miejscu schowania wielka wycinka drzew, jakieś prace ziemne, czyli zero szans na szukanie. Może kesz jeszcze jest, ale po tych pracach słabo widzę żeby przetrwał. A że w kwestii kezy jestem trochę przesądny i wyznaję zasadę, jaka pierwsza skrzynka w danym dniu, taka i reszta, lekko się zmartwiłem. Trochę niepotrzebnie, bo dalej poszło nie najgorzej.
Przy drugim keszu "Dwie mogiły w lesie Młocińskim" OP80RR będącym prostym multakiem, przy pierwszym etapie poszło nadzwyczaj sprawnie (po prostu leżał sobie wygrzebany ze schowka). Potem krótki spacer przez las. Jakieś ptaszki ćwierkają, a i łanię udało się wypatrzyć. Mimo lutego w powietrzu czuć już wiosnę. Pewne problemy pojawiły się przy drugim etapie. Jakoś nie mogłem namierzyć pojemnika i dopiero trochę przez przypadek wygrzebałem skrzynkę. Swoją drogą jak wszystko szybko się zmienia. Kesz z 2014r. a mogiła żołnierza AK zupełnie inna. Co ciekawe poprzednie krzyże nie są zabrane tylko ustawione pod drzewami w najbliższej okolicy.
Kolejne dwie skrzynki czyli: "Zanim wjedziesz do Warszawy" OP02BB i "Zanim wyjedziesz z Warszawy" OP013D to prawdziwa stara szkoła. Jedna zakopana pod charakterystycznym drzewem w lesie, druga w karpie. Bez silenia się na oryginalne maskowanie, w pierwszym przypadku nawet las wokół niespecjalnie ciekawy. Może trochę szkoda, że nie pokazują nic ciekawego, ani żadna historia za nimi nie stoi, ale taki prosty sposób ukrycia lubię najbardziej.
Za to pobliski kesz "Cywilizacja w środku lasu" OP26AD oprócz wspomnianego, prostego ukrycia pokazuje małą ciekawostkę. Coś w rodzaju śluzy, ale z pewnością ze starym rodowodem. Raz że zbudowana z cegły, a po drugie murarze pokusili się na proste, geometryczne ozdoby. Komu by dziś w takiej niewielkiej budowie technicznej chciałoby się układać jakieś wzorki?
Jeszcze trochę poszwendałem się po Lesie Młocińskim. Niestety miejscami mocno zaśmiecony. Chociaż w jednym miejscu czekała mnie mała niespodzianka w postaci ścieżki od domków do głównej drogi wysłanej dywanami. I tak wyszedłem na dzielnicę domków jednorodzinnych Dąbrowa (część Łomianek). Zgarnąłem trzy tutejsze kesze z serii "W kapciach po Dąbrowie". Początkowo specjalnie nie zwracałem uwagi na otoczenie. Ot, spokojna, senna dzielnica. Z czasem uwagę zaczęły przykuwać niektóre domy. Jak się okazuje jest coś pomiędzy gotowym wzorcem, a miniaturowym zameczkiem Gargamela.
I znów las, ale tym razem wschodnie rubieże Kampinosu. Trochę się zawiodłem, bo w tym rejonie to raczej lasek podmiejski, a nie coś zasługującego na park narodowy. Udało się wyciągnąć kilka leśnych skrzynek. "Kapliczka przy drodze do Lasek" OP4037 tę zapamiętam na długo. Kapliczka widoczna już z daleka i zadbana. Kiedy przyjrzałem się bliżej, u stóp Matki Boskiej zobaczyłem małe figurki. Nigdy czegoś takiego nie widziałem, ale bardzo mi się to podobało.
Już się ściemniło, a mi zostało jeszcze kilka keszy. W okolicach niezbyt ciekawych, gdzieś na pograniczach Wólki Węglowej i Radiowa. Błotniste uliczki, mniejsze i większe zakłady przemysłowe, a siąpiący deszcz wcale nie poprawiał widoków na okolice. Ale i tam znalazła się perełka w postaci kesza "Opuszczona nastawnia" OP0419. Co prawda nastawni nie ma, ale kolejowe klimaty wynagrodziły trud zdobycia kesza. A w szczególności ciekawy budynek pobliskiej stacji. Tylko trzeba było się trochę pogimnastykować, by nie utytłać się w glinie podejmując skrzynkę.
Jeszcze tylko prosty quiz i została ostatnia skrzynka tego dnia "Nieśmiertelni # 56 - Wawrzyszew" OP84SR. Jak zwykle przy tej serii ładnie dopracowana i z ciekawym opisem. Byłem 20min. przed zamknięciem cmentarza, na który trzeba było wejść po hasło, ale całe szczęście poszło szybko i mnie nie zamknęli. Gorzej było z keszem, bo podejmując go trochę wody naciekło mi za mankiet, co przyjemne nie było.
To byłaby nawet całkiem udana wycieczka, gdyby nie deszcz który padał cały dzień. Kurtkę musiałem potem suszyć do południa następnego dnia. Cóż się jednak nie robi dla kilku plastikowych pojemników.
wtorek, 19 stycznia 2016
W stronę Trójmiasta
Zima w pełni. W Białymstoku w końcu sypnęło trochę więcej śniegiem, ale gdzie te zimy ze śniegiem po kolana? Co nie zmienia faktu, że zima to zło i niech sobie idzie do morza, a człek żyje letnimi wspomnieniami i jak zbawienia wygląda wiosennego słońca. I oto kolejna garść wspomnień z urlopu 2015r.
Po zwiedzeniu Kanału Mazurskiego czas było jechać dalej na zachód. Początkowo wybrałem jakieś boczne drogi nad samą granicą z Rosją co było niezłym pomysłem, bo się w końcu zgubiłem. Fajnie jest się zgubić, bo można dotrzeć w miejsca nieoczekiwane. I w ten sposób odwiedziłem kilka starych, pruskich majątków, po wojnie przemianowanych na PGR-y, a dziś wsie chylące się ku ziemi. A że polskie drogi to nie bezkresne pustkowia Kazachstanu, w końcu powróciłem na szlak. Ale, że wyjechałem dość późno czas było rozglądać się za noclegiem. Znalazłem leśną drogę, wjechałem kawałek w las i rozłożyłem się na noc.
Pobudka o świcie, tak wcześnie, że w oddalonym o kilka kilometrów Pieniężnie byłem kiedy ludzie zmierzali na mszę o szóstej. Obejrzałem późnośredniowieczny ratusz, który pewnie z powodu braku funduszy wciąż oczekuje na remont, neogotycki kościół górujący nad okolicą i przemknąłem przez mur po kesza "ZAMEK PIENIĘŻNO" OP2338. Schowany tak by postronne osoby raczej nas nie dostrzegły. Niestety zamek niszczeje. Ani to trwała ruina, ani nie wygląda by ktoś chciał mu przywrócić świetność. Jakoś tak jest też przytłoczony przez kościół po sąsiedzku. Ogólnie nie zrobił na mnie zbyt dużego wrażenia.
Kolejny postój we Fromborku. Zatrzymałem się tu głównie by obejrzeć zespół katedralny. Miejsce które stało się świadkiem powstania dzieła "O obrotach sfer niebieskich" Kopernika. Udało mi się znaleźć tu trzy skrzynki, ale to nie one były najważniejsze. Sporo czasu spędziłem we wnętrzu bazyliki. Oczywiście bogato wyposażona, pełna śladów historii z grobem Kopernika na czele. Jest tu też klimat, tak charakterystyczny dla wielowiekowych kościołów. Przez takie miejsca nie da się przejść biegiem i pstryknąć parę fotek. Z zewnątrz zespół katedralny przypomina raczej zamek, co jednak nie powinno dziwić, bo oprócz funkcji kościelnych pełnił też obronne. Na zewnątrz murów warto obejrzeć też kilka budynków kanonii. Mają prostą bryłę, coś pomiędzy większym dworem, a mniejszą kamienicą, ciekawie prezentują się wśród zieleni otaczającej mury katedry.
Będąc w Fromborku zajrzałem jeszcze do szpitala. Nie zachorowałem, ale nie mogłem sobie odpuścić okazji obejrzenia murów szpitala z XVw. Gdybym nie wiedział co tu było, z pewnością uznałbym, że to kolejny kościół. Z ciekawszych zabytków warto wspomnieć jeszcze o wieży ciśnień. Prostokątna bryła może nie jest szczególnie imponująca, ale jej wiek owszem. To pierwsza taka konstrukcja na terenie Polski. Wodę na Wzgórze Katedralne i do domów kanoników doprowadzano drewnianymi rurami. Długo nie służyła, bo tylko 60 lat, a to z braku konserwacji.
Jeszcze na chwilę zajrzałem do tutejszego portu. Jak mogłem zorientować się po nazwach łodzi, sporo tu żeglarzy z Rosji. Patrząc na wielkość portu widać że Zalew Wiślany nie pełni jakiejś ważnej roli w polskiej żegludze.
Z Fromborka ruszyłem drogą 503 w stronę Elbląga. Nawet cieszyłem się, że jednak jadę autem bo podjazdy były tu strome i długie. W Kadymach podjąłem dwa kesze z których to virtual przypadł mi bardziej do gustu. Dąb opisany w keszu "Kadyny- najgrubszy dąb w Polsce" OP098D to jedna z ciekawostek przyrodniczych Polski. Przez prześciganie się kto jest bardziej naj w Polsce, ciężko dowiedzieć się czy jest najstarszy, czy po spaleniu dębu Napoleona jest najszerszy. Z pewnością nie jest najwyższy. Przypomina raczej starego, ale wciąż krzepkiego krasnoluda z twórczości Tolkiena.
W Elblągu długo nie zabawiłem. Zajrzałem do zamku o którym wcześniej nie słyszałem. Nic dziwnego skoro niewiele z niego zostało. Jedynie budynek pełniący kiedyś funkcję słodowni. Nie mogłem odpuścić sobie przyjemności i po raz drugi nie odwiedzić Ścieżki Kościelnej. Lubię takie wąskie przesmyki, które spotyka się w miastach ze starówką z prawdziwego zdarzenia. Akurat te przejście uważam za najpiękniejsze spośród odwiedzonych.
Przez Żuławy spokojnie asfaltami. Kiedyś rowerem skracałem sobie tu drogę i skończyło się to zalepieniem roweru w gliniastej ziemi i przymusem prowadzenia go. Warto zatrzymać się przy budowlach hydrotechnicznych. Ciekawa kumulacja jest w Rybinie. Można obejrzeć tu most zwodzony, sporą stację pomp, ale najciekawszy jest kolejowy most obrotowy. Szkoda, że nie mogłem zobaczyć jak niczym na karuzeli, kręci się na nim skład wąskotorówki. Za to pozostały kesze, które zawsze cieszą.
Będąc w okolicy nie mogłem zajrzeć do Sztutowa i tamtejszego muzeum na terenie dawnego obozu koncentracyjnego. Najpierw skrzynka "Sztutowo" OP22D0, ale tak schowana, że nie narusza powagi miejsca. Co napisać o obozie? Z pewnością nie czuję się w takich miejscach najlepiej. Zwiedzając, czytając o mijanych punktach, mojej wyobraźni wymyka się ogarnięcie ogromu zbrodni.
I znów w drodze, już czuć nadmorski klimat. Morza nie widać, ale liczba pensjonatów, hoteli i wolnych pokoi daje znać, że już blisko do letniej stolicy Polski. Jeszcze tylko promem przez Przekop Wisły. Tym razem miałem szczęście bo kilka lat temu z powodu wysokiej wody musiałem nadrobić wiele kilometrów, a najgorsze że rowerem wyjechałem na siódemkę, której starałem się unikać. No i mogłem wpisać się do tutejszego virtuala "Promem przez Wisłę w Mikoszewie. Hobbit" OP0B6B, bo choć nawet miałem fotkę z potrzebnymi danymi, to byłem tu przed czasami keszerskimi i moim zdaniem to się nie liczy.
Na Wyspie Sobieszewskiej zaliczyłem kesza "Przy Wale" OP1AA1. To taki o którym długo się pamięta, czyli tak naprawdę w "nigdziu". Najlepszy jest jednak most łączący wyspę ze stałym lądem. Jak czytałem, po remoncie nie jest już zamykany w razie złej pogody. Mimo to z racji, że jest to konstrukcja pontonowa, czyli most pływający, sprawia wrażenie trochę niestabilnego.
Jest już Gdańsk, witający mnie niesamowity widokiem petrochemii. Wybieram jeden z licznych kempingów i można poświęcić się zwiedzaniu Gdańska, nie zapominając oczywiście o skrzynkach.
Po zwiedzeniu Kanału Mazurskiego czas było jechać dalej na zachód. Początkowo wybrałem jakieś boczne drogi nad samą granicą z Rosją co było niezłym pomysłem, bo się w końcu zgubiłem. Fajnie jest się zgubić, bo można dotrzeć w miejsca nieoczekiwane. I w ten sposób odwiedziłem kilka starych, pruskich majątków, po wojnie przemianowanych na PGR-y, a dziś wsie chylące się ku ziemi. A że polskie drogi to nie bezkresne pustkowia Kazachstanu, w końcu powróciłem na szlak. Ale, że wyjechałem dość późno czas było rozglądać się za noclegiem. Znalazłem leśną drogę, wjechałem kawałek w las i rozłożyłem się na noc.
Pobudka o świcie, tak wcześnie, że w oddalonym o kilka kilometrów Pieniężnie byłem kiedy ludzie zmierzali na mszę o szóstej. Obejrzałem późnośredniowieczny ratusz, który pewnie z powodu braku funduszy wciąż oczekuje na remont, neogotycki kościół górujący nad okolicą i przemknąłem przez mur po kesza "ZAMEK PIENIĘŻNO" OP2338. Schowany tak by postronne osoby raczej nas nie dostrzegły. Niestety zamek niszczeje. Ani to trwała ruina, ani nie wygląda by ktoś chciał mu przywrócić świetność. Jakoś tak jest też przytłoczony przez kościół po sąsiedzku. Ogólnie nie zrobił na mnie zbyt dużego wrażenia.
Kolejny postój we Fromborku. Zatrzymałem się tu głównie by obejrzeć zespół katedralny. Miejsce które stało się świadkiem powstania dzieła "O obrotach sfer niebieskich" Kopernika. Udało mi się znaleźć tu trzy skrzynki, ale to nie one były najważniejsze. Sporo czasu spędziłem we wnętrzu bazyliki. Oczywiście bogato wyposażona, pełna śladów historii z grobem Kopernika na czele. Jest tu też klimat, tak charakterystyczny dla wielowiekowych kościołów. Przez takie miejsca nie da się przejść biegiem i pstryknąć parę fotek. Z zewnątrz zespół katedralny przypomina raczej zamek, co jednak nie powinno dziwić, bo oprócz funkcji kościelnych pełnił też obronne. Na zewnątrz murów warto obejrzeć też kilka budynków kanonii. Mają prostą bryłę, coś pomiędzy większym dworem, a mniejszą kamienicą, ciekawie prezentują się wśród zieleni otaczającej mury katedry.
Będąc w Fromborku zajrzałem jeszcze do szpitala. Nie zachorowałem, ale nie mogłem sobie odpuścić okazji obejrzenia murów szpitala z XVw. Gdybym nie wiedział co tu było, z pewnością uznałbym, że to kolejny kościół. Z ciekawszych zabytków warto wspomnieć jeszcze o wieży ciśnień. Prostokątna bryła może nie jest szczególnie imponująca, ale jej wiek owszem. To pierwsza taka konstrukcja na terenie Polski. Wodę na Wzgórze Katedralne i do domów kanoników doprowadzano drewnianymi rurami. Długo nie służyła, bo tylko 60 lat, a to z braku konserwacji.
Jeszcze na chwilę zajrzałem do tutejszego portu. Jak mogłem zorientować się po nazwach łodzi, sporo tu żeglarzy z Rosji. Patrząc na wielkość portu widać że Zalew Wiślany nie pełni jakiejś ważnej roli w polskiej żegludze.
Z Fromborka ruszyłem drogą 503 w stronę Elbląga. Nawet cieszyłem się, że jednak jadę autem bo podjazdy były tu strome i długie. W Kadymach podjąłem dwa kesze z których to virtual przypadł mi bardziej do gustu. Dąb opisany w keszu "Kadyny- najgrubszy dąb w Polsce" OP098D to jedna z ciekawostek przyrodniczych Polski. Przez prześciganie się kto jest bardziej naj w Polsce, ciężko dowiedzieć się czy jest najstarszy, czy po spaleniu dębu Napoleona jest najszerszy. Z pewnością nie jest najwyższy. Przypomina raczej starego, ale wciąż krzepkiego krasnoluda z twórczości Tolkiena.
W Elblągu długo nie zabawiłem. Zajrzałem do zamku o którym wcześniej nie słyszałem. Nic dziwnego skoro niewiele z niego zostało. Jedynie budynek pełniący kiedyś funkcję słodowni. Nie mogłem odpuścić sobie przyjemności i po raz drugi nie odwiedzić Ścieżki Kościelnej. Lubię takie wąskie przesmyki, które spotyka się w miastach ze starówką z prawdziwego zdarzenia. Akurat te przejście uważam za najpiękniejsze spośród odwiedzonych.
Przez Żuławy spokojnie asfaltami. Kiedyś rowerem skracałem sobie tu drogę i skończyło się to zalepieniem roweru w gliniastej ziemi i przymusem prowadzenia go. Warto zatrzymać się przy budowlach hydrotechnicznych. Ciekawa kumulacja jest w Rybinie. Można obejrzeć tu most zwodzony, sporą stację pomp, ale najciekawszy jest kolejowy most obrotowy. Szkoda, że nie mogłem zobaczyć jak niczym na karuzeli, kręci się na nim skład wąskotorówki. Za to pozostały kesze, które zawsze cieszą.
Będąc w okolicy nie mogłem zajrzeć do Sztutowa i tamtejszego muzeum na terenie dawnego obozu koncentracyjnego. Najpierw skrzynka "Sztutowo" OP22D0, ale tak schowana, że nie narusza powagi miejsca. Co napisać o obozie? Z pewnością nie czuję się w takich miejscach najlepiej. Zwiedzając, czytając o mijanych punktach, mojej wyobraźni wymyka się ogarnięcie ogromu zbrodni.
I znów w drodze, już czuć nadmorski klimat. Morza nie widać, ale liczba pensjonatów, hoteli i wolnych pokoi daje znać, że już blisko do letniej stolicy Polski. Jeszcze tylko promem przez Przekop Wisły. Tym razem miałem szczęście bo kilka lat temu z powodu wysokiej wody musiałem nadrobić wiele kilometrów, a najgorsze że rowerem wyjechałem na siódemkę, której starałem się unikać. No i mogłem wpisać się do tutejszego virtuala "Promem przez Wisłę w Mikoszewie. Hobbit" OP0B6B, bo choć nawet miałem fotkę z potrzebnymi danymi, to byłem tu przed czasami keszerskimi i moim zdaniem to się nie liczy.
Na Wyspie Sobieszewskiej zaliczyłem kesza "Przy Wale" OP1AA1. To taki o którym długo się pamięta, czyli tak naprawdę w "nigdziu". Najlepszy jest jednak most łączący wyspę ze stałym lądem. Jak czytałem, po remoncie nie jest już zamykany w razie złej pogody. Mimo to z racji, że jest to konstrukcja pontonowa, czyli most pływający, sprawia wrażenie trochę niestabilnego.
Jest już Gdańsk, witający mnie niesamowity widokiem petrochemii. Wybieram jeden z licznych kempingów i można poświęcić się zwiedzaniu Gdańska, nie zapominając oczywiście o skrzynkach.
piątek, 4 grudnia 2015
Kanał Mazurski
Oto dalsza opowieść o urlopie 2015. Rower się popsuł, więc z pomocą wróciłem do Białegostoku. Późnym wieczorem, więc tylko złożyłem wszystko na kupkę i na drugi dzień rano wziąłem się za przepakowywanie. Zeszło dłużej niż myślałem i o 11 już samochodem ruszyłem z powrotem na Mazury. Krajobraz tylko migał jak w kalejdoskopie, w odtwarzaczu jakiś ostry rock i po kilku godzinach zatrzymałem się za Węgorzewem w Leśniewie Górnym. To tutaj są pierwsze śluzy Kanału Mazurskiego, którego budowę rozpoczęto w 1911r. i nigdy nie ukończono. W założeniu miał łączyć Bałtyk z Wielkimi Jeziorami Mazurskimi. Według legendy były plany by w czasie II wojny światowej wpływały nim U-Booty na jeziora mazurskie celem remontów. We wspomnianym Leśniewie jest chyba najsłynniejsza śluza. Dotrzeć tu najłatwiej, bo jest tylko krótki fragment do przejścia z drogi wojewódzkiej. A jak wpiszecie w przeglądarce frazę "kanał mazurski" to na grafice pojawi się zapewne jej wizerunek z niemiecką wroną. Śluza jest ogromna, co za tym idzie hitlerowska gapa też ma słuszne rozmiary. Poza tym z jednej strony wykop kanału, a z drugiej las na górce. Wygląda to jak ślepy kanał, ale Niemcy wymyślili sobie, że szlak żeglugowy będzie biegł w wykopie, albo w nasypie. Wszystko by ograniczyć różnicę poziomu. Była i skrzynka "Kanał Mazurski - śluza Leśniewo Górne" OP6C1A w pomysłowym maskowaniu.
Na chwilę opuściłem skrzynki Kanału Mazurskiego i zatrzymałem się przy "Wieża Otto Bismarcka" OP0F0C. Malownicza ruina na szczycie niewielkiego wzgórza. Można sobie wyobrazić, że to resztki ufortyfikowanego dworku. Tymczasem budowano je jeszcze za życia Bismarcka do roku 1934. Z okazji ważnych rocznic na ich szczycie palono ogień. Poza tym były świetnym punktem widokowym, a w dole mogła działać np kawiarnia. Bismarck nie zapisał się najlepiej w historii Polski, więc po wojnie o ile nie była potrzebna jakiejś instytucji to nie dbano specjalnie o nie. Smutny los podzieliła i ta w Srokowie. Powoli się sypie i wiszą na niej ostrzeżenia o możliwym niebezpieczeństwie. Z pewnością nie ma sensu odbudowywać, ale można by było zabezpieczyć jako trwałą ruinę, tym bardziej, że to zabytek.
Szybko znalazłem kesza "Szlaki Wanogi IV: Zapomniany Kanał - śluza Guja" OP13AD i poszedłem oglądać obiekt. Spadek jest tu naprawdę ogromny. Z wnętrza śluzy dobiega szum, znak że ta akurat jest ukończona i wciąż działa. Tylko trochę szkoda że wejście na teren jest zabezpieczone siatką i można przyjrzeć się jej tylko z zewnątrz. Za to nieodległy jaz z keszem "Kanał Mazurski - jaz walcowy Rydzówka" OP741B można już sobie obejrzeć bez problemu. Wydaje się nawet sprawny. Są koła zębate, łańcuchy no i sam walec, co prawda lekko skorodowane, ale wydaje się że wystarczy trochę wyczyścić, przesmarować i cały mechanizm mógłby bez problemu ruszyć.
Na chwilę zatrzymałem się na obiad przy "św.Hubertus" OP84JX i dalej na śluzy. Śluzę z keszem "Kanał Mazurski - śluza Bajory Małe" OP741F widziałem z daleka. Samochód zostawiłem przy drodze i ruszyłem na piechotę. Idąc przez pola i łąki straciłem ją z oczu. I nagle znów się pojawiła, ogromna bryła betonu wyłoniła się zza drzew. Podobnie jak w Leśniewie z jednej strony rośnie sobie spokojnie las. Tutaj z kolei zachowała się ogromna rura, pewnie do spuszczania i napełniania wodą śluzy. Przy takiej średnicy przepompowanie wody nie miało zapewne zabierać zbyt dużo czasu.
Ostatnia śluza po polskiej stronie z keszem "Kanał Mazurski - Śluza Bajory Wielkie" OP85YS. Niepozorna bo stan zaawansowania robót nie był zbyt wielki. Gorzej z dojściem. Szedłem od wschodu i w pewnym momencie jedyna droga to była zdziczała łąka z trawą wyżej pasa. Pokrzywy, osty a ja w krótkich spodenkach i sandałach, ale chęć dotarcia na miejsce była ogromna. I tak udało się zaliczyć FTF-a, choć do dyspozycji miałem jedynie kordy. Prawdę mówiąc dopisało mi szczęście, bo urządzenie trochę tam wariuje przez gęstwinę roślinności.
Dalej na północ zaliczając kesza "Stary cmentarz rodowy" OP84JW i we wsi Brzeźnica dotarłem do ostatniego punktu Kanału Mazurskiego, czyli mostu nad nim i kesza "Kanał Mazurski - ostatni most po stronie polskiej" OP6C19. Niestety skrzynki nie znalazłem. Most był świeżo wyremontowany i skrzynka nie miała prawa przetrwać. Ale miałem okazję z bliska przyjrzeć się mostowi, jakich parę wcześniej minąłem. Są dość wąskie, na jeden pojazd. Nawierzchnia drewniana, ale całość opiera się na solidnej konstrukcji metalowej i betonowych przyporach.
Szkoda, że Kanał Mazurski nigdy nie został ukończony. Nawet mimo granicy byłby ciekawą turystyczną drogą wodną.
Na chwilę opuściłem skrzynki Kanału Mazurskiego i zatrzymałem się przy "Wieża Otto Bismarcka" OP0F0C. Malownicza ruina na szczycie niewielkiego wzgórza. Można sobie wyobrazić, że to resztki ufortyfikowanego dworku. Tymczasem budowano je jeszcze za życia Bismarcka do roku 1934. Z okazji ważnych rocznic na ich szczycie palono ogień. Poza tym były świetnym punktem widokowym, a w dole mogła działać np kawiarnia. Bismarck nie zapisał się najlepiej w historii Polski, więc po wojnie o ile nie była potrzebna jakiejś instytucji to nie dbano specjalnie o nie. Smutny los podzieliła i ta w Srokowie. Powoli się sypie i wiszą na niej ostrzeżenia o możliwym niebezpieczeństwie. Z pewnością nie ma sensu odbudowywać, ale można by było zabezpieczyć jako trwałą ruinę, tym bardziej, że to zabytek.
Szybko znalazłem kesza "Szlaki Wanogi IV: Zapomniany Kanał - śluza Guja" OP13AD i poszedłem oglądać obiekt. Spadek jest tu naprawdę ogromny. Z wnętrza śluzy dobiega szum, znak że ta akurat jest ukończona i wciąż działa. Tylko trochę szkoda że wejście na teren jest zabezpieczone siatką i można przyjrzeć się jej tylko z zewnątrz. Za to nieodległy jaz z keszem "Kanał Mazurski - jaz walcowy Rydzówka" OP741B można już sobie obejrzeć bez problemu. Wydaje się nawet sprawny. Są koła zębate, łańcuchy no i sam walec, co prawda lekko skorodowane, ale wydaje się że wystarczy trochę wyczyścić, przesmarować i cały mechanizm mógłby bez problemu ruszyć.
Na chwilę zatrzymałem się na obiad przy "św.Hubertus" OP84JX i dalej na śluzy. Śluzę z keszem "Kanał Mazurski - śluza Bajory Małe" OP741F widziałem z daleka. Samochód zostawiłem przy drodze i ruszyłem na piechotę. Idąc przez pola i łąki straciłem ją z oczu. I nagle znów się pojawiła, ogromna bryła betonu wyłoniła się zza drzew. Podobnie jak w Leśniewie z jednej strony rośnie sobie spokojnie las. Tutaj z kolei zachowała się ogromna rura, pewnie do spuszczania i napełniania wodą śluzy. Przy takiej średnicy przepompowanie wody nie miało zapewne zabierać zbyt dużo czasu.
Ostatnia śluza po polskiej stronie z keszem "Kanał Mazurski - Śluza Bajory Wielkie" OP85YS. Niepozorna bo stan zaawansowania robót nie był zbyt wielki. Gorzej z dojściem. Szedłem od wschodu i w pewnym momencie jedyna droga to była zdziczała łąka z trawą wyżej pasa. Pokrzywy, osty a ja w krótkich spodenkach i sandałach, ale chęć dotarcia na miejsce była ogromna. I tak udało się zaliczyć FTF-a, choć do dyspozycji miałem jedynie kordy. Prawdę mówiąc dopisało mi szczęście, bo urządzenie trochę tam wariuje przez gęstwinę roślinności.
Dalej na północ zaliczając kesza "Stary cmentarz rodowy" OP84JW i we wsi Brzeźnica dotarłem do ostatniego punktu Kanału Mazurskiego, czyli mostu nad nim i kesza "Kanał Mazurski - ostatni most po stronie polskiej" OP6C19. Niestety skrzynki nie znalazłem. Most był świeżo wyremontowany i skrzynka nie miała prawa przetrwać. Ale miałem okazję z bliska przyjrzeć się mostowi, jakich parę wcześniej minąłem. Są dość wąskie, na jeden pojazd. Nawierzchnia drewniana, ale całość opiera się na solidnej konstrukcji metalowej i betonowych przyporach.
Szkoda, że Kanał Mazurski nigdy nie został ukończony. Nawet mimo granicy byłby ciekawą turystyczną drogą wodną.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























