piątek, 8 czerwca 2018

Kawałek Nadbużanką

    Tytułowa Nadbużanka to droga wojewódzka 816 łącząca Terespol z Zosinem. Biegnie wzdłuż naszej wschodniej granicy, miejscami do słupków granicznych jest zaledwie kilkanaście metrów. Częściowo biegnie po niej coraz popularniejszy szlak rowerowy Green Velo, a że jest też parę skrzynek to wszystko pięknie mi się układa. Tym razem zaplanowałem trasę z Terespola do Włodawy i z powrotem. Wycieczka na półtorej dnia, ale mi wyszedł jeden, a jak do tego doszło napiszę na końcu.
    Do Terespola dostałem się autem z rowerem na bagażniku. Samochód zostawiłem pod dworcem i witaj przygodo. W Terespolu znalazłem dwie skrzynki, które już szukałem, ale z różnych powodów ich nie znalazłem. Tym razem długo nie zabawiłem w mieście, oprócz keszy zatrzymałem się tylko przy obelisku szosy brzeskiej. Drugi, bliźniaczy jest w Warszawie przy Grochowskiej.
    Pierwszy kesz poza miastem "TK-2 Rowerowa trasa Terespol-Kodeń" OP8H4W i już mała dawka adrenaliny. Trzeba się zapuścić w ciemne tunele fortu. Lubię wszelkie budowle militarne, więc wędrowałem korytarzami z przyjemnością. Tylko wejście do kesza ciut niebezpieczne, bo trzeba zrobić krok nad zerwanymi schodami. Droga w dół niedaleka, ale można się połamać i kto by mi pomógł? Dobrze że jest ta skrzynka bo na mapie satelitarnej nie widać charakterystycznej sylwetki fortu, a w terenie nie ma żadnej tabliczki.


    W Dobratyczach gdzie jest okeszowana cerkiew, choć nieco nijaka, Green Velo odbija na wschód i przez pewien czas nie jedzie się drogą 816, a jakąś lokalną, ale wciąż asfaltową. W Żukach był kolejny fort i do tego dwa kesze. Z tego umocnienia nie zostało zbyt wiele. Malutki kawałek betonowej ściany i parę nasypów w terenie. Może niezbyt to imponujące, a zabawnie wyglądała tabliczka obiekt zabytkowy na gruzowisku. Przy znalezieniu tych skrzynek i mając w pamięci wcześniejsze znaleziska związane z Twierdzą Brzeską można uzmysłowić sobie jak wielki teren zajmowała ona. Gdyby była położona w bardziej dogodnym turystycznie miejscu z pewnością byłaby bardziej popularna. Do tego spora jej część jest po białoruskiej stronie. Co prawda obecnie nie trzeba mieć wiz w tym rejonie, ale paszport jak najbardziej, a od kiedy od obywateli pobiera się odciski palca, to mam w głębokim poważaniu ten dokument. Pewnie kiedyś się przełamię, ale budzi to mój niesmak.

   
    W końcu miałem okazję bliżej obejrzeć cerkiew w Kostomłotach, poprzednim razem było nabożeństwo i nie chciałem przeszkadzać. Jest to jedyna na świecie parafia neounicka, czyli są to katolicy, ale obrządek jest w rycie bizantyjskim. Na pierwszy rzut oka wydaje się że trafiło się do prawosławnego ośrodka kultu. I jest to co charakteryzuje cerkwie - złoto, dużo złota. Złote dachy w słońcu aż oślepiają. Malowidła na ścianach nawiązują do stylu ikon i są utrzymane w ciepłych pastelowych kolorach. Jako że jestem z Białegostoku, nie jest to dla mnie egzotyka, ale ten przepych zawsze robi na mnie wrażenie. Jest też studnia z zbudowaną nad nim kaplicą. Jakoś nigdzie nie doczytałem by woda miała jakieś cudowne właściwości, ale trzeba przyznać że jest naprawdę smaczna.


    Za Kostomłotami wyskoczyłem znów na 816 i jej już się trzymałem do końca mojej wycieczki. W Kodniu czekało na mnie małe skupisko keszy. Większość związana z sanktuarium Matki Bożej Kodeńskiej. Jak głosi legenda Mikołaj Sapieha modląc się pod obrazem Maryi w Rzymie doznał uzdrowienia z choroby która męczyła go dłuższy czas. Nie mogąc jednak uzyskać zgody na wywiezienie obrazu słynącego już z cudów, po prostu go ukradł i przywiózł do kraju. Całe szczęście nie walą tu niezliczone pielgrzymki jak do największych sanktuariów, więc mogłem sobie szukać keszy do woli. Sam kościół dość ciekawy w stylu barokowym, ale moim zdaniem znacznie ciekawsze są rozległe ogrody na jego tyłach. Można pospacerować ocienionymi alejkami, odwiedzić kaplicę zamkową, obejrzeć Drogę Krzyżową z ludowymi rzeźbami czy podejść do granicznego Bugu.


    Muszę przyznać że wycieczka obfitowała w odwiedziny miejsc świętych, bo kolejny przystanek to Jabłeczna i tamtejszy klasztor prawosławny. Kiedyś tutaj nocowałem, więc była już okazja dokładniej zapoznać się z tutejszą cerkwią. Tym razem bliżej przyjrzałem się okolicznym kaplicom. Są dość nietypowe, bo wąskie acz wysokie. Poza Jabłeczną nigdzie takich nie widziałem. Zazwyczaj to po prostu prostokątny, niewielki budynek, często spotykany na cmentarzach. Nie mogłem przepuścić okazji i podjechałem nad sama granicę. Nie wiem który już raz, ale ciągnie mnie ona jak magnes.


    W Sławatyczach czekała mnie miła niespodzianka. Tutejszą cerkiew pamiętam jeszcze jako ruinę. W międzyczasie odzyskała ona swój blask. Obecnie trwa budowa ogrodzenia i plac nie jest jeszcze uporządkowany i na zdjęciach niezbyt ładnie to wygląda, ale dobrze że ktoś sobie przypomniał o tym zabytku. Niestety nie można tego powiedzieć o kirkucie. Gdyby nie kesz "Sławatycze - cerkiew" OP8ELB to nawet bym nie wiedział że zawędrowałem pod żydowską nekropolię.
    Za Sławatyczami zaczyna się droga rowerowa. Na odcinku do Włodawy jest już większy ruch aut, więc świetnie się tu sprawdza. Sporą atrakcją na tym odcinku są wieże widokowe. Najlepsza jest ta w Różance, a to z prostego powodu, po prostu jest najwyższa i widoki z niej najlepsze. Bez problemu można zajrzeć na białoruska stronę, a i pewnie Ukrainę widać, bo w pobliżu niedalekiej Włodawy jest trójstyk granic. Dwie pozostałe też niczego sobie, a do tego u ich stóp są ławki gdzie można przysiąść i coś przekąsić. W Dołhobrodach to nawet WC jest, może temat przyziemny, ale na szlakach rowerowych to rzadkość, co czasem bywa problemem. Tak że musiałem wspomnieć i docenić.


    Jeszcze z dwa kesze przy ścieżce rowerowej i jest Włodawa. Tutaj pojechałem najpierw do dzielnicy po byłej jednostce wojskowej. Tradycje sięgają jeszcze czasów IIRP, kiedy stacjonowała tu artyleria ciężka. Dziś mały kawałek zajmuje straż graniczna. Reszta wydał mi się taką zakazaną dzielnicą Włodawy. Może wcale tak nie jest, ale miałem takie wrażenie. Wąskie, dziurawe uliczki, niekoszone trawniki, zarastające boisko i opuszczona szkoła nie nastrajały optymistycznie. Za tym wszystkim jest jeszcze radziecki cmentarz wojenny. Tutaj trawa skoszona, ale obramowania mogił się powykrzywiały i tylko pomnik trzyma się prosto.


    Znalazłem ostatniego kesza we Włodawie i czas było ruszać w drogę powrotną. Była siedemnasta, więc pomyślałem że przejadę pół powrotnej drogi, prześpię się gdzieś i rankiem pokonam pozostały dystans do Terespola. Jakoś mi się to nie uśmiechało, ale wrócić trzeba. I wtedy z ciekawości zatrzymałem się na przystanku PKS by zobaczyć gdzie z Włodawy da się dojechać. Za 25min. odjeżdżał bus do Terespola, więc się długo nie namyślałem, przypiąłem rower pod szpitalem i już po parunastu minutach zza okien pojazdu podziwiałem trasę którą tego dnia pokonałem. W Terespolu do swojego auta, z powrotem do Włodawy i stąd już do domu. To była udana wycieczka.

środa, 16 maja 2018

Puszcza Romincka

    Kiedyś miałem okazję przejechać się rowerem po Puszczy Rominckiej, ale przeciąłem ją tylko główną drogą, nie zaglądając w jej zakamarki. Tym razem była okazja nadrobić zaległości, a z wycieczki tym bardziej się cieszyłem że w tym roku jakoś rower nie jest w częstym użyciu. Czasem zajadę do pracy, czasem pokręcę się po najbliższej okolicy Białegostoku, ale ani razu nie zdarzyło się wyjechać rano, a wrócić wieczorem.
    Do puszczy wybrałem się z MiszkąWu. Mieliśmy jechać rok temu, ale albo terminów nie można było zgrać, albo pogoda nie dopisywała. Tym razem wszystko się ładnie ułożyło i zajechał po mnie rano, rowery na bagażnik i w drogę. Auto zostawiliśmy w Żytkiejmach i przesiedliśmy się na rowery. Żytkiejmy to trochę większa wieś przy samej granicy z Rosją. Tutejsze atrakcje już kiedyś poznałem, a jest ich sporo jak na tak małą miejscowość. Można podjechać do granicy, obejrzeć zabytkowy cmentarz, czy stację przy rozebranej linii kolejowej. Chyba tylko rycerz z drewna to jakaś nowość, chyba że go wcześniej przegapiłem.


    Z drogi asfaltowej szybko skręciliśmy w las i przez najbliższe kilkadziesiąt kilometrów do dyspozycji mieliśmy tylko drogi gruntowe. Warto o nich wspomnieć, bo jak ktoś się zastanawia jak się po nich jeździ to powiem że rewelacyjnie. Nawierzchnia jest mocno ubita, wybojów nie ma tak wiele, więc jedyny minus to taki że rowery wam się najwyżej mocno zakurzą.
    Pierwsza skrzynka "Ku pamięci Josepha" OP563E okazała się całkiem łatwa i przyjemna. Umiejscowiona przy kamieniu postawionym na cześć nadleśniczego Josepha Sternburga. Jak wyczytałem ten kamień to nie tak odległa inicjatywa W ogóle w Puszczy Rominckiej jest kilka kamieni na różne okazje. A to cesarz coś upolował, a to ktoś zbudował most, jest kamień tylko z imieniem, a nawet na cześć psa myśliwskiego. W ogóle jakaś tu moda by upamiętniać różne rzeczy w kamieniu. Jak widać wciąż żywa. Ten stoi na wysokiej skarpie, a w dole wije się rzeczka leśna, więc dochodzą jeszcze ciekawe widoki.


    Kolejny kesz "Zakamuflowany Wilhelm II na bagnach" OP5671 był wielką niewiadomą, a w zasadzie droga do niego. Przed wyjazdem posiedziałem przy mapie i wyglądało na to, żeby się do niego dostać trzeba obejść bagno od zachodu. Zresztą dodatkowe waypointy są też w opisie kesza. Najpierw chcieliśmy zobaczyć jak to wygląda w linii prostej. Droga się skończyła, był jeszcze kawałek rzadkiego lasu i zaczął się teren podmokły. Zobaczyliśmy wąską ścieżkę, zostawiliśmy rowery pod drzewem i poszliśmy sprawdzić dokąd nas ona zaprowadzi. Początkowo szliśmy przez olsy, a w końcu wyszliśmy na łąkę gdzie szuwary były wyższe od nas. Wiosna tego roku jest dość sucha, więc dało się wciąż iść. W pewnym momencie jednak woda poważnie utrudniła marsz. Miszce udawało się jakoś skakać po kępach, a ja że miałem sandały dałem sobie spokój z szukaniem pewnego gruntu i mocząc nogi pokonałem najtrudniejszy kawałek. Teren zaczął się podnosić i brzegiem suchego lasu dotarliśmy do kesza. Byłem wręcz zaskoczony że tak łatwo się udało, a satysfakcja tym większa, że to najtrudniejszy do dojścia  kamień Wilhelma.


    Kolejne kesze szły dość sprawnie, bo jak wspomniałem drogi tu świetne i nawet te które na mapie były rysowane przerywaną linią okazały się idealne. Odwiedziliśmy jeden rezerwat, znaleźliśmy dwa kamienie Wilhelma, a przy trzecim naszła mała refleksja. Wspomniałem że część kamieni są na cześć osiągnięć myśliwskich cesarza Wilhelma II. Był taki który upamiętnia ustrzelenie jelenia o wspaniałym porożu z 24 odrostami, ten z trudnym dojściem powyżej to z kolei miejsce upolowania takiego z 20 odrostami. Natomiast kesz "Kamień Wilhelma II upamiętniający ubicie 2000 jelenia" OP2B3D opiewa to co w tytule. Zastanawiam się ile zawodowy rzeźnik rocznie zwierząt oprawia? Z pewnością Wilhelm był człowiekiem swej epoki, bo miałem kiedyś okazję przejrzeć wspomnienia jakiegoś francuskiego myśliwego i jego "osiągnięcia" w Afryce. Tam też liczba zwierząt szła w tysiące. Myśląc o takiej skuteczności, przed oczami zobaczyłem cesarza z karabinem maszynowym w jednej ręce,  taśmą nabojową w drugiej i siekającego jelenie. Prawie jak Rambo.



    Po odwiedzeniu kesza "Dora" OP5925 przejeżdżaliśmy kilkaset metrów od granicy, żal było nie zajrzeć. Nawet nie szukaliśmy specjalnie drogi, ale jak pojawił się w kierunku północy bruk to nim pojechaliśmy. Widocznie przed wojną to była jedna z ważniejszych dróg przez puszczę, bo na inne brukowane nie trafiliśmy. Urywa się ona na samej granicy, za słupami po stronie rosyjskiej już same krzaki. Ciekawe że tu nie było żadnej siatki, zabronowanego pasa ziemi po którym świetnie widać że ktoś szedł. Jedynie pas drogi granicznej rozjeżdżony pojazdami terenowymi SG, oraz czujka ruchu i kamera. Do tej pory na granicy białoruskiej czy rosyjskiej, o ile nie było naturalnej przeszkody np rzeki, to zawsze widziałem zasieki.


    Jedyna trudna droga, ale na szczęście niezbyt długa była do kesza "Wredny kłusownik" OP5923. Sam kamień postawiono na cześć leśnika zabitego przez jakiegoś kłusownika. By tam się dostać trzeba jechać drogą mocno rozjeżdżoną przez ciężki sprzęt leśny do wyciągania drewna. Po deszczu byłby niezły rajd terenowy, a tak to czasem tylko koło spadało w głęboką koleinę. Kolejna rzecz jak spodobała mi się w Puszczy Rominckiej to sposób pozyskania drewna. Wycinają drzewa, ale tylko jakąś część, nie zostawiając pustych hektarów. Takie wyręby pamiętam z Puszczy Knyszyńskiej, jak byłem dzieckiem i sporą część wakacji spędzałem u dziadków na jej skraju, to właśnie w ten sposób korzystano z lasu. Dziś kiedy odwiedzam znajome miejsca, to aż serce boli widząc puste połacie po horyzont. Wiem że to las gospodarczy, ale ta zachłanność ludzi mnie przeraża. Mam nadzieję że taka rabunkowa gospodarka leśna nie dotrze do Puszczy Rominckiej i zachowa ona swój dziki, trochę mroczny charakter.
    Plan był taki że z Żytkiejm na zachód jedziemy puszczą, a wracamy jej południowym skrajem, trzymając się rejonów drogi wojewódzkiej nr 651. W drodze na wschód największą atrakcją były mosty po dawnej kolei Żytkiejmy - Gołdap. Najsłynniejsze są te w Stańczykach i trzeba przyznać, że są najbardziej fotogeniczne. Jednak warto odwiedzić też inne. Zarówno te w  Botkunach jak i w Kiepojciach. W Botkunach po starym torowisku biegnie droga, która jest jak najbardziej używana, akurat mogliśmy zobaczyć przejazd ciągnika. Na mostach jedynie z barierkami czas się obszedł niełaskawie. Reszta konstrukcji, betonowa i ceglana świetnie się trzyma. Widać że użyto materiałów najwyższej jakości. Widoki z góry jak i z dołu zapierają dech w piersiach. Ogromne łuki, rozpięte nad niewielkimi rzeczkami urzekają monumentalnością. Od razu czuje się tu szacunek dla ich konstruktorów i budowniczych. Most w Stańczykach do dziś jest najwyższy w Polsce, ale dwa pozostałe nie ustępują mu wielkością. Polecam ich odwiedzenie jeszcze z jednego powodu. Obecnie jest już sezon turystyczny, więc w Stańczykach jest dużo ludzi, a do pozostałych docierają tylko ci którym naprawdę na tym zależy. Dlatego jest szansa że nikogo nie spotkacie i całe mosty będziecie mieć dla siebie.


   
    W drodze na wschód było mniej keszy, ale to nie znaczy że słabsze. Jadąc po dwa związane z cmentarzami w Żabojadach (swoją drogą urocza nazwa), droga wiodła nas kawałek przez świetne miejsce widokowe. Przed sobą mieliśmy rozległy widok na Puszczę Romincką ciągnącą się wiele kilometrów poza granice Polski. Muszę przyznać, że ostatnio widziałem spore połacie lasu w czasie wycieczki na Lubelszczyznę, ale tutejsza rozległa puszcza to był miód na moje serce. A wracając do cmentarzy to szkoda że są tak zapomniane. To zazwyczaj wyższe punkty otoczone łąkami i polami. porośnięte drzewami i niestety krzakami z których większość posiada kolce. Do tego fakt, że na tych cmentarzach nie pozostało wiele nagrobków i poza keszem zdarza się że obchodzisz się smakiem. Zdecydowanie te cmentarze lepiej odwiedzać, gdy wegetacja roślin jeszcze się nie zaczęła.
    W Stańczykach nawet nie szukaliśmy kesza, zresztą pożałowaliśmy na wejście i tylko posiedzieliśmy pod wiatą, coś przekąsiliśmy i ruszyliśmy dalej. Ostatni tego dnia kamień Wilhelma, niepozorny, ale znów musiał się pochwalić jakiego to jelenia ubił.  Kawałek dalej naprawdę spory kawałek zalanego lasu, typowa robota bobrów. To z jednej strony drogi, a z drugiej na górce kolejny zapomniany cmentarz. Tutaj jakoś w tytule kesza "Niemiecka mogiła z XVIIIw." OP70A7 umknęła mi rzymska piątka i już się zapaliłem, jaki to rarytas, cmentarz z XIIIw. Tylko skąd tam tylu chrześcijan wtedy, szybko zostałem wyprowadzony z błędu. To już zmęczenie zrobiło swoje, stąd ten wielki błąd. Mimo wszystko cmentarz na tyle ciekawy, że nie czułem rozczarowania swoja pomyłką.


    Po wyjeździe z lasu otoczyły nas budynki wsi Degucie. Najpierw jechaliśmy przez opuszczoną część wsi. Porzucone zabudowania gospodarcze i domy straszące pustymi okiennicami. Jadąc ulicami po których tylko hulał wiatr, po raz pierwszy w opuszczonych lokacjach poczułem się dziwnie. Może to był nawet niepokój, choć w słoneczny dzień ciężko stwierdzić. Atmosfera miejsca tak podziałała że kiedy wjeżdżaliśmy w część zamieszkałą i poczułem grilla, pierwsze co mi na myśl przyszło to że ludzina na ruszcie skwierczy. Jeżeli gdzieś w Polsce jest wieś rodem z "Teksaskiej masakry piłą mechaniczną" to właśnie tutaj. Jedyny miły akcent to przesympatyczny pies, którego podkarmiliśmy mięsem w czasie operacji na keszu "Łopianowe pole" OP2B5F.


    Przy keszu widać było tablicę Żytkiejmy. Za nami kilkadziesiąt kilometrów niezłych dróg, ale nie należy zapominać że to Mazury i podjazdy bywają tu zabójcze. Dały one się we znaki, więc mała korekta planów i zamiast kolejnych kilkunastu kilometrów zjechaliśmy do auta, ostatnie dwa planowane kesze podejmując już z samochodu. Bardzo spodobał mi się kesz "Stara stacja kolei Gołdap - Żytkiejmy w Pobłędziu" OP1DEC. Ktoś zadał sobie wiele trudu by wyremontować budynek. Zachowała się nawet rampa kolejowa, jeden z niewielu śladów po tej linii. Z pewnością gdyby przetrwały tu tory, szlak byłby jednym z piękniejszych krajobrazowo w Polsce.


    Z dawnej stacji do Białegostoku. Najpierw musieliśmy wyjechać z wąskich i krętych dróżek. Akurat trwał zachód słońca, więc widoki były wspaniałe. I na koniec mała lekcja: Puszcza Romincka to jedyna i poprawna nazwa. Strasznie jednak to "i" chce przeskoczyć za "n". Mi często zdarza się przestawić szyk, ale staram się jak mogę używać poprawnej nazwy, choć edytor tekstu wciąż mi tę nazwę własną podkreśla na czerwono.

sobota, 5 maja 2018

Wycieczka po wschodzie

    Dawno mnie nie było w Lubelskim, a że zrobiło się cieplej i sucho to mogłem ruszyć po tamtejsze skrzynki, wśród których sporo ukrytych jest w terenie gdzie po deszczu trudno dojechać. Keszowanie zacząłem we Włodawie. Tutaj jednak tylko krótki postój, po kesza którego ciężko zdobyć w ciągu dnia, a rankiem gdy nie ma ludzi, poszło całkiem sprawnie. Do miasta planuję wrócić jeszcze w tym roku rowerem, ale zobaczymy ile wyjdzie z tegorocznych planów.
    Za Włodawą czekały mnie kesze przyrodnicze związane z szlakiem green velo. To jeszcze Polesie, jego zachodnie rubieże. Wśród lasów i pól można spotkać większe i mniejsze jeziorka. Szczególnie te mniejsze są warte uwagi. Zazwyczaj gęsto zarośnięty brzeg utrudnia dojście nad sama wodę, ale za to możemy podglądać dziką przyrodę. Z kolei Sobiborski Park Krajobrazowy to raczej miejsce dla koneserów. Nie spotkałem tu mrocznego, starego, gęstego lasu, to raczej typowo użytkowy z drzewami czekającymi na wycinkę, choć rozległy. Ja jednak bardzo lubię przebywać w lesie więc mi się podobało.
     Jak już się było tak blisko granicy to żal było nie zajrzeć. Okazją była skrzynka "STARE STULNO - pozostałości dworu" OP8EJ8. Najbardziej obawiałem się gospodarzy z pobliskiego domu, ale jedynie pies mnie obszczekał. W spokoju mogłem wpisać się do kesza, a potem podziwiać tutejsze widoki. Zazwyczaj na wschodniej granicy niepodzielnie rządzi przyroda. Skutecznie oddziela kraje, a z zadań ochronnych wywiązując się lepiej niż drut kolczasty. Choć z drugiej strony, tak sobie myślę, że pewnie nieźle pomaga wszelkiej maści przemytnikom. 


    Już wcześniej przekraczałem linię kolejową nr 81 z Chełma do Włodawy. Lubie kolejowe klimaty wiec nie mogłem o tym nie wspomnieć. Wyczytałem że przywrócono tu ruch pasażerski w 2012r, ale jako sezonowy. Dobre i to. Za to na co dzień jest tu ruch towarowy, związany zapewne z pozyskiwaniem drewna, choć też rzadki co widać po zardzewiałych szynach. Ta linia ma i swoją tragiczną historię. To przy niej położony był obóz zagłady w Sobiborze. Miejsce tak przesiąknięte złem, że poza suchymi faktami ciężko coś sensownego napisać.


    Nie spodziewałem się że w tak dobrze zapamiętam wizytę w Woli Uhruskiej. Niezbyt duże miasteczko, a tyle atrakcji. W parku stoją drewniane rzeźby przedstawiające różne postacie. Niektóre nie mają zbyt przyjaznych twarzy, ale ogólnie ciekawie się prezentują. Niewielki dworzec na którym brakowało tylko przetaczającej się krzaczastej kuli, ale może właśnie temu malowniczy. Mały, drewniany budynek dworca zabity na głucho, niedaleko wieża ciśnień, bardzo niska jak na taką budowlę, ale zapewne wystarczająca kiedyś do obsługi parowozów. I jeszcze wisienka na torcie czyli wieża widokowa. Droga do niej stroma i wyboista, po deszczu bym nie wjechał. Całe szczęście była taka możliwość i mogłem podziwiać widok na miasteczko w dole oraz na okoliczne lasy.


    Dzięki keszowi "UHRUSK - KOBYLCE cmentarz prawosławny" OP8Q5J nie przegapiłem tytułowego miejsca, bo choć przy samej drodze to się chowa za krzakami. Nekropolia już od dawna nieczynna, ale nie do końca zapomniana. Na paru grobach pojawiły się nowe pomniki, ale mnie najbardziej zaciekawiły te najstarsze. Niezbyt liczne, ale prezentują ciekawy przykład dawnej sztuki kamieniarskiej.
    Zaraz za cmentarzem zaczyna się wieś Uhrusk. Warto tu odwiedzić kościół i cerkiew. Przy wejściu na cmentarz stoi leciwa kapliczka św. Jana Nepomucena. Natomiast za torami jest pałac. Jak tu kiedyś przejeżdżałem nie podchodziłem bo chyba ktoś się kręcił. Tym razem po znalezieniu kesza "Pałac w Uhrusku" OP78BA skorzystałem z okazji i podszedłem bliżej. Wśród zdziczałego parku stoi klasycyzujący pałacyk. Moim zdaniem taki w sam raz, nie za mały, nie za duży. Nie oszpeciła go nawet przebudowa w latach 60-tych. Niestety po opuszczeniu go przez uczelnię rolniczą niszczeje.


    Na Lubelszczyźnie można spotkać wiele miejsc pamięci po Powstaniu Styczniowym. Ten region był jednym z bardziej aktywnych. Swego czasu sporo ich odwiedziłem, ale i dużo jeszcze przede mną. Tym razem na swej trasie natknąłem się na niewielkie pomniki w Rudce i w Iłowie. Co ciekawe oba zrobione według tego samego schematu. Pewnie wszystko rozbiło się o koszty, ale najważniejsze że w terenie pozostał jakiś ślad.
     Opencaching nieraz prowadzi do miejsc niepozornych, acz przez swą tajemniczość interesujących. Tak było przy keszu "ZARZECZE-kolumna" OP7EA7. Tytułowa kolumna stoi w środku wsi, na terenie szkoły. Niestety nie jest ustalone jej pochodzenie. Są różne hipotezy, przyjmuje się że to słup graniczny, albo część dawnego, zapomnianego cmentarza. Pewnie bez badań archeologicznych się nie obędzie. W tym wypadku liczyłbym na jakiś lokalnych pasjonatów, którzy pod nadzorem archeologa mogliby przeprowadzić badania. 


    Znów kawałek lasem, tym razem Chełmskim Parkiem Krajobrazowym. To jak w poprzednim parku sobiborskim, las użytkowy. Tutaj natknąłem się na wyłuszczarnię nasion. Podobny budynek spotkałem niedawno w Rucianym Nidzie, z tym że na Mazurach był sporo większy. Budowany jednak na takiej samej zasadzie. Prosta bryła obita deskami, ale nie w najprostszy sposób, ale tak że tworzą one rodzaj tarki. Prościej byłoby nabijać je prosto, więc pewnie ma to jakieś znaczenie, być może ma to związek z wentylacją. Obok jest starszy budynek, murowany, a za nimi siedziba leśnictwa. Całość, jak to zwykle takie małe skupisko budynków na polanie, ładnie się prezentuje. Chociaż przyznaję że mieszkanie na takim odludziu, to jednak nie byłoby dla mnie. 


    Skończył się las, zaczął się Chełm. Już gościłem w tym pięknym mieście, nawet dwa razy. Raz były to odwiedziny typowo keszerskie, kolejne to mało keszy, ale poznałem zabytki i co najważniejsze podziemia kredowe. Tym razem znów skupiłem się na skrzynkach, a tych przybywa bo wyjątkowo aktywni są tu keszerzy: Piżmak, grafen i starletka. W związku z keszem "CHEŁM - Wojewódzki Szpital Psychiatryczny" OP7780 odwiedziłem to miejsce. W większości prezentuje się nieźle, szczególnie budynki stawiane za czasów carskich, które doczekały się remontu. Jednak na końcu znajduje się pawilon, budowany już w okresie PRL. Tutaj mieści się jeden z oddziałów psychiatrii i wygląda jak z koszmaru. Brzydki budynek z zardzewiałymi kratami w oknach, suszące się ręczniki i wyglądający na świat smutny pan. Bardziej to przypomina więzienie niż szpital. Nie wiem czemu, ale oddziały psychiatryczne zawsze mnie trochę przerażają i wyglądają na podupadłe. Tutaj niedofinansowanie służby zdrowia chyba najbardziej widać, bo kto będzie słuchał takiego pacjenta?
    W Chełmie podążałem głównie za keszami ze ścieżki "Spacer bulwarem nad Uherką". Pozostałe kesze potraktowałem ulgowo, bo w lubelskie jeszcze nie raz wrócę. Co do ścieżki to bardzo mi się podobała, a szczególnie pomysł zrobienia wzdłuż sporej części rzeki bulwaru. Miejscami zrobiono miejsca wypoczynku, nic wielkiego stół i parę ławek, za element ozdobny robią misie wyrzeźbione z kredy. Co jednak najważniejsze, te miejsce żyje. Akurat była piękna pogoda i aż do wieczora natykałem się na spacerowiczów, biegaczy i rowerzystów. Spora część ławeczek też zajęta i co najważniejsze nie zauważyłem śmieci. Nie wiem czy miałem szczęście, czy ludzie potrafią korzystać tu z koszy i jak wypiją piwko to nie tłuką butelki, tylko zabierają, albo ląduje ona tam gdzie trzeba. Z zazdrością zdobywałem kolejne kesze, cały czas myśląc o rodzinnym Białymstoku. Też mamy niewielką rzekę, która nie jest już ściekiem i nie śmierdzi. Odnoszę jednak wrażenie że Biała, pieszczotliwie zwana Białką to bardziej problem dla naszych władz. Wiele lat temu mówiło się o bulwarach, ale temat umarł śmiercią naturalną.


    Z Chełma wyskoczyłem na chwilę jeszcze bardziej na wschód. Odwiedziłem pobliże cementowni, gdzie w powietrzu unosi się charakterystyczny zapach. Podobnie pachną budowy. Ciekawe ile pyłu cementowego jest tu w powietrzu. Za to już za wsią Brzeźno mogłem oddychać pełna piersią. Przy keszu "BRZEŹNO -wieża widokowa" OP7716 zrobiłem sobie mały piknik. Wieża widokowa na torfowiska najlepsze czasy ma już dawno za sobą, ale wciąż się trzyma, czego nie można powiedzieć o tablicach informacyjnych. Co tu jednak najlepsze to spokój. Najbliższe domy dość daleko, jedyne dźwięki to te przyrody. Nie mogłem odpuścić sobie przyjemności i tu podgrzałem obiad, który zabrałem z domu. W takich miejscach wszystko smakuje lepiej. 
    Nocowałem nad zalewem Żółtańce, który jet tuż za południowymi rogatkami Chełma. Plusem podróżowania autem jest to, że nie muszę szukać ustronnego miejsca w lesie, tylko staję, rozkładam fotel pasażera i idę spać. Z nowymi siłami zacząłem nowy dzień. Siły i były, ale chyba jeszcze się dobrze nie rozbudziłem, bo nie podtrzymałem świeckiej tradycji próbowania wody z różnych źródeł. A okazja ku temu była przy okazji kesza "Nisza źródłowa w Kolonii Nowosiółki" OP79B2. Zorientowałem się kilka kilometrów dalej, ale już nie chciałem wracać. 
    Kolejny przystanek to Rejowiec z którego zapamiętam smutny widok tutejszego kirkutu. Jedyne ocalałe nagrobki zebrano i zrobiono pomnik pamięci. Teren ogrodzono i można go podejrzeć jedynie za płotu. Tyle pozostało po tej z pewnością licznej społeczności. W pobliskim Rejowcu Fabrycznym poprawa humoru bo są czynne tory. Do tego mogłem obejrzeć wieżę ciśnień. Kwadratowa bryła przywodzi na myśl basztę zamku. Zresztą przy tych budowlach to moje częste skojarzenie. To wciąż typowy element krajobrazu przy stacjach kolejowych, ale naszła mnie taka refleksja jak długo jeszcze postoją? W przeważającej części to opuszczone miejsca, a jak wiadomo porzucony budynek szybko niszczeje. Cieszę się że żyję w czasach, gdy wieże trzymają się jeszcze dziarsko.


    W Rejowcu wypiłem kawę na stacji paliw, zdobyłem jeszcze dwa kesze i mogłem ruszać dalej. Przy okazji spaceru do kesza "Głazy narzutowe w Rejowcu Fabrycznym" OP7A34 natknąłem się na typowy dom Lubelszczyzny. Niby mijałem już wiele takich, ale ten zwrócił moją uwagę. Pewnie temu że podwórko było schludnie utrzymane, a obok starszy pan robił grządki pod warzywa. Z ciekawością  przyjrzałem się chatce. Na Podlasiu wydaje się że domy budowano trochę wyższe. Najważniejszą różnicą jest jednak łączenie belek w jaskółczy ogon. U nas obcina się to do równego, a tutaj zostawia się wystający element. Muszę przyznać, że sposób sąsiadów bardziej mi się podoba.


    Czekało mnie kilka ładnych kilometrów po kolejnego kesza. Zatrzymałem się dopiero w Janowicy po kesza "Grodzisko w Siedliszczu" OP7A4A. Nazwa pochodzi od pobliskiej, większej miejscowości. By dojść po skrzynkę trzeba uskutecznić spacer wzdłuż małej rzeki. I znów tylko ja i przyroda. Jedyny minus to taki że nie było drogi i idąc trawą kompletnie przemoczyłem trampki. Czego się jednak nie robi dla kesza.
    W miejscowości o wdzięcznej nazwie Cyców odwiedziłem kirchę. Znalazłem ja tylko dzięki keszowi "CYCÓW - kircha" OP87XD. Mniej zorientowanym wyjaśnię że w Polsce kirchą zwano kościoły wyznań protestanckich. Na Lubelszczyźnie nie było zbyt wielu wyznawców tych religii, więc i świątyń nie było zbyt wiele. Ta z Cycowa, mimo że przetrwała to nie jest w najlepszym stanie. Tynk mocno odpada, część szyb wybitych, ale wejście zamknięte, dzięki czemu jeszcze się trzyma. Od strony kesza zauważyłem jednak jedno otwarte okno do piwnicy (odbite deski). Sam nigdy nie dewastuję wejść, ale jak jest okazja to korzystam. I tak udało mi się zwiedzić piwnice. Piękne ceglane sklepienia zrobiły na mnie wrażenie. W jednym z pomieszczeń był spory piec, który był pewnie rodzajem kotłowni do ogrzewania wnętrza świątyni. Znalazłem nawet wejście do głównej części, po drabinie, ale na jej końcu drzwi okazały się zamknięte. 


    Kilka następnych godzin to mało keszy, a mnóstwo przyrody. W Urszulinie jest siedziba Poleskiego Parku Narodowego, więc szeroko pojęta okolica to albo park, albo tereny ciekawe przyrodniczo. Zastanawiałem się czy dotrę do kesza "KULCZYN KOLONIA - grodzisko" OP84RS. Na mapie niby jest droga, ale otoczona podmokłymi łąkami. Było duże prawdopodobieństwo że droga przejezdna tylko dla traktorów, ale okazało się że była grobla wyłożona płytami betonowymi. Niespiesznie dotoczyłem się pod sama wieżę i po raz kolejny w czasie tej wycieczki zachwyciłem się krajobrazem. Gdzieś tam  daleko na horyzoncie małe domki poleskich wsi, ale poza tym tylko łąki i śpiew ptaków. I nagle telefon z roboty by wyjaśnić jakąś sprawę niecierpiącą zwłoki. Miejsce tak podziałało relaksująco, że odpowiadałem bardzo leniwie, przeciągając samogłoski, i chyba uznano mnie za nietrzeźwego i dano spokój. 


    Ten kesz nie był jeszcze w granicach parku, ale trzy z których pierwszy to "POLESKI PARK NARODOWY - ścieżka Perehod" OP84YT już jak najbardziej. Z parkingu z tym keszem ruszyłem wokół Stawów Pieszowolskich. Jakby narzucić ostre tempo to pewnie dałby się je obejść w godzinę, ale ja wolałem niespiesznie, tempem spacerowym. Stawy to część dawnego majątku, po wojnie gospodarowane przez państwo. Jak się okazało miejsca stworzone przez człowieka, ale jednocześnie nie objęte nowoczesnym rolnictwem to doskonałe siedlisko dla ptaków. Pewnie bardzo wczesną wiosną jest tu prawdziwe eldorado dla ornitologów. Ja spotkałem jakiegoś błotnego ptaka, ale nie umiem powiedzieć jakiego. Do tego przez sporą część spaceru towarzyszył mi ciekawy odgłos jakiegoś ptaka. O ile większości to wysokie trele, ten nadawał w niskich tonach. Po cichu liczyłem na spotkanie jakiegoś większego ssaka, łoś to był szczyt marzeń. Największy okazał się tchórz, ale pięknie odpasiony z doskonałym futrem. Za to przy skrzynce "POLESKI PARK NARODOWY - ścieżka Perehod - wieża widokowa" OP84YW mogłem do woli nasłuchać się koncertu żab. Ich rechot osiąga poziom decybeli zapewne zbliżony do ruchliwej ulicy. Hałas wytwarzany przez żaby jest jednak miły dla ucha i tutaj usiadłem na ławce na wieży, by wsłuchać się w ten wspaniały koncert.


    Jak wróciłem do auta to jeszcze spędziłem trochę czasu na parkingu. Cisza, świeże powietrze, więc znów uznałem że to dobre miejsce na obiad. Nie spieszyłem się bo do końca zostało mi jeszcze tylko kilka keszy, a słońce jeszcze wysoko. Mógłbym skorzystać z c:geo i zajechać po skrzynki, których nie miałem zgranych do GPS, ale moje lenistwo zwyciężyło i wolałem zostać przy moim pierwotnym planie. A ten obejmował dwa kesze w Holi. Mała wieś z dala od głównych szlaków turystycznych, ale z prawdziwymi skarbami. Jest tu prywatny skansen, niewielki, ale wart obejrzenia. Najciekawsze w takich skansenach jest to, że podróżując bocznymi drogami na wschodzie możemy obejrzeć podobne budynki, które wciąż są w użyciu. Obok skansenu jest jeszcze drewniana cerkiew. Sama w sobie warta obejrzenia, ale co mi pierwsze rzuciło się w oczy to proporcja dzwonnicy do świątyni. Dzwonnica jest tak duża, że wydaje się przytłaczać cerkiew. 


    Do Białegostoku jeszcze wiele kilometrów, więc bez postojów się nie obyło. Chciałem w końcu założyć jakiegoś kesza w Sarnakach. Na skwerze przy rakiecie za dużo ludzi, a opuszczony dotychczas browar ktoś wysprzątał, wyciął krzaki i ogólnie widać że teren ma gospodarza. To dopiero pech, człowiek chce dobrze, a czynniki obiektywne mu to uniemożliwiają.

niedziela, 15 kwietnia 2018

Siedleckie wojaże

    Przez zimę zdarzyło się kilka ciekawych wycieczek, ale jakoś nie miałem pomysłu jak opisać piesze wycieczki po kilku pięknych, polskich miastach. Kraków, Poznań, Wrocław, oprócz keszy zwiedziłem kilka żelaznych punktów każdej wycieczki szkolnej. Jednak to Kielce na długo pozostaną w mej pamięci. Keszowanie kilkanaście godzin przy minus 20st.C to było wyzwanie. W końcu nadeszła wiosna i można rozpocząć prawdziwy sezon. Za inaugurację uznaję wyjazd do Siedlec i na wschodnie Mazowsze. Wycieczka zorganizowana dość szybko, miałem jechać sam, ale wzorowy błyskawicznie się zdecydował i miałem towarzystwo. 
    Wyjazd jak zawsze bardzo wcześnie, w zasadzie jeszcze w nocy. Jednak jak dojechaliśmy do pierwszego kesza przywitał nas już dzień. Wszystko przez kilka przymusowych postojów, bo mi się kolego rozchorował. Za to przy keszu "Muchawka od źródeł do ujścia #6" OP8H15 trafiliśmy w idealny moment. Nad rzeką i łąkami unosiła się mgła, a jeszcze bardzo niskie słońce dawało wszystkiemu ciekawy koloryt. Dla takich chwil warto się wcześnie zrywać z ciepłego łóżka.


    W samych Siedlcach nie zabawiliśmy zbyt długo, bo i większość keszy już kiedyś zdobyłem. Nie mogło zabraknąć wizyty przy pałacu Ogińskich. Za każdym razem podoba mi się coraz bardziej. W dzisiejszych czasach królowania pstrokacizny, styl klasyczny to chwila na uspokojenie wzroku. Do tego otoczony równie stonowanymi kamienicami i park rozciągający się tuz obok. Jakoś nigdy nie dane mi było go odwiedzić w środku dnia przy pięknej pogodzie, gdy wokół pewnie sporo spacerowiczów. Ciekawe jakie wtedy byłyby moje odczucia?


    Na obrzeżach Siedlec rozciąga się Lasek Sekulski. Typowy las miejski z liczną siecią dróżek. Nie ma co liczyć na starodrzew, dominują 50-letnie drzewa. Mimo że naprawdę ciepło dopiero od paru dni, to na południe od Bugu liczyłem już na bardziej ożywioną wegetację. Jeszcze nawet pączki się nie zazieleniły, ale to już inne drzewa, niż ponure badyle w listopadzie. W lesie chodziliśmy szlakiem skrzynek "Szlakiem Sekulskich Mogił". Tak się zastanawiam czy pod jakimkolwiek polskim miastem (tym które było w granicach IIRP) jest las w którym nie byłoby grobów pomordowanych na wojnie. Jest to chyba tak naturalne, że nawet się nie dziwimy gdy trafiamy na leśne mogiły. Niestety tak jak w sporej części, tak i tutaj pamiątkowe krzyże pamiętają lepsze czasy. Przy okazji odwiedziłem ponownie inną ciekawostkę, dość dużą strzelnicę, która dziś jest miejscem biwakowym. Ciekawe czy to pozostałość po polskim wojsku, czy jeszcze zaborcy?


    Zaraz za Siedlcami ostatni kesz "Muchawka od źródeł do ujścia #2" OP8H0L z ciekawej ścieżki o Muchawce. Kolejny kesz miał być za dobre kilka kilometrów. Jednak po drodze musieliśmy się zatrzymać we wsi Cisie - Zagrudzie, gdzie między drzewami zobaczyliśmy pałac. Zapuszczony park, otwarta brama i zabytek w słabym stanie pozwoliły na zdecydowanie się wejścia na teren. Ktoś tu kiedyś próbował remontu, ale szybko prace zostały przerwane. Drzwi i okna wciąż pozabijane deskami, więc nie było jak wejść, ale warto było podejść pod ten neogotycki pałac. Mam nadzieję, że w końcu znajdzie się ktoś z takimi pieniędzmi by to odkupił i wyremontował. Pozwolenie by taki zabytek się zmarnował to byłoby barbarzyństwo. Przy okazji zostawiliśmy tu mobilniaka "Województwo Siedleckie (49 województw)" OP8QA4.


    Podsiedleckie lasy (wszak 20km. to jeszcze nie taka wielka odległość) kryją jeszcze jedną tajemnicę. Niedaleko Kotunia, na rozległej polanie jest sympatyczny pomnik upamiętniający zgrupowanie żołnierzy AK przed akcją Burza. Wydawało się że czeka nas większy spacer do kesza "Akcja Burza" OP8FXU. W terenie poszło jednak szybko. Rzadki las ułatwiał marsz na azymut i zaraz zza drzew wyłonił się obelisk. Na niewielkim głazie wyryto słowa upamiętnienia, a wokół niego teren wyłożono kostką. Całość ledwo wyrasta z ziemi i chyba przez to wydaje się sympatyczniejszy. Po prostu nie góruje nad okoliczną przyrodą.
    Niedaleko, bo już w Chlewiskach czekał fajny kesz "Reymontówka - Chlewiska" OP8GMF. Otoczenie jeszcze lepsze. Dworek zakupiony przez wdowę po Reymoncie, po kolejnych zmianach właścicieli jest teraz domem pracy twórczej. Można wejść na teren i przejść się po obejściu. Ustawiono tu kilka wesołych, drewnianych rzeźb. Jest Rokita w dziupli, niedźwiadki, krokodyl nad sadzawką, a z poważniejszych tematów Chopin przy fortepianie. Przed bramą stoi zaś stara, ale ciekawa kapliczka. Strasznie wysoka, bo tak na oko to z 4m. Nieczęsto się takie widuje.


    Krążąc po już chyba mazowieckich, podrzędnych drogach dotarliśmy do wsi Jeruzal. Wieś była plenerem w serialu "Ranczo". Jest tam kościół i sklep znany z ekranów. Właściciel sklepu wyczuł interes i pozostawił elewację tak jak w filmie, a do tego jest i słynna ławeczka. Okazuje się że to niezła atrakcja turystyczna, bo nie odmówiłem sobie przyjemności zdjęcia jak na niej siedzę. A że to była sobota i słoneczne popołudnie, to podobnych turystów tam nie brakowało. Jakbym nie był autem to z pewnoscią nie zabrakłoby małego piwa.


    Myślałem że już nigdy nie wrócę do Cegłowa, kiedyś gminę objechałem rowerem szlakiem skrzynek. A że potem pojawiło się kilka keszy to była okazja uzupełnić kolekcję. Najciekawsze moim zdaniem były dwa: "Mostek kolejowy nad Mienią" OP8Q34 i "Śluza na Mieni" OP8Q35. Oczywiście dlatego, że w pobliżu torów kolejowych. Na głównym szlaku spotkaliśmy kilka pociągów osobowych. Trzeba przyznać że ruch tu spory. Natomiast mostek ze skrzynką jest na odgałęzieniu idącym na północ. Coś czasem tamtędy jeździ, ale po szynach widać że rzadko. Z mapy, ale i z streetview widać że dochodzą do jakiegoś terenu wojskowego, na południe od lotniska. Może to jakaś baza paliwowa dla myśliwców?


    W Mińsku Mazowieckim nie zabawiliśmy długo. Od pewnego czasu poluje tu na dwa kesze. Jeden przy pałacu Dernałowiczów, drugi na placu Kilińskiego. Zawsze towarzyszył mi pech i postronni ludzie przeszkadzali w poszukiwaniach. Tym razem w pierwszym przypadku się udało, ale plac nadal został niezdobyty. 
    Po drodze do domu czekało nas jeszcze jedno, większe skupisko keszy we wsi Drop. Prawdę mówiąc spodziewałem się tylko opowieści o miejscu bliskiemu sercu zakładającego, a dla pozostałych z pewnością ciekawym, aczkolwiek nie wywierającym piorunującego wrażenia. I tu się srogo pomyliłem bo okolice kesza "Drop Za wodą" OP8NJX naprawdę mnie zachwyciły. Meandrująca, płytka rzeczka, przejazd nią tylko brodem i tylko dla ciągników lub terenówek, a piesi mają do dyspozycji kładkę. Teren znad rzeczki dość szybko się wznosi. Zawsze mam prywatny miernik atrakcyjności miejsca, czy nadawałoby się ono na budowę domu? Zdecydowanie tak, widok zza okna nigdy by się nie znudził.


    Z keszy które miałem do znalezienia to już było wszystko. Jak się jednak przejeżdżało obok zamku w Liwie, to warto się zatrzymać, zobaczyć jak się miewa znaleziona już skrzynka, ale bardziej jeszcze raz zobaczyć ciekawy obiekt. Niestety jest przeprowadzany poważny remont i większość terenu jest ogrodzona. Za to Liwiec ładnie się rozlał. To było pocieszenie po Bugu i Narwi, które w tym roku na wiosnę nie wystąpiły zbyt mocno z brzegów.  

piątek, 2 marca 2018

Ku morzu cz.IX To już jest koniec

    Wstajemy Psikiszku, nie ma obijania się. Jeszcze mokro i zimno po nocnym deszczu? To szybciej zwijaj namiot i ruszaj w trasę, a się rozgrzejesz. W ten dość prosty sposób jakoś się zmotywowałem do ruszenia czterech liter i rzeczywiście już po kilku kilometrach oddawałem nadmiar ciepła w powietrze. Akurat po kilku kilometrach mogłem zatrzymać się na pierwszy postój tego dnia przy keszu "Obelisk" OP8E49. Rzecz niby niewielka, ale ja uwielbiam takie smaczki. Kamienny obelisk wysokości tak 1,80m. u szczytu ma wykuty wizerunek krzyża żelaznego, znak że postawiono go ku czci niemieckich żołnierzy. Pojawiło się jednak pytanie z jakiego to okresu? Wszak odznaczenie, mówiąc w dużym skrócie, wskrzeszano na czas wojny. Z pewnością nie po II wojnie światowej z przyczyn oczywistych. Na to pytanie nie znalazłem odpowiedzi, ale powojenną historię obelisku warto przeczytać na stronie kesza. Wszystkie perypetie budzą dziś tylko uśmiech, a najważniejsze że ten świadek historii dalej stoi.


    Dalsza droga to pola i łąki na wschód od jeziora Dąbie. Okolica płaska, dobrze chociaż że droga mimo to kręta, więc się nie nudziłem. Do tego czasem jakiś kanał, a to lapidarium na poniemieckim cmentarzu w Lubczynie i czas jakoś leciał. Tak się w jeździe zapomniałem, że nawet nie zauważyłem kiedy wjechałem do Goleniowa. Miasto choć niewielkie to jest co zwiedzać. Zacząłem od wieży ciśnień. Szkoda że te budynki są niedoceniane. Poza paroma wyjątkami niszczeją nieużywane, bez pomysłu co z nimi zrobić. A przecież nawet te najmłodsze, już żelbetowe zawsze pięknie się prezentują. W Goleniowie wieża jest lekko przysadzista, a górną część zbudowano metodą szachulcową, przez co skojarzyło mi się to z domkiem wyniesionym hen pod niebo.


    W mieście pustki, prócz centrum gdzie sporo sklepów. Ja też skorzystałem i w sklepie rowerowym kupiłem jakieś smarowidło w płynie, bo mi strasznie przednia korba zaczęła skrzypieć. W ogóle mam wrażenie, że już niedługo całkiem się wehikuł rozleci, ale dzielnie go remontuję na miarę umiejętności i jakoś sobie dajemy radę. Wracając do ciekawych miejsc w Goleniowie to tuż za sklepami stoi spichlerz. Wzniesiony całkowicie w technice szachulcowej, o tyle ciekawy, że aż trzypiętrowy. Do tego położony nad samą rzeką Iną, a na jej drugim brzegu dumnie wznoszą się mury miejskie. Szkoda tylko, że za murami widać PRL-owskie bloczki. Gdzieś słyszałem taką teorię, że komuniści specjalnie budowali je w najstarszej części miast, chcąc umniejszyć wcześniejszą historię miejsca.


    Oczywiście jeszcze obowiązkowa wizyta przy gotyckim kościele św. Katarzyny, Bramie Wolińskiej, świetnie zachowanej w północnej części murów i już kierowałem się w drogę wojewódzką 111. To ponoć trasa alternatywna dla "krajowej" trójki w stronę Wolina, ale całe szczęście niewiele osób z niej korzystało. Ot, taki typowy, niewielki ruch lokalny.
    Sporo kilometrów nakręciłem, może z jedną przerwą i w końcu wylądowałem w Stepnicy. Wieś położona na brzegu Zalewu Szczecińskiego. Chyba nieźle tu się ludziom żyje, bo  w miejscowości całkiem schludnie, a w obejściach brak bałaganu, który jest częstym towarzyszem biedy. Jak była okazja to w końcu podjechałem zobaczyć po raz pierwszy w życiu zalew. A miałem ku temu dłuższą okazję bo w restauracji nad samym brzegiem zjadłem pyszny obiad, a przy okazji i kesz "Stepnica Tawerna Panorama" OP8BQP wpadł. Bardzo spodobał mi się też port w którym jest też część przemysłowa. Była i barka na kruszywo, do dalszej części do której nie dotarłem jechały niewielkie chłodnie, z napisów na burcie łatwo wywnioskować, że po świeżą rybę. Żaglówki ładnie wyglądają przycumowane w szeregu, ale prawdziwy klimat portu robią właśnie jednostki robocze.


    I znów kilka ładnych kilometrów po drodze płaskiej jak stół. Małym urozmaiceniem okazała się góra niedaleko Zielonczyna. Jest to punkt widokowy, ale z jej szczytu, jedyne co się widzi to las po horyzont. Aż szkoda, że nie można dostrzec zalewu, który w końcu nie jest znów tak daleko.
    Jak już w końcu wyjedzie się z lasów pierwszą rzeczą jaka zwraca uwagę są ogromne wiatraki wytwarzające prąd. Od morza wiało, więc śmigła wartko się kręciły. Jak się stanie dokładnie pod takim skrzydłem i spojrzy w górę, to ma się wrażenie, że zaraz oberwie się w głowę łopatą. Niesamowite doświadczenie, a jeszcze ten złowieszczy dźwięk przecinanego powietrza. Dzięki wiatrowi miałem piękny spektakl, tylko że ten wiatr wiał mi już od dłuższego czasu w twarz, więc musiałem bardziej się wysilać w naciskaniu na pedały. Tyle dobrego, że to ciepły, letni wiatr, a nie zimny, jesienny.


    W końcu wyłonił się łuk głównego mostu w Wolinie. Ale ja z niego nie skorzystałem, bo lokalny, obrotowy bardziej mnie interesował. Oczywiście krótki postój na moście, a to po kesza, a to na konstrukcji siedział jakiś ptak wodny, jakich w głębi Polski z pewnością się nie uświadczymy, więc chwilę mu się przyglądałem.  Potem kręciłem się w bliskiej odległości mostu, zajechałem do kościoła, podjechałem zobaczyć resztki murów średniowiecznych, aż w końcu ku mej radości przyszedł czas na otwarcie szlaku żeglugowego, a co za tym idzie odwrócenie mostu. Obraca się środkowa część i wtedy statki mogą przepływać. Najciekawszy w tym wszystkim jest ten moment gdy maszty przesuwają się na wysokości jezdni. Skojarzyło mi się to z peryskopami okrętów podwodnych.


    Niedaleko mostu uwagę zwraca spichlerz o ciekawej formie. Można go nawet pomyliś z niewielkim zamkiem, czy też strażnicą. Wolin to także ważny punkt dla miłośników wczesnego średniowiecza. Samo miasto, a w szczególności port w Xw. było potężnym ośrodkiem. WXIw. kiedy zajął je Krzywousty straciło już na znaczeniu kosztem Szczecina. Do dzisiaj przetrwało tu cmentarzysko kurhanowe na tzw Wzgórzu Wisielców. Całkiem niedaleko mostu jest też skansen o nazwie Centrum Kultury Słowian i Wikingów odwołujących się do czasów świetności miasta. Gdyby tylko czas był z gumy, a nie chciałem tylko wpaść na chwilę by zaraz zmykać. Miejsce zasługuje na dokładne poznanie i z pewnością tu wrócę.
    Tymczasem czas było rozglądać się za noclegiem. Trafiłem całkiem dobrze, na niewielki camping w Sułomine, nad samym brzegiem Zalewu Szczecińskiego. Spodziewałem się widoku sporego ruchu statków z i do Szczecina. Tymczasem na horyzoncie zamajaczyły dwie żaglówki i to wszystko. Klimat zupełnie jak nad największymi jeziorami Mazur, gdy już czas powoli zwijać się do portów.


    Wstałem pełen nowych sił w perspektywie mając ostatni dzień intensywnego pedałowania. To był też dzień kiedy nazbierałem sporo skrzynek. Po klku kilometrach asfaltu odbiłem w las i jechałem leśną drogą prowadzony keszami z serii Kamienna Droga. Czemu tak się nazywa nie mam pojęcia, ale sympatycznie jechało się porządną szutrówką przez las. Kawałek wypadł mi też prze Woliński Park Narodowy. Oczywiście szlak omija najcenniejsze tereny, ale i tak miło było popatrzeć na las inny niż najbliższa mi Puszcza Knyszyńska. Przejeżdżałem też przy zagrodzie pokazowej żubrów, ale nawet się nie zatrzymywałem, bo jak się te zwierzęta widywało wolne, to te za kratkami już nie budzą takiej ciekawości.
    Od jakiegoś czasu zaczynała się psuć pogoda. Najpierw niebo zaczęło się zaciągać stalowymi chmurami. Co za tym idzie mocno się ochłodziło. W Międzyzdtojach dzięki temu na plaży nie było zbyt wiele ludzi, ale na ulicy wzdłuż niej już dzikie tłumy. To od razu przypomniało mi dlaczego wolę się trzymać latem z daleka od polskiego morza, a przynajmniej od tych turystycznych kierunków. Może jeszcze ten tłok da się przeżyć, ale te budy z plastikowym badziewiem, kiepskim piwem, goframi, cymbergaje, to wszystko od czego wolę się trzymać z daleka. Dlatego też spojrzałem na morze, zrobiłem fotkę i uciekłem z tego miejsca. I prawdę mówiąc z wycieczki nad morze, tylko tyle go widziałem.


     Już w Międzyzdrojach się rozpadało, więc odechciało mi się zbierać kesze na trasie R-10, tak się nazywa rowerowy szlak wokół Bałtyku. Między Międzyzdrojami a Świnoujściem kesz jest chyba co 200m. ale nie miałem na nie ochoty, nie tym razem, odkładając je sobie na następną wizytę.
    Świnoujście zapewnia sporo atrakcji. Ja najpierw natknąłem się na gazoport. Naprawdę ogromy teren, pewnie nieźle wygląda w nocy jak te wszystkie metalowe konstrukcje są oświetlone. Podjechałem pod latarnię, po drodze spotykając dziki. Dobrze, że po drugiej stronie płotu jakiegoś zakładu. Zresztą widać że są przyzwyczajone do ludzi, bo podeszły do mnie licząc że podrzucę im jakiś smakołyk.


    A deszcz pada i zimno, aż wiatrówkę musiałem nałożyć. Wobec tego postanowiłem jechać na camping, rozbić się, zjeść porządny obiad i wzmocniony ruszyć na podbój miasta. Jak przejeżdżałem obok dworca to pomyślałem że zawczasu kupię bilety na powrót. Liczyłem na długą, acz spokojną podróż, wszak było bezpośrednie połączenie z Białymstokiem. Jakie moje zdziwienie gdy na następny dzień brak było biletów, na pojutrze to samo, i po, po też, a potem to mi się urlop kończył. Co robić? Zostały tylko strasznie drogie na ekspres do Warszawy, do tego z odjazdem za dwie godziny. Cóż było robić, kupiłem i tak skończyłem zwiedzanie Świnoujścia. To jednak nie koniec perypetii. Jadąc w nocy, gdzieś w Wielkopolsce wjechaliśmy w burze, te które położyły lasy w Borach Tucholskich. Przez to pociąg złapał kilka godzin opóźnienia. Potem w Warszawie też nie mogłem kupić biletu na pierwszy, lepszy pociąg, bo przecież rower też musi mieć swoje miejsce. I tak na centralnym spędziłem kolejne kilka godzin. I w końcu po ponad 24 godzinach podróży mogłem pocałować peron w Białymstoku. Byłem zmęczony, ale też bardzo zadowolony, że urlop się udał, mimo niesprzyjających okoliczności ostatniego dnia. To chyba była jednak moja ostatnia tak długa wycieczka rowerowa. Zostanę przy tych na dwa, trzy dni, tych na jeden, ale wakacje w siodełku, kto wie może jeszcze kiedyś, ale nie w najbliżej przyszłości.

środa, 28 lutego 2018

Ku morzy cz.VIII Szczecin

    Poznawanie Szczecina zacząłem jeszcze dnia poprzedniego. Jak już rozbiłem się na campingu to ruszyłem poznawać kawałek Prawobrzeża korzystając ze skrzynek z serii "Mosty nad Płonią". Z pewnością nie jest to część miasta tłumnie nawiedzana przez turystów, ale mimo pewnego zaniedbania całkiem tu ciekawie. Ładny jest kościół p.w. Niepokalanego Poczęcia NMP odbudowany w XIXw . po pożarze z zachowaniem gotyckich murów. Ciekawostką jest mały fragment murów obronnych, bo dzisiejsza dzielnica Dąbie to dawniej było oddzielne miasto. Sporo tu kamieniczek z XIXw. tylko jak wspomniałem szkoda że zaniedbanych. Dobrze odnowione stają się ozdobą okolicy, a ulica na której stoją nabiera niepowtarzalnego klimatu. Niestety to kosztuje, ale mam wrażenie że też jeszcze nie wszędzie docenia się budynki z tamtego okresu. Poza tym dzięki skrzynkom nad Płonią dotarłem do dzikszych terenów Szczecina, ale i zahaczyłem o zawsze mile widziane kolejowe klimaty. A różnych pociągów całkiem tu sporo się przemieszcza.


    Piękny był zachód słońca nad jeziorem, ale długo nie posiedziałem bo komary by mnie zjadły. W nocy nie obeszło się bez burzy, ale już poranek przywitał mnie znów piękną pogodą. Idealny dzień by obejrzeć miasto. Początek mało turystyczny, ale dla mnie niezwykle ciekawy. Długi czas jechałem wzdłuż terenów portowych. Samych nabrzeży nie było widać, ale rozległe bocznice, punkty przeładunkowe to zawsze miły widok, szczególnie z tak egzotycznym dla mnie obrazkiem jak żurawie portowe. Zapuściłem się nawet za jedną ze skrzynek "Tramwaj w Porcie" OP8EBP w zapomniane uliczki, by odkryć tam prawdziwe cudo. Ogromny magazyn z przełomu XIX i XXw. bardziej wyglądający jak długi ciąg kamienic.


    Jak to w czasie pierwszej wizyty nie mogło obyć się bez żelaznych punktów repertuaru. Wały Chrobrego z tarasem widokowym przed Muzeum Narodowym. Spodziewałem się że to miejsce zbudowano z rozmachem, ale nie tego że jest aż tak wielkie. Można poczuć się jak liliput w krainie olbrzymów. Szkoda tylko że widoki popsuły mi jeszcze nie zwinięte pozostałości po jakimś sporym festynie. Oczywiście obowiązkowa wizyta na Zamku Książąt Pomorskich. Średniowieczną fortecę w XVIw. zmieniono na renesansową rezydencję. Jednak zdecydowanie wolę surowy widok cegieł rodem ze średniowiecza. No, ale przynajmniej kolejny zamek wpadł do kolekcji, choć kesz już nie bo po prostu o nim zapomniałem i nie chciało mi się już wracać.


    Ogólnie stary Szczecin bardzo mi się podobał.  Stylowe kamieniczki, stare kościoły, wąskie uliczki to jest to czego oczekuję od ogólnie pojętych starówek i co dostałem. Żeby nie było tak różowo to jedno rozczarowanie. Pamiętam jak w telewizji łączono się z oddziałami terenowymi to była plansza z widoczkiem z danego miasta. Akurat w Szczecinie była to Baszta Panieńska. Za dzieciaka miasto kojarzyłem z morzem (którego tu nie ma) i właśnie tą basztą. Cóż, okazało się że stoi za płotem, obok betonowa estakada, która powoli zaczyna się sypać, a co najgorsze powiesili na niej reklamę. To już był szczyt bezczelności, taką szmatą zniszczyć mi wspomnienia dzieciństwa.


    Stare miasto nie jest znowu tak rozległe by spędzić tu cały dzień. Wobec tego pojechałem na Cmentarz Centralny. Nie ma co ukrywać, że sporo tu skrzynek, ale nawet jak ktoś ich nie zbiera to zawsze warto tu zajrzeć. To największa nekropolia w Polsce, która łączy też w sobie funkcje w parku. Bo wyobrażacie sobie zabrać dziecko na cmentarz żeby sobie pohasało wokół głównej fontanny? Zabrać lubą, by na ławce obok nagrobków szeptać czułe słówka? Mijałem też biegaczy i takich jak ja, którzy wybrali się na rowerową wycieczkę. Zupełnie to tutaj nie razi. W samym środku jest jeszcze fort z początku XXw. więc i miłośnicy fortyfikacji też coś znajdą dla siebie. Z pewnością najbardziej fotogeniczny jest fragment gdzie pochowano pierwszych polskich osadników przybyłych tu po II wojnie światowej. Białe krzyże ustawione na niewielkim pagórku w mniej uczęszczanej części. Nie można też zapomnieć o pomniku Braterstwa Broni. Nowoczesna rzeźba w formie dwóch ogromnych V, które jak doczytałem maja symbolizować skrzydła husarskie. Może i tak, mi sama forma przypadła do gustu. Najbardziej cenię sobie jednak możliwość obejrzenia poniemieckich nagrobków, których trochę się tu zachowało. Niektóre to prawdziwe dzieła sztuki, misternie rzeźbione płaskorzeźby w kamieniu. I te największe pomniki nawiązujące do greckiej architektury, albo do jakiś megalitycznych konstrukcji dawnych ludów.


    Cmentarz jest tak rozległy, że spędziłem tu czas do wieczora. Była okazja by centrum Szczecina przyjrzeć się jeszcze raz tym razem w blasku zachodzącego słońca. Zająłem jak mi się wydawało idealne miejsce na Wałach Chrobrego i rzeczywiście dobrze mi się tu siedziało jak świat powoli wchodził w szarówkę. Czas kiedy wszystko robi się lekko nierealne.
     Teraz jechać spać.