czwartek, 13 lipca 2017

Pod Warszawą (i w stolicy trochę też)

    To miał być jeden wyjazd w zachodnie rejony Warszawy i do miasteczek i wsi z nią graniczących.  Przez pogodę wyszły dwa, z czego się nawet cieszę, zawsze mogłem więcej zobaczyć. Obie wycieczki rowerowe na cały dzień i noc, chciałem wykorzystać wolny czas do maksimum, a tego mi niestety brakuje.
    Pociąg z Białegostoku miałem o 9 i paręnaście minut po jedenastej byłem już na Dworcu Zachodnim. Skład ciągnęła pomarańczowa lokomotywa EP08 na co nie zwróciłbym uwagi, gdybym na twarzoksiążce nie zauważył, że cieszy się ona dużą popularnością wśród miłośników kolei. Pewnie przez ten kolor, bo przecież malowanie PKP to odcienie niebieskiego. Keszowanie zacząłem od paru keszy niedaleko dworca, poświęconych piwu. Temat o tyle mi bliski, że bardzo lubię ten złocisty napój. Fajne, proste skrzynki w miejscach w które bym się w życiu nie wybrał. Typowe przytorowe tereny, jakieś magazyny, działki, domy w nienajlepszym stanie, czyli wszystko co miasta starają się ukryć. Zresztą ten wyjazd nie obfitował w widoki powalające na kolona. Na rogatkach Warszawy przywitał mnie widok, który stał się dla mnie symbolem wyjazdu. Pole uprawne, w oddali bloki, a nad tym wszystkim samolot.


    Ursus jak większości Polaków kojarzy mi się z fabryką traktorów. Chyba trzeba zacząć się odzwyczajać od tego skojarzenia. Pierwsze na co wyjechałem to galeria handlowa. Potem resztówka dawnych budynków należących pewnie kiedyś do fabryki. W jednym z nich mieści się dom kultury, obok którego kesz "M-40. Kino Ursus" OP8K1A. Jednak nie oddają one wielkości dawnych zakładów, na terenie których uliczki miały nawet swoje nazwy. Podejrzewam że z czasem jedyną pamiątką po fabryce będzie niewielki obelisk upamiętniający wydarzenia z czerwca 1976r. kiedy robotnicy zaprotestowali przeciw drakońskiej podwyżce cen na żywność.


     W Pruszkowie oprócz skrzynki "Nerka Prezesa (na Broadwayu)" OP6E52 dłużej zatrzymałem się przy pomniku poległym we wrześniu 1939r. Niewysoki murek doskonale nadał się na mały odpoczynek i obiad. Pokręciłem się jeszcze po okolicznych miasteczkach: Piastów, Brwinów, Milanówek, ciężko czasem zorientować się gdzie się jest, bo z mniejszymi wioskami tworzą prawdziwą mozaikę. I tak sobie jadąc niespiesznie rowerem dotarłem do pierwszej, prawdziwej atrakcji, którą nadaje się nawet do zwykłych przewodników turystycznych. Mowa tu o drewnianym kościele w Izdebnie Kościelnym z XVIIIw. a odbudowanym po pożarze w 1992r. Lubię takie małe, drewniane kościółki, są niezwykle urocze, a szczególnie gdy tak jak ten otoczone są starymi lipami. Do tego na tyłach świątyni można obejrzeć stary, przykościelny cmentarz z niewielką ilością zachowanych nagrobków, ale wszystkie warto obejrzeć.


    Jak przy kościele spędziłem miłe chwile, tak przy skrzynce "Bramki- opuszczone gospodarstwo" OP88L4 już długo nie zabawiłem. Miejsce całkiem malownicze, opuszczony dom wśród gęstej zieleni. Widać, że nie mieszkał tu biedny rolnik, może była tu nawet namiastka dworu. Jednak miejsce nie nastraja do długich odwiedzin, jakby kryło jakąś mroczną tajemnicę. Gdybym szukał schronienia na noc, omijałbym ruiny gospodarstwa z daleka.


    Kolejną miłą rzeczą w czasie keszowania wokół Warszawy jest gęsta sieć linii kolejowych. Bliżej Warszawy natykałem się głównie na pociągi regionalne, ale czym dalej to akurat miałem to szczęście, że spotkałem głównie dalekobieżne. Chociaż mogło to się wiązać z popołudniowym szczytem, kiedy ludzie załatwiwszy swoje sprawy w stolicy wracali do domów, a kolej odpowiada na ich potrzeby. Jednak nic tak nie cieszy jak zobaczenie pociągu towarowego. Być może przez niewielką prędkość, ogromną masę i spory hałas jaki tworzą wydają się bardziej majestatyczne od lokomotywy z kilkoma lekkimi, pasażerskimi wagonami. Przynajmniej ja to tak odbieram.


    Po znalezieniu kesza" DPS Bramki" OP817L chciałem jeszcze poszukać tego obok w leśnym uroczysku. Ale przez błota i pokrzywy nie znalazłem drogi i nawet się nie zbliżyłem. Po wyjściu z krzaków zamyśliłem jechać po kolejnego z listy, ale niebo od południa za bardzo mi się nie podobało. Już od dłuższego czasu słychać było pomruki burzy, a widnokrąg robił się coraz bardziej granatowy. W swej naiwności myślałem, że może pójdzie bokiem. Jednak nie i jak tylko skryłem się pod przystankiem, nagle poszarzało, na niebie widać było linię przesuwającego się frontu, a potem się zaczęło. O tych burzach potem w necie poczytałem, jakie straty przyniosła. A ja w jej czasie miałem strach w oczach, szczególnie jak tuż obok walnął piorun, a między błyskiem a grzmotem nie było różnicy. Głośny, suchy trzask aż uszy zabolały.


    Przestało padać więc hajda po zaplanowaną skrzynkę "Dworek w Starym Łuszczewku" OP8CX3. Wysokie trawy, krzaki i już po chwili miałem przemoczone buty, ale co tam, skrzynka najważniejsza. I nie wiedzieć kiedy przyszła kolejna tura burz. Jak dobrze że kawałek dalej był kolejny przystanek, gdzie znów znalazłem schronienie przed deszczem. Tym razem jak się rozpadało to na dobre i spędziłem tam kilka godzin. Zabawa na całego, deszcz leje, pioruny biją, ja jem kolację i zastanawiam się czy do rana przejdzie. Na szczęście około północy przestało i postanowiłem jechać już na Warszawę po  drodze robiąc parę skrzynek. Najpierw "Dworek Rochale Wielkie" OP8CX2 gdzie miałem wspaniały spektakl. Na horyzoncie, nad Warszawą niebo co kilka sekund rozjaśniały pioruny. Wyglądało to jak na filmach wojennych gdy nocą artyleria prowadzi ostrzał. Wiem, że żywioł dał się tej nocy we znaki, ale ja patrzyłem jak urzeczony na te groźne piękno.
    Keszowanie po nocy ma jedną, wielką wadę. Zazwyczaj nie widać tego co opisują skrzynki. Jak jeszcze zabytek, pomnik czy co tam jeszcze jest podświetlone, to pół biedy. Ale zwykły dworek zamieszkiwany do dziś, zza parkowych drzew nawet nie widać gdzie stoi. Albo łażenie nocą po cmentarzu po nazwisko z nagrobka, które jest hasłem do logu. Zmarłych nie ma co się bać, ale trafi się jakiś patrol i z tego nie dałoby się wytłumaczyć. I nieoczekiwanie dla mnie samego z wszystkich nocnych skrzynek, których najwięcej znalazłem w Błoniach najbardziej podobała mi się "Prywatny wiadukt" OP8CXJ, który opisuje przejazd między halami magazynowymi których jest tu ogrom. A to dlatego że fajnie mi się jechało między wielkimi magazynami. Koła przyjemnie szumiały na asfalcie, przy niektórych magazynach toczyło się życie w zwolnionym tempie, jak to w nocy, a niektóre place manewrowe zamieniły się w wielkie jeziora. Z jakiegoś powodu urzekł mnie ten klimat, albo po prostu ze zmęczenia byłem jakby na haju i gdziebym nie był to na wszystko by mi się podobało.
    Po Błoniach nic już nie znalazłem, mimo, że przejeżdżałem nawet 50m. od skrzynki. Jakoś  nie chciało mi się zatrzymywać, tak wspaniale pedałowało mi się przez podwarszawskie miejscowości, a potem samą stolicę. Musiałem przez to czekać długo na dworcu na pociąg, ale ogólnie byłem zadowolony. I już wtedy wiedziałem że trzeba wrócić jak najszybciej, bo takie opuszczone skrzynki to normalnie grzech. I znów z braku czasu jedyne wyjście to poświęcenie prawie doby na wycieczkę.
    Początek to dobrze znane klimaty Alei Jerozolimskich, Popularnej czy Świerszcza. Tym razem w Ursusie trochę inny zestaw skrzynek. Jeden z tutejszych dworców mogłem poznać z nieco brzydszej strony, zaniedbanej i odrapanej tak że aż pięknej. Teren po byłej fabryce traktorów zobaczyłem teraz od innej strony czyli od ul. Posagu 7 Panien. Nowe bloki, biurowce i jeszcze czasami gdzieś zapomniane resztki budynków przemysłowych, albo wielki plac na którym nikt nie zaczął jeszcze inwestycji, ale pewnie już niedługo.


    I znów intrygujący zestaw Piastów, Pruszków czy Brwinów. Trochę się najeździłem rowerem po osiedlowych uliczkach tych miejscowości, oczywiście po kesze, chłonąc leniwy klimat podwarszawskich satelitów. W czasie mej keszerskiej kariery nauczyłem się jednego: nie ma słabych miejsc, najwyżej kesze są słabo opisane. Chociażby taki kesz "Nietypowa mapa" OP8HY6 obok przepompowni ścieków, gdzie zresztą czuć charakterystyczny zapaszek. Niby nic wielkiego, ale czytając opis czuć, że robiła go osoba która kocha miejsce w którym mieszka, może skąd pochodzi, itd. Włożyła w to serce, a ja lubię słuchać historii opowiadanych przez pasjonatów, nawet jak nie znam się na temacie który jest opowiadany.
    Tym razem nie obyło się bez urbexu, co cieszy bo lubię takie klimaty. W Kłudzienku był kiedyś jakiś instytut rolnictwa. Pod inną nazwą działa do dziś, przez co większość budynków dotrwała do dzisiaj w dobrym stanie, a niektóre wciąż są używane. Pierwsze co zwraca uwagę to wielki, zielony napis WYSTWA na jakimś magazynie. Widać że pochodzi z lepszych czasów, ale do dzisiaj nieźle się prezentuję. Jedyny opuszczony budynek to kotłownia z keszem "Stara kotłownia" OP0A01. Skrzynka była na zewnątrz, ale że można wejść to zwiedziłem wnętrza. Jest nawet wyjście na dach, czego nie mogłem sobie odpuścić, bo to zawsze jedna z niewielu okazji spojrzeć z jakiegoś wyższego punktu.


     Po dotarciu do Błonia odpocząłem na tamtejszym rynku w jednej z restauracji. Można poprosić tam obsługę o kesza "Błonie Rynek" OP4D2F. Jako, że nie lubię wpadać do takich miejsc jak po ogień, wpisać się do kesza i uciekać to zamówiłem kawę i deser lodowy. Pyszności, ale nawet to nie przekonało mnie do keszy przy których trzeba wchodzić w interakcję z nieznanymi ludźmi. Sam rynek z dominującym ratuszem ładnie odnowiony, jest fontanna, trochę zieleni, pomniczek, typowo ale miło. W samym Błoniu czekały mnie jeszcze dwie skrzynki. Jedna przy cmentarzu żydowskim "Cmentarz żydowski" OP25E3. Od założenia kesza pojawiło się tu nowe ogrodzenie, co z jednej strony smuci bo nie ma jak wejść, a z drugiej cieszy bo chroni go to przed wandalami. Po drodze na kirkut minąłem kościół mariawitów. Ani z daleka, ani z bliska nie prezentuje się najlepiej. Z daleka przypomina jakiś magazyn i tylko zamarkowana wieża z krzyżem świadczy, że to świątynia. Z bliska też nie lepiej i widać, że budynek wymaga remontu.


    Pod samym Błoniem, jako że zbliżała się moja zwyczajowa pora kolacji, pomyślałem że idealnym miejscem na rozłożenie się będą okolice kesza "Grodzisko - Błonie" OP2794. I byłoby to świetne miejsce, szczyt obwałowań starego grodu, gdzie można by usiąść na trawie i wyciągnąć co tam sobie w sakwach wiozłem. Było tylko jedno ale, czyli komary. Nie jakieś pojedyncze sztuki trochę się naprzykrzające, ale dzikie hordy. W ramach eksperymentu nie odpędzałem ich z jednej ręki i po chwili już do mojej krwi dobierało się kilkanaście sztuk, a następne się na to szykowały. Niedawno miałem okazję iść po kesza w środku bagien Biebrzy, gdzie w błocie zapadałem się po kolana, ale nawet tam, w królestwie różnych żądlących miałem większy komfort. Czym prędzej ewakuowałem się spod grodziska.


    Część drogi wypadło mi po DK92, czyli po starej drodze łączącej Warszawę z Poznaniem. Niby wybudowano autostradę, ale ruch nadal tu ogromny. Całe szczęście są szerokie pobocza, a czasami chodniki połączone z drogami rowerowymi. Rad, nierad tutaj na jednym z przystanków posiedziałem chwilę i w końcu zjadłem kolację. A jadąc tą drogą, mimo pewnych niedogodności, to zawsze da się wypatrzyć coś ciekawego. Tym razem moją uwagę zwrócił most nad Utratą. Jak się okazało pochodzi jeszcze z 1929r.


    Całe szczęście dość szybko zjechałem z "krajówki" i znów mogłem przyjemnie pedałować po dróżkach lokalnych. Ciężko czasem było się zorientować w jakiej jest się wsi, ale to sprawa drugorzędna. Najważniejsze że dłuższy czas spędziłem przy linii kolejowej. Tego dnia nie trafiłem na żadną towarówkę, ale osobowych było sporo. Przez to delikatne niebezpieczeństwo pojawiło się przy keszu "Sabotażowy most na Utracie" OP4231. Skrzynka jest na zachodnim brzegu, a najlepsza droga jest od wschodu i siłą rzeczy trzeba z mostu skorzystać. Jest pewien problem, bo pociągi wyłaniają się tu zza nieodległych zakrętów, a prędkości osiągają znaczne. Z tym niebezpieczeństwem to bez przesady, wystarczyło na chwilę przestać myśleć o niebieskich migdałach i szybko przedostać się na drugi brzeg. Niedaleko tego kesza, przy cmentarzu na skraju Wolicy moją uwagę zwrócił wysoki, drewniany, polny krzyż. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że na Mazowszu nie spotykałem ich tak wiele. Kapliczek całkiem sporo, ale krzyży właśnie brak, albo to ja jakoś mniej zwracałem do tej pory na nie uwagę. Następnym razem zweryfikuję swoje wrażenia.


    Do Warszawy dotarłem akurat jak już zmierzchało. Wskoczyłem w długie ciuchy przy keszu "CPN lokomotywowni" OP4E25 (swoją drogą ciekawe czy młode pokolenie mówi jeszcze na stacje paliw "cepeen"). Tutaj zrezygnowałem z kilku zaległych skrzynek przy torowiskach na Odolanach. Już ten pierwszy kesz wprowadził wystarczająco ponury klimat i wizualizacje nocnej rzeczywistości w której grasują dewianci, kolejowi złodzieje i SOK. Jak dla mnie mieszanka zbyt wybuchowa.
    W ten sposób wczesną nocą trafiłem na Cmentarz Wolski i Park Powstańców Warszawy po kesza "Polegli Niepokonani" OP38D4. Zdarzyło mi się kiedyś być obok, ale aż dziwne, że nie doczytałem jakie ciekawe miejsce mijałem. Z pewnością trzeba tu będzie zawitać jeszcze za dnia, bo po ciemku niewiele widać. Za to przypadkowo trafiłem na wystawę poświęconą ofiarom powstania. Na podświetlonych słupach umieszczono ponad 57tyś, nazwisk cywilnych ofiar. Szczególnie niesamowicie to wygląda jak przez dalsze słupy przechodzi jakiś człowiek. Widać tylko niewyraźną sylwetkę, niczym ducha którego prochy leżą w nieodległych zbiorowych mogiłach.


    Bardzo wesoło zrobiło mi się przy keszu "[RuMAK] Młyny wiatrowe Warszawy" OP8KUZ. Samotny rowerzysta, 200km. od domu, w środku Lasku na Kole, gdzieś o północy i do tego wspina się na drzewo. Moim zdaniem sytuacja tak absurdalna, że uśmiechnąłem się sam do siebie. Na szczęście dalej było już bardziej standardowo. Skrzynki pochowane przy ulicach i w parkach. Niby łatwiej ich szukać bo nie przeszkadzają tłumy, ale czasem samotny człowiek czuje się jak na patelni, jedyny człowiek w zasięgu wzroku.
    Nieoczekiwanie dla siebie samego nad ranem dotarłem pod Warszawską Syrenkę. Tę najsłynniejszą, znad Wisły, przy moście Świętokrzyskim. Niby jeden z żelaznych punktów wycieczek do stolicy, ale mnie tu jakoś nie przywiało do tej pory. Dobrze się złożyło, że to był ten czas. Słońce dopiero powoli się budziło, przemykały pojedyncze niedobitki po nocnych baletach, a pracownicy oczyszczania miasta sprzątali głównie butelki. Nawet bym nie pomyślał, że odgłos tłukących się o siebie butelek nad ranem to taki nierealny dźwięk. Jeden z przyjemniejszych momentów tej wycieczki to było tu posiedzieć, w tym otoczeniu.


    Jako że był to piątek w pociągu do Białegostoku było sporo rowerzystów, jadących jednak dalej bo skład leciał aż do Suwałk. Całe szczęście by specjalny wagon rowerowy i wszyscy się bez problemu pomieścili. Ja że miałem miejscówkę to się wygodnie rozsiadłem i prawie całą drogę przespałem. Zmęczony, ale jak to po każdej wycieczce byłem niezwykle zadowolony. Trzeba przyznać, że Mazowsze dal takiego rowerzysty jak ja to prawdziwy raj. Większość dróg asfaltowych, nawet tych mocno lokalnych. Do tego brak górek, więc można sobie pedałować jednym tempem, byle deszczu i wiatru w twarz nie było, a jeździć można sobie nawet kilkanaście godzin.

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Esełka, czyli krew, pot i łzy

    Już od kilku miesięcy chodził mi po głowie pomysł wybrania się na "esełkę" ze Skierniewic do Czachówka. Pomyślałem, że najwygodniej będzie rowerem, boczne dróżki, ścieżki i nie taka duża odległość, akurat na półtorej dnia wolnego jakie miałem. I jak zaplanowałem tak zrobiłem. O 7 rano wyjechałem z Białegostoku, a że miałem pociąg bezpośredni to już o 10 zameldowałem się w Skierniewicach. Po wyjściu z wagonu od razu zabrałem się za kesza "S-Ł: Skierniewickie dworce" OP73C1. Dużo cyferek do zebrania, więc potem siedząc na ławce zastanawiałem się czy gdzieś się nie pomylę, ale od razu wyszedł mi prawidłowy wynik. Naprawdę warto pozbierać te cyferki przy okazji dokładnie oglądając sobie dworzec. Z pewnością jeden z ciekawszych jaki widziałem. Zbudowany w stylu neogotyckim, czyli takim jak lubię, w środku wyremontowany, ale pozostawiono drewniane, skrzypiące drzwi, które nadają charakteru. I wisienka na torcie czyli sgraffito, spadek po socrealizmie, który jednak nabrał szlachetności. Jak dobrze że dzieło nie zniknęło pod tynkiem, jak to się stało chociażby z kilkoma pracami w Białymstoku. Małym minusem jest nieczynna fontanna przy toaletach, jakoś nie pasuje do tego miejsca i wydaje się niedbale wykonana. No i kładki nad torami. Owszem są windy, ale trochę za ciasne na rower z sakwami (niby wchodzi, ale na sztorc) i przez to wolałem śmigać z rowerem po schodach.


    Po dworcu postanowiłem podjechać do opuszczonego garnizonu. Miałem nadzieję na znalezienie dwóch skrzynek. I z keszem "Magazyn mundurów" OP5C73 poszło mi sprawnie. Od czasu mojej ostatniej wizyty ktoś odbił dyktę i można znów wchodzić do środka. Typowy carski budynek wojskowy. Grube, ceglane mury, łuki i nic poza tym. I właśnie ta surowość z tym, że było w miarę czysto, a po podłodze nie wala się gruz, zrobiła na mnie największe wrażenie. Chciałoby się by wszystkie opuszczone budynki tak właśnie wyglądały. Miałem nadzieję jeszcze na "Vault 13". Wiedziałem gdzie mniej więcej jest finał, bo w końcu już byłem w odpowiednim schronie. Ale tym razem diabeł ogonem nakrył i dobrych kilkanaście kręciłem się po krzakach i nie znalazłem. Odpuściłem jak już uznałem że więcej oparzeń pokrzywą nie wytrzymam. Może jeszcze wrócę jak już zielono nie będzie, to pewnie namierzę.


    Na obrzeżach Skierniewic czekał na mnie kesz "S-Ł: Skierniewickie bocznice" OP7628. Pewnym problemem jest to że część bocznic została rozebrana. Porosły na tym krzaki, jakieś wysokie trawy, początkowo nawet da się jechać z rowerem, ale w końcu trzeba go prowadzić. Nieźle się spociłem nim się przebiłem, na szczęście kesz szybko znaleziony, a czas umilały przejeżdżające pociągi, których tu sporo. Postanowiłem iść na wschód, zamiast wracać znanym śladem. I to był największy błąd. Znów wysokie trawy, osty, usypane górki z zebranego tłucznia z rozebranych bocznic, ale jakoś dotarłem do przejazdu kolejowego i regularnej drogi. Na mapie lepiej to wyglądało, bo zdjęcie satelitarne obiecywało ścieżkę, ale widocznie było stare i już nic tu takiego nie ma. Pewnie na którymś z kolców złapałem gumę, ale taką malutką, że dziurki nie znajdziesz, a powietrze schodzi niezwykle powoli. No to dawaj wymieniać dętkę. I tu zobaczyłem, że nie zabrałem takiej z długim wentylem, jaka pasuje mi do tylnego koła. No to w internet, sklep rowerowy w Skierniewicach, dojazd, zakup, wymiana i była godzina 14, a ja nie wyjechałem ze Skierniewic. No to usiadłem zjeść obiad i zastanowiłem się co robić. I tu odezwała się moja część mózgu odpowiedzialna za myślenie zadaniowe. Oj nie zobaczysz ty Psikiszku za wiele esełki, czasu już mało, a za urlop na żądanie w okresie wakacyjnym to regulamin przewiduje dyby i chłostę. Ale od czego jest auto, przyjemność ta sama, bo lubię jeździć wszystkim co ma koła, a od skrzynki do skrzynki szybciej się przemieszczę. Jak pomyślałem tak zrobiłem i już po godzinie z powrotem siedziałem w pociągu do Białegostoku, gdzie się tylko przespałem w domu i rano ruszyłem znów na szlak.
    Zacząłem od wysokiego C i to nie tylko w przenośni, ale naprawdę. Kesz "S-Ł vs wiedenka" OP7627 wprowadził mnie w lekkie oszołomienie. Ja mam tam wleźć? Pewnie się pośliznę i koncertowo zlecę w dół. Ale już po paru szczebelkach wszystkie obawy zniknęły i spokojnie szedłem sobie jak po drabinie, spoglądając to w górę to w dół, co u mnie oznacza, że czułem się wręcz komfortowo. Przy keszu to można sobie nawet usiąść wygodnie i w spokoju podziwiać widoki. Szkoda, że żaden towarowy się nie napatoczył, ale osobowych naprawdę sporo, bo w końcu trwał poranny szczyt, który jak widać obowiązuje i na torach.


    Nie oddalając się zbytnio od torów znalazłem kilka keszy spoza ścieżki esełkowej. Tak to wpadł jeden o działaniach wojennych na tych terenach z okresu I wojny światowej. Kto wie czy jesienią się tu nie wybiorę, by podążać śladami historii. Najbardziej szkoda mi nieznalezienia skrzynki przy młynie w Rawie, ale akurat rozłożyli się tam robotnicy drogowi. A młyn imponujących rozmiarów i do tego z drewna, miło że przetrwał do naszych czasów.



    Powrót na esełkę i znów trudności. Tym razem przy keszu "S-Ł: Posterunek odstępowy Kamion" OP731E. Zaparkowałem przed znakiem zakaz ruchu i poszedłem 400m. choć można było podjechać, ale wolałem nie kusić losu. Posterunek dzisiaj to ruina bez dachu. Najpierw go obszedłem, zajrzałem do środka szukając optymalnej drogi na poddasze z keszem. W końcu uznałem, że najlepiej będzie w jednym z miejsc gdzie było okno. Praktyka wykazała, że to jednak nienajlepsze miejsce. Blaszki po rynnach, które wydawały się świetnymi uchwytami raczej nie utrzymałyby mojego i tak niewielkiego ciężaru. Po kolejnym obejściu budynku doszedłem do wniosku, że jednak optymalnie będzie przez dawne wyjście na poddasze. Co prawda drabiny nie było, ale na szybko zaimprowizowałem nową. Z worków z śmieciami i nadproża zrobiłem podest z którego już pewnie mogłem chwycić brzeg otworu i przy akompaniamencie jęków jakoś się wydźwignąłem. Po wpisie została jeszcze kwestia zejścia. Tym razem trochę szybciej, ale i tak po tym keszu mam jeszcze pamiątkę w postaci mocno obdartego łokcia. Najbardziej żałuję tego, że mimo sporego czasu jaki tu spędziłem, nie doczekałem się żadnego pociągu, a miejsce na fotkę z poddasza bez dachu było idealne.


    Bardzo urzekły mnie wszelkie przejazdy. Dziś się je raczej likwiduje. Coraz szybsze pociągi sprawiają, że te malutkie, na których z względów ekonomicznych nie montuje się szlabanów idą pod nóż. Na szczęście nie dotyczy to esełki. Pociągi towarowe nie osiągają zawrotnych prędkości, więc mamy wciąż przejazdy w ciągach niewielkich, gruntowych dróg. Choć jak się przekonałem, jadąc autem nieraz trzeba niezwykle uważać. Szczególnie jak tory idą w wykopie to nie mamy dalekiego widoku na ewentualny pociąg. Mimo że podobały mi się wszystkie skrzynki przejazdowe, to jednak dwie będę pamiętał szczególnie. Jeden przy keszu "S-Ł: Przejazd na zadupiu #2" OP7462, gdzie możemy odwiedzić opuszczoną chatkę. Niby jedna z wielu, ale przez pozostawione artefakty panuje tu atmosfera smutku nad przemijaniem. Człowiek się stara, gromadzi i pstryk nagle znika, tak naprawdę nic po sobie nie pozostawiając. Z tych niewesołych myśli wyrwał mnie pociąg, który akurat pojawił się zza krzaczka. Natomiast druga wspomniana skrzynka to "S-Ł Przejazd na zadupiu #1" OP738C. Tutaj akurat przejazd jest wyjątkiem, bo został zlikwidowany. Zostały po nim znaki stopu, przez co miejsce wygląda trochę surrealistycznie.


    Na esełce zbyt dużo stacji nie ma, ruch osobowy zawsze miał tu drugorzędne znaczenie, dziś na większej części w ogóle go nie ma. Szkoda że nawet przystanki wyglądają tu gorzej niż w części na wschód od Wisły. Tam jak mogłem się przekonać zostały jeszcze tablice z nazwami, tym razem ich prawie nie uświadczyłem. Zostały tylko na stacjach i to w stanie agonalnym. Za to właśnie na jednej z nich, w Puszczy Mariańskiej esełka w końcu się odczarowała. Akurat tak się złożyło, że wszystkie wcześniejsze kesze przy tej linii obyły się bez pociągów. Tu od razu dwie lokomotywy luzem, SM42 i ET22, czyli typy chyba najbardziej popularne, ale niezmiernie się ucieszyłem. Jeszcze jako bonus przetoczył się skład węglarek ciągnięty przez ET22.


    Kolejną atrakcją były wszelkiego rodzaju przepusty, mniejsze i większe, ale wejście do każdego dostarczyło miłych wrażeń. Dzień był dość gorący, a w środku przepustów panuje miły chłodek. Jakoś w żadnym wypadku nie spieszyło mi się by je opuszczać. Był jednak przepust, który miał inne pod sobą, czyli "S-Ł: Przepust pod Tarczynem #1" OP3746. Płytka i czysta rzeczka Tarczynka przepływa tu wysokim, jajowatym przepustem. By dojść do skrzynki trzeba iść nurtem. Może w zimne dni, jak się nie ma kaloszy to niezbyt ciekawe doświadczenie, ale w ten ciepły dzień to była rozkosz. Mogłem spłukać kurz z prawie całodziennego keszowania i ślady krwi z zadrapań jakich nabawiłem się szczególnie na nasypach kolejowych, które zazwyczaj porastają kolczaste rośliny.


    W esełce podobało mi się jej oddalenie od wielkiej cywilizacji. Przez to skrzynek można szukać w spokoju. Jak tylko zawitałem do większego ośrodka w postaci Mszczonowa, od razu pojawił się problem. Chciałem wyciągnąć mobilniaka "S-Ł: ET22" OP74E5, ale jak zabrałem się do szukania to  w cieniu pobliskich krzaków zaparkował samochód pracowników PKP Cargo i najwyraźniej na coś mieli długo czekać bo się wygodnie rozłożyli. Myślałem że ich przeczekam, zajadając w międzyczasie obiad, obserwując dwa składy które się przetoczyły, zrobiłem fotki stacji i lokomotyw które stały na bocznicy, ale oni ciągle stali. Pojechałem więc zrobić inną skrzynkę i jak wróciłem, to auto wciąż stało na szczęście już puste. Tym razem nie żałowałem że byłem autem, bo te kilka dodatkowych kilometrów to nic.


    Ciekawymi miejscami były skrzyżowania torów. Tam gdzie esełka krzyżuje się z CMK możemy obejrzeć ciekawy wiadukt. Szeroki z miejscem na dodatkowy tor, tylko zastanawia mnie, że nasyp zaraz za nim się zwęża i już ten tor nie miałby miejsca. Może to tylko zabezpieczenie na wypadek uszkodzenia jednej strony przejazdu? Świetne miejsce, ale jeszcze lepsze było przy keszu "S-Ł vs kolejka grójecka" OP3743. Górą, wiaduktem idą tory esełki, a dołem zapomniana linia wąskotorówki. No może nie całkiem zapomniana, bo na odcinku Piaseczno - Tarczyn wciąż jest czynna i są przejazdy turystyczne, ale tu gdzie jest skrzynka to nawet wszystkich szyn nie ma. Bardzo lubię takie zapomniane linie, czasem nawet z całkowicie zwiniętymi torami. Chyba nawet bardziej niż szlaki wciąż używane. Szkoda tylko, że pogoda się zepsuła i lekko siąpiło, ale całe szczęście burza która dawała znać o sobie grzmotami przeszła bokiem.


    Czas się zbliżać ku końcowi tej opowieści. Jeszcze tylko ostatnia skrzynka "S-Ł: Czachówkowski Węzeł Kolejowy" OP8G40, gdzie największą atrakcją jest tajemniczy obiekt. Wygląda jak schron, tylko wejście ma nietypowe, bo przez klapę z góry. I wciąż pozostaje dla mnie tajemnicą, bo na wejściu założono solidną kłódkę. Przy tym keszu akurat zaczęło się ściemniać, więc czasowo wyrobiłem się idealnie. Nie opisałem oczywiście wszystkich keszy, ani nie zachowałem jakiejś skrupulatnej chronologii, ale nie ma co zanudzać. Jestem niezwykle zadowolony, że w końcu dane mi było tak dokładnie poznać esełkę. Wiele sobie po tutejszych skrzynkach obiecywałem i przy żadnej się nie zawiodłem. To z pewnością wymagająca seria, ale dawno nie miałem tak dobrej zabawy jak tutaj. I aż żal że te kilka sztuk, które pozostały to quizy których nie dam rady rozwiązać, lub zadania których z moją sprawnością sam wolałem się nie podejmować. Z drugiej strony jakby ktoś zaproponował wycieczkę po tych samych skrzynkach, nawet minuty bym się nie zastanawiał i jeszcze raz wrócił na szlak.

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Z Bugiem

    Okres wakacyjny to gorący czas w pracy i ciężko mi się wyrwać bez urlopu. Dlatego mając w perspektywie dwa dni wolnego postanowiłem ruszyć na wycieczkę mimo, że skończyłem nocną szychtę i powinienem raczej odsypiać. Samochodem dojechałem do Mielnika, a stamtąd już dalej rowerem. Plan był na dojechanie do Terespola jednego dnia i powrót następnego, co udało się całkowicie.
    Na samym początku ciekawa atrakcja, czyli przedostanie się na drugi brzeg Bugu promem o napędzie ręcznym. Chwilę to trwało, bo prom bardzo leniwie pokonuje rzekę. Mi to nie przeszkadzało, przecież nigdzie się nie spieszyłem, a była okazja rozejrzeć się wokół z perspektywy Bugu. Niestety na drugim brzegu czekało mnie małe rozczarowanie w postaci braku kesza "Prom w Zabużu" OP8JT5. Nawet następnego dnia gdy byłem tu po raz drugi, dzwoniłem do poprzednich znalazców, bo może coś przegapiłem, niestety raczej potwierdzili moje przypuszczenia.


    Właśnie na drugim brzegu Bugu rozpocząłem swoją prawdziwą wycieczkę. Nie ujechałem daleko i zaraz kolejny kesz przy dworku, przerobionym na hotel, taki ekskluzywny. Nie wiem jak w środku, ale z zewnątrz odnowiony zgodnie z duchem czasu w którym powstał. A za dworem może z kilometr kolejny kesz, tym razem przy punkcie serwisowym. Na gęstość skrzynek nie ma co narzekać.
    W Serpelicach pierwsza skrzynką jaką znalazłem była Pocztówka z Serpelic" OP8KBK. Schowana na tyłach ośrodka wypoczynkowego całkiem niedaleko Bugu, kilkanaście metrów od brzegu. Akurat trafiłem na spływ kajakowy, więc mimo wszystko wolałem przeczekać. Trochę mnie zazdrość wzięła, bo pogoda była optymalna na jednodniowy spływ, no ale nie można mieć wszystkiego. Wracając do tytułu kesza to nawiązuje do pocztówek jakie się kiedyś wysyłało z wakacji. Obrazek z miejsca gdzie byliśmy, na odwrocie z dwa zdania z pozdrowieniami, ale wydaje mi się że dostanie takiej pocztówki było bardzo miłe. Na pocztówkach z Serpelic pewnie był głównie Bug i lokalne ośrodki. Jadąc zwróciłem uwagę, że od czasu komuny większość z nich się niewiele zmieniła. Taki skansen z czasów funduszu wczasów pracowniczych.


    Oprócz ośrodków i Bugu atrakcją Serpelic jest Kalwaria Podlaska. Kolejne stacje Drogi Krzyżowej wiodą nas przez las. Mnie akurat bardziej prowadziły punkty multaka "Kalwaria Podlaska" OP8L9E. Najgorzej było na leśnych dróżkach, bo niestety sypki piasek dawał się we znaki. całe szczęście dużo jeżdżenia nie było i tego kesza da się zrobić nawet na piechotę. Szczególnie polecam historię powstania tego miejsca, a lektura jak to ksiądz Adam Krajewski musiał radzić sobie w czasach PRL jest fascynująca. Niezależnie od naszego stosunku do religii, opowieść jest uniwersalna, że jak się ma prawdziwą ideę to napotykane przeszkody wydaja się mniejsze i do przejścia.


    Kolejny postój w Gnojnie przy tamtejszych keszach. Warto zwrócić uwagę na nazwy miejscowości nad Bugiem: Gnojno, Stary Bubel, Zaczopki to chyba te ciekawsze. Niestety w Gnojnie kesza przy kościele nie mogłem szukać bo akurat trwała msza, ale tego przy promie "GNOJNO-przeprawa promowa" OP8H3J jak najbardziej. Trzeba uważać czy akurat tego dnia ten prom kursuje, bo na drugi brzeg można dostać się tylko w dni nieparzyste. Na szczęście ja nie miałem takiej potrzeby i tylko posiedziałem na tutejszym MOR-ze. A, muszę wyjaśnić że do Terespola jechałem szlakiem rowerowym Green Velo, a MOR to miejsce obsługi rowerzystów. Są to drewniane wiaty z ławkami i stolikami, dodatkowo stojaki na rowery, czasem punkt serwisowy z podstawowymi narzędziami do samodzielnej naprawy drobnych usterek. Tutaj MOR mocno się rozrósł, chyba był największy jaki widziałem, a jeszcze do tego postawiono logo szlaku, takie na ponad 1,5m. Wszystko to wyglądało całkiem imponująco, ale ja i tak najbardziej zachwyciłem się Bugiem.


    Jadąc dalej podziwiałem piękny krajobraz. Może nie spektakularny, ale przypadł mi do gustu. Warto tu też zwrócić uwagę na budownictwo, szczególnie te starsze, drewniane. Prawdę mówiąc to jak zauważyłem bale w domach są łączone na jaskółczy ogon, czyli tak jak i wokół Białegostoku, ale te starsze domy tu zdecydowanie mniejsze. A w Starym Bublu piękny, drewniany kościół z oddzielnie stojącą dzwonnicą. Zbudowany jako cerkiew unicka, przez pewien czas prawosławna, potem neounicka, by skończyć jako kościół rzymskokatolicki. Dobry przykład na skomplikowane dzieje religijne dzisiejszej wschodniej Polski. W turystycznych folderach reklamowych wielokulturowość, tolerancja, jednak jak się tu mieszka to wiadomo, że wystarczy trochę poskrobać a pod tym sreberkiem już tak cukierkowo nie jest.


    Kolejny etap wycieczki przez Stary Pawłów, Janów Podlaski, Werchliś i Zaczopki wspominam jak jeden punkt. Pamiętam że jechałem, robiłem przerwy na kesze, ale chyba mózg po nocnej zmianie postanowił jednak dać sobie na pewien czas wolne. Ograniczył mnie do minimum, pedałowanie, szukanie skrzynek i kilka zdjęć w miejscach które przypadły mi szczególnie do gustu. Gdybym kiedyś kilka razy nie przemierzył tego odcinka służbowo i raz rowerem, to poza tym co mam w aparacie nic bym nie zapamiętał. Na szczęście znów "odpaliłem" w Pratulinie, miejscu skądinąd ciekawym historycznie. Tutaj rozegrał się jeden z tragicznych epizodów z okresu likwidacji kościoła unickiego. Tutejsza ludność, która nie chciała przejść na prawosławie zorganizowała czynny opór w wyniku czego interweniowało wojsko i zostało zabitych 13 osób. Z czasem zyskali status męczenników, a w Pratulinie powstało niewielkie sanktuarium. Zazwyczaj w takich miejscach kościół jest najciekawszym miejscem. Tutaj jednak moim zdaniem warto bardziej zwrócić uwagę na Drogę Krzyżową z rzeźbami naturalnej wielkości, a także na drewnianą mniejszą świątynię. Miałem wrażenie że ten kościółek jest przeniesiony gdzieś z Bieszczad. Co prawda to nie ten styl, ale klimat jak najbardziej, czuje się podobne zagubienie gdzieś na końcu świata. No może ten drewniany płotek wokół tak na mnie zadziałał.


    Z pewnością jednym z piękniejszych miejsc były okolice kesza "KRZYCZEW-kościół" OP8H33. Sympatyczny niewielki, drewniany kościółek otoczony zielenią na brzegu Bugu, który po polskiej stronie jest wyższy. Parę metrów od kościoła stoi słupek graniczny, przy którym jest ścieżka w dół do samej rzeki. A na brzegach wielkie, uschnięte pnie drzew przyniesione tu przez rzekę. Patrząc na zarośniętą białoruską stronę można odnieść wrażenie, że się jest nad jakąś rzeką w dżungli.


    W Neplach i okolicach nastąpiła spora kumulacja skrzynek. Zacząłem od punktu widokowego na Bug i pobliskiego czołgu, który został ustawiony tu jako pamiątka forsowania Bugu przez Armię Czerwoną. Szczególnie ucieszyłem się z kesza "NEPLE - kamienna Baba". Kiedyś jadąc tędy rowerem nie mogłem namierzyć tego obiektu, a teraz dzięki OC trafiłem tam bez problemu. Myślałem, że kamienna baba jest mniejsza, lekko wystająca z trawy, a to spory kawał obrobionego kamienia w kształcie krzyża. Jest tylko jeden problem, nie do końca wiadomo czym to jest. Przyjmuje się, że wyciosano ją w XVw., ale trwają spory czy kształt krzyża to solarny symbol pogański, czy mamy tu już do czynienia z krzyżem chrześcijańskim.


    Chwilę pokręciłem się jeszcze po Neplach nad uroczą rzeką Krzną i ruszyłem do Terespola. To był cel mojej przejażdżki na ten dzień. Jednak jeszcze w miasteczku czekają na mnie cztery skrzynki z czego znalazłem tylko jedną, "Terespol - prochownia OP8H2W. Przy kościele i cerkwi nie mogłem szukać przez ludzi, a ta przy cmentarzu prawosławnym zaginęła. Fajnie, że udało mi się dotrzeć do prochowni w której jeszcze nie byłem. Co prawda zamknięta, ale i z zewnątrz warta zobaczenia, a szczególnie betonowe słupki przed nią z jakimiś rosyjskimi oznaczeniami.
    Czas było poszukiwać miejsca noclegowego. Pomyślałem, że może nieźle będzie przy "Twierdza Brześć - Koszary Obronne" OP8913. Najpierw kesz po jednej stronie fortu. Łatwo się tam dostać nie było. Gęste krzaki, część z nich z kolcami, gdyby nie skrzynka to na pewno nie zdecydowałbym się tam wejść. Natomiast z drugiej strony ładna polanka wśród krzaków, które otaczały mnie z każdej strony i tam rozbiłem namiot. Myślałem że może spać wewnątrz fortu i gdyby burza która przeszła tej nocy była silniejsza, to pewnie bym się tam przeniósł.


    Rankiem dnia następnego przywitały mnie szare chmury, ale nie ma tego złego bo temperatura była w miarę optymalna, zresztą potem i tak wróciło słońce. Keszowanie zacząłem od okolicy strzelnicy sportowej, z której dzień wcześniej słychać było strzały z różnych rodzajów broni. Po znalezieniu kesza przy kopcu w Kobylanach czekało mnie łażenie po ciemnych wnętrzach fortu w poszukiwaniu skrzynki "Snuffer- Fort Kobylany" OP011B. Rower zostawiłem przy jednym z wejść bo już nie chciało mi się go ciągać po leśnych ścieżkach i poszedłem do wejścia wskazanego przez kordy. Samotne łażenie po mrocznych korytarzach dostarczyło mi trochę dreszczyku emocji. A nuż coś wyskoczy z bocznego korytarza. Jako że opis dojścia jest dość precyzyjny za długo nie błądziłem. Szczególnie ciekawy był ostatni etap, gdy idzie się po gruzie powstałym z odpadniętego, grubego tynku. Opalone, czarne ściany chyba są śladem po czasie kiedy wysadzono fort. Wracając postanowiłem skorzystać z pierwszego napotkanego wyjścia i jakie było moje zadowolenie, kiedy wyszedłem wprost na rower.


    Podjechałem do DK2 którą kawałek miałem do Małaszewicz i tam skręciłem w stronę składów celnych i bocznic. To miejsce to istny raj dla miłośników kolei. Można popatrzyć na różne rodzaje wagonów i lokomotyw. Najwięcej widziałem SM48, zarówno stojących jak i ciągnących wagony. W ogóle warto tam uważać przekraczając tory, bo ruch jest naprawdę spory. Mnie tu przyciągnęła głównie skrzynka "Morderstwo NA Orient Expressie" OP8DR2. Są to prawdziwe wagony, którymi w luksusowych warunkach można było w 1988r. przejechać turystycznie z Paryża do Hongkongu. Mimo, że oryginalny Orient Express kursował na linii Paryż - Istambuł to w latach 80-tych prywatny przedsiębiorca uruchomił kilka połączeń odwołujących się do legendy. Są to pozarozkładowe kursy, na których bilet kosztuje ciężkie pieniądze. I właśnie jeden ze składów utknął kiedyś w Małaszewiczach. Przez niejasne powiązania biznesowe dziś trudno nawet ustalić czyje te wagony są i niszczeją sobie na bocznym torze. Z zewnątrz prezentują się nieźle, a złote napisy i delikatne linie, choć nieco wyblakłe wcale nie wyglądają kiczowato, a podkreślają luksus. Po znalezieniu kesza postanowiłem obejrzeć cały skład i tak sobie idąc zauważyłem wejście zrobione już pewnie przez szabrowników. Takiej okazji nie mogłem przepuścić i tylko się rozejrzałem czy na horyzoncie nie widać patrolu SOK czy innych pracowników kolei i szybko wspiąłem się do środka. Początkowo wagony sypialne, każdy wyposażony w umywalkę. Niestety mocno zdewastowane. Wszystko przewrócone na druga stronę, jakby ktoś przeszukiwał poszczególne przedziały w nadziei na zapomniane czy zagubione kosztowności. Gdzieniegdzie ocalały jednak szafki z ozdobnymi monogramami, czasem piękny klosz lampy. Ładne też były okienka przy końcach wagonów. Małe, okrągłe z delikatnym wzorkiem i mlecznymi szybami, nawiązywały do lat 20 i 30-tych XXw. W wagonie z łazienkami wszystkie drzwi były pozdejmowane, ale poza tym kabiny prysznicowe, umywalki były w całości. Jako, że to skład z lat 80-tych to ścianki tutaj zrobione na wysoki połysk. Jest i wagon obsługi w której sporą część zajmuje kuchnia. Zostały po niej tylko blaty ze stali nierdzewnej. I w końcu wisienka na torcie czyli wagon pełniący rolę salonu, a następny baru. Szerokie, skórzane fotele, niektóre ponakrywane białymi prześcieradłami. Do dzisiaj nieźle się na nich siedzi. Tam gdzie jest bar centralne miejsce zajmuje pianino, jak sprawdziłem wciąż sprawne. Do intymnych rozmów stworzono nawet oddzielne pomieszczenie z kanapą, dwoma fotelami i stolikiem. Co ciekawe te dwa wagony jakby nie ruszone ręką szabrowników. Czas zrobił swoje i widać że wnętrza niszczeją chociażby z braku ogrzewania, ale wciąż panuje tu czystość i porządek. To było jedno z keszerskich miejsc, które zapamiętam do końca życia.


    Z żalem rozstałem się z kolejowymi klimatami Małaszewicz, ale już za niedługo miałem kolejną atrakcję z keszem "Snuffer- Fort Koroszczyn OP011A. Do fortu wiedzie zapewne jakaś niezła ścieżka bo obok spotkałem grupę młodzieży, pewnie na wagarach. Ja niestety przedzierałem się jakąś ledwo widoczną, a i tak dobrze że rower zostawiłem na skraju lasu. W odróżnieniu do poprzedniej skrzynki Snuffera w forcie tutaj czekał mnie spacer mniejszym korytarzem. Ale na szczęście cały czas na tyle szerokim i wysokim, by można swobodnie iść. Miło, że tutejsze forty mimo, że opuszczone to w środku są czyste. W pobliżu ludzkich siedzib to wcale takie oczywiste nie jest i wszelkie schrony bywają śmietnikami na wielkogabarytowe śmieci.


    Jeszcze dwie skrzynki i czekało mnie kilkadziesiąt kilometrów do Zabuża, skąd promem z powrotem do Mielnika. Wybrałem inną drogę by zobaczyć coś nowego. Zaplanowałem jechać przez Rokitno i Konstantynów. I przekonałem się dlaczego szlak Green Velo idzie akurat w tych okolicach nad Bugiem. Ciekawa jest nie tylko sama rzeka, ale i piękniejsze są widoki, a mijane wsie mają bardziej interesującą architekturę. Nie mogę powiedzieć, że nic wartego uwagi nie było, bo i drewniany kościół w Rokitnie, czy murowany w Klonownicy Dużej, oba wybudowane jako cerkwie. To jednak za mało by równać się drodze która wiedzie przy samym Bugu.
    Po dojeździe do Zabuża odpocząłem chwilę przy wiacie i zszedłem na brzeg do promu. A z drugiej strony pan krzyczy "prom dziś nie działa, lina zerwana". No żesz k..., tylko pomyślałem. Na drugim brzegu widzę zaparkowany samochód, a jeszcze tak daleko. Miałem dwie drogi do wyboru, albo prom w Niemirowie, albo most kolejowy w okolicach Mierzwic. Odległość do obu przepraw podobna, ale pomyślałem że w tym przypadku skorzystam z pewniejszej rzeczy, czyli mostu. Ostatni kilometr przed przeprawą musiałem prowadzić rower, bo po tutejszych piaskach nie dało się jechać. Wychodząc z lasu zobaczyłem że jedna strona jest zamknięta i remontowana, a wokół krzątają się robotnicy. Nie będę jechał jednak aż do Siemiatycz na most drogowy, więc na pewniaka wszedłem na tor, mijanemu pracownikowi powiedziałem tylko dzień dobry, i tak jakby most był moją własnością wszedłem na niego i bez problemu przeszedłem używaną wciąż stroną. Właśnie przeszedłem, bo przejazd po słabych deskach, których zresztą miejscami brakuje byłby zbyt niebezpieczny.


    W Mielniku jeszcze trochę zabawiłem, bo jakiś dziadek chciał się zabrać na stopa do Siemiatycz. Finalnie nie pojechał, a straciłem dużo czasu. Bo jeszcze do sklepu, bo obiad, chyba jakiś czar rzucił skoro nie odjechałem po kilku minutach, a czekałem.... dwie godziny. W końcu udało mi się wyrwać. Za to z Siemiatycz zabrałem jakiegoś chłopaka. Sam kiedyś trochę pojeździłem stopem, więc dziś sam zabieram pasażerów. Trzeba jednak przyznać, że na poboczach nieczęsto już spotyka się ludzi szukających okazji.

piątek, 2 czerwca 2017

Marsz na Śnieżkę

    Z Jeleniej Góry na Śnieżkę wycieczka jest szybka i prosta. Dojechać do Karpacza, rano wyjść z miasteczka, wejść na górę i z powrotem na dole można być już na obiedzie. Jak jeszcze wyciąg działa to nawet z małymi dziećmi można się wybrać. Tyle teorii, bo jak wiadomo keszer zawsze jakieś inne drogi wybiera, a szczególnie te, gdzie po drodze znajdzie pochowane pudełka. Nie inaczej mogło być u mnie i na Śnieżkę postanowiłem się dostać z Jeleniej Góry śladem keszy "Geocaching dookoła Kotliny Jeleniogórskiej". Celem nie było zaliczenie ścieżki bo w planach miałem tylko jej zachodnią część, jako alternatywę dla popularnych szlaków.
    Z Białegostoku pociągiem wyjechałem o 5 rano, a w Jeleniej Górze byłem po 15. Ładnych kilka godzin w podróży, ale Polskę trzeba przeciąć po przekątnej. W mieście nie zabawiłem długo, tylko szybko ruszyłem na szlak. Początek wzdłuż Bobru do pensjonatu Perła Zachodu. To jeszcze ucywilizowane rejony. Na początku ścieżki stoi wielka wieża, która jest świetnym punktem widokowym na miasto. Zbudowana w 1911r. jest jedyną ocalałą pamiątką po istniejącej niegdyś na Wzgórzu Krzywoustego restauracji.



    Mając Bóbr po prawej stronie szedłem sobie ścieżką niczym alejką w parku. Czasem wyprzedził mnie jakiś rowerzysta, a to minąłem rodzinę z dziećmi i oczywiście po drodze zbierałem skrzynki. Obok Perły Zachodu jest imponująca elektrownia wodna, oczywiście nie tak wielka jak te najsłynniejsze, ale i tak zrobił na mnie wrażenie kilkunastometrowy spadek. Przy okazji tuż obok miałem pierwszą okazję poskakać po skałkach w poszukiwaniu kesza "Elektrownia Wodna Bobrowice I" OP876W.


    W planach miałem nocleg w wspomnianym pensjonacie, ale godzina była jeszcze w miarę młoda, wszak to końcówka maja i dzień jest w miarę długi. Postanowiłem ruszać więc dalej i noclegu szukać tam gdzie mnie wieczór zastanie. Muszę przyznać, że niektóre skrzynki sprawiły mi trudność. Nie tyle miejscem ukrycia, a dojściem do nich. Tak np. kesz "Jeleniogórski Helikon - Urania" OP810Q schowany przy skałce. Niestety brak do niej jakiejkolwiek ścieżki i gdyby można było iść normalnie przez las, to pół biedy, ale trzeba było przedzierać się przez zrąb i plątaninę pozostawionych po ścince gałęzi. Za to wszystkie trudy niweluje piękno skał, które trwają tu od wieków. A jak się jeszcze wejdzie na jedną czy drugą i stanie na wysokości czubków pobliskich drzew, to satysfakcja jest podwójna.


    Po znalezieniu kesza "GDKJ - Legenda o ucieczce więźnia z Chojnika" OP83NA  postanowiłem rozglądać się za noclegiem. Idealnym miejscem wydało mi się mijane kilka minut wcześniej niewielkie wzgórze porośnięte łąką. Miękka trawa niczym materac, na to karimata żeby zimno od ziemi nie ciągnęło, zawinąłem się w śpiwór i dopiero rano obudziły mnie jakieś straszne dźwięki dobiegające z lasu. Jakby jakiś drapieżnik dorwał ofiarę i tej już nic nie pozostało, tylko ostatnie krzyki.
    Dalej więc w drogę. Ten dzień obejdzie się bez forsownych podejść i szybkich zejść. Nie można jednak powiedzieć że się nudziłem, bo było sporo miejsc wartych zobaczenia. Na pierwszym miejscu oczywiście skałki, robiące na mnie nieodparte wrażenie. Najlepsze były te na które bez problemu da się wejść na szczyt. W dzieciństwie lubiłem chodzić po budowach, których wtedy zbytnio nikt nie pilnował i hasanie po kamieniach bardzo mi to przypomina. Do tego jakie piękne nazwy: Biesy, Skalica, Komorzyca czy Kazalnica.


    Inną niewątpliwą atrakcją są sztolnie. I to część nie byle jaka, ale pozostałe po poszukiwaniach uranu. W 1948r. podpisano porozumienie między ZSRR a Polską i radzieccy geolodzy zaczęli poszukiwania tego cennego pierwiastka, a badania sondażowe w Sudetach przyniosły pozytywne wyniki. Po rozpoczęciu wydobycia złoża dość szybko się wyczerpały, ale pozostały sztolnie. To niesamowite jak szybko po wejściu zmienia się klimat. Na samym skraju, na granicy słońca i cienia grasują roje komarów i muszek. Wystarczy jednak parę kroków do wnętrza i klimat jest zupełnie inny. Temperatura spada o kilka stopni, ściany robią się mokre a poziom wilgoci szybuje w górę. Najlepsze są odgłosy kapania dochodzące z głębi. Miarowe kap, kap zamiast uspokajać swoją regularnością, podsuwa wyobraźni stwory które czają się w tym niegościnnym miejscu.


    Nie można zapomnieć o widokach, których mam teraz sporą kolekcję. Myślę że trochę niedoceniane są wyżynne łąki i pola. Z jednej strony jeszcze niżej położone wioski, z drugiej majestatyczne góry na horyzoncie. Łagodne przejście z cywilizacji w najwyższe rejony, gdzie tylko las, a potem krzewy. Jednak nic nie może się równać z  widokami górskimi. Wejście na jakikolwiek szczyt i spojrzenie dookoła, dostarcza niezapomnianych wrażeń. Majestat gór i nieskończoność morza, te dwa tak różne widoki zawsze mi uświadamiają jak małym jest człowiek wobec przyrody.


    W Górach Izerskich najwyższy szczyt jaki zaliczyłem to Wysoki Kamień, gdzie obecnie jest schronisko. I zaczęło się długie schodzenie, po drodze mijając takie ciekawostki jak torfowiska wysokie. Najbardziej  żałuję, że nie zatrzymałem się dłużej przy skrzynce "GDKJ żyły kwarcu w Górach Izerskich" OP82BH. Pobliską kopalnię kwarcu obejrzałem tylko ze ścieżki i drogi. Myślałem że jest czynna bo słyszałem zza hałd jakieś rozmowy, pewnie inni turyści. Dopiero w domu dowiedziałem się, że kopalnia jest zamknięta i można podejść bliżej, a po zdjęciach widać, że jest na co popatrzeć. Od kopalni już asfaltem do Rozdroża pod Cichą Równiną. Stoi tam spora wiata, gdzie rozłożyłem się na noc. Zresztą nie tylko jak tę noc postanowiłem tu spędzić. Jak się okazuje miłośników spania gdzie popadnie jest całkiem sporo. Dobrze że znalazłem miejsce pod dachem, bo w nocy padało i była burza.


     Następnego dnia wyruszyłem dość późno jak na mnie, bo o 7 rano. Myślałem że do Jakuszyc dalej będę szedł asfaltem, ale na szczęście szlak szybko skręcił w las i odtąd miałem miłą dla nóg drogę gruntową. Do tej chwili żyłem przekonaniem, że Jakuszyce to jakaś większa wieś, a okazało się, że to tylko dzielnica Szklarskiej Poręby z kilkoma budynkami usługowymi dla turystów. Za to tutaj jest najwyżej położona stacja kolejowa w Polsce, którą sobie obejrzałem. Po uzupełnieniu zapasów smakołyków w stacji paliw znów wszedłem w las. Zielony szlak doprowadził mnie do leśnego zbiornika retencyjnego. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Kamienne murki, sztuczne kaskady, jakieś zbiorniki wyrównawcze, wszystko to wyglądało jak jakieś rewitalizowane ruiny osady leśnej.


    W tym miejscu zmieniono przebieg szlaku zielonego, a ja poszedłem jego starym przebiegiem, tak jak wyznaczyły mi skrzynki. Stara droga leśna ulega powoli degradacji przez spływającą wodę. Odsłonięte zostały wielkie kamienie, po których skakałem sobie coraz wyżej. Dobrze że nie było dużego nachylenia terenu i nie było to zbyt męczące. Dzięki temu miałem możliwość docenić piękno dawnego szlaku.


    Po osiągnięciu Przedziału na Śląskim Grzbiecie czas było schodzić do wodospadu Kamieńczyka. I tutaj GPS bardzo mi pomógł. Początkowo miałem iść dalej leśną drogą i to się zgadzało. Z czasem miałem odbić na wschód, według mapy też drogą. Idę już spory kawałek, a drogi nie widać. Włączyłem GPS i widzę, że minąłem ją jakieś 200m. wcześniej. Wydaje mi się to niemożliwe, ale wracam, a tam jakaś ścieżynka w dół. Nie  było wyboru i uważając by się nie pośliznąć i zjechać na tyłku zszedłem aż do Kamieńczyka. Ależ to oblegane turystycznie miejsce. Jedna wycieczka schodzi i zaraz pojawia się nowa. Tutejszej skrzynki nie było nawet jak szukać, ale mogłem sobie popatrzeć na najwyższy wodospad w polskich Sudetach.


    W schronisku obok wodospadu wypiłem kubek herbaty i ruszyłem dalej. Kupiłem bilety do Karkonoskiego Parku Narodowego i... chciałoby się napisać: wstąpiłem w królestwo dzikiej przyrody. Tymczasem w górę wiodła mnie droga z trylinki, którą można podjechać nawet zwykłym autem. Czasem gdy przystawałem dla odpoczynku odwracałem się i miałem ładny widok, co rekompensowało znojne podejście. Chwilę posiedziałem przy schronisku na Hali Szrenickiej i dalej coraz wyżej. Niestety osiągnąwszy Szrenicę widok miałem jedynie na kilkanaście, czasem kilkadziesiąt metrów. Niestety na wysokości ponad 1300m. tego dnia już niewiele zobaczę. Ale nie ma co narzekać, bo trafią się niższe odcinki i tam jeżeli chodzi o widoczność będzie lepiej.


    I znów tym co mnie zachwyciło były skałki, jakich sporo minąłem między Szrenicą a Przełęczą Karkonoską. Co prawda przy dwóch nie znalazłem kesza, ale zawsze miałem przyjemność z łażenia po owych skałkach. Najbardziej podobało mi się na Czarciej Ambonie. Uważając da się wejść na szczyt, na którym to jednak nie spędziłem zbyt dużo czasu ze względu na porywisty wiatr. Ze skałki tajemniczo wyglądała wieża przekaźnikowa, którą początkowo wziąłem za schronisko. Oddalona o kilkanaście metrów tonęła w chmurach. Tutaj też góry mnie zaskoczyły. Bo zaledwie przeszedłem Śnieżne Kotły od innej strony, a wiatr rozwiał chmury i mogłem podziwiać groźne urwiska z wspomnianą stacją prawie na ich krawędzi.


    Po dotarciu na Przełęcz Karkonoską swoje kroki skierowałem do schronisko Odrodzenie. Zamówiłem tu obiad, a w planach miałem nocowanie. Jednak rzut oka na mapę z zaznaczonymi czasami przejścia na Śnieżkę i do Karpacza, a potem spojrzenie na zegarek i długo się nie namyślając, zdecydowałem sie że idę, najwyżej do miasteczka będę schodził już o zmierzchu. Szybkie podejście na Śląski Grzbiet i już mogłem sobie iść bez większych zmian w wysokości. Do tego ciekawa ścieżka. Dla wygody ułożono kamienie, które płaską strona wyznaczają szlak. Mimo to trzeba uważać gdzie się nogę stawia, a ja się cieszyłem że było sucho, bo po deszczu wędrówka po nich może być trochę karkołomna.


    Duże wrażenie wywarł na mnie Wielki i Mały Staw. Znów lekko uśmiechnęło się do mnie szczęście i wiatr przegonił chmury. Strome zbocza opadające w stronę wody to jeden z piękniejszych widoków, jakie zobaczyłem w czasie wycieczki. Tutaj ulepiłem jeszcze śnieżną kulkę, bo w zagłębieniach zalegał wciąż śnieg. Dwa kamyczki jakiś mikropatyk i zostawiłem za sobą miniaturowego bałwanka.


    Znów wyszedłem na porządną, brukowana drogę, zmorę dla stóp. Gdzie się dało tam szedłem gruntowym poboczem, niestety nie zawsze to było możliwe.  W końcu jest, ścieżka w prawo wiodąca na szczyt Śnieżki. Z każdym metrem w górę wiatr przybierał na sile. Można było odczuć jak potężnym żywiołem potrafi być powietrze. Do tego widoczność na kilkanaście metrów. I takie też warunki zastałem na szczycie. Oprócz mnie było jeszcze tylko dwoje miłośników gór. Z powodu warunków, ale i późnej pory nie zabawiłem tu zbyt długo. Jeszcze tylko selfik i można schodzić.


    Do Karpacza już tylko z górki co znowu też wcale lekkie nie jest jak długo idzie się stromym zejściem. Za to jakby wycieczka była planowana w najdrobniejszym szczególe, bo do miasteczka zszedłem akurat jak się ściemniło. Niestety dalej już tak różowo nie było. Załapałem się na ostatni autobus do Jeleniej Góry, tylko nie wiedziałem o której będzie pociąg do Białegostoku. Okazało się że musiałem przenocować na dworcu, o czwartej rano Kolejami Dolnośląskimi do Wrocławia, a stamtąd już tylko godzina czekania na bezpośrednie połączenie z rodzinnym miastem. Teraz myślę, czy nie wrócić na szlak "GDKJ", ale chyba nie bo i inne góry czekają na poznanie od keszerskiej strony. Przy okazji przepraszam, że nie opisałem prawie żadnej skrzynki, ale w czasie tej wycieczki zeszły na dalszy plan. Jednak polecam wszystkie, każdą oceniłem na ocenę znakomitą, zresztą poukrywane w takich miejscach, że inaczej być nie mogło.