piątek, 9 lutego 2018

Ku morzu cz.VII Pierwszy raz w Szczecinie

    Wstał kolejny ładny dzień, wieczorem planuję być w Szczecinie. I znów cały dzień jazdy, byłem już trochę zmęczony codziennym kręceniem, ale to tylko fizycznie, bo psychicznie jest nieźle jak rzadko kiedy. A początek nie był zbyt łatwy. Po znalezieniu kesza "Kościół w Raduni" OP3971 w ruinach świątyni ruszyłem dalej leśną drogą. Niestety dość szybko skończył się ubity trakt, a zaczęły kocie łby, z poboczem bardzo piaszczystym. I jeszcze żeby tego było mało, to dość ostro pod górkę. Przez to spory kawałek prowadziłem rower, bo jechać w ogóle się nie dało. No może jakbym miał lepszy rower. Niestety mój jest już stary, z czasów kiedy królował rozmiar kół 26, a 28 to była jakaś fanaberia.


     Całe szczęście me męki szybko się skończyły, a ostry zjazd do wsi Zatoń Dolna wynagrodził trudy. Miejscowość ta ładnie jest schowana między wzgórzami a Odrą. Zacząłem od wizyty w kościele, który uraczył mnie keszem, ale też niezłym widokiem na Odrę. Byłby jeszcze lepszy gdyby nie drzewa. W dole czekało na mnie wejście do Doliny Miłości. I prawdę mówiąc niewiele mogę powiedzieć o tym parku naturalistycznym, pozostałości po zespole parkowo - pałacowym. Jak zobaczyłem że znów trzeba wjeżdżać pod ostre górki to sobie odpuściłem. Skorzystałem tylko z ładnego miejsca biwakowego, gdzie zjadłem drugie śniadanie.


   Dalsza droga samym brzegiem Odry. Niezwykle przyjemna bo słońce dobrze grzało, ale od rzeki wiał lekki wietrzyk. W Krajniku Dolnym chwilę powalczyłem z keszem "A358- Ruiny kościoła w Krajniku" OP3FEE. Z samą skrzynką nie było tak źle, ale dojście to koszmar. Trzeba przebijać się przez pokrzywy i kolczaste krzaki. Zupełnie nie wiem po co ustawiono tablicę informacyjną o obiekcie, skoro nawet go spod niej nie widać, a gospodarz nie zadbał nawet o jakąkolwiek ścieżkę.
    Do Ognicy wojewódzką nr 122. Głownie przez młody las, a ciekawszym przerywnikiem był tylko most nad Rurzycą. Jakoś ta nazwa nie przypadła mi do gustu. W samej Ognicy też nie zabawiłem długo. Tyle co po dwa kesze, ale pewnie gdyby nie one to nawet bym nie zbaczał z głównej drogi.
    Zaraz za Ognicą 122 odbija ostro na wschód i łączy się z krajową nr 31. Nie chciałem na nią wyjeżdżać w perspektywie mając kilka ładnych kilometrów z rozpędzonymi tirami. Wobec tego wybrałem szlak rowerowy przez polne i leśne drogi. Na polnych przywitał mnie sypki piach, ale to częste i się specjalnie nie martwiłem bo niedaleko już las, a tam prawie zawsze ziemia dobrze ubita. Niestety okazała się rozjeżdżona przez ciężki sprzęt leśny. Głębokie koleiny, błoto i walające się gałęzie. Do tego na pochyłościach woda odsłoniła kamienie, czasem w takiej ilości że nie szło omijać. Nie wiem kto wymyślił ten szlak, ale zafundował mi niezły cross. I tylko z żalem wspominałem niemiecką drogę rowerową, która przez pola i lasy wiodła mnie asfaltem.
    W końcu jest Widuchowa, niewielkie, acz urocze miasteczko. Nawet jest tu przystań przy którym cumował większy statek. Trudno mi orzec jego przeznaczenie, z pewnością nie barka i nie wycieczkowy. Od czego jednak internet w domu. Okazuje się że był to jeden z lodołamaczy pracujących na Odrze. Jak na tak nieduże miasteczko sporo tu ładnych zakątków. Jest kilka interesujących kamienic, tylko jak potem przeglądałem zdjęcia w domu to okazało się że zapomniałem zrobić zdjęcia. Jak to często bywa, najwartościowszym zabytkiem jest kościół. Wybudowany w XIIIw. mimo przebudowy zachował sporo oryginalnych elementów. Szczególnie spodobały mi się mury, wzniesione z dokładnie obrobionego kamienia. Jestem pod wrażeniem, jak dawni ludzie przy pomocy prostych narzędzi tworzyli precyzyjne elementy.


    Żeby nie jechać drogą krajową wybrałem biegnąca wzdłuż Odry. Znowu trafiłem na niezbyt dobrą drogę, ale nie tak złą jak niedawno w lesie. Mocno wyboista, a że rok był mokry to i co raz trafiałem na kałuże na całą szerokość. W końcu w Marwicach znów wróciła normalna droga. Tego dnia coś mi się zaczęło zmieniać w krajobrazie. Do tej pory nie wiedziałem co, ale tutaj w końcu załapałem. W wsiach wciąż mijam murowane domy, ale te są coraz biedniejsze i mniejsze. Wciąż sporo jeszcze piętrowych, z dużą liczbą izb, ale powoli przewagę biorą chaty niezamożnych gospodarzy. Ciekawe czym to jest spowodowane. Jedyne co mi przyszło do głowy to gorsze gleby.
    W czasie tej wycieczki nie mogłem narzekać na brak przyrody, dlatego z tym większą ochotą podjechałem podziwiać industrialne klimaty. Już z daleka moje oko cieszyły kominy elektrowni Dolna Odra. Niby nic specjalnego, a do tego trują powietrze, ale ja lubię oglądać elektrownie z bliska. Zawsze urzeka mnie ich monumentalność i prostota. Kilka podstawowych brył z geometrii powiększonych do ogromnych rozmiarów ustawione w idealnym porządku. Ani grama ozdoby, nic co nie jest użyteczne, trochę ta bezduszność niepokoi i chyba to jest w tym wszystkim najlepsze.


    Od elektrowni nie pozostało mi nic innego niż jechać krajową nr 32. I prawdę mówiąc trzeba tak było zrobić wcześniej, bo ruch tu wcale nie taki ogromny. Owszem pojawiają się TIR-y, ale nie jest to jakiś nieprzerwany sznur, który tylko czyha by wessać nieuważnego cyklistę między osie. Zresztą daleko nie ujechałem, bo tylko do kesza "Zajazd Saga" OP81YQ. Tutaj zjadłem obiad, a i przekonałem się że to wciąż Polska. Na pobliskiej stacji kręcił się pan, który w końcu przyszedł do restauracji i zamówił dwie pięćdziesiątki. A że byłem jedynym klientem, a nie chciał pić do lustra to dotrzymałem towarzystwa. Jak poczęstowano mnie, to w dobrym tonie też jest się odwdzięczyć. I choć za wódką nie przepadam, to nie mając alkoholu w ustach od początku wycieczki, podejrzanie łatwo te dwa kieliszki przeszły przez me gardło. Całe szczęście pan czekał na transport, który zaraz się pojawił i nie musiałem spełniać dobrego uczynku spragnionego napoić.
    Już w Gryfinie najbardziej warte uwagi, przynajmniej z mojego punktu widzenia, są Brama Bańska i kościół NMP z okresy przechodzenia stylu romańskiego w gotycki, czyli jak na ziemie Polskie dość wiekowa budowla. Niestety brama niespecjalnie przypadła mi do gustu. Jakoś nie czuć tu powiewu historii jaki czasem czuje się stojąc pod wiekowymi murami. Pewnie wszystko przez bloki z okresu PRL, które pasują tu jak kwiatek do kożucha. Co prawda nie pierwszy raz spotkałem takie zestawienie, ale akurat w Gryfinie jakoś szczególnie to się gryzie. Za to już pobliski, wiekowy kościół prezentował się jak trzeba. Jego bryła górowała nad pobliskimi nijakimi budynkami i patrzyłem tylko na niego. Trzeba przyznać, że naprawdę ciekawa rzecz. Z jednej strony jest już strzelistość gotyku, ale jeszcze taka niepewna, jakby ściany szykowały się dopiero do skoku ku niebu.
    Z innych ciekawostek Gryfina trzeba wspomnieć o moście na stronę niemiecką. Ładna, nitowana konstrukcja. Z jego poziomu ciekawy widok na zrewitalizowane nabrzeże Odry. Największa niespodzianka czekała na mnie jednak przy miejscowym szpitalu. Wpisywałem się w kesza "Gryfińskie mury obronne" OP88SU, a tu nagle podjechało autko z "blachami" Białystok I Akalica. Nie powiem, jakoś tak cieplej mi się na serduszku zrobiło, że i tutaj są nasi.


    Za Gryfinem trafiłem na tablice z podanymi kilometrami i trochę się przestraszyłem. Do mego dzisiejszego celu podróży, czyli Szczecina jeszcze 30km. Jak na rower to trochę jest pedałowania, a byłem pewien że z Gryfina to już rzut beretem. I całe szczęście znaki przekłamują, podając odległość chyba do jakiegoś węzła autostrady A6. Ja zaś starymi drogami gdzie w pełni legalnie można jechać rowerem, po pokonaniu połowy tego dystansu minąłem tablicę Szczecin. Muszę przyznać że w obcym mieście na rowerze czuję się niepewnie, a tym bardziej że wjechałem w wąską ulicę, za to z wielkim korkiem. Nie chcą dodatkowo tamować ruchu powolnym tempem, co nieczęsto mi się zdarza zjechałem na chodnik. Na usprawiedliwienie dodam że to były przedmieścia więc ruch pieszych praktycznie zerowy. Z czasem auta gdzieś się rozjechały więc wróciłem na jezdnię, by w końcu dotrzeć do ścieżki rowerowej, którą już jak król pokręciłem do campingu nad j. Małe Dąbie, które jest częścią j. Dąbie. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłem po dopełnieniu formalności meldunkowych był prysznic. Ciepła woda potrafi zdziałać cuda. Mimo zmęczenia widząc że do zachodu jeszcze zostało sporo czasu postanowiłem ruszyć na kesze. Myślę jednakże to zostawię na następny wpis, o tym jak odebrałem Szczecin, bo kolejny dzień zrobiłem sobie małą przerwę i zostałem w tym mieście.

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Ku morzu cz. VI Szlakiem chwały Oręża Polskiego

    Nie wiem czy taki szlak w Polsce istnieje, a jeśli tak to którędy prowadzi, ale kolejny dzień upłynął mi w dużym stopniu na poznawaniu miejsc związanych z historią wojskowości. I zarówno tą niedawną, jak i tą sprzed kilku wieków.
    Noc minęła bez niespodzianek i mogłem w spokoju ruszyć na szlak. Pierwsze miejsce związane z historią, jeszcze jednak nie Polski, a mianowicie upamiętnienie bitwy pod Sarbinowem. Jedna z większych bitew wojny siedmioletniej. Jak się zastanowić, to Polska mimo że pozostała neutralna to też została dotknięta jej skutkami. Raz że przemierzały ją strony konfliktu, a jak wiadomo wojsko w drodze to nic dobrego dla cywilów. Dwa, że Prusy pokazały że nie są jakimś tam państwem na krańcach Europy, a mocnym graczem z którym trzeba się liczyć, o czym niestety przekonaliśmy się już parę lat później, kiedy dokonał się pierwszy rozbiór. Tylko skrzynki "A473 - Bitwa pod Sarbinowem" OP3941 nie udało mi się znaleźć.
    Kolejna skrzynka to także niepowodzenie, ale za to miejsce niezwykle interesujące, więc nic straconego. W Chworoszczanach można obejrzeć ślady po komturii Templariuszy a następnie Joanitów. Szczególnie ten pierwszy zakon dostarcza wielu legend i do dziś jest obecny w popkulturze. Zostawmy mity, bo to co jest rzeczywiste jest równie interesujące. Gotycka świątynia, ale nie przypomina klasycznych budowli sakralnych z tego okresu. Skromna bryła, bez strzelistości, nawet wieże ma wbudowane w mur i nie są wyższe od ścian. Do wnętrza zajrzałem tylko przez oszklone drzwi, ale bardzo mi się spodobało. Wyposażenie bardzo skromne, praktycznie tylko to co niezbędne. Na ścianach zaś oryginalne freski, niestety po wojnie zamalowane i obecnie powoli odsłaniane. Mimo że tak skromnie, to jedno z piękniejszych wnętrz jakie widziałem. Może temu, że tu naprawdę czuć historię?


    W Boleszkowicach natknąłem się na niewielki i niestety niezbyt ładny pomnik Bolesława Chrobrego. Nie za bardzo wiem jak ten król wiąże się z tymi terenami. Owszem wojował o zachodnie granice, ale bardziej na południu, w Łużycach. Za to uczczenie Mieszka I w Mieszkowicach jest jak najbardziej zasadne. Chociaż o tym będzie dalej przy okazji odwiedzin terenu bitwy pod Cedynią. Zaś między Bolesławicami a Mieszkowicami mała ciekawostka w postaci drogowego lotniska. To takie fragmenty dróg przystosowane do roli zapasowych lotnisk na wypadek wojny. Jezdnia jest poszerzona, a na obu końcach odcinka mamy spore place do obsługi technicznej samolotów. Ponoć jest ich 21, ale w większości obecnie do niczego się nie nadają ze względu na nawierzchnię.
     W Mieszkowicach zachwyciły mnie szczególnie mury obronne. Owszem zdarzają się miasta gdzie zachowało się sporo fragmentów w lepszym lub gorszym stanie, ale rzadko bywa by tworzyły one zwarty ciąg. Tutaj starówka jest ściśle otoczona murami. Pod nimi biegnie wąska droga idealna do jazdy rowerem. Nie mogłem odpuścić sobie przyjemności przejechania się wzdłuż nich.


    Droga z Mieszkowic do Gozdowic, wojewódzka nr126 okazała się bardzo przyjemna. Przez kilkanaście kilometrów minąłem się może z dwoma samochodami i jedną ciężarówką z drzewem. Natknąłem się za to na pijaczka w lesie. Przestraszyłem się, że może to ofiara potrącenia, ale po kilku minutach udało się stwierdzić, że to tylko nierówna walka z procentami. Przełożyłem na bok i niech śpi dalej, latem w cieniu drzew dobrze mu to zrobiło.
    Już w Gozdowicach jest małe muzeum Wojsk Inżynieryjnych I Armii WP, niestety akurat był dzień przerwy w pracy. Nie wiem co jest wewnątrz, ale przez płot można było podejrzeć niewielką wystawę plenerową. Typowy sprzęt wojsk saperskich, jakieś łodzie i amfibie. Na pobliskim wzgórzu pomnik sapera. Żołnierz przedstawiony  na pomniku bardzo przypominał mi zabawkowe żołnierzyki z plastiku. Wystarczyło zjechać w dół uliczki od muzeum i już kolejny obelisk. Wyznacza miejsce gdzie zbudowano most pontonowy. Z racji tego że stoi przy jak się zdaje ślepej drodze, to jest lekko zaniedbany. I jeszcze jedna interesująca rzecz w postaci kościoła. Wybudowany w XIIIw. został gruntownie przebudowany w XVIIIw. i XIXw. Stoi na niewielkim wzgórzu w otoczeniu starych drzew. Jasne ściany w otoczeniu zieleni, to zawsze dobrze się prezentuje. No i do tego cztery skrzynki tak niedaleko od siebie.


    Tuż za wsią postawiono kamienną ścianę na cześć bohaterów I Armii WP. Można stąd było zjechać na punkt widokowy nad Odrą. Stanąłem na wysokiej skarpie skąd miałem szeroki widok na dolinę Odry. Po prawej miałem coś w rodzaju rekonstrukcji wojskowego punktu obserwacyjnego. Schron z drewna, bardzo obszerny, świetnie nadaje się do krótkiego postoju, a jakby zaszła potrzeba to i można przenocować pod dachem.

    Droga wojewódzka 126 trzeba przyznać, że za Gozdowicami zrobiła się jeszcze ciekawsza. Kręta, więc odległy horyzont nie nuży, a po drugie jedzie się skrajem wzniesień z jednej, a doliną Odry z drugiej. Co i raz mija się jakieś upamiętnienie walk w 1945r. Centralnym punktem wydaje się cmentarz w Siekierkach. 1200 betonowych, białych krzyży robi wrażenie. Zawsze uderza mnie ten porządek na cmentarzach wojskowych, żołnierze nawet po śmierci spoczywają w równych szeregach. Nad całością króluje ogromny obelisk, który jak się wydaje nie przedstawia nic konkretnego. Jak się lepiej przyjrzeć to u jego stóp zobaczymy figurę Matki Polski, wcale nie taką małą, ale przez różnicę wielkości wydaje się wręcz chronić w cieniu granitu. Przy nekropoli jest jeszcze izba pamięci, a przed nią czołg, popularny "Rudy". Niby już sporo ich widziałem, ale każdy cieszy równie mocno.


    W Starym Kostrzynku dwie małe przerwy na kesze. Oba w ciekawym miejscu bo podejmując je miałem wspaniały widok na Odrę. Pod kościół rower jeszcze wciągnąłem, ale na drugą górkę dałem sobie spokój i zostawiłem go u podnóża. Za to na najdalej wysunięty punkt Polski do samego końca dojechałem rowerem. Zresztą to żaden wyczyn, bo prowadzi tu droga leśna. O tym gdzie się znajdujemy informuje niewielki kamień. Mi to wystarczy, do tego mamy Odrę, kawałek plaży i widok na niemieckie miasteczko po drugiej stronie.


 
    Niedaleko jest przejście graniczne, a co za tym idzie mamy knajpy z których skorzystałem. Posilony mogłem zdobywać górę Czcibora. Nazwano tak jedno ze wzniesień nad Odrą, na pamiątkę bitwy pod Cedynią, kiedy to Mieszko I wraz z bratem Czciborem pokonali margrabiego Hodona. Po 1945r. bitwa ta zajęła ważne miejsce w historiografii, kiedy to władze komunistyczne przykładały dużą wagę do wszelkich powiązań tzw Ziem Odzyskanych z resztą Polski. W 1972r. na szczycie góry wzniesiono pomnik, którego może dzisiejsza młodzież nawet pewnie nie kojarzy. Co prawda też byłem dzieciakiem jak padł komunizm, ale pamiętam że przedstawienie pomnika często się pojawiało. Szczególnie te na znaczkach wryło mi się w pamięć. Teraz mogłem porównać moje wyobrażenie do rzeczywistości. I co wcale nie jest oczywiste rzeczywistość dorównała wyobrażeniu. Pomnik sam w sobie jest monumentalny jednocześnie mi się podoba, a jeszcze góra całkiem wysoka i żeby wejść trzeba pokonać sporo kamiennych schodów. Do tego jak to bywa w okolicach to także bardzo dobry punkt widokowy. Mimo wszystko miejsce lekko zapomniane. Na parkingu u podnóża młodzież z okolicy pali gumę, popija piwko i w ogóle robi to co w takich sennych okolicach.



    W Cedyni jak na niewielkie miasteczko mamy sporo zabytków z kościołem gotyckim na czele. Jest i wieża widokowa z XIXw. niestety akurat zamknięta. Mi się najbardziej spodobał pochyły rynek. Niewielki, ale otoczony ładnymi kamienicami (w większości). Na środku fontanna dla ochłody w której pluskają się wojowie i trochę zieleni wokoło. Pewnie gdyby nie ta pochyłość to bym go tak mocno nie zapamiętał, ale mimo wszystko naprawdę tu pięknie.


    Co prawda do wieczora jeszcze trochę czasu zostało, ale czas rozglądać się za noclegiem. Kilka kilometrów na północ od Cedyni rozciągają się spore lasy, które wydały się idealne. Jakoś nie mogłem nic ciekawego wypatrzyć, przejechałem wieś Piaski, nawet znalazłem kesza którego planowałem na następny ranek. W końcu dotarłem do świetnego miejsca, gdzie od leśnej drogi odgradzały mnie gęste świerki, a z drugiej strony miałem łąkę nad którą latało mnóstwo ważek. To chyba dzięki nim zawdzięczam to, że mimo bliskości Odry tym razem w ogóle nie uświadczyłem komarów. Za to gdzieś w nocy zbudziło mnie chrumkanie pod samym namiotem. Pozostało mi się modlić by żaden dzik nie zainteresował się bliżej rowerem lub namiotem. Całe szczęście w końcu sobie poszły, ale i tak z godzina spania mniej.

niedziela, 31 grudnia 2017

Ku morzu cz.V Aktywna niedziela

    Nie ma nic gorszego niż zebranie się do dalszej drogi po deszczowej nocy. Zimno, nie chce się wyłazić z namiotu, a już składanie tej mokrej szmaty to w ogóle ból. Do tego pierwsze kilometry nim wewnętrzny piecyk porządnie się rozpali to walka ze sobą i myślami, że  mogłem wynająć jakiś pokój i stamtąd ruszać na krótkie wycieczki. Ale wiem przecież, że to nie dla mnie i potem plułbym sobie w brodę przez taki nudny urlop. Warto więc chwilę pocierpieć.
    Dość szybko humor poprawiła mi przepompownia Urad z 1868r. Niby nic wielkiego, kanał jak mi się wydaje odprowadzający nadmiar wody z łąk do Odry, śluzy i domek obsługi. To jednak prawdziwe odludzie, gdzie można rozkoszować się ciszą i odludziem.
   
    Kawałek dalej też można zaznać spokoju szukając keszy w ruinach papierni Rosiejewo. Gdyby nie skrzynki to nawet wiedząc że w lesie są jakieś pozostałości to z marszu nie miałbym szans ich odnaleźć. Zacząłem od młyna, niewiele z niego zostało. Ścian już prawie nie ma, za to sporo wala się kamiennych kół młyńskich. Jeszcze nigdy nie widziałem ich tak dużo w jednym miejscu. Nie wiem czy to napędy maszyn, czy tyle ich rozdrabniało jakąś masę na papier, ale widok niesamowity. I nawet nieszczególnie przeszkadzała mi woda lejąca się z krzaków za kołnierz, efekt nocnych deszczy. W okolicy odwiedziłem jeszcze cmentarz na górce, gdzie pochowani są właściciele papierni. Tutaj jak dnia poprzedniego nad zapomnianą nekropolią góruje stary, ale świetnie zachowany krzyż betonowy.


    Na deser został betonowy silos. Wygląda bardziej jak wysadzony bunkier jaki widziałem w kwaterze Hitlera w Gierłoży. Tutaj chyba nikt nie podkładał pod nim ładunków, po prostu przez lata nogi zwietrzały i cała konstrukcja się położyła. Fajnie było połazić po betonie jak po skałkach. Szkoda tylko że skrzynki nie znalazłem.
     Ciężko mi było przypomnieć jak pojechałem dalej, ale szlak skrzynek na mapie odświeżył pamięć. Za to że dojechałem do kesza "Most na Rzece Kwai" OP8E7N pamiętam doskonale. Po pierwsze świetna skrzynka, a po drugie i ważniejsze most doprawdy imponujący. Po polskiej stronie było tu kiedyś przejście graniczne z Niemcami, jedne z ważniejszych jeżeli chodzi o ruch samochodowy. Do tego do mostu dobiega autostrada A4 więc nie powinna dziwić jego ogromna konstrukcja. Według opisu to w zasadzie dwa oddzielne mosty, choć bliźniacze, budowane w różnych latach. Prawdę mówiąc zupełnie tego nie widać. A i sama konstrukcja mimo masy betonu nie wygląda przyciężko.
                                         
   
Przed Słubicami na chwilę zapomniałem o zasadzie nie odbijania ze szlaku jak najbliżej granicy. Coś mnie podkusiło podjechać do kesza "Czołg T-34 w Kunowicach" OP51E3. Jeden z wielu czołgów jakie stoją w polskim krajobrazie, a niedługo mogą zniknąć. To chyba małe dziecko, które mieszka we mnie i wychowało się na "pancernych" nie pozwoliło mi odpuścić możliwości obejrzenia jeszcze jednego czołgu.


    Wracając do Słubic zajrzałem do jednego z najcieplejszych miejsc w Polsce. W opisie kesza "Domek na prerii" OP8F0J zapisano że to tu po 1950r. zanotowano najwyższą temperaturę w Polsce. Zajrzałem do Wikipedii i tam stoi, że po tym roku to Kończewice dzierżą palmę pierwszeństwa. Nie zmienia to faktu że Słubice są w czołówce. I rzeczywiście, od jakiegoś czasu było dość ciepło, bo słońce wyszło za chmur. A przy keszu nic tylko zdejmować nawet podkoszulkę, bo prażyło niemiłosiernie.
    W Słubicach najpierw musiałem przebić się przez targ. Nic specjalnego, mydło i powidło, zresztą bardziej musiałem uważać by kogoś nie rozjechać, niż rozglądać się na boki. Odpocząć od tłumu mogłem na ławkach przy porcie rzecznym. Bardzo mi się podobają takie niewielkie przystanie rzeczne. Szkoda tylko, że transport wodny w Polsce jest tak mizerny. Takie barki na rzekach to zawsze ciekawy widok.

    W ogóle w miasteczku ruch jak na furmańskiej ulicy. Mowa polska miesza się z niemiecką, w knajpach prawie wszystkie stoliki pozajmowane, a gdybym był autem to miałbym problemy z zaparkowaniem. Po obiedzie w jednej z pizzerii postanowiłem popatrzyć jak niedziela wygląda po niemieckiej stronie. Wystarczyło przekroczyć most i znalazłem się w innym świecie. Życie zwolniło, ludzi na ulicach mniej, nic się nie dzieje. Bardzo mi się to spodobało, bo zgadzało się z moim wyobrażeniem dnia wolnego.



    Kolejne kilometry i kolejne wsie. Cały czas byłem pod dużym wrażeniem poniemieckich, murowanych domów. Chyba musiałbym sporo czasu mieszkać na tych terenach by ten widok mi spowszedniał. Dodatkowo przed samym Kostrzynem nad Odrą przywitał mnie najprawdziwszy szyb wydobywczy na którego szczycie płonął ogień.
    W Kostrzynie dzień wcześniej skończył się Przystanek Woodstock. Miałem nadzieję, że do późnego popołudnia zastanę już resztki niedobitków. I srogo się zawiodłem, bo w mieście wciąż ogromne ilości młodzieży. Fajnie popatrzeć na kolorowe dzieciaki, ale ze skrzynkami był kłopot. Dojście do fortów, które miałem nadzieję obejrzeć pilnowane przez policję. Można było przekraść się lasem, ale nie z rowerem, zresztą jak się potem dowiedziałem na samym miejscu też jest coś w rodzaju ochrony, która w tych dniach nie wpuszcza nikogo.
    Jedynie Kostrzyńskie Pompeje z jakichś powodów były prawie puste. Z tymi Pompejami to trochę przesada, bo w starożytnych dzięki wybuchowi wulkanu pod warstwami popiołu zachował się zakonserwowany obraz życia codziennego, a w tych polskich zostało trochę kamieni. W czasie II wojny światowej, pod jej koniec Kostrzyn zmieniono w twierdzę. Po ciężkich walkach miasto uległo całkowitemu zniszczeniu. Obecne ruiny to dawne centrum, którego zdecydowano się nie odbudowywać. Na miejscu mamy coś w rodzaju parku, gdzie wśród zieleni wyłaniają się resztki murów. Czasami zachował się kawałek brukowanej ulicy. Miejsce ma w sobie coś magicznego, mimo że powstało w wyniku krwawych walk, dobrze się tu czułem zaglądając w dawne zaułki. Nawet kesza znalazłem "Brama Berlińska - Twierdza Kostrzyn" OP3D42. Położona na skraju ruin jakimś cudem przetrwała w nienajgorszym stanie, a ostatnimi laty doczekała się nawet generalnego remontu.

   
     Nocleg planowałem przy jednym z fortów, ale z powodów o jakich pisałem ta opcja odpadła. Pojechałem więc za Kostrzyn, gdzie na północ od miasta rozciągają się lasy. Jak już minąłem ostatnie patrole policyjne, odbiłem w jedną z dróg leśnych. Miejsce wynalazłem sobie całkiem miłe, miękki mech zapewniał wygodę jak w łóżku.

wtorek, 28 listopada 2017

Ku morzu cz.IV Na prawy brzeg Odry

    Wakacje, godzina szósta, więc idealna pora by się budzić. Normalnie o tej porze to ciężko mnie ściągnąć z łóżka, ale w czasie urlopu jakiś trybik przeskakuje w głowie i żal zmarnować nawet minuty. Na śniadanie dwa serki wiejskie z Piątnicy, które jak się okazuje zrobiły ogólnopolską karierę. Potem mała toaleta czyli umycie zębów, przepłukanie twarzy, szybkie zwinięcie obozu i dalej w drogę. Nawet dobrze się nie rozkręciłem a już miałem postój przy keszu "Zapomniany kościół" OP6FBD. Podziwiając niewielką świątynię cały czas miałem nieodparte wrażenie, że już gdzieś ją widziałem. I już sobie przypomniałem. Serfując gdzieś po internecie natknąłem się na filmik ludzi zwiedzających opuszczone miejsca, wśród których był i ten kościół. Była okazja podejrzeć jak zmieniło się tutaj w ciągu kilku lat. Na amatorskim filmie ludzie swobodnie zwiedzają wnętrze i wchodzą prawie na dach, który wydaje się że zaraz runie. Tymczasem kiedy ja zajechałem to świątynię nakrywał nowiutki dach, a wszystkie wejścia zostały zamurowane, ale zostawiając prześwity, przez co można podejrzeć wnętrze. Z jednej strony szkoda, że nie można zwiedzić wnętrza, z drugiej cieszy że ktoś o zabytku sobie przypomniał.


    Dłuższą chwilę zabawiłem w Gubinie, jedynej większej miejscowości tego dnia. Kolejne nadgraniczne miasteczko, które przed wojną razem ze swym niemieckim sąsiadem tworzyło jedną całość. Sporo tu interesujących miejsc. Jest baszta, są mury obronne, a także niemało pięknych kamieniczek. Ciekawym miejscem jest wyspa na Nysie. Przed siedemdziesięciu laty stał tu teatr, który nawet przetrwał walki, ale po wojnie spłonął w niewyjaśnionych okolicznościach. Dziś to dobre miejsce do spędzenia miłych chwil w ładnym otoczeniu. Trochę drzew i pozostałości po teatrze tworzy ładny zakątek w mieście. To jednak nie koniec ciekawych miejsc. Moim zdaniem najciekawsza jest katedra, a w zasadzie jej ruiny.  Zniszczona w czasie II wojny światowej, przetrwały jedynie mury. Zabezpieczona jako trwała ruina jest niewątpliwą ozdobą miasteczka. A że to nie lepszy, pierwszy kościół, a ogromna gotycka katedra to wrażenie jest oszałamiające.


    Z Gubinem czekał mnie głównie las. Dwie wsie Wałowo i Chlebowo trochę urozmaiciły dość jednostajny krajobraz. Zaraz za Chlebowem dotarłem do Odry. Na drugi brzeg dostałem się promem. Trzeba przyznać że ten sposób pokonywania rzeki bardziej mi się podoba niż mostem. Po prostu atrakcja przepłynięcia się, choć niewielki kawałek.


    W jednej z pierwszych wsi za Odrą Rybaki czekała mnie mała niespodzianka w postaci zabytkowego szybu naftowego. Polską ropę kojarzyłem z częścią płd.-wsch. ale o tutejszej nie wiedziałem. Nie ma co mieć nadziei na drugą Arabię Saudyjską, ale kilkadziesiąt ton przez kilka lat wpływa do ogólnej puli. Następnego dnia widziałem jedno z czynnych pól naftowych. Nie jest to jakiś wielki obszar dominujący nad krajobrazem. Gdyby nie ciągle płonący ogień, pewnie myślałbym że mijam jakąś niewielki zakład.


    Droga wiodła mnie przez zapomniane wioski w dolinie Odry: wspomniane Rybaki, Miłów, Bytomiec i Krzesin. poniemieckie budownictwo niezmiennie mnie ciekawiło, ale gospodarstwa tutaj jakoś zaniedbane. Miałem też wrażenie że biednie się tutaj żyje. Z dostaniem się do urzędu, lekarza, szkoły też pewnie niełatwo, bo patrząc na mapę to do większych miasteczek kawał drogi. Gdyby ze wsi Kłopot przetrwał most do niemieckiego Eisenhuttenstadt, z pewnością okolica lekko by odżyła. Wspomniana przeprawa została zburzona przez wycofujących się Niemców w czasie II wojny światowej. Trzeba jednak przyznać że nawet jego ruiny robią wrażenie. Odra to spora rzeka, więc i most musiał być solidny. Po polskiej stronie pozostały cztery potężne łuki, które sięgają zaledwie do głównego nurtu, więc widok na całość musiał być imponujący. Nie odmówiłem sobie przyjemności dojścia do jego końca górą, a potem dołem. Jak już nacieszyłem się widokiem od dołu, to porządnie wypluskałem się w rzece. Odra ma tu miniaturowe zatoczki, gdzie woda była przyjemnie ciepła, prawie jak podgrzewana.


    Pełen nowych sił mogłem jechać dalej, przez znany krajobraz poniemieckich wsi, przetykanych lubuskimi lasami. W Cybince natknąłem się na mocniejszy akcent historyczny. W centrum miasteczka jest radziecki, oficerski cmentarz wojskowy. Na murze go otaczającym są płaskorzeźby żołnierzy radzieckich. Z daleka wygląda to jak stacje Drogi Krzyżowej. Mi bardziej spodobał się cmentarz żołnierski na przedmieściach z keszem "A354- Cmentarz Wojskowy koło Cybinki." OP3F45. Rzecz doprawdy imponująca. Na wielkich cokołach stoją haubice 122mm wz.1938. Pod nimi zawieszono wielkie, żelazne tablice, zapewne sławiące żołnierzy. Nad całością góruje ostrosłup, na którego ścianie jest wyobrażenie, jak mi się zdaje, bogini zwycięstwa. Tylko taka myśl przemknęła mi przez głowę. Oddzielne cmentarze dla oficerów i dla reszty żołnierzy. Jak widać nawet po śmierci sowietom słabo wychodziło wcielanie w życie idei społeczeństwa egalitarnego.


    Zaraz za Cybinką, w lesie, w przysiółku Koziczyn, świeciły się dwa kesze. To była już pora że powoli trzeba było zacząć rozglądać się za noclegiem, więc odbiłem w leśną drogą prowadzącą do skrzynek, jednocześnie wypatrując miejsca do spania. Nic nie wypatrzyłem, bo to za wysoko, to przez krzaki trzeba przechodzić, to za blisko strumyka, więc komary, itd. I tak dojechałem do Koziczyna. To teren przedwojennej fabryki celulozy, niestety w mizernym stanie. Willa właścicieli bardzo ładna, ale opuszczona i tylko tymczasowo zabezpieczona. Budynki fabryczne w dużej części to ruina, poza niewielkim fragmentem przy drodze, który zaadaptowano na mieszkania. Kawałek za wsią jeszcze cmentarz na który dotarłem tylko dzięki keszowi "Koziczyn pozostałości cmentarza" OP51C5. Parę znikających nagrobków, ale nad wszystkim góruje masywny, betonowy krzyż. Nieźle opiera się upływowi czasu i z czasem to tylko on pewnie pozostanie jedynym świadkiem tej niewielkiej nekropolii.


    Jak nie znalazłem dobrego miejsca do spania po wschodniej stronie DK29 to postanowiłem poszukać po wschodniej. Pokręciłem się trochę po leśnych ścieżkach i w końcu jest. Lekki spadek i trawa czyli idealne miejsce na rozbicie namiotu. Wystarczyło wyzbierać trochę szyszek, by nie kuły w cztery litery i mogłem rozkoszować się ciszą. No może nie do końca bo w nocy przyszła burza, ale do tego tego lata można było przywyknąć.

czwartek, 16 listopada 2017

O tym jak Podlasie Mazowsze nawiedziło

       Kolejna wycieczka w większym gronie, czyli oprócz mnie: mimi, MiszkaWu i wzorowy. Na jeden dzień, więc wiadomo, że na drugi koniec Polski nie pojedziemy. Studiując mapę wyszło, że rozsądnym kierunkiem i odległością do przyjęcia będą tereny za Warszawą, a w szczególności ścieżka "Rawska Ósemka".
    Wyruszyliśmy wcześnie rano, można by powiedzieć że w nocy. Oczywiście "ósemką" na której w niedzielę o tej porze ruch panował niewielki. Pierwszy postój w Radzyminie, ale nie zabawiliśmy tu długo, tyle co po kesza. Zresztą podobnie w Markach. Ale tutaj przynajmniej było coś ciekawego do obejrzenia, czyli lokomotywa wąskotorowa z keszem "coza_45. Ciuchcia." OP3139. Prawdę mówiąc to poza tą ciuchcią i jedną willą, to więcej nic nie kojarzę ładnego z tego miasteczka. Moim zdaniem większość podwarszawskich miejscowości nie grzeszy urodą, ale Marki nawet na ich tle wyróżniają się brzydotą. Może kiedyś zmienię o nich zdanie, podobnie jak o Pruszkowie. Wystarczyło kilka skrzynek, ciekawych historii i od razu miasto nabrało koloru.
    W Warszawie obejrzeliśmy głównie ekrany dźwiękochłonne. Fajnie że powstają nowe drogi, ale znika radość podróży i szansa na dostrzeżenie czegoś ciekawego. Tak, tak, samochodem to też możliwe. I już lądujemy w Nadarzynie. Cały czas zastanawiałem się z czym ja kojarzę to miasteczko? Cały czas po głowie chodziła jakaś giełda i rzeczywiście działa tu ponoć największe w Polsce centrum odzieżowe. Ale my nie o zakupach myśleliśmy a o plastikowych pojemnikach. Przypadł mi do gustu szczególnie ten ukryty obok tutejszego centrum kultury "Poniatówka" OP5E41. Naprawdę ciekawe maskowanie wtapiające się w tło. Tylko zastanawialiśmy skąd w miasteczku (formalnie to wieś) o poranku policja. Jak się okazało w nocy był jakiś pościg zakończony strzałami i wylądowaniem złodzieja aut na drzewie. Od razu człowiek poczuł, że stolica niedaleko. U nas najsłynniejsza akcja to jak świnkę pod Sokółką łapali. Polecam filmik na youtube.
     Jak już byliśmy niedaleko to nie mogliśmy odpuścić dwóch keszy o panu Marianie. Te historie mają coś w sobie, i czytając je człowiek od razu się uśmiecha. A z uśmiechem jak wiadomo wszystko jest łatwiejsze, więc i tych keszy przyjemnie się szuka. Trzeba przyznać zresztą, że miejscówki same w sobie są ciekawe i obroniłyby się i bez głównej postaci. Z dwóch keszy bardziej przypadł mi do gustu ten przy arce. Zresztą czego tam nie ma, i zabytkowy budynek, i popiersia, i jakaś nowoczesna instalacja. Do wyboru, do koloru.



    W końcu zaczęliśmy główny punkt programu, czyli "Rawską Ósemkę". I od razu świetne miejsce z keszem "Rawska Ósemka #17 - Chojnata" OP4ECD. Młyn, co prawda w nie najlepszym stanie, ale na tyle dobrym, że koło wodne wciąż trzyma pion. Zresztą jak się potem okazało, skrzynki są pochowane w ciekawych miejscach i ich szukanie było przyjemnością.


    Część skrzynek schowana była przy dworkach, zachowanych w różnym stanie. Tych zamieszkałych, opuszczonych ale porządnie zabezpieczonych, ale i całkowicie opuszczonych i otwartych dla poszukiwaczy. Oprócz samych budynków zawsze zwracam uwagę na przyrodę otaczającą dworki. Zawsze da się zauważyć wiekowe drzewa, które wyglądają przewspaniale. Jakże to odmienne od przykrej tendencji pozbywania się drzew z działek, bo to liście jesienią trzeba grabić.


    Jak już jesteśmy przy przyrodzie to nie mogę wspomnieć o wspaniałym dębie z keszem "Rawska Ósemka #1 - Babsk" OP4E95 Uwielbiam dęby, to mój ulubiony gatunek. Nawet nie dlatego że są wielkie i majestatyczne, ale dlatego, że ich gałęzie wspaniale wyginają się i rosną w różne strony. Natura wymyśliła sztukę nowoczesną, nim człowiek pomyślał o namalowaniu mamuta w jaskini. No ale nad wielkością nie da się jednak przejść obojętnie. Chyba dopiero rozłupanie tego drzewa mogło pokazać jaki obszar mamy pod korą.

 
     Żeby nie było tak słodko to łyżka dziegciu też musi być. Chodzi mi o skrzynkę na grodzisku "Rawska Ósemka #2 - Kurzeszyn" OP4E96. Do samego kesza nic nie mam, jak i do samego grodziska. Na terenie polski jest ich 2,5tyś. a jak głosi zdjęcie tabliczki w opisie kesza to był jeden z tych objętych ochroną prawną. Zachodzimy na miejsce i co widzimy na majdanie (plac wewnątrz wałów): nowy dom. To bardziej większa letnia
dacza, ale nie zmienia to faktu jak tam powstała. Nie znam się na prawie w tym temacie, ale to jakieś kuriozum na obiekcie zabytkowym pod ochroną prawną budować takie coś. Może to samowola budowlana?
    Miło też będę wspominał wizytę przy keszu "Rawska Ósemka #5 - Boguszyce" OP4E9B i "Boguszyce - Rawka" OP0FEE. Przy tym drugim okazało się kto jest najbardziej wygimnastykowany i to mimiemu udało się tak powyginać by wejść do wnęki pod mostem. Były też obwarzanki kupione od pani które małe stoisko zrobiła na przystanku. Zresztą zauważyłem że tutaj w niedzielę można spotkać paru handlarzy tym przysmakiem. W tej części Polski obwarzanek to małe kółko z dziurką, z twardego ciasta, prawie jak suchar. I ja też uznaję tylko ten wariant. No i jest drewniany kościół, ale jak się zobaczyło tę rzeźbę papieża JPII to i o świątyni się zapomniało. Podejrzewam że jeszcze nie raz papież zaskoczy mnie swoim wyrazem twarzy.

 
     Pozytywnie zaskoczyła mnie Rawa Mazowiecka. Już przed wyjazdem wiedziałem że odwiedzimy tu zamek, ale nie wczytywałem się w jego historię, ani jaka część została do naszych czasów. Tymczasem natknęliśmy się na wcale niezgorsze ocalałe skrzydło, a o wielkości reszty daje wyobrażenie wyciągnięty lekko ponad ziemię fundament. Ciekawie było też na cmentarzu przy okazji kesza z serii "Nieśmiertelnych". Natknąłem się tam na rzeźbę pogrążonej w żalu osoby odzianej w długą szatę. Zrobiona z jakiegoś białego kamienia nawet w dzień robi wrażenie, a w nocy niespodziewane wyjście na nią to mini zawał serca murowany.


    Ścieżka pożegnała nas miłym akcentem. Słońce powoli zbliżało się do horyzontu, a cienie się wydłużały. Przy keszu "Rawska Ósemka #16 - Turowa Wola" OP4ECA  trafiliśmy na regularnie koszoną łąkę z paroma drzewami. Nad strumieniem stał zadbany dom przerobiony z młyna. Brzegi strumieni łączyły małe, stylowe mostki. Idylla jak na jakimś obrazku.



    Przed nami jeszcze długi powrót do Białegostoku. Jak to o tej porze roku nawet nie wiadomo kiedy zapadł zmrok. A że godzina była już późna to pojechaliśmy przez środek Warszawy zamiast przemknąć obwodówką. Liczyliśmy na trzy, cztery kesze i nawet jeden udało się złapać. Niestety nie wzięliśmy pod uwagę, że to wielkie miasto i różny element może się przyplątać. Na chwilę odeszliśmy od auta, nawet go nie zamykając i w tym czasie złodzieje korzystając z okazji buchnęli komórkę Miszki. Jakiś starszy model, ale mimo wszystko żal. Morale poleciało w dół i skończyliśmy ze skrzynkami na ten dzień.

czwartek, 9 listopada 2017

Ku morzu cz.III Co w lubuskich lasach piszczy

    Noc minęła spokojnie, więc wstałem bardzo wcześnie. Tym bardziej że ptaszki nie dały spać zbyt długo, swym świergotem przyjemnie budząc. Szybkie śniadanie, jeszcze szybsze spakowanie się i w drogę. Cały czas asfaltową drogą rowerową, nawet po miedzy między polami, dzięki czemu jedzie się niezwykle lekko. Ścieżka rowerowa trzyma się głównie Nysy Łużyckiej, z rzadka przejeżdżając przez siedziby ludzkie. W jakiejś wsi uwagę zwrócił niewielki obelisk jaki widuje się czasem na Mazurach i Warmii poświęcony żołnierzom z I wojny światowej. Przystanąłem żeby obejrzeć i lekko się zdziwiłem bo poświęcony był miejscowym żołnierzom Wehrmachtu poległym w ostatniej wojnie. Jego istnienie jest tu naturalne, ale po prostu w Polsce z oczywistych względów nie widuje się nawet cmentarzy żołnierzy niemieckich, więc była to dla mnie pewna egzotyka. Oczywiście z ciekawością zerkałem na podwórka, wszystkie zadbane bez walających się w obejściu rupieciu i zardzewiałych, starych maszyn. Tylko jedna rzecz mi się nie podobała. W każdym oknie solidne, zewnętrzne rolety. Nie sądzę by te tereny były dotknięte plagą złodziejstwa, a ma się przez nie wrażenie, że gospodarze odcinają się od wszystkiego, a w każdym przejeżdżającym widzą potencjalne zagrożenie. Co jednak szczególnie zapamiętałem to remont ścieżki rowerowej. Jestem przyzwyczajony, że w takim przypadku drogę przegradza się taśmą, która po paru dniach porwana powiewa na wietrze. Tu jednak postawiono barierki z światłami ostrzegawczymi, a objazd przez miasteczko wyznaczały tabliczki, tak skonstruowane, że nawet nie znając niemieckiego wiedziałem gdzie skręcić. Sporo jeżdżę autem, ale u nas nawet drogowe objazdy nie są tak dobrze oznaczone, a o rowerowych w ogóle zapomnijcie. Coś jest z prawdy w stereotypie o niemieckim porządku.
    W końcu docieram do kolejnego mostu łączącego niemieckie Bad Muskau (Mużaków) z polską Łęknicą. Można przejechać po dawnej przeprawie kolejowej. Fajnie że zdecydowano się zostawić przeprawę po zlikwidowanej linii, nadając jej nowe życie. Tym bardziej że jest ciekawa w formie. Większość przepraw buduje się w linii prostej, tu z jakiś powodów zdecydowano się na wyraźnie zaznaczony łuk.


    Ja jednak podjechałem jeszcze kawałek i przekroczyłem Nysę mostem drogowym. Od razu ruszyłem do Parku Mużakowskiego. To nie byle jaki park, a wpisany na światową listę dziedzictwa UNESCO. Jego główną ozdobą jest pałac wzniesiony przez księcia Hermanna von Pucklera. Dostałem tu prawdziwego oczopląsu bo nie wiedziałem na czym dłużej oko zawiesić. Czy na lwach pilnujących pałacu, czy palmach rosnących tuż obok,attykach, czy na wieżyczkach która każda zakończona jest jakąś postacią. W końcu jak już pierwsze wrażenie minęło, to jednak postacie na wieżyczkach zainteresowały mnie najbardziej. Jeszcze nigdy nie widziałem takiej liczby figur (tutaj żołnierzy), wieńczącej szczyty. Razem z pastelową barwą elewacji wygląda to jak doskonały wyrób cukiernika. A że ja bardzo lubię słodycze to mi się bardzo podobało.


    Pomyślałem że jak jestem niedaleko to warto też zajrzeć do nieczynnej kopalni Babina. To dawna kopalnia odkrywkowa węgla brunatnego, obecnie zmieniona w park geologiczny z wyznaczonymi ścieżkami. Początek był obiecujący, bo na wejściu stały wagoniki do transportu urobku. Spodziewałem się że na terenie znajdę jeszcze inne relikty z czasów przemysłowego użytkowania. Niestety nic z tego. Owszem, ładnie tu, szczególnie piękne są jeziora w miejscu wyrobisk, ale mi się to skojarzyło z podbiałostockimi Ogrodniczkami. Co prawda wyrobiska u nas dużo mniejsze i jeziora także, ale klimat ten sam. Jakbym wiedział co zastanę to bym nie odbijał, tych trzech, czterech kilometrów. Niby niewiele, ale takich "odbić" zebrało się sporo po trasie. Sytuację uratowała ogromna wieża z keszem "Wieża widokowa Geopark" OP80X8. Warto było się wdrapać by z góry spojrzeć na te większe "glinianki", a na horyzoncie zobaczyć jakiś wielki obiekt przemysłowy. Podejrzewam że widać było elektrownię w Chociebużu (Cottbus).


    Generalnie staram się unikać dróg krajowych, ale jedyna w miarę sensowna o pewnej nawierzchni asfaltowej i wzdłuż granicy to była "dwunastka". Nie było tak źle bo ruch tu niewielki. Krótki postój zrobiłem sobie w Żarkach Wielkich, by obejrzeć tutejszy kościół i wieżę rycerską. Niestety ta ostatnia jest w tragicznym stanie i chyba nawet nie ma szans na ocalenie tych cegieł, które jakoś trzymają się kupy.
    Nie lepiej zabytki wyglądały w nieodległej Trzebieli. Niektóre kamieniczki są opuszczone i straszą pustymi dziurami okien, a zza drzwi wygląda pies, który zrobił sobie w środku legowisko. Pałac, wieża mieszkalna, baszta, wszystko w ruinie i tylko zabezpieczone by nikt do środka nie wchodził. Żal patrzeć jak niszczeje. Nie bardzo rozumiem zjawisko tego zaniedbania, obecne i na nieodległej Warmii i Mazurach. Prosto dałoby się to wytłumaczyć, że to poniemieckie, do tego ludność napływowa, nie jest u siebie, a kto wie czy Niemcy nie wrócą, więc po co remontować. Ale przecież jest wiele miasteczek które cieszą oko i znowu nie są tak daleko od tych zaniedbanych. Może to zasługa władz które przez lata potrafiły, lub nie, przekonać obywateli że jednak są u siebie? Wobec tego z Trzebieli najlepiej wspominam głaz narzutowy z keszem "Diabelski Kamień" OP83JD. Kamień jak kamień, zapewne kiedyś przytargany tu przez lodowiec, ale że nie jestem fanem geologii, to tylko cmoknąłbym z podziwem dla wielkości, pojechał dalej i zapomniał. Ale jest fajna legenda, w gruncie rzeczy typowa, diabeł miał do zrobienia robotę, nie wyrobił się i akurat tutaj upuścił głaz, pozostawiając wyryte ślady. A że uwielbiam wszelkie historie i legendy, więc i miejsce mocno zyskało i pamiętam o nim do dziś.


    I znowu lasy z małym przerywnikiem w postaci przejścia granicznego. Widać że budynki lepsze czasy mają za sobą, ale część wciąż jest użytkowana. Teren służy głównie kierowcom ciężarówek do przerwy w podróży. Miałem nawet chętkę na tutejszego kesza, ale niedaleko stał patrol chyba Służby Celnej i z szukania nici.
    Zaraz za przejściem skończyła się asfaltowa droga i zaczęła się gruntowa. Z piaskami takimi, że miejscami się jechać nie dało. Jednak z każdym metrem zbliżałem się do danej fabryki prochu Forst Scheuno. Wjazd na teren kompleksu oznajmiły utwardzone drogi. Nawet mimo posiadania GPS, przez ogrom obszaru i liczne drogi zakładowe ciężko się tu połapać i prawdę mówiąc bez elektroniki bym się zgubił. Znalazłem jedynego ówczesnego kesza "Fabryka materiałów wybuchowych Forst-Scheuno" OP8EZ3. To był tylko miły dodatek do pięknie zamaskowanych budynków o nieznanym w większości dla mnie przeznaczeniu. Jak gdzieś przeczytałem powojenna inwentaryzacja wykazała kilkaset budynków, schronów, itp. Pewnie dnia by nie starczyło na poznanie wszystkich, a na kilku hektarach można by założyć sporo keszy. Co do jednego typu budynków byłem pewny, a mianowicie ramp przeładunkowych. Ale np do czego mógł służyć ceglany hangar, dość wąski, ale strasznie wysoki, może nawet na 10m. do dziś nie mam pojęcia. Jak też doczytałem, ponad 10 lat temu doszło tu do wybuchu gazów, w wyniku której zginęło dwóch studentów, eksploratorów opuszczonej fabryki. To aż nieprawdopodobne że zakłady zebrały śmiertelne żniwo tyle lat po wojnie, bo w czasie jej działania poparzenia, urwane kończyny to był chleb powszedni. Ech gdyby to nie był drugi koniec Polski to byłbym tutaj częstym gościem. Chociaż tzw urbanexploring to nigdy nie było moje hobby, to jednak lubię sobie połazić po takich miejscach. Są jednak takie do których chce się wracać po kilka razy, ze względu na klimat i historię. I to miejsce z pewnością do nich należy.


    Jak wspomniałem dzięki GPS wyplątałem się z sieci uliczek, pod koniec mijając militarny park rozrywki (paitnball, małpi gaj, przejażdżki ciężarówką, itp.), bo trzeba dodać że nie wszystkie obiekty są opuszczone. Po wyjeździe z obiektu minąłem niewielką wieś Brożek w której pewnie w czasie wojny szklarz miał sporo roboty. Zaraz zza drzew wyłoniła się niewielka wieś Zasieki, jak to tutaj bywa która przed wojną była prawobrzeżną dzielnicą miasta. Po Niemieckiej stronie widać Forst i akurat tutaj nie jest to najprzyjemniejszy widok, bo widzimy bloki z wielkiej płyty. Nawet te niemieckie wyglądają szpetnie, czyli nic się z tym nie da zrobić, chociaż znowu tak bardzo w świecie nie bywałem i może komuś się udało postawić ładne klocki z prefabrykatów. Za to mogłem sobie obejrzeć resztki mostu, który swego czasu musiał się nieźle prezentować. Po polskiej stronie do dziś stoją fontanny, a nawet słupy oświetleniowe, znak po dawnej świetności.


    Przed wyjazdem zachód polski kojarzyłem z przemysłem, licznymi miastami i wsiami, gęstą siecią dróg, a tymczasem lubuskie mocno naprostowało moje wyobrażenia. Trzymając się granicy miałem do wyboru jedynie drogi na mapie topo zaznaczone przerywanymi liniami, a nad rzeczkami to chyba nawet mostków nie było. Wobec tego lekko odbiłem na płn.-zach. Wspominałem w tym wpisie coś o lasach? Jak nie to dodam że znowu drzewa i świeże powietrze. Zazwyczaj jak się jedzie rowerem to zawsze coś przyciągnie uwagę, ale w lesie mocno użytkowym nawet pięknych drzew jak na lekarstwo, więc po pewnym czasie wszystkie myśli ulatują z głowy i jedzie się jakby na lekkim haju. Ze stanu nirwany wyrwała mnie wieś Jeziory Wysokie, gdzie było ukrytych kilka skrzynek. A dokładnie w lesie graniczącym z wsią. Szkoda że las którym wcześniej jechałem tak nie wyglądał. Wiekowe drzewa, trochę próchniejących konarów walających się po ziemi i las od razu nabrał charakteru. Jezioro Brodzkie okazało się ciekawym dopełnieniem. Wpadło kilka skrzynek i zadowolony opuściłem wieś.
    Jeziory Wysokie praktycznie graniczą z Brodami. To już większa miejscowość, siedziba gminy. Nie mogłem odpuścić sobie okazji obejrzenia tutejszego pałacu. Jest tu o tyle ciekawie, że aby wjechać do miasteczka trzeba przejechać bramę, tego typu jaka wiedzie do wielu rezydencji. Murowana i bogato zdobiona, ale po jej przekroczeniu widzimy tylko kamieniczki. Jedziemy między nimi i docieramy do kolejnej bramy, bardziej ażurowej, strzeżonej przez dwie postaci, niestety pozbawione głów. Za nią jest już właściwy pałac. Boczne skrzydła są wyremontowane, mieści się tu min. restauracja. Jednak centralne założenie wciąż jest w remoncie który nie wygląda by posuwał się żwawo do przodu. Najbardziej zwraca uwagę wielki zegar nad głównym wejściem, niestety nie pokazujący właściwej godziny. Mam nadzieję że w końcu uda się wyremontować całe założenie, bo pałac jest naprawdę przepiękny.


    Myślałem że zjem tu późny obiad, ale ceny w restauracji lekko mnie wystraszyły, więc zjadłem mielonkę z puszki przy okazji krótkiego popasu w lesie zaraz za Brodami. Wełna nie wełna, ale kiszka pełna i jest co spalać. Znowu tak dużo tego spalania nie było, bo już w Bieczu zatrzymał mnie ciekawy obiekt. Może nie tak spektakularny jak w Bieczu małopolskim, ale i tak trochę czasu tu spędziłem. Cały czas mam na myśli ruiny po zespole pałacowym. Co prawda nie zwiedziłem całości bo przy pałacu ktoś się kręcił i wolałem się nie pokazywać, ale ogromną oficynę i wieżę bramną mogłem obejrzeć w spokoju. Wszystkie wejścia do oficyny były otwarte, ale wewnątrz zaskakująco czysto. Oczywiście są tam jakieś ślady po spożywaniu trunków, ale bez niszczenia, zaśmiecania. Bardziej uwagę zwraca jakaś pustka, duch melancholii obecny wewnątrz. Wcale nie jest to taki powszechny klimat w porzuconych dworach, willach, itp. No i brama, niestety w opłakanym stanie. Zawalony prawie całkowicie dach i popękane mury. Stoi chyba dlatego, że zbudowano ją z solidnej cegły. Do dziś wiszą mocno nadgryzione deszczem i wiatrem herby dawnych właścicieli. Miałem takie wrażenie, że jak one spadną to i brama się zawali nie widząc sensu w dalszym trwaniu. Obok można jeszcze obejrzeć porzucony zakład, zapewne człowieka, który w latach 80-tych kupił całe założenie. Nie jest jednak specjalnie interesujący, a do tego psuje widok od północy.


    W Bieczu warto jeszcze zajrzeć do kościoła, praktycznie po drugiej stronie drogi. Lekko przypominał mi cerkiew, jakby dodać cebule, to byłaby świątynia prawosławna jak malowanie.
    Prawdę mówiąc to wspomniany obiad, to powinien być późny podwieczorek. Wobec tego kolejny raz czas było rozglądać się za noclegiem. W końcu dojechałem do suchego lasu w okolicach linii kolejowej 275, która tutaj niestety jest nieczynna. Miejsce było idealne, ale znalezienie w miarę prostego podłoża, wyczyszczenie z szyszek to wcale nie jest takie proste. Spało mi się dobrze, dopóki późną nocą tuż obok nie zaczęły na siebie szczekać jeleniowate. Trochę inaczej niż psy, ale ich odgłos jest najbardziej zbliżony do psiego. Nie pozostało mi nic innego, niż wziąć latarkę i przegonić zakłócających ciszę nocną. Sory przyrodo, ale ja się muszę wyspać.

poniedziałek, 23 października 2017

Ku morzu cz.II - W lasy

    Po spokojnej nocy w Zgorzelcu postanowiłem, że przed ruszeniem w dalszą drogę obejrzę miasto. Pewnie minie parę lat kiedy znów tu zajrzę, o ile w ogóle. Przed wojną było to Gorlitz i po niemieckiej stronie Nysy wciąż jest takie miasto, a polski Zgorzelec to po prostu przedwojenna jego prawobrzeżna część. Nie da się ukryć że najciekawiej jest nad rzeką przy moście staromiejskim. Z niemieckiej strony jest fajny widok na młyn, ale nie do mielenia mąki, ale wykorzystywany przy obróbce sukna (czyli foluszniczy). Na jego ścianie jest płaskorzeźba przedstawiająca symbolicznie zjednoczoną Europę. Z polskiej strony wzrok przyciąga kościół, gotycka świątynia p.w. Piotra i Pawła, największy w Saksonii. I jak to zwykle bywa w uliczkach starego miasta z bliska ogólnych zdjęć się nie da zrobić, ale właśnie dzięki otwartej przestrzeni rzeki możemy podziwiać bryłę monumentalnego kościoła. W tym miejscu był kościół romański z którego zachował się portal i bardzo sobie cenię możliwość zobaczenia go, bo zabytków z tego okresu w Europie nie ma zbyt wiele. Niestety z powodu zbyt wczesnej pory nie mogłem zobaczyć wnętrza, a z pewnością jest imponujące. Z innych ciekawych miejsc zahaczyłem o dworzec, pewnie bym nie zajrzał, ale lubię kolejowe klimaty i miała być skrzynka, więc nie mogłem sobie odpuścić. Byłem też na cmentarzu żołnierzy 2 Armii WP. Nad pochowanymi czuwa wielki orzeł, a równe rzędy białych krzyży zawsze robią przejmujące wrażenie. Żal mi chłopaków że trafili pod tak fatalne dowództwo, czyli Karola Świerczewskiego. W ramach operacji łużyckiej w kwietniu 1945r. doszło do bitwy pod Budziszynem. Było to ostatnie niemieckie zwycięstwo w czasie wojny. I tylko nie wiem czemu w swoich notatkach "koniecznie zajrzeć" nie miałem tutejszego domu kultury. Przed wyjazdem wirtualnie odwiedziłem tą imponującą budowlę, ale w czasie pobytu w Zgorzelcu całkowicie zapomniałem o tej perle architektury. Nie mogę sobie tego darować.


    Tuż pod Zgorzelcem odwiedziłem pałac w Łagowie. Obecnie przerobiony na hotel i dzięki temu do dziś cieszy oko. Z kolei kolejny pałac w Jędrzychowicach to już tylko ruiny, ale równie ciekawe. Początkowo myślałem że nawet nie podejdę pod pozostałości pałacu, bo kolczaste krzewy skutecznie broniły dostępu. Wystarczyło jednak znaleźć ścieżkę, którą na miejsce zmierzają miłośnicy spożywania trunków na świeżym powietrzu. Ruiny są naprawdę imponujące bo pałac był duży, chyba trzypiętrowy, a do tego dobudowana była wieża. Oczywiście najlepiej byłoby obejrzeć to późną jesienią, gdy opadną liście i odsłonią widok na całość. Tylko kesza "Jędrzychowice" OP8130 nie udało się znaleźć.


    Po opuszczeniu okolic Zgorzelca pojechałem drogą nr 351. Polecam, bo ruch tu nieduży, droga kręta i jazda dzięki temu się nie nuży, bo zawsze jest ciekawość co zobaczy się za kolejnym zakrętem. Czasami zbliżamy się też do Nysy Łużyckiej, która zaskoczyła mnie swoja wielkością. Spodziewałem się że ma kilka, kilkanaście metrów szerokości, a tu tymczasem porządna, szeroka rzeka. I tak podziwiając widoki dotarłem do Pieńska. Cały czas skądś kojarzyłem tę nazwę, ale jakoś nic konkretnego nie przychodziło mi do głowy. I musiałem odwiedzić to miasto, by odkryć tutejsze huty szkła, które znałem z ich wyrobów. Do dziś ich słoiki typu wek służą w rodzinie do przechowywania kapusty kiszonej, czy kiszonych ogórków. Na pokrywce wygrawerowana jest nazwa huty i cena detaliczna za słoik. Z wiadomych względów niestety coraz ich mniej.


    Dotychczasowa droga z Pieńska odchodzi na płn.-wsch. ale moim celem było trzymanie się w miarę możliwości granicy, więc zaraz za miastem wjechałem w las, który towarzyszył mi przez większość dzisiejszej, dalszej podróży. Na leśnym przejeździe udało mi się spotkać pociąg towarowy ciągnięty przez SU46 PKP Cargo i Bombardiera, ale jakoś nie zauważyłem nazwy operatora. I na jakiś czas to był ostatni kontakt z zaawansowaną cywilizacją. Z pierwszej, niewielkiej wsi Bielawy Dolnej nie pamiętam nawet domów. Ale akurat tam wzrok przykuwają różne stwory rodem z "Akademii pana Kleksa" i przeróżne konstrukcje w rodzaju domki na drzewie, ale nie trzymające pionów, a rozlewające się niczym we śnie. To część parku rozrywki, który znajduje się głównie po niemieckiej stronie, na którą można przejść po moście pontonowym. Kiedyś był tu taki z prawdziwego zdarzenia, ale po wojnie pozostał po nim tylko przyczółek na brzegu z keszem "Most na Nysie Łużyckiej" OP808G.


    Niestety już przy keszu zaczęło popadywać, a im dalej w las tym mocniej. Jeszcze mi to nie przeszkadzało, z sakwy wyciągnąłem kurtkę z kapturem i jakoś szło. Ale utwardzona szutrówka zaczęła się zmieniać w coraz bardziej lotne piaski i w końcu musiałem kręcić na najlżejszych przełożeniach. Tego było za dużo i w końcu zatrzymałem się pod drzewem klnąc na pogodę, jakby to miało coś zmienić. W końcu przestało padać a ja ruszyłem dalej. Humor poprawiał mi się z każdym metrem bo zbliżałem się do kesza "Toporów" OP808Q, który od założenia w 2014r. miał jedno znalezienie, a ja uwielbiam znajdować takie pudełka. I na miejscu tylko wszystko co mogło, to mi opadło, bo akurat młodzi archeolodzy mieli tu chyba jakieś letnie praktyki. Z szukania nici. Takiego rozczarowania nie przeżyłem od kiedy dowiedziałem się że prezenty podrzucają rodzice, a nie św. Mikołaj.
    Cóż, trzeba jechać dalej. Droga gruntowa znów zrobiła się twarda, las może nie oszałamiający bo typowa plantacja na płyty wiórowe czy papier, ale i po takich lubię jeździć. W końcu dotarłem do cywilizacji w postaci małej wsi Sobolice. Muszę przyznać, że mimo że budownictwo całkiem inne, to poczułem się jak w bliskich memu sercu, ale i rodzinnego Białegostoku przygranicznych wioskach. Ten sam senny klimat i poczucie zagubienia gdzieś na końcu świata. W centrum wsi ciekawostka w postaci małej rekonstrukcji wojskowych stanowisk polowych, i niewielkie miejsce pamięci w nawiązaniu do jednostek II Armii WP, które tu stacjonowały.


    I znów lasy, prawdę mówiąc zrobiło się trochę monotonnie. Nie ma się czemu dziwić, jak doczytałem po powrocie, lubuskie to województwo z największą powierzchnią lasów. Szkoda że to nie stare bory, ale jak wspomniałem plantacje. Tyle dobrego że asfalt powrócił, jednak to najlżejsza nawierzchnia do jeżdżenia rowerem. Ciekawszym przerywnikiem był zrujnowany folwark w Lipnej z pałacem na czele. Niestety strasznie zarośnięty, a nie miałem ochoty na łażenie po mokrych krzakach. Budynki gospodarcze co prawda przy głównej drodze, więc do obejrzenia bez problemu, ale jednak to pałac najbardziej mnie interesował.
     W miasteczku Przewóz leżącym na samej granicy pierwsze co zwraca uwagę to budki a na każdej wielki napis "Zigaretten". Zresztą nie tylko w tym, ale każdym mijanym, który ma bezpośrednie połączenie z Niemcami. Jest to pewna egzotyka, u mnie przy granicy na tablicach sporo napisów cyrylicą, które ciężko odczytać jak się nie zna alfabetu. No, ale nie przyjechałem podziwiać przygranicznego handlu. W Przewozie jest ciekawy obiekt w postaci wieży głodowej. To pozostałość zamku z XIIIw. Nazwa wzięła się z okresu rządów Jana II Żagańskiego kiedy to książę uwięził swego brata, rywala do tronu i zagłodził na śmierć. To był tylko jeden z epizodów w historii Piastów śląskich. Przy piastowskich intrygach, zdradach, sojuszach, wojenkach słynna "Gra o tron" to prosta historia dla dzieci.


    Do obejrzenia był jeszcze kościół z XVw. Jednak mimo swojego starego rodowodu i dobrze zachowanych cech gotyckich, jakoś nie wzbudził mojego zachwytu. Pewnie przez to że został otynkowany, surowa cegła wygląda moim zadaniem znacznie korzystniej. Do tego był zamknięty, więc tylko zrobiłem fotkę na pamiątkę i mostem wjechałem do Niemiec. W ogóle to miałem szukać noclegu już gdzieś w okolicy Przewozu, ale było jeszcze dość wcześnie więc postanowiłem przejechać jeszcze kilka kilometrów. Prowadziła mnie droga rowerowa, tzw. żabi szlak, ładny, równy asfalt, a od czasu do czasu niewielkie wiaty drewniane. I przy tych wiatach wpadły mi pierwsze kesze na terenie Niemiec. Czas jednak było rozglądać się za miejscem do spania. Wspomniane wiaty wydały mi się idealne. Wystarczyło znaleźć taką pod drzewami z odpowiednio szerokim stołem. I w końcu się znalazła, więc nawet nie musiałem rozbijać namiotu, tylko rozwinąłem karimatę i śpiwór i spanie miałem jak w luksusowym hotelu.