wtorek, 28 listopada 2017

Ku morzu cz.IV Na prawy brzeg Odry

    Wakacje, godzina szósta, więc idealna pora by się budzić. Normalnie o tej porze to ciężko mnie ściągnąć z łóżka, ale w czasie urlopu jakiś trybik przeskakuje w głowie i żal zmarnować nawet minuty. Na śniadanie dwa serki wiejskie z Piątnicy, które jak się okazuje zrobiły ogólnopolską karierę. Potem mała toaleta czyli umycie zębów, przepłukanie twarzy, szybkie zwinięcie obozu i dalej w drogę. Nawet dobrze się nie rozkręciłem a już miałem postój przy keszu "Zapomniany kościół" OP6FBD. Podziwiając niewielką świątynię cały czas miałem nieodparte wrażenie, że już gdzieś ją widziałem. I już sobie przypomniałem. Serfując gdzieś po internecie natknąłem się na filmik ludzi zwiedzających opuszczone miejsca, wśród których był i ten kościół. Była okazja podejrzeć jak zmieniło się tutaj w ciągu kilku lat. Na amatorskim filmie ludzie swobodnie zwiedzają wnętrze i wchodzą prawie na dach, który wydaje się że zaraz runie. Tymczasem kiedy ja zajechałem to świątynię nakrywał nowiutki dach, a wszystkie wejścia zostały zamurowane, ale zostawiając prześwity, przez co można podejrzeć wnętrze. Z jednej strony szkoda, że nie można zwiedzić wnętrza, z drugiej cieszy że ktoś o zabytku sobie przypomniał.


    Dłuższą chwilę zabawiłem w Gubinie, jedynej większej miejscowości tego dnia. Kolejne nadgraniczne miasteczko, które przed wojną razem ze swym niemieckim sąsiadem tworzyło jedną całość. Sporo tu interesujących miejsc. Jest baszta, są mury obronne, a także niemało pięknych kamieniczek. Ciekawym miejscem jest wyspa na Nysie. Przed siedemdziesięciu laty stał tu teatr, który nawet przetrwał walki, ale po wojnie spłonął w niewyjaśnionych okolicznościach. Dziś to dobre miejsce do spędzenia miłych chwil w ładnym otoczeniu. Trochę drzew i pozostałości po teatrze tworzy ładny zakątek w mieście. To jednak nie koniec ciekawych miejsc. Moim zdaniem najciekawsza jest katedra, a w zasadzie jej ruiny.  Zniszczona w czasie II wojny światowej, przetrwały jedynie mury. Zabezpieczona jako trwała ruina jest niewątpliwą ozdobą miasteczka. A że to nie lepszy, pierwszy kościół, a ogromna gotycka katedra to wrażenie jest oszałamiające.


    Z Gubinem czekał mnie głównie las. Dwie wsie Wałowo i Chlebowo trochę urozmaiciły dość jednostajny krajobraz. Zaraz za Chlebowem dotarłem do Odry. Na drugi brzeg dostałem się promem. Trzeba przyznać że ten sposób pokonywania rzeki bardziej mi się podoba niż mostem. Po prostu atrakcja przepłynięcia się, choć niewielki kawałek.


    W jednej z pierwszych wsi za Odrą Rybaki czekała mnie mała niespodzianka w postaci zabytkowego szybu naftowego. Polską ropę kojarzyłem z częścią płd.-wsch. ale o tutejszej nie wiedziałem. Nie ma co mieć nadziei na drugą Arabię Saudyjską, ale kilkadziesiąt ton przez kilka lat wpływa do ogólnej puli. Następnego dnia widziałem jedno z czynnych pól naftowych. Nie jest to jakiś wielki obszar dominujący nad krajobrazem. Gdyby nie ciągle płonący ogień, pewnie myślałbym że mijam jakąś niewielki zakład.


    Droga wiodła mnie przez zapomniane wioski w dolinie Odry: wspomniane Rybaki, Miłów, Bytomiec i Krzesin. poniemieckie budownictwo niezmiennie mnie ciekawiło, ale gospodarstwa tutaj jakoś zaniedbane. Miałem też wrażenie że biednie się tutaj żyje. Z dostaniem się do urzędu, lekarza, szkoły też pewnie niełatwo, bo patrząc na mapę to do większych miasteczek kawał drogi. Gdyby ze wsi Kłopot przetrwał most do niemieckiego Eisenhuttenstadt, z pewnością okolica lekko by odżyła. Wspomniana przeprawa została zburzona przez wycofujących się Niemców w czasie II wojny światowej. Trzeba jednak przyznać że nawet jego ruiny robią wrażenie. Odra to spora rzeka, więc i most musiał być solidny. Po polskiej stronie pozostały cztery potężne łuki, które sięgają zaledwie do głównego nurtu, więc widok na całość musiał być imponujący. Nie odmówiłem sobie przyjemności dojścia do jego końca górą, a potem dołem. Jak już nacieszyłem się widokiem od dołu, to porządnie wypluskałem się w rzece. Odra ma tu miniaturowe zatoczki, gdzie woda była przyjemnie ciepła, prawie jak podgrzewana.


    Pełen nowych sił mogłem jechać dalej, przez znany krajobraz poniemieckich wsi, przetykanych lubuskimi lasami. W Cybince natknąłem się na mocniejszy akcent historyczny. W centrum miasteczka jest radziecki, oficerski cmentarz wojskowy. Na murze go otaczającym są płaskorzeźby żołnierzy radzieckich. Z daleka wygląda to jak stacje Drogi Krzyżowej. Mi bardziej spodobał się cmentarz żołnierski na przedmieściach z keszem "A354- Cmentarz Wojskowy koło Cybinki." OP3F45. Rzecz doprawdy imponująca. Na wielkich cokołach stoją haubice 122mm wz.1938. Pod nimi zawieszono wielkie, żelazne tablice, zapewne sławiące żołnierzy. Nad całością góruje ostrosłup, na którego ścianie jest wyobrażenie, jak mi się zdaje, bogini zwycięstwa. Tylko taka myśl przemknęła mi przez głowę. Oddzielne cmentarze dla oficerów i dla reszty żołnierzy. Jak widać nawet po śmierci sowietom słabo wychodziło wcielanie w życie idei społeczeństwa egalitarnego.


    Zaraz za Cybinką, w lesie, w przysiółku Koziczyn, świeciły się dwa kesze. To była już pora że powoli trzeba było zacząć rozglądać się za noclegiem, więc odbiłem w leśną drogą prowadzącą do skrzynek, jednocześnie wypatrując miejsca do spania. Nic nie wypatrzyłem, bo to za wysoko, to przez krzaki trzeba przechodzić, to za blisko strumyka, więc komary, itd. I tak dojechałem do Koziczyna. To teren przedwojennej fabryki celulozy, niestety w mizernym stanie. Willa właścicieli bardzo ładna, ale opuszczona i tylko tymczasowo zabezpieczona. Budynki fabryczne w dużej części to ruina, poza niewielkim fragmentem przy drodze, który zaadaptowano na mieszkania. Kawałek za wsią jeszcze cmentarz na który dotarłem tylko dzięki keszowi "Koziczyn pozostałości cmentarza" OP51C5. Parę znikających nagrobków, ale nad wszystkim góruje masywny, betonowy krzyż. Nieźle opiera się upływowi czasu i z czasem to tylko on pewnie pozostanie jedynym świadkiem tej niewielkiej nekropolii.


    Jak nie znalazłem dobrego miejsca do spania po wschodniej stronie DK29 to postanowiłem poszukać po wschodniej. Pokręciłem się trochę po leśnych ścieżkach i w końcu jest. Lekki spadek i trawa czyli idealne miejsce na rozbicie namiotu. Wystarczyło wyzbierać trochę szyszek, by nie kuły w cztery litery i mogłem rozkoszować się ciszą. No może nie do końca bo w nocy przyszła burza, ale do tego tego lata można było przywyknąć.

czwartek, 16 listopada 2017

O tym jak Podlasie Mazowsze nawiedziło

       Kolejna wycieczka w większym gronie, czyli oprócz mnie: mimi, MiszkaWu i wzorowy. Na jeden dzień, więc wiadomo, że na drugi koniec Polski nie pojedziemy. Studiując mapę wyszło, że rozsądnym kierunkiem i odległością do przyjęcia będą tereny za Warszawą, a w szczególności ścieżka "Rawska Ósemka".
    Wyruszyliśmy wcześnie rano, można by powiedzieć że w nocy. Oczywiście "ósemką" na której w niedzielę o tej porze ruch panował niewielki. Pierwszy postój w Radzyminie, ale nie zabawiliśmy tu długo, tyle co po kesza. Zresztą podobnie w Markach. Ale tutaj przynajmniej było coś ciekawego do obejrzenia, czyli lokomotywa wąskotorowa z keszem "coza_45. Ciuchcia." OP3139. Prawdę mówiąc to poza tą ciuchcią i jedną willą, to więcej nic nie kojarzę ładnego z tego miasteczka. Moim zdaniem większość podwarszawskich miejscowości nie grzeszy urodą, ale Marki nawet na ich tle wyróżniają się brzydotą. Może kiedyś zmienię o nich zdanie, podobnie jak o Pruszkowie. Wystarczyło kilka skrzynek, ciekawych historii i od razu miasto nabrało koloru.
    W Warszawie obejrzeliśmy głównie ekrany dźwiękochłonne. Fajnie że powstają nowe drogi, ale znika radość podróży i szansa na dostrzeżenie czegoś ciekawego. Tak, tak, samochodem to też możliwe. I już lądujemy w Nadarzynie. Cały czas zastanawiałem się z czym ja kojarzę to miasteczko? Cały czas po głowie chodziła jakaś giełda i rzeczywiście działa tu ponoć największe w Polsce centrum odzieżowe. Ale my nie o zakupach myśleliśmy a o plastikowych pojemnikach. Przypadł mi do gustu szczególnie ten ukryty obok tutejszego centrum kultury "Poniatówka" OP5E41. Naprawdę ciekawe maskowanie wtapiające się w tło. Tylko zastanawialiśmy skąd w miasteczku (formalnie to wieś) o poranku policja. Jak się okazało w nocy był jakiś pościg zakończony strzałami i wylądowaniem złodzieja aut na drzewie. Od razu człowiek poczuł, że stolica niedaleko. U nas najsłynniejsza akcja to jak świnkę pod Sokółką łapali. Polecam filmik na youtube.
     Jak już byliśmy niedaleko to nie mogliśmy odpuścić dwóch keszy o panu Marianie. Te historie mają coś w sobie, i czytając je człowiek od razu się uśmiecha. A z uśmiechem jak wiadomo wszystko jest łatwiejsze, więc i tych keszy przyjemnie się szuka. Trzeba przyznać zresztą, że miejscówki same w sobie są ciekawe i obroniłyby się i bez głównej postaci. Z dwóch keszy bardziej przypadł mi do gustu ten przy arce. Zresztą czego tam nie ma, i zabytkowy budynek, i popiersia, i jakaś nowoczesna instalacja. Do wyboru, do koloru.



    W końcu zaczęliśmy główny punkt programu, czyli "Rawską Ósemkę". I od razu świetne miejsce z keszem "Rawska Ósemka #17 - Chojnata" OP4ECD. Młyn, co prawda w nie najlepszym stanie, ale na tyle dobrym, że koło wodne wciąż trzyma pion. Zresztą jak się potem okazało, skrzynki są pochowane w ciekawych miejscach i ich szukanie było przyjemnością.


    Część skrzynek schowana była przy dworkach, zachowanych w różnym stanie. Tych zamieszkałych, opuszczonych ale porządnie zabezpieczonych, ale i całkowicie opuszczonych i otwartych dla poszukiwaczy. Oprócz samych budynków zawsze zwracam uwagę na przyrodę otaczającą dworki. Zawsze da się zauważyć wiekowe drzewa, które wyglądają przewspaniale. Jakże to odmienne od przykrej tendencji pozbywania się drzew z działek, bo to liście jesienią trzeba grabić.


    Jak już jesteśmy przy przyrodzie to nie mogę wspomnieć o wspaniałym dębie z keszem "Rawska Ósemka #1 - Babsk" OP4E95 Uwielbiam dęby, to mój ulubiony gatunek. Nawet nie dlatego że są wielkie i majestatyczne, ale dlatego, że ich gałęzie wspaniale wyginają się i rosną w różne strony. Natura wymyśliła sztukę nowoczesną, nim człowiek pomyślał o namalowaniu mamuta w jaskini. No ale nad wielkością nie da się jednak przejść obojętnie. Chyba dopiero rozłupanie tego drzewa mogło pokazać jaki obszar mamy pod korą.

 
     Żeby nie było tak słodko to łyżka dziegciu też musi być. Chodzi mi o skrzynkę na grodzisku "Rawska Ósemka #2 - Kurzeszyn" OP4E96. Do samego kesza nic nie mam, jak i do samego grodziska. Na terenie polski jest ich 2,5tyś. a jak głosi zdjęcie tabliczki w opisie kesza to był jeden z tych objętych ochroną prawną. Zachodzimy na miejsce i co widzimy na majdanie (plac wewnątrz wałów): nowy dom. To bardziej większa letnia
dacza, ale nie zmienia to faktu jak tam powstała. Nie znam się na prawie w tym temacie, ale to jakieś kuriozum na obiekcie zabytkowym pod ochroną prawną budować takie coś. Może to samowola budowlana?
    Miło też będę wspominał wizytę przy keszu "Rawska Ósemka #5 - Boguszyce" OP4E9B i "Boguszyce - Rawka" OP0FEE. Przy tym drugim okazało się kto jest najbardziej wygimnastykowany i to mimiemu udało się tak powyginać by wejść do wnęki pod mostem. Były też obwarzanki kupione od pani które małe stoisko zrobiła na przystanku. Zresztą zauważyłem że tutaj w niedzielę można spotkać paru handlarzy tym przysmakiem. W tej części Polski obwarzanek to małe kółko z dziurką, z twardego ciasta, prawie jak suchar. I ja też uznaję tylko ten wariant. No i jest drewniany kościół, ale jak się zobaczyło tę rzeźbę papieża JPII to i o świątyni się zapomniało. Podejrzewam że jeszcze nie raz papież zaskoczy mnie swoim wyrazem twarzy.

 
     Pozytywnie zaskoczyła mnie Rawa Mazowiecka. Już przed wyjazdem wiedziałem że odwiedzimy tu zamek, ale nie wczytywałem się w jego historię, ani jaka część została do naszych czasów. Tymczasem natknęliśmy się na wcale niezgorsze ocalałe skrzydło, a o wielkości reszty daje wyobrażenie wyciągnięty lekko ponad ziemię fundament. Ciekawie było też na cmentarzu przy okazji kesza z serii "Nieśmiertelnych". Natknąłem się tam na rzeźbę pogrążonej w żalu osoby odzianej w długą szatę. Zrobiona z jakiegoś białego kamienia nawet w dzień robi wrażenie, a w nocy niespodziewane wyjście na nią to mini zawał serca murowany.


    Ścieżka pożegnała nas miłym akcentem. Słońce powoli zbliżało się do horyzontu, a cienie się wydłużały. Przy keszu "Rawska Ósemka #16 - Turowa Wola" OP4ECA  trafiliśmy na regularnie koszoną łąkę z paroma drzewami. Nad strumieniem stał zadbany dom przerobiony z młyna. Brzegi strumieni łączyły małe, stylowe mostki. Idylla jak na jakimś obrazku.



    Przed nami jeszcze długi powrót do Białegostoku. Jak to o tej porze roku nawet nie wiadomo kiedy zapadł zmrok. A że godzina była już późna to pojechaliśmy przez środek Warszawy zamiast przemknąć obwodówką. Liczyliśmy na trzy, cztery kesze i nawet jeden udało się złapać. Niestety nie wzięliśmy pod uwagę, że to wielkie miasto i różny element może się przyplątać. Na chwilę odeszliśmy od auta, nawet go nie zamykając i w tym czasie złodzieje korzystając z okazji buchnęli komórkę Miszki. Jakiś starszy model, ale mimo wszystko żal. Morale poleciało w dół i skończyliśmy ze skrzynkami na ten dzień.

czwartek, 9 listopada 2017

Ku morzu cz.III Co w lubuskich lasach piszczy

    Noc minęła spokojnie, więc wstałem bardzo wcześnie. Tym bardziej że ptaszki nie dały spać zbyt długo, swym świergotem przyjemnie budząc. Szybkie śniadanie, jeszcze szybsze spakowanie się i w drogę. Cały czas asfaltową drogą rowerową, nawet po miedzy między polami, dzięki czemu jedzie się niezwykle lekko. Ścieżka rowerowa trzyma się głównie Nysy Łużyckiej, z rzadka przejeżdżając przez siedziby ludzkie. W jakiejś wsi uwagę zwrócił niewielki obelisk jaki widuje się czasem na Mazurach i Warmii poświęcony żołnierzom z I wojny światowej. Przystanąłem żeby obejrzeć i lekko się zdziwiłem bo poświęcony był miejscowym żołnierzom Wehrmachtu poległym w ostatniej wojnie. Jego istnienie jest tu naturalne, ale po prostu w Polsce z oczywistych względów nie widuje się nawet cmentarzy żołnierzy niemieckich, więc była to dla mnie pewna egzotyka. Oczywiście z ciekawością zerkałem na podwórka, wszystkie zadbane bez walających się w obejściu rupieciu i zardzewiałych, starych maszyn. Tylko jedna rzecz mi się nie podobała. W każdym oknie solidne, zewnętrzne rolety. Nie sądzę by te tereny były dotknięte plagą złodziejstwa, a ma się przez nie wrażenie, że gospodarze odcinają się od wszystkiego, a w każdym przejeżdżającym widzą potencjalne zagrożenie. Co jednak szczególnie zapamiętałem to remont ścieżki rowerowej. Jestem przyzwyczajony, że w takim przypadku drogę przegradza się taśmą, która po paru dniach porwana powiewa na wietrze. Tu jednak postawiono barierki z światłami ostrzegawczymi, a objazd przez miasteczko wyznaczały tabliczki, tak skonstruowane, że nawet nie znając niemieckiego wiedziałem gdzie skręcić. Sporo jeżdżę autem, ale u nas nawet drogowe objazdy nie są tak dobrze oznaczone, a o rowerowych w ogóle zapomnijcie. Coś jest z prawdy w stereotypie o niemieckim porządku.
    W końcu docieram do kolejnego mostu łączącego niemieckie Bad Muskau (Mużaków) z polską Łęknicą. Można przejechać po dawnej przeprawie kolejowej. Fajnie że zdecydowano się zostawić przeprawę po zlikwidowanej linii, nadając jej nowe życie. Tym bardziej że jest ciekawa w formie. Większość przepraw buduje się w linii prostej, tu z jakiś powodów zdecydowano się na wyraźnie zaznaczony łuk.


    Ja jednak podjechałem jeszcze kawałek i przekroczyłem Nysę mostem drogowym. Od razu ruszyłem do Parku Mużakowskiego. To nie byle jaki park, a wpisany na światową listę dziedzictwa UNESCO. Jego główną ozdobą jest pałac wzniesiony przez księcia Hermanna von Pucklera. Dostałem tu prawdziwego oczopląsu bo nie wiedziałem na czym dłużej oko zawiesić. Czy na lwach pilnujących pałacu, czy palmach rosnących tuż obok,attykach, czy na wieżyczkach która każda zakończona jest jakąś postacią. W końcu jak już pierwsze wrażenie minęło, to jednak postacie na wieżyczkach zainteresowały mnie najbardziej. Jeszcze nigdy nie widziałem takiej liczby figur (tutaj żołnierzy), wieńczącej szczyty. Razem z pastelową barwą elewacji wygląda to jak doskonały wyrób cukiernika. A że ja bardzo lubię słodycze to mi się bardzo podobało.


    Pomyślałem że jak jestem niedaleko to warto też zajrzeć do nieczynnej kopalni Babina. To dawna kopalnia odkrywkowa węgla brunatnego, obecnie zmieniona w park geologiczny z wyznaczonymi ścieżkami. Początek był obiecujący, bo na wejściu stały wagoniki do transportu urobku. Spodziewałem się że na terenie znajdę jeszcze inne relikty z czasów przemysłowego użytkowania. Niestety nic z tego. Owszem, ładnie tu, szczególnie piękne są jeziora w miejscu wyrobisk, ale mi się to skojarzyło z podbiałostockimi Ogrodniczkami. Co prawda wyrobiska u nas dużo mniejsze i jeziora także, ale klimat ten sam. Jakbym wiedział co zastanę to bym nie odbijał, tych trzech, czterech kilometrów. Niby niewiele, ale takich "odbić" zebrało się sporo po trasie. Sytuację uratowała ogromna wieża z keszem "Wieża widokowa Geopark" OP80X8. Warto było się wdrapać by z góry spojrzeć na te większe "glinianki", a na horyzoncie zobaczyć jakiś wielki obiekt przemysłowy. Podejrzewam że widać było elektrownię w Chociebużu (Cottbus).


    Generalnie staram się unikać dróg krajowych, ale jedyna w miarę sensowna o pewnej nawierzchni asfaltowej i wzdłuż granicy to była "dwunastka". Nie było tak źle bo ruch tu niewielki. Krótki postój zrobiłem sobie w Żarkach Wielkich, by obejrzeć tutejszy kościół i wieżę rycerską. Niestety ta ostatnia jest w tragicznym stanie i chyba nawet nie ma szans na ocalenie tych cegieł, które jakoś trzymają się kupy.
    Nie lepiej zabytki wyglądały w nieodległej Trzebieli. Niektóre kamieniczki są opuszczone i straszą pustymi dziurami okien, a zza drzwi wygląda pies, który zrobił sobie w środku legowisko. Pałac, wieża mieszkalna, baszta, wszystko w ruinie i tylko zabezpieczone by nikt do środka nie wchodził. Żal patrzeć jak niszczeje. Nie bardzo rozumiem zjawisko tego zaniedbania, obecne i na nieodległej Warmii i Mazurach. Prosto dałoby się to wytłumaczyć, że to poniemieckie, do tego ludność napływowa, nie jest u siebie, a kto wie czy Niemcy nie wrócą, więc po co remontować. Ale przecież jest wiele miasteczek które cieszą oko i znowu nie są tak daleko od tych zaniedbanych. Może to zasługa władz które przez lata potrafiły, lub nie, przekonać obywateli że jednak są u siebie? Wobec tego z Trzebieli najlepiej wspominam głaz narzutowy z keszem "Diabelski Kamień" OP83JD. Kamień jak kamień, zapewne kiedyś przytargany tu przez lodowiec, ale że nie jestem fanem geologii, to tylko cmoknąłbym z podziwem dla wielkości, pojechał dalej i zapomniał. Ale jest fajna legenda, w gruncie rzeczy typowa, diabeł miał do zrobienia robotę, nie wyrobił się i akurat tutaj upuścił głaz, pozostawiając wyryte ślady. A że uwielbiam wszelkie historie i legendy, więc i miejsce mocno zyskało i pamiętam o nim do dziś.


    I znowu lasy z małym przerywnikiem w postaci przejścia granicznego. Widać że budynki lepsze czasy mają za sobą, ale część wciąż jest użytkowana. Teren służy głównie kierowcom ciężarówek do przerwy w podróży. Miałem nawet chętkę na tutejszego kesza, ale niedaleko stał patrol chyba Służby Celnej i z szukania nici.
    Zaraz za przejściem skończyła się asfaltowa droga i zaczęła się gruntowa. Z piaskami takimi, że miejscami się jechać nie dało. Jednak z każdym metrem zbliżałem się do danej fabryki prochu Forst Scheuno. Wjazd na teren kompleksu oznajmiły utwardzone drogi. Nawet mimo posiadania GPS, przez ogrom obszaru i liczne drogi zakładowe ciężko się tu połapać i prawdę mówiąc bez elektroniki bym się zgubił. Znalazłem jedynego ówczesnego kesza "Fabryka materiałów wybuchowych Forst-Scheuno" OP8EZ3. To był tylko miły dodatek do pięknie zamaskowanych budynków o nieznanym w większości dla mnie przeznaczeniu. Jak gdzieś przeczytałem powojenna inwentaryzacja wykazała kilkaset budynków, schronów, itp. Pewnie dnia by nie starczyło na poznanie wszystkich, a na kilku hektarach można by założyć sporo keszy. Co do jednego typu budynków byłem pewny, a mianowicie ramp przeładunkowych. Ale np do czego mógł służyć ceglany hangar, dość wąski, ale strasznie wysoki, może nawet na 10m. do dziś nie mam pojęcia. Jak też doczytałem, ponad 10 lat temu doszło tu do wybuchu gazów, w wyniku której zginęło dwóch studentów, eksploratorów opuszczonej fabryki. To aż nieprawdopodobne że zakłady zebrały śmiertelne żniwo tyle lat po wojnie, bo w czasie jej działania poparzenia, urwane kończyny to był chleb powszedni. Ech gdyby to nie był drugi koniec Polski to byłbym tutaj częstym gościem. Chociaż tzw urbanexploring to nigdy nie było moje hobby, to jednak lubię sobie połazić po takich miejscach. Są jednak takie do których chce się wracać po kilka razy, ze względu na klimat i historię. I to miejsce z pewnością do nich należy.


    Jak wspomniałem dzięki GPS wyplątałem się z sieci uliczek, pod koniec mijając militarny park rozrywki (paitnball, małpi gaj, przejażdżki ciężarówką, itp.), bo trzeba dodać że nie wszystkie obiekty są opuszczone. Po wyjeździe z obiektu minąłem niewielką wieś Brożek w której pewnie w czasie wojny szklarz miał sporo roboty. Zaraz zza drzew wyłoniła się niewielka wieś Zasieki, jak to tutaj bywa która przed wojną była prawobrzeżną dzielnicą miasta. Po Niemieckiej stronie widać Forst i akurat tutaj nie jest to najprzyjemniejszy widok, bo widzimy bloki z wielkiej płyty. Nawet te niemieckie wyglądają szpetnie, czyli nic się z tym nie da zrobić, chociaż znowu tak bardzo w świecie nie bywałem i może komuś się udało postawić ładne klocki z prefabrykatów. Za to mogłem sobie obejrzeć resztki mostu, który swego czasu musiał się nieźle prezentować. Po polskiej stronie do dziś stoją fontanny, a nawet słupy oświetleniowe, znak po dawnej świetności.


    Przed wyjazdem zachód polski kojarzyłem z przemysłem, licznymi miastami i wsiami, gęstą siecią dróg, a tymczasem lubuskie mocno naprostowało moje wyobrażenia. Trzymając się granicy miałem do wyboru jedynie drogi na mapie topo zaznaczone przerywanymi liniami, a nad rzeczkami to chyba nawet mostków nie było. Wobec tego lekko odbiłem na płn.-zach. Wspominałem w tym wpisie coś o lasach? Jak nie to dodam że znowu drzewa i świeże powietrze. Zazwyczaj jak się jedzie rowerem to zawsze coś przyciągnie uwagę, ale w lesie mocno użytkowym nawet pięknych drzew jak na lekarstwo, więc po pewnym czasie wszystkie myśli ulatują z głowy i jedzie się jakby na lekkim haju. Ze stanu nirwany wyrwała mnie wieś Jeziory Wysokie, gdzie było ukrytych kilka skrzynek. A dokładnie w lesie graniczącym z wsią. Szkoda że las którym wcześniej jechałem tak nie wyglądał. Wiekowe drzewa, trochę próchniejących konarów walających się po ziemi i las od razu nabrał charakteru. Jezioro Brodzkie okazało się ciekawym dopełnieniem. Wpadło kilka skrzynek i zadowolony opuściłem wieś.
    Jeziory Wysokie praktycznie graniczą z Brodami. To już większa miejscowość, siedziba gminy. Nie mogłem odpuścić sobie okazji obejrzenia tutejszego pałacu. Jest tu o tyle ciekawie, że aby wjechać do miasteczka trzeba przejechać bramę, tego typu jaka wiedzie do wielu rezydencji. Murowana i bogato zdobiona, ale po jej przekroczeniu widzimy tylko kamieniczki. Jedziemy między nimi i docieramy do kolejnej bramy, bardziej ażurowej, strzeżonej przez dwie postaci, niestety pozbawione głów. Za nią jest już właściwy pałac. Boczne skrzydła są wyremontowane, mieści się tu min. restauracja. Jednak centralne założenie wciąż jest w remoncie który nie wygląda by posuwał się żwawo do przodu. Najbardziej zwraca uwagę wielki zegar nad głównym wejściem, niestety nie pokazujący właściwej godziny. Mam nadzieję że w końcu uda się wyremontować całe założenie, bo pałac jest naprawdę przepiękny.


    Myślałem że zjem tu późny obiad, ale ceny w restauracji lekko mnie wystraszyły, więc zjadłem mielonkę z puszki przy okazji krótkiego popasu w lesie zaraz za Brodami. Wełna nie wełna, ale kiszka pełna i jest co spalać. Znowu tak dużo tego spalania nie było, bo już w Bieczu zatrzymał mnie ciekawy obiekt. Może nie tak spektakularny jak w Bieczu małopolskim, ale i tak trochę czasu tu spędziłem. Cały czas mam na myśli ruiny po zespole pałacowym. Co prawda nie zwiedziłem całości bo przy pałacu ktoś się kręcił i wolałem się nie pokazywać, ale ogromną oficynę i wieżę bramną mogłem obejrzeć w spokoju. Wszystkie wejścia do oficyny były otwarte, ale wewnątrz zaskakująco czysto. Oczywiście są tam jakieś ślady po spożywaniu trunków, ale bez niszczenia, zaśmiecania. Bardziej uwagę zwraca jakaś pustka, duch melancholii obecny wewnątrz. Wcale nie jest to taki powszechny klimat w porzuconych dworach, willach, itp. No i brama, niestety w opłakanym stanie. Zawalony prawie całkowicie dach i popękane mury. Stoi chyba dlatego, że zbudowano ją z solidnej cegły. Do dziś wiszą mocno nadgryzione deszczem i wiatrem herby dawnych właścicieli. Miałem takie wrażenie, że jak one spadną to i brama się zawali nie widząc sensu w dalszym trwaniu. Obok można jeszcze obejrzeć porzucony zakład, zapewne człowieka, który w latach 80-tych kupił całe założenie. Nie jest jednak specjalnie interesujący, a do tego psuje widok od północy.


    W Bieczu warto jeszcze zajrzeć do kościoła, praktycznie po drugiej stronie drogi. Lekko przypominał mi cerkiew, jakby dodać cebule, to byłaby świątynia prawosławna jak malowanie.
    Prawdę mówiąc to wspomniany obiad, to powinien być późny podwieczorek. Wobec tego kolejny raz czas było rozglądać się za noclegiem. W końcu dojechałem do suchego lasu w okolicach linii kolejowej 275, która tutaj niestety jest nieczynna. Miejsce było idealne, ale znalezienie w miarę prostego podłoża, wyczyszczenie z szyszek to wcale nie jest takie proste. Spało mi się dobrze, dopóki późną nocą tuż obok nie zaczęły na siebie szczekać jeleniowate. Trochę inaczej niż psy, ale ich odgłos jest najbardziej zbliżony do psiego. Nie pozostało mi nic innego, niż wziąć latarkę i przegonić zakłócających ciszę nocną. Sory przyrodo, ale ja się muszę wyspać.

poniedziałek, 23 października 2017

Ku morzu cz.II - W lasy

    Po spokojnej nocy w Zgorzelcu postanowiłem, że przed ruszeniem w dalszą drogę obejrzę miasto. Pewnie minie parę lat kiedy znów tu zajrzę, o ile w ogóle. Przed wojną było to Gorlitz i po niemieckiej stronie Nysy wciąż jest takie miasto, a polski Zgorzelec to po prostu przedwojenna jego prawobrzeżna część. Nie da się ukryć że najciekawiej jest nad rzeką przy moście staromiejskim. Z niemieckiej strony jest fajny widok na młyn, ale nie do mielenia mąki, ale wykorzystywany przy obróbce sukna (czyli foluszniczy). Na jego ścianie jest płaskorzeźba przedstawiająca symbolicznie zjednoczoną Europę. Z polskiej strony wzrok przyciąga kościół, gotycka świątynia p.w. Piotra i Pawła, największy w Saksonii. I jak to zwykle bywa w uliczkach starego miasta z bliska ogólnych zdjęć się nie da zrobić, ale właśnie dzięki otwartej przestrzeni rzeki możemy podziwiać bryłę monumentalnego kościoła. W tym miejscu był kościół romański z którego zachował się portal i bardzo sobie cenię możliwość zobaczenia go, bo zabytków z tego okresu w Europie nie ma zbyt wiele. Niestety z powodu zbyt wczesnej pory nie mogłem zobaczyć wnętrza, a z pewnością jest imponujące. Z innych ciekawych miejsc zahaczyłem o dworzec, pewnie bym nie zajrzał, ale lubię kolejowe klimaty i miała być skrzynka, więc nie mogłem sobie odpuścić. Byłem też na cmentarzu żołnierzy 2 Armii WP. Nad pochowanymi czuwa wielki orzeł, a równe rzędy białych krzyży zawsze robią przejmujące wrażenie. Żal mi chłopaków że trafili pod tak fatalne dowództwo, czyli Karola Świerczewskiego. W ramach operacji łużyckiej w kwietniu 1945r. doszło do bitwy pod Budziszynem. Było to ostatnie niemieckie zwycięstwo w czasie wojny. I tylko nie wiem czemu w swoich notatkach "koniecznie zajrzeć" nie miałem tutejszego domu kultury. Przed wyjazdem wirtualnie odwiedziłem tą imponującą budowlę, ale w czasie pobytu w Zgorzelcu całkowicie zapomniałem o tej perle architektury. Nie mogę sobie tego darować.


    Tuż pod Zgorzelcem odwiedziłem pałac w Łagowie. Obecnie przerobiony na hotel i dzięki temu do dziś cieszy oko. Z kolei kolejny pałac w Jędrzychowicach to już tylko ruiny, ale równie ciekawe. Początkowo myślałem że nawet nie podejdę pod pozostałości pałacu, bo kolczaste krzewy skutecznie broniły dostępu. Wystarczyło jednak znaleźć ścieżkę, którą na miejsce zmierzają miłośnicy spożywania trunków na świeżym powietrzu. Ruiny są naprawdę imponujące bo pałac był duży, chyba trzypiętrowy, a do tego dobudowana była wieża. Oczywiście najlepiej byłoby obejrzeć to późną jesienią, gdy opadną liście i odsłonią widok na całość. Tylko kesza "Jędrzychowice" OP8130 nie udało się znaleźć.


    Po opuszczeniu okolic Zgorzelca pojechałem drogą nr 351. Polecam, bo ruch tu nieduży, droga kręta i jazda dzięki temu się nie nuży, bo zawsze jest ciekawość co zobaczy się za kolejnym zakrętem. Czasami zbliżamy się też do Nysy Łużyckiej, która zaskoczyła mnie swoja wielkością. Spodziewałem się że ma kilka, kilkanaście metrów szerokości, a tu tymczasem porządna, szeroka rzeka. I tak podziwiając widoki dotarłem do Pieńska. Cały czas skądś kojarzyłem tę nazwę, ale jakoś nic konkretnego nie przychodziło mi do głowy. I musiałem odwiedzić to miasto, by odkryć tutejsze huty szkła, które znałem z ich wyrobów. Do dziś ich słoiki typu wek służą w rodzinie do przechowywania kapusty kiszonej, czy kiszonych ogórków. Na pokrywce wygrawerowana jest nazwa huty i cena detaliczna za słoik. Z wiadomych względów niestety coraz ich mniej.


    Dotychczasowa droga z Pieńska odchodzi na płn.-wsch. ale moim celem było trzymanie się w miarę możliwości granicy, więc zaraz za miastem wjechałem w las, który towarzyszył mi przez większość dzisiejszej, dalszej podróży. Na leśnym przejeździe udało mi się spotkać pociąg towarowy ciągnięty przez SU46 PKP Cargo i Bombardiera, ale jakoś nie zauważyłem nazwy operatora. I na jakiś czas to był ostatni kontakt z zaawansowaną cywilizacją. Z pierwszej, niewielkiej wsi Bielawy Dolnej nie pamiętam nawet domów. Ale akurat tam wzrok przykuwają różne stwory rodem z "Akademii pana Kleksa" i przeróżne konstrukcje w rodzaju domki na drzewie, ale nie trzymające pionów, a rozlewające się niczym we śnie. To część parku rozrywki, który znajduje się głównie po niemieckiej stronie, na którą można przejść po moście pontonowym. Kiedyś był tu taki z prawdziwego zdarzenia, ale po wojnie pozostał po nim tylko przyczółek na brzegu z keszem "Most na Nysie Łużyckiej" OP808G.


    Niestety już przy keszu zaczęło popadywać, a im dalej w las tym mocniej. Jeszcze mi to nie przeszkadzało, z sakwy wyciągnąłem kurtkę z kapturem i jakoś szło. Ale utwardzona szutrówka zaczęła się zmieniać w coraz bardziej lotne piaski i w końcu musiałem kręcić na najlżejszych przełożeniach. Tego było za dużo i w końcu zatrzymałem się pod drzewem klnąc na pogodę, jakby to miało coś zmienić. W końcu przestało padać a ja ruszyłem dalej. Humor poprawiał mi się z każdym metrem bo zbliżałem się do kesza "Toporów" OP808Q, który od założenia w 2014r. miał jedno znalezienie, a ja uwielbiam znajdować takie pudełka. I na miejscu tylko wszystko co mogło, to mi opadło, bo akurat młodzi archeolodzy mieli tu chyba jakieś letnie praktyki. Z szukania nici. Takiego rozczarowania nie przeżyłem od kiedy dowiedziałem się że prezenty podrzucają rodzice, a nie św. Mikołaj.
    Cóż, trzeba jechać dalej. Droga gruntowa znów zrobiła się twarda, las może nie oszałamiający bo typowa plantacja na płyty wiórowe czy papier, ale i po takich lubię jeździć. W końcu dotarłem do cywilizacji w postaci małej wsi Sobolice. Muszę przyznać, że mimo że budownictwo całkiem inne, to poczułem się jak w bliskich memu sercu, ale i rodzinnego Białegostoku przygranicznych wioskach. Ten sam senny klimat i poczucie zagubienia gdzieś na końcu świata. W centrum wsi ciekawostka w postaci małej rekonstrukcji wojskowych stanowisk polowych, i niewielkie miejsce pamięci w nawiązaniu do jednostek II Armii WP, które tu stacjonowały.


    I znów lasy, prawdę mówiąc zrobiło się trochę monotonnie. Nie ma się czemu dziwić, jak doczytałem po powrocie, lubuskie to województwo z największą powierzchnią lasów. Szkoda że to nie stare bory, ale jak wspomniałem plantacje. Tyle dobrego że asfalt powrócił, jednak to najlżejsza nawierzchnia do jeżdżenia rowerem. Ciekawszym przerywnikiem był zrujnowany folwark w Lipnej z pałacem na czele. Niestety strasznie zarośnięty, a nie miałem ochoty na łażenie po mokrych krzakach. Budynki gospodarcze co prawda przy głównej drodze, więc do obejrzenia bez problemu, ale jednak to pałac najbardziej mnie interesował.
     W miasteczku Przewóz leżącym na samej granicy pierwsze co zwraca uwagę to budki a na każdej wielki napis "Zigaretten". Zresztą nie tylko w tym, ale każdym mijanym, który ma bezpośrednie połączenie z Niemcami. Jest to pewna egzotyka, u mnie przy granicy na tablicach sporo napisów cyrylicą, które ciężko odczytać jak się nie zna alfabetu. No, ale nie przyjechałem podziwiać przygranicznego handlu. W Przewozie jest ciekawy obiekt w postaci wieży głodowej. To pozostałość zamku z XIIIw. Nazwa wzięła się z okresu rządów Jana II Żagańskiego kiedy to książę uwięził swego brata, rywala do tronu i zagłodził na śmierć. To był tylko jeden z epizodów w historii Piastów śląskich. Przy piastowskich intrygach, zdradach, sojuszach, wojenkach słynna "Gra o tron" to prosta historia dla dzieci.


    Do obejrzenia był jeszcze kościół z XVw. Jednak mimo swojego starego rodowodu i dobrze zachowanych cech gotyckich, jakoś nie wzbudził mojego zachwytu. Pewnie przez to że został otynkowany, surowa cegła wygląda moim zadaniem znacznie korzystniej. Do tego był zamknięty, więc tylko zrobiłem fotkę na pamiątkę i mostem wjechałem do Niemiec. W ogóle to miałem szukać noclegu już gdzieś w okolicy Przewozu, ale było jeszcze dość wcześnie więc postanowiłem przejechać jeszcze kilka kilometrów. Prowadziła mnie droga rowerowa, tzw. żabi szlak, ładny, równy asfalt, a od czasu do czasu niewielkie wiaty drewniane. I przy tych wiatach wpadły mi pierwsze kesze na terenie Niemiec. Czas jednak było rozglądać się za miejscem do spania. Wspomniane wiaty wydały mi się idealne. Wystarczyło znaleźć taką pod drzewami z odpowiednio szerokim stołem. I w końcu się znalazła, więc nawet nie musiałem rozbijać namiotu, tylko rozwinąłem karimatę i śpiwór i spanie miałem jak w luksusowym hotelu.

środa, 6 września 2017

W pogoni za deszczem

    Jakie pogody mamy w tym roku każdy widzi i żeby odkładać każdy wyjazd ze względu na możliwy deszcz, to człek by chyba prawie cały czas w domu siedział. Najlepsi "przepowiadacze" z meteo.pl wróżyli przelotne opady na Mazurach na które wybierałem się z kolegą Wzorowym i niestety sprawdziło się i to z nawiązką.
    Początek nawet obiecujący. Dobrze zachowane ruiny wiatraka w Kamiennej Starej i kesz "Drewniany wiatrak Holenderski z 1910 roku" OP8LMW. Słońce jeszcze nie wstało i w lekkim półmroku budynek prezentował się jak z filmu o Frankensteinie. Szkoda tylko że w odróżnieniu od pałaców, dworów czy kościołów zabytki techniki z terenów wiejskich o ile nie trafiają do skansenu to powoli niszczeją.
    Jadąc do Lipska już z daleka widać wieże kościoła. W tym małym miasteczku nad Biebrzą to dominująca budowla, wydaje się wręcz za duża do potrzeb. Powstała jak wiele kościołów na terenie zaboru rosyjskiego po wydaniu przez cara Mikołaja II w 1905 edyktu tolerancyjnego. Mi się bardzo podobał, bo jak już nieraz pisałem uwielbiam neogotyk. Początkowo świątynia miała pecha, bo oddano ją do użytku w 1914r. czyli roku wybuchu wojny i już w 1915 mocno ucierpiała w wyniku ostrzału artyleryjskiego.
    W okolicach jest sporo bunkrów linii Mołotowa i w jednym wciąż mam nieznaleziona skrzynkę. Myślałem że to doskonała okazja do jej zaliczenia. Schowana na poziomie -2 i niby nawet ktoś drąg wrzucił by było łatwiej wyjść, ale nie wzbudził mojego zaufania. Nie chciało mi się biegać w tą i z powrotem po linę, wiec kesz dalej wisi na mapie. Niespecjalnie mnie to martwi, bo za to obejrzałem sobie niezły schron. Półkaponiera artyleryjska, której głównym uzbrojeniem były dwie armaty 76,2mm. Takie same armaty montowano w słynnym czołgu T-34.


    Przez dobrych kilkanaście kilometrów nie wpadła żadna skrzynka, za to za Suwałkami zaczęły się piękne widoki. To właśnie na północ i zachód od tego miasta możemy oglądać cudowne widoki pagórków i pochowanych między nimi jeziorek. Najładniej jest tu jesienią, kiedy świeci słońce, a liście na drzewach zmieniają kolor. Jednak nawet w taki dzień jak w czasie wycieczki, kiedy jest pochmurnie i czasem pada to wędrujące mgły tworzą wspaniały klimat. Jeziora tez robią się inne. To nie te letnie miejsca, gdzie na brzegu można rozłożyć się z kocem, ciesząc się słońcem i szukając ochłody w wodzie. Teraz to idealne miejsce by zapatrzyć się na widoki, które przypominają trochę czarno białe fotografie. Ale takie naprawdę stare, gdzie kontury już się rozmywają, a tło jest jakieś nieostre.


    Łażąc po skrzynki ukryte nawet niedaleko dróg, bo cóż to jest 200m. nieraz trzeba było iść po łąkach. I tak dość szybko przemoczyłem sobie buty, całe szczęście było ciepło i jakoś niespecjalnie mi to przeszkadzało. Jednak były takie skrzynki jak np "Najdalej wysunięty na północ punkt Suwalszczyzny..." gdzie perspektywa przedzierania się przez mokre krzaki kazała odpuścić. Czasami czekała nas mimo wszystko miła niespodzianka. Taki kesz "folwark Skombombole" OP83ZL, też zapowiadał się nie do zdobycia. Tymczasem pokrzywy nie takie gęste i nie wysokie i prawie susi dotarliśmy na miejsce. Przy okazji jak zwykle jestem pełen podziwu dla keszerów którzy wynajdują takie miejsca. Jakieś kamienne ruiny, nawet nie do końca wiadomo jakiego budynku do których nie ma żadnej ścieżki. W "Polsce Egzotycznej" Grzegorza Rąkowskiego znalazłem informację, że to była wielka obora. Przy okazji miłośnikom Polski płn.-wsch. polecam ten dwuczęściowy przewodnik.
    Nasza droga wypadła wzdłuż zachodniego brzegu jeziora Wiżajny, które tym razem widziałem w zamglonym anturażu. To była częściowo wycieczka po miejscach już znanych, jak chociażby przy keszu "Granica PL-RU w Żytkiejmach" OP3D9A. Bardzo lubię odwiedzać granicę z naszymi wschodnimi sąsiadami, bo ma to lekki posmak tajemnicy. Wszak na pas drogi granicznej wchodzić nie można, a Rosję czy Białoruś przed wzrokiem ciekawskich zawsze kryją lasy i krzaki. Tylko ostatnio zniknął lekki dreszczyk emocji spotkania patrolu SG. Kiedyś to była dodatkowa atrakcja, a dziś to dla mnie strata czasu i mógłbym być już w drodze gdzie indziej. Mimo wszystko pozdrawiam funkcjonariuszy SG, bo rozmowy przy okazji legitymowania zawsze były miłe.


    W pełni udane keszowanie to takie które choć trochę zahacza o kolej. Tym razem udało się odwiedzić dom będącym kiedyś stacją na linii Gołdap - Żytkiejmy. Torów już dawno nie ma a główną atrakcją po tej linii są wiadukty, z których najsłynniejsze to te w Stańczykach. Istnieją za to tory z Ełku do Gołdapi na linii nr 41. Niestety na odcinku z Olecka do Gołdapi są całkowicie nieprzejezdne. Szkoda że kesz "Budynek stacyjny kolei Gołdap-Żytkiejmy w Błąkałach" OP8B58 zdobyliśmy tylko w przelocie. Ale tak się rozpadało że wyjście nawet na kilka minut z auta skutkowałoby przemoczeniem do majtek. Bardziej obiecująco wyglądał kesz w Gołdapi na ruinach mostu. Początkowo nawet po torach wiodła ścieżka, ale z czasem zanikła i dalszej drogi broniły krzaki, które oferowały darmowy prysznic. W ubraniu to średnia przyjemność, więc zawróciliśmy.


    Przez deszcz plan wycieczki mocno się okroił, ale były takie skrzynki jak "Góra Szeska" OP8AZ5 po które musiałem koniecznie się udać. W końcu nie co dzień jest okazja wejść na najwyższą górę Pojezierza Mazurskiego.  Nie wymaga to kondycji, bo z drogi u podnóża do szczytu dojście zabiera parę minut, ale co najwyższy szczyt to najwyższy. Prawdę mówiąc to niekoniecznie tu najładniej. Wokół las, więc z widoków nici, które oferują inne okoliczne górki, a całkowitym kuriozum jest platforma na szczycie. Taka metrowej wysokości, do teraz nie mogę wymyślić dla niej przeznaczenia.


    Z pewnością najciekawszym miejscem okazały się ruiny z keszem "Ruiny kościoła w Mieruniszkach" OP8N6X. Uwielbiam wszelkie ruiny i te nowsze, fabryk, domów, ale zdecydowanie wolę obiekty zabytkowe. Pałace, zamki, kościoły to uczta dla moich oczu. Szczególnie cenię sobie ruiny kościołów, bo te są najrzadsze. Społeczności lokalne zazwyczaj starają się odbudować świątynie, będące ważnym miejscem lokalnej społeczności. Ostatnio widziałem ich więcej pod zachodnią granicą, gdzie żyje ludność napływowa, ale na ziemiach gdzie ludzie żyją od wieków to nieczęsty widok.


    Mimo paru lat na karku nigdy nie byłem w Olecku. Ełk, Suwałki, Gołdap, Giżycko, tam bywałem, nawet pomieszkiwałem, ale Olecko znałem tylko z okien PKS-u. Przy okazji paru skrzynek była okazja nadrobić te zaległości. Tego dnia w miasteczku główna atrakcją był ślub kogoś powszechnie znanego, przynajmniej w lokalnej skali. Ratownicy wodni robili bramę, była drogówka, a i nie zabrakło gapiów, którzy jak było widać specjalnie przyszli pod salę weselną. Moim zdaniem to całkiem sympatyczne. Myśmy jednak skupili się głównie na skrzynkach. Zaczęliśmy od przedmieść Olecka i kesza "Energetyczny Don Kichot - Bitwa pod Oleckiem" OP8J0S. Pokazuje on farmę wiatrową, które budzą kontrowersje. Nie znam się zupełnie na tym i nawet nie próbuję zabierać głosu w dyskusji, czy ogromne wiatraki maja więcej plusów czy minusów. Mogę ocenić je jedynie pod względem widoku i dla mnie stanowią ciekawy element krajobrazu. Choć zdaję sobie sprawę, że są tacy, dla których wielkie śmigła szpecą widoki.
    W centrum Olecka, nad jeziorem Olecko Wielkie nie udało nam się znaleźć kesza, za to mieliśmy okazję posłuchać prób do koncertu na zakończenie wakacji. Lekko rozczarował mnie zamek, bo zazwyczaj na to słowo wyobrażamy sobie obronne mury, baszty, fosę, albo malownicze ruiny. Tymczasem zamek był, ale do XIXw. kiedy to już wtedy ruiny rozebrano i postawiono urząd starostwa w stylu neogotyckim. Oczywiście nic całkowicie nie ginie i w latach 80-tych XXw. przeprowadzono prace wykopaliskowe, które odsłoniły zachowane fragmenty.
    Już wcześniej wspomniałem o tym, że dobre keszowanie to zaliczenie kolejowych klimatów. Nie zabrakło ich i w Olecku. Przy okazji kesza "Wiadukt drogowy nad linią kolejową 39 Olecko - Suwałki" OP8NBQ. Po wpisie do kesza jak Wzorowy zabrał się za zbieranie owoców róży na nalewki ja miałem okazję bliżej przyjrzeć się konstrukcji wiaduktu. Budowany w stylu jaki często spotyka się na Mazurach, ale w słabym stanie technicznym. Beton wietrzeje i widać liczne pęknięcia. Obawiam się, że zostanie niedługo zamknięty dla ruchu w obawie przed katastrofą budowlaną. Po stanie szyn widać, że czasami coś się tędy przetoczy. Z pewnością składy towarowe, bo pociągi osobowe są zawieszone.


    W Wieliczkach przy okazji kesza "Polska drewniana - zabytkowy kościół w wieliczkach" OP42ED mogliśmy obejrzeć wspomnianą świątynię, przy której warto zwrócić uwagę na mury, które tworzą tu tor przeszkód, przynajmniej od strony ulicy. W opisie zwróciłem uwagę na to że przy wznoszeniu głównej konstrukcji nie używano gwoździ, ale tak sobie teraz myślę czy przy budynkach z bali przy ich łączeniu kiedykolwiek był sens używania gwoździ? Przy tak grubych kawałkach drewna stosowało się i chyba stosuje inne rozwiązania, które pozwalają utrzymać wszystko w kupie?
    No i nastał ten czas że została ostatnia skrzynka tego dnia czyli "Schron w Nowym Młynie" OP8NBP. Nie czytając opisu byłby lekko rozczarowujący. Niski, ciasny, pewną atrakcją jest tylko wzmocnienie w postaci obudowania od wewnątrz stalą w kształcie harmonijki. Najciekawszy okazuje się sposób jego maskowania w postaci domu mieszkalnego. Szkoda że atrapa nad nim się nie zachowała, bo byłoby to arcyciekawe, ale sama świadomość że było tu kiedyś coś takiego, podniosła atrakcyjność obiektu w moich oczach.
    Po drodze do domu przejechaliśmy się jeszcze przez centrum Ełku licząc na "maka', ale nie było więc skończyło się na stacji paliw i Biedronce. Przed Prostkami pojawiło się kilka keszy przy schronach, gdzie jeśli byśmy się zatrzymali to wpadłby FTF, ale było już ciemno i jakoś ochoty zabrakło. Wobec tego wysilając wzrok, czy w ciemnościach nie wyskoczy mi jakiś łoś poprowadziłem wprost na Białystok.

wtorek, 22 sierpnia 2017

Ku morzu cz.I - Pod niemiecką granicę

    W tym roku postanowiłem przeprosić się z rowerem i wakacje spędzić na siodełku. Jakoś prawie nie bywam w zachodnich rejonach Polski, bo wiadomo z Białegostoku daleko, więc pomyślałem by na raz  zaliczyć prawie całą zachodnią granicę. Najłatwiej było dotrzeć do Jeleniej Góry, teoretycznie, bo jedyny pociąg bezpośredni akurat w dniach wyjazdu nie zabierał roweru. Wobec tego musiałem jechać z przesiadką w Warszawie, w której byłem po 22, a następny skład wyjeżdżał o 5 rano. Mając w perspektywie kilka godzin i upalną noc, dwie, trzy godziny pokręciłem się przy Warszawie Wschodniej, potem po centrum, głównie Starym Mieście, resztę dospałem na peronie i tak zleciało. W Jeleniej Górze zameldowałem się około południa, ale tego dnia już mi się nie chciało ruszać na szlak. Wobec tego rozbiłem się na campingu i ruszyłem zwiedzać miasto. Nie miałem jakiegoś planu, wiedziałem tylko by obejrzeć starówkę i odszukać z dwa kesze. Największe wrażenie zrobił na mnie barokowy kościół Podwyższenia Krzyża Świętego. Niby kościół wybudowany jako protestancki, ale czas w jakim powstał zobowiązuje i jest pięknie zdobiony. Najbardziej zwraca uwagę dekoracja malarska w żywych kolorach i z taką ilością szczegółów, że człek może spędzić tu sporo czasu, wciąż dostrzegając coś nowego.


     Z kolei za skrzynkami pojechałem na cmentarz i to był dobry wybór. Cmentarz jakich wiele, ale jedna rzecz go wyróżnia, a mianowicie spora kaplica cmentarna. Kiedyś pełniła rolę krematorium, a  jako świątynia służy od 1945r. pod wezwaniem Michała Archanioła. I właśnie jego płaskorzeźba góruje nad wejściem. Początkowo postać anioła z mieczem wziąłem za jakiegoś teutońskiego rycerza, spoglądającego co tu najechać, jednak siła stereotypu jest ogromna.


    Noc minęła niezbyt spokojnie bo przyszła burza, a jak się jest od świata się oddzielonym kawałkiem sztucznej tkaniny, to nawałnica przestaje być romantycznym widokiem. Całe szczęście tylko postraszyło, więc rano zwinąłem majdan i ruszyłem na szlak. Szybko opuściłem Jelenią Górę i pierwszy przystanek zrobiłem sobie przy keszu "Krzyż pokutny w Wojcieszycach" OP5739. Szczególnie spodobały mi się zachowane kapliczki grobowe. Wyglądają jak domki pustelników w górach i sprawiają sympatyczne wrażenie.


    Dość szybko przypomniałem sobie że jestem w tej górskiej części Polski. Całe szczęście tutaj jeszcze nie było ostrych podjazdów, ale drogę wznoszącą się przez kilka kilometrów czuć w nogach. Jednak nie było tak najgorzej, w końcu to dolnośląskie z dość dużym nasyceniem zabytków i innych ciekawych obiektów. A to wiadukt kolejowy na wysokich łukach, a to kaskada na strumieniu, który i tak szybko toczy swe wody, ruiny zamku, zapomniany cmentarz, czy w końcu nawet widok, który z górami na horyzoncie nigdy nie pozwala się nudzić. Nawet zwykłe domy niezwykle ciekawe. Poniemieckie budownictwo, ale inne niż na niedalekich od mego domu Mazurach. Tu widać że żyło się dostatniej, przez co domy budowano dużo większe, nieraz sporo uwagi poświęcając na zdobienia.


    Pierwszą, większą miejscowością był Mirsk. Jeszcze kawałeczek przed miasteczkiem warto obejrzeć kamienną zaporę, element systemu przeciwpowodziowego. Oczywiście z keszem, ale jak to nieraz bywało w czasie tego wyjazdu, nie do podjęcia bo trwały jakieś drobne prace konserwatorskie. Mirsk to miasto z prawdziwego zdarzenia bo jest rynek, a na nim ratusz. I wszystko pięknie by wyglądało, gdyby nie zepsuto tego dostawiając w okresie PRL zwykłe bloki. Przy zabytkowych kamienicach i ratuszu widać jakie to jest brzydkie. Z rynku warto podjechać do ruin kościoła ewangelickiego z XVIIIw. Duża bryła z której zachowały si wciąż ściany i wieża. Nieczęsto spotyka się ruiny kościoła w takim stanie i na mnie zawsze robią duże wrażenie i co by tu nie mówić są niezwykle fotogeniczne.


    W Mirsku warto jeszcze chwilę się pokręcić bo jest tu trochę ciekawych kamienic. Ja tak uczyniłem i nie żałuję, ale czas było ruszać dalej. W Giebułtowie obejrzałem kościół i ruiny dworu, w Augustowie wdrapałem się na skałki z rewelacyjnymi widokami i się zaczęło. Na mapie droga zaznaczona ciągłą kreską, w rzeczywistości skończył się asfalt i przyszło mi jechać wyboistym szutrem. Bałem się głównie o rower bo swoje lata ma już za sobą i nie wiedziałem jak wytrzyma wstrząsy, ale poradził sobie dzielnie. Dojechałem znów do asfaltu skąd niedaleko miałem do zapory Złotnickiej. To z pewnością najpiękniejsza zapora jaką dotąd widziałem. Droga na nią wiedzie przez dwa krótkie tunele wykute w skale, a jeden z nich pilnowany jest przez lwa. Trzeba się dobrze przypatrywać by go zobaczyć, bo świetnie maskuje się wśród skał.  O ile dobrze pamiętam stał kiedyś przed jakimś pałacem. Na dole zapory jest budynek, zapewne obsługi zapory jak i elektrowni wodnej. Ot taki trochę większy dom, ale przy wielkiej kamiennej ścianie wydaje się niezwykle kruchy. Warto było tu delikatnie odbić. A jeszcze na deser skrzynka przy schronie wartowniczym i wizyta okazała się nad wyraz udana.


    Niedaleko kolejna spora atrakcja, czyli zamek Czocha. I tutaj pozostał pewien niedosyt. Przed bramą natknąłem się na płaczącego dzieciaka, w kolejce kolejne dwa też z czegoś niezadowolone i postanowiłem odpuścić sobie zwiedzanie wnętrz z przewodnikiem. Już kiedyś to przerabiałem i tylko rośnie poziom irytacji na marudzące dzieciaki. Cóż, takie są uroki wakacji, w takie miejsca warto wybierać się poza sezonem i w tygodniu. Zostałem przy obejrzeniu dziedzińca i zewnętrznych murów. Mimo licznych przebudów i prób nadaniu mu charakteru bardziej pałacu niż warowni, wciąż widać że to stare założenie obronne sięgające XIIIw. Szczególnie można to zauważyć przy ścianach wyrastających z litej skały. Miejsce można skojarzyć chociażby ze starej komedii wojennej "Gdzie jest generał?", ale i z innych filmów. Wcale się nie dziwię, że stał się plenerem dla kilku filmów, bo jest naprawdę malowniczy, jeden z piękniejszych jakie widziałem.


    W Leśnej żelazny repertuar do obejrzenia: ratusz, kamienice i kościół, a w tym miasteczku nawet dwa. Na dłużej zapamiętam dawny ewangelicki, ale nie z powodu imponującego wyposażenia czy niezwykłej sylwetki, lesz płyty nagrobnej w ścianie zewnętrznej. Już wcześniej zauważyłem, że w kościołach tutejszych dość często w ścianach można znaleźć płyty nagrobne i epitafia. Imponujących rozmiarów i w liczbie niespotykanej przeze mnie w innych częściach Polski. Tutaj jednak jedna z płyt bardziej zwróciła moja uwagę. Naturalnej wielkości płaskorzeźba szlachcica, zapewne z XVIIIw. widać że fundator był bogaty, bo raz że tablica duża, a dwa wyrzeźbienie takiego dzieła nie można było powierzyć byle komu.


    Za Leśną zaczęło mi się jechać coraz ciężej. Wszystko przez to, że na pierwszy dzień zaplanowałem za dużo kilometrów. Przez cały dzień wyszło około stu, co jest za dużo jak na mnie, z mocno obciążonym pełnymi sakwami rowerem. Te ostatnie 20-30km. marzyłem głównie o dojechaniu do celu. Jak jednak minąć tak ciekawą miejscowość jak Radomierzyce? Już sama granica na Nysie jest jakąś tam atrakcją. A warto tu jeszcze zajrzeć do kościoła obok którego stoi kaplica cmentarna w ciekawej formie. Niestety ten zabytek niszczeje, dobrze chociaż że zabezpieczono wejścia, bo dotarłem do zdjęć z wnętrza na których widać wywleczone trumny. Z Radomierzycami, a szczególnie pałacem wiąże się  jedna z zagadek PRL. Pod koniec wojny dotarł tu Piotr Jaroszewicz, późniejszy premier, wtedy wysoki oficer 1 Armii WP. Wiadomo, że z dwiema innymi osobami wszedł w posiadanie ważnych niemieckich dokumentów. Nie wiadomo co w nich było i gdzie się teraz znajdują, ale on jak i dwaj pozostali zostali w końcu zamordowani w niewyjaśnionych okolicznościach. Stąd jedna z teorii, że były to dane niemieckiego wywiadu, które mogły skompromitować niektórych polityków. Co prawda dotyczyło ludzi którzy na początku lat 90-tych byli już na emeryturze, ale nawet wtedy mogło to wywołać polityczne trzęsienie ziemi. Sam pałac jakby do dzisiaj strzegł jakieś tajemnice, bo bardzo wysoki mur zasłania widok na niego, Zresztą podejście pod bramę też nie jest do końca legalne, bo mija się tabliczkę teren prywatny.


    Jeszcze tylko parę kilometrów i był mój cel, czyli Zgorzelec. Przyjechałem dość późno i jedyne o czym marzyłem to rozbić namiot, zjeść kolację i iść spać, co też uczyniłem. I tak zakończył się pierwszy dzień wycieczki, a przede mną jeszcze tyle dni jazdy. Przynajmniej jest o czym pisać, a z moim tempem do wiosny może uda mi się opisać całość, bo na każdy dzień postanowiłem zrobić oddzielny wpis. O keszach tym razem będzie mniej, bo owszem przez te dni sporo ich wpadło, ale bardziej skupiłem się na jeździe i zwiedzaniu, skrzyneczki zostawiając na "przy okazji".

czwartek, 13 lipca 2017

Pod Warszawą (i w stolicy trochę też)

    To miał być jeden wyjazd w zachodnie rejony Warszawy i do miasteczek i wsi z nią graniczących.  Przez pogodę wyszły dwa, z czego się nawet cieszę, zawsze mogłem więcej zobaczyć. Obie wycieczki rowerowe na cały dzień i noc, chciałem wykorzystać wolny czas do maksimum, a tego mi niestety brakuje.
    Pociąg z Białegostoku miałem o 9 i paręnaście minut po jedenastej byłem już na Dworcu Zachodnim. Skład ciągnęła pomarańczowa lokomotywa EP08 na co nie zwróciłbym uwagi, gdybym na twarzoksiążce nie zauważył, że cieszy się ona dużą popularnością wśród miłośników kolei. Pewnie przez ten kolor, bo przecież malowanie PKP to odcienie niebieskiego. Keszowanie zacząłem od paru keszy niedaleko dworca, poświęconych piwu. Temat o tyle mi bliski, że bardzo lubię ten złocisty napój. Fajne, proste skrzynki w miejscach w które bym się w życiu nie wybrał. Typowe przytorowe tereny, jakieś magazyny, działki, domy w nienajlepszym stanie, czyli wszystko co miasta starają się ukryć. Zresztą ten wyjazd nie obfitował w widoki powalające na kolona. Na rogatkach Warszawy przywitał mnie widok, który stał się dla mnie symbolem wyjazdu. Pole uprawne, w oddali bloki, a nad tym wszystkim samolot.


    Ursus jak większości Polaków kojarzy mi się z fabryką traktorów. Chyba trzeba zacząć się odzwyczajać od tego skojarzenia. Pierwsze na co wyjechałem to galeria handlowa. Potem resztówka dawnych budynków należących pewnie kiedyś do fabryki. W jednym z nich mieści się dom kultury, obok którego kesz "M-40. Kino Ursus" OP8K1A. Jednak nie oddają one wielkości dawnych zakładów, na terenie których uliczki miały nawet swoje nazwy. Podejrzewam że z czasem jedyną pamiątką po fabryce będzie niewielki obelisk upamiętniający wydarzenia z czerwca 1976r. kiedy robotnicy zaprotestowali przeciw drakońskiej podwyżce cen na żywność.


     W Pruszkowie oprócz skrzynki "Nerka Prezesa (na Broadwayu)" OP6E52 dłużej zatrzymałem się przy pomniku poległym we wrześniu 1939r. Niewysoki murek doskonale nadał się na mały odpoczynek i obiad. Pokręciłem się jeszcze po okolicznych miasteczkach: Piastów, Brwinów, Milanówek, ciężko czasem zorientować się gdzie się jest, bo z mniejszymi wioskami tworzą prawdziwą mozaikę. I tak sobie jadąc niespiesznie rowerem dotarłem do pierwszej, prawdziwej atrakcji, którą nadaje się nawet do zwykłych przewodników turystycznych. Mowa tu o drewnianym kościele w Izdebnie Kościelnym z XVIIIw. a odbudowanym po pożarze w 1992r. Lubię takie małe, drewniane kościółki, są niezwykle urocze, a szczególnie gdy tak jak ten otoczone są starymi lipami. Do tego na tyłach świątyni można obejrzeć stary, przykościelny cmentarz z niewielką ilością zachowanych nagrobków, ale wszystkie warto obejrzeć.


    Jak przy kościele spędziłem miłe chwile, tak przy skrzynce "Bramki- opuszczone gospodarstwo" OP88L4 już długo nie zabawiłem. Miejsce całkiem malownicze, opuszczony dom wśród gęstej zieleni. Widać, że nie mieszkał tu biedny rolnik, może była tu nawet namiastka dworu. Jednak miejsce nie nastraja do długich odwiedzin, jakby kryło jakąś mroczną tajemnicę. Gdybym szukał schronienia na noc, omijałbym ruiny gospodarstwa z daleka.


    Kolejną miłą rzeczą w czasie keszowania wokół Warszawy jest gęsta sieć linii kolejowych. Bliżej Warszawy natykałem się głównie na pociągi regionalne, ale czym dalej to akurat miałem to szczęście, że spotkałem głównie dalekobieżne. Chociaż mogło to się wiązać z popołudniowym szczytem, kiedy ludzie załatwiwszy swoje sprawy w stolicy wracali do domów, a kolej odpowiada na ich potrzeby. Jednak nic tak nie cieszy jak zobaczenie pociągu towarowego. Być może przez niewielką prędkość, ogromną masę i spory hałas jaki tworzą wydają się bardziej majestatyczne od lokomotywy z kilkoma lekkimi, pasażerskimi wagonami. Przynajmniej ja to tak odbieram.


    Po znalezieniu kesza" DPS Bramki" OP817L chciałem jeszcze poszukać tego obok w leśnym uroczysku. Ale przez błota i pokrzywy nie znalazłem drogi i nawet się nie zbliżyłem. Po wyjściu z krzaków zamyśliłem jechać po kolejnego z listy, ale niebo od południa za bardzo mi się nie podobało. Już od dłuższego czasu słychać było pomruki burzy, a widnokrąg robił się coraz bardziej granatowy. W swej naiwności myślałem, że może pójdzie bokiem. Jednak nie i jak tylko skryłem się pod przystankiem, nagle poszarzało, na niebie widać było linię przesuwającego się frontu, a potem się zaczęło. O tych burzach potem w necie poczytałem, jakie straty przyniosła. A ja w jej czasie miałem strach w oczach, szczególnie jak tuż obok walnął piorun, a między błyskiem a grzmotem nie było różnicy. Głośny, suchy trzask aż uszy zabolały.


    Przestało padać więc hajda po zaplanowaną skrzynkę "Dworek w Starym Łuszczewku" OP8CX3. Wysokie trawy, krzaki i już po chwili miałem przemoczone buty, ale co tam, skrzynka najważniejsza. I nie wiedzieć kiedy przyszła kolejna tura burz. Jak dobrze że kawałek dalej był kolejny przystanek, gdzie znów znalazłem schronienie przed deszczem. Tym razem jak się rozpadało to na dobre i spędziłem tam kilka godzin. Zabawa na całego, deszcz leje, pioruny biją, ja jem kolację i zastanawiam się czy do rana przejdzie. Na szczęście około północy przestało i postanowiłem jechać już na Warszawę po  drodze robiąc parę skrzynek. Najpierw "Dworek Rochale Wielkie" OP8CX2 gdzie miałem wspaniały spektakl. Na horyzoncie, nad Warszawą niebo co kilka sekund rozjaśniały pioruny. Wyglądało to jak na filmach wojennych gdy nocą artyleria prowadzi ostrzał. Wiem, że żywioł dał się tej nocy we znaki, ale ja patrzyłem jak urzeczony na te groźne piękno.
    Keszowanie po nocy ma jedną, wielką wadę. Zazwyczaj nie widać tego co opisują skrzynki. Jak jeszcze zabytek, pomnik czy co tam jeszcze jest podświetlone, to pół biedy. Ale zwykły dworek zamieszkiwany do dziś, zza parkowych drzew nawet nie widać gdzie stoi. Albo łażenie nocą po cmentarzu po nazwisko z nagrobka, które jest hasłem do logu. Zmarłych nie ma co się bać, ale trafi się jakiś patrol i z tego nie dałoby się wytłumaczyć. I nieoczekiwanie dla mnie samego z wszystkich nocnych skrzynek, których najwięcej znalazłem w Błoniach najbardziej podobała mi się "Prywatny wiadukt" OP8CXJ, który opisuje przejazd między halami magazynowymi których jest tu ogrom. A to dlatego że fajnie mi się jechało między wielkimi magazynami. Koła przyjemnie szumiały na asfalcie, przy niektórych magazynach toczyło się życie w zwolnionym tempie, jak to w nocy, a niektóre place manewrowe zamieniły się w wielkie jeziora. Z jakiegoś powodu urzekł mnie ten klimat, albo po prostu ze zmęczenia byłem jakby na haju i gdziebym nie był to na wszystko by mi się podobało.
    Po Błoniach nic już nie znalazłem, mimo, że przejeżdżałem nawet 50m. od skrzynki. Jakoś  nie chciało mi się zatrzymywać, tak wspaniale pedałowało mi się przez podwarszawskie miejscowości, a potem samą stolicę. Musiałem przez to czekać długo na dworcu na pociąg, ale ogólnie byłem zadowolony. I już wtedy wiedziałem że trzeba wrócić jak najszybciej, bo takie opuszczone skrzynki to normalnie grzech. I znów z braku czasu jedyne wyjście to poświęcenie prawie doby na wycieczkę.
    Początek to dobrze znane klimaty Alei Jerozolimskich, Popularnej czy Świerszcza. Tym razem w Ursusie trochę inny zestaw skrzynek. Jeden z tutejszych dworców mogłem poznać z nieco brzydszej strony, zaniedbanej i odrapanej tak że aż pięknej. Teren po byłej fabryce traktorów zobaczyłem teraz od innej strony czyli od ul. Posagu 7 Panien. Nowe bloki, biurowce i jeszcze czasami gdzieś zapomniane resztki budynków przemysłowych, albo wielki plac na którym nikt nie zaczął jeszcze inwestycji, ale pewnie już niedługo.


    I znów intrygujący zestaw Piastów, Pruszków czy Brwinów. Trochę się najeździłem rowerem po osiedlowych uliczkach tych miejscowości, oczywiście po kesze, chłonąc leniwy klimat podwarszawskich satelitów. W czasie mej keszerskiej kariery nauczyłem się jednego: nie ma słabych miejsc, najwyżej kesze są słabo opisane. Chociażby taki kesz "Nietypowa mapa" OP8HY6 obok przepompowni ścieków, gdzie zresztą czuć charakterystyczny zapaszek. Niby nic wielkiego, ale czytając opis czuć, że robiła go osoba która kocha miejsce w którym mieszka, może skąd pochodzi, itd. Włożyła w to serce, a ja lubię słuchać historii opowiadanych przez pasjonatów, nawet jak nie znam się na temacie który jest opowiadany.
    Tym razem nie obyło się bez urbexu, co cieszy bo lubię takie klimaty. W Kłudzienku był kiedyś jakiś instytut rolnictwa. Pod inną nazwą działa do dziś, przez co większość budynków dotrwała do dzisiaj w dobrym stanie, a niektóre wciąż są używane. Pierwsze co zwraca uwagę to wielki, zielony napis WYSTWA na jakimś magazynie. Widać że pochodzi z lepszych czasów, ale do dzisiaj nieźle się prezentuję. Jedyny opuszczony budynek to kotłownia z keszem "Stara kotłownia" OP0A01. Skrzynka była na zewnątrz, ale że można wejść to zwiedziłem wnętrza. Jest nawet wyjście na dach, czego nie mogłem sobie odpuścić, bo to zawsze jedna z niewielu okazji spojrzeć z jakiegoś wyższego punktu.


     Po dotarciu do Błonia odpocząłem na tamtejszym rynku w jednej z restauracji. Można poprosić tam obsługę o kesza "Błonie Rynek" OP4D2F. Jako, że nie lubię wpadać do takich miejsc jak po ogień, wpisać się do kesza i uciekać to zamówiłem kawę i deser lodowy. Pyszności, ale nawet to nie przekonało mnie do keszy przy których trzeba wchodzić w interakcję z nieznanymi ludźmi. Sam rynek z dominującym ratuszem ładnie odnowiony, jest fontanna, trochę zieleni, pomniczek, typowo ale miło. W samym Błoniu czekały mnie jeszcze dwie skrzynki. Jedna przy cmentarzu żydowskim "Cmentarz żydowski" OP25E3. Od założenia kesza pojawiło się tu nowe ogrodzenie, co z jednej strony smuci bo nie ma jak wejść, a z drugiej cieszy bo chroni go to przed wandalami. Po drodze na kirkut minąłem kościół mariawitów. Ani z daleka, ani z bliska nie prezentuje się najlepiej. Z daleka przypomina jakiś magazyn i tylko zamarkowana wieża z krzyżem świadczy, że to świątynia. Z bliska też nie lepiej i widać, że budynek wymaga remontu.


    Pod samym Błoniem, jako że zbliżała się moja zwyczajowa pora kolacji, pomyślałem że idealnym miejscem na rozłożenie się będą okolice kesza "Grodzisko - Błonie" OP2794. I byłoby to świetne miejsce, szczyt obwałowań starego grodu, gdzie można by usiąść na trawie i wyciągnąć co tam sobie w sakwach wiozłem. Było tylko jedno ale, czyli komary. Nie jakieś pojedyncze sztuki trochę się naprzykrzające, ale dzikie hordy. W ramach eksperymentu nie odpędzałem ich z jednej ręki i po chwili już do mojej krwi dobierało się kilkanaście sztuk, a następne się na to szykowały. Niedawno miałem okazję iść po kesza w środku bagien Biebrzy, gdzie w błocie zapadałem się po kolana, ale nawet tam, w królestwie różnych żądlących miałem większy komfort. Czym prędzej ewakuowałem się spod grodziska.


    Część drogi wypadło mi po DK92, czyli po starej drodze łączącej Warszawę z Poznaniem. Niby wybudowano autostradę, ale ruch nadal tu ogromny. Całe szczęście są szerokie pobocza, a czasami chodniki połączone z drogami rowerowymi. Rad, nierad tutaj na jednym z przystanków posiedziałem chwilę i w końcu zjadłem kolację. A jadąc tą drogą, mimo pewnych niedogodności, to zawsze da się wypatrzyć coś ciekawego. Tym razem moją uwagę zwrócił most nad Utratą. Jak się okazało pochodzi jeszcze z 1929r.


    Całe szczęście dość szybko zjechałem z "krajówki" i znów mogłem przyjemnie pedałować po dróżkach lokalnych. Ciężko czasem było się zorientować w jakiej jest się wsi, ale to sprawa drugorzędna. Najważniejsze że dłuższy czas spędziłem przy linii kolejowej. Tego dnia nie trafiłem na żadną towarówkę, ale osobowych było sporo. Przez to delikatne niebezpieczeństwo pojawiło się przy keszu "Sabotażowy most na Utracie" OP4231. Skrzynka jest na zachodnim brzegu, a najlepsza droga jest od wschodu i siłą rzeczy trzeba z mostu skorzystać. Jest pewien problem, bo pociągi wyłaniają się tu zza nieodległych zakrętów, a prędkości osiągają znaczne. Z tym niebezpieczeństwem to bez przesady, wystarczyło na chwilę przestać myśleć o niebieskich migdałach i szybko przedostać się na drugi brzeg. Niedaleko tego kesza, przy cmentarzu na skraju Wolicy moją uwagę zwrócił wysoki, drewniany, polny krzyż. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że na Mazowszu nie spotykałem ich tak wiele. Kapliczek całkiem sporo, ale krzyży właśnie brak, albo to ja jakoś mniej zwracałem do tej pory na nie uwagę. Następnym razem zweryfikuję swoje wrażenia.


    Do Warszawy dotarłem akurat jak już zmierzchało. Wskoczyłem w długie ciuchy przy keszu "CPN lokomotywowni" OP4E25 (swoją drogą ciekawe czy młode pokolenie mówi jeszcze na stacje paliw "cepeen"). Tutaj zrezygnowałem z kilku zaległych skrzynek przy torowiskach na Odolanach. Już ten pierwszy kesz wprowadził wystarczająco ponury klimat i wizualizacje nocnej rzeczywistości w której grasują dewianci, kolejowi złodzieje i SOK. Jak dla mnie mieszanka zbyt wybuchowa.
    W ten sposób wczesną nocą trafiłem na Cmentarz Wolski i Park Powstańców Warszawy po kesza "Polegli Niepokonani" OP38D4. Zdarzyło mi się kiedyś być obok, ale aż dziwne, że nie doczytałem jakie ciekawe miejsce mijałem. Z pewnością trzeba tu będzie zawitać jeszcze za dnia, bo po ciemku niewiele widać. Za to przypadkowo trafiłem na wystawę poświęconą ofiarom powstania. Na podświetlonych słupach umieszczono ponad 57tyś, nazwisk cywilnych ofiar. Szczególnie niesamowicie to wygląda jak przez dalsze słupy przechodzi jakiś człowiek. Widać tylko niewyraźną sylwetkę, niczym ducha którego prochy leżą w nieodległych zbiorowych mogiłach.


    Bardzo wesoło zrobiło mi się przy keszu "[RuMAK] Młyny wiatrowe Warszawy" OP8KUZ. Samotny rowerzysta, 200km. od domu, w środku Lasku na Kole, gdzieś o północy i do tego wspina się na drzewo. Moim zdaniem sytuacja tak absurdalna, że uśmiechnąłem się sam do siebie. Na szczęście dalej było już bardziej standardowo. Skrzynki pochowane przy ulicach i w parkach. Niby łatwiej ich szukać bo nie przeszkadzają tłumy, ale czasem samotny człowiek czuje się jak na patelni, jedyny człowiek w zasięgu wzroku.
    Nieoczekiwanie dla siebie samego nad ranem dotarłem pod Warszawską Syrenkę. Tę najsłynniejszą, znad Wisły, przy moście Świętokrzyskim. Niby jeden z żelaznych punktów wycieczek do stolicy, ale mnie tu jakoś nie przywiało do tej pory. Dobrze się złożyło, że to był ten czas. Słońce dopiero powoli się budziło, przemykały pojedyncze niedobitki po nocnych baletach, a pracownicy oczyszczania miasta sprzątali głównie butelki. Nawet bym nie pomyślał, że odgłos tłukących się o siebie butelek nad ranem to taki nierealny dźwięk. Jeden z przyjemniejszych momentów tej wycieczki to było tu posiedzieć, w tym otoczeniu.


    Jako że był to piątek w pociągu do Białegostoku było sporo rowerzystów, jadących jednak dalej bo skład leciał aż do Suwałk. Całe szczęście by specjalny wagon rowerowy i wszyscy się bez problemu pomieścili. Ja że miałem miejscówkę to się wygodnie rozsiadłem i prawie całą drogę przespałem. Zmęczony, ale jak to po każdej wycieczce byłem niezwykle zadowolony. Trzeba przyznać, że Mazowsze dal takiego rowerzysty jak ja to prawdziwy raj. Większość dróg asfaltowych, nawet tych mocno lokalnych. Do tego brak górek, więc można sobie pedałować jednym tempem, byle deszczu i wiatru w twarz nie było, a jeździć można sobie nawet kilkanaście godzin.