środa, 5 kwietnia 2017

Czas odkurzyć rower

    Jako stworzenie ciepłolubne zawsze dość późno zaczynam sezon rowerowy. Wiadomo, że początki to naprawdę krótkie dystanse, po to by mięśniom przypomnieć, że pedałowanie mocno różni się od chodzenia. Przejechałem się nad Narew, przy okazji zakładając dwie skrzynki, ale aparatu zapomniałem. Ten w komórce to bieda z nędzą i te parę zdjęć wyszło naprawdę słabych. A jakoś bez fotek, nawet jeżeli ich nie publikuję nie umiem sklecić opowieści. Za to przy okazji krótkiego, przedpołudniowego wypadu do Wasilkowa przy pasku była już moja "małpka".
    Zaraz za "Silikatami" w prawo w las. Po drodze kopalnia surowca dla wspomnianego zakładu. Co prawda odkrywkowa, i już chyba nieczynna, ale jak wygląda. W ogóle dużym zakładom przemysłowym można by poświęcić parę skrzynek. Z daleka prezentują się nawet interesująco.


     W lesie czekała mnie miła niespodzianka związana z keszem "Młyn Jaroszówka" OP8LC8. Z jakiegoś powodu jeszcze tam nigdy nie dotarłem, a jest warto. Na miejscu uwagę zwraca pomnik z inskrypcją w języku rosyjskim. Tutejsze tereny zostały skonfiskowane kościołowi po Powstaniu Styczniowym i przez różne koleje losu trafiły w ręce rodziny Kozyrskich. W 20leciu międzywojennym udało im się wybronić przed komasacjami, a pomnik jest świadectwem trwania.  Zaś rosyjskie napisy świadczą o przywiązaniu rodziny do prawosławia i być może także do narodowości rosyjskiej. Oprócz pomnika są i stawy. Woda akurat ładnie się mieniła w promieniach słońca. Sielski krajobraz rodem ze wsi. Jak widać nawet nie trzeba wyjeżdżać za miasto by cieszyć się spokojem i ciszą.


    W Wasilkowie sprawdziłem swoją skrzynkę, która niestety wyparowała, ale znalazłem przynajmniej miejsce pod przyszłą reaktywację. Samo miasteczko nie jest zbyt imponujące, ale przy kościele, pobliskiej cerkwi czy na kościelisku (zlikwidowany cmentarz) warto pomyśleć nad keszem.
 

    Ja tym razem zajechałem głównie po kesza "Wasilkowskie Anioły" OP8H4P. Na tutejszym cmentarzu ksiądz Rabczyński był inicjatorem powstania szeregu wielkich rzeźb Jezusa i aniołów. Stworzone z betonu niszczały, ale w końcu znalazły się fundusze na renowację i z ogromna przyjemnością przeszedłem się po cmentarzu. Może nie są to wybitne dzieła sztuki, ale dodają nekropolii uroku. I chyba jest to pewien ewenement, bo jeszcze takiego pomysłu nigdzie nie widziałem.


    Ze zgrozą pomyślałem, że z Wasilkowa musiałbym się wspinać pod ostrą górkę do Białegostoku. Dlatego pojechałem przez Jurowce. I tu czekała mnie niespodzianka, bo w jeszcze bezlistnych krzakach zobaczyłem betonowy krzyż. Nie bardzo pasował do tamtego miejsca, bo nie przy drodze, a nawet żadnej ścieżki nie było. Dlatego poszedłem przyjrzeć się bliżej. Okazało się, że stoi na brzegu wysychającego źródełka. Woda już nie wybija, choć teren mocno podmokły i podejrzewam, że w czasach świetności parę osób z okolicy wierzyło w cudowną moc wody. Dziś to tylko wspomniany krzyż na podstawie która wygląda jak niedbale zrzucona kupa gruzu.


    Z Jurowiec już prosto do domu i żeby było miło to z wiatrem. Oby tak ciepło było jeszcze choć z parę dni, bo w Białymstoku i "akalicach" przyroda jeszcze chyba nie bardzo uwierzyła w wiosnę i słabo z wyczekiwaną zielenią.

piątek, 31 marca 2017

Nad piękną Skrwą

    Znów pomysł wycieczki narodził się w innej głowie, czyli mimiego. Mi zostało opracowanie marszruty. Tym razem celem była rzeka Skrwa, razem z mimi, MiszkaWu i wzorowym. I tak rozpędziłem się z planem, że wyszło ponad 40 keszy. Podejrzewałem że nie zrobimy wszystkiego, ale jakoś tak ładnie szło, że udało się w 100%. Do teraz nie wiem jak, podejrzewam zakrzywienie czasoprzestrzeni.
    Wyjazd jak zawsze bardzo wcześnie, czyli o 4:30 opuszczaliśmy Białystok. Gdyby nie kesze to w życiu bym o tej nie wstał. Niestety na początek szczęście nie dopisało i w Ostrowi Mazowieckiej z czterech keszy znaleźliśmy tylko dwa. Za to cieszę się, że zawitałem do tutejszego garnizonu. Przed wojną była tu Szkoła Podchorążych Piechoty. Śladem po tym są pomniki polskich bohaterów historycznych. Jest tu także jeden z najpiękniejszych, moim zdaniem, pomników Piłsudskiego. Zaraz za Ostrowią w lesie są resztki cmentarza i kesz "Cmentarz "Cerkiewka" OP8B99  Jak się okazało też związane ze szkołą. Początkowo nie wiedziałem co znaczy anagram SP na jednym z pomników. Jedyne co mi przychodziło do głowy to Służba Polsce, ale to przecież nie ten czas. Teraz już wiem, że tak wyglądała odznaka szkoły wojskowej.


    Z krótkimi postojami dotarliśmy do Ciechanowa. Tutaj znaleźliśmy parę skrzynek przy nowej obwodnicy, ale prawdę mówiąc nie ma o czym pisać. Typowe punkty do statystyk, ale przynajmniej pogoda dopisała, świeciło piękne słońce i czasami niebo odbijało się w wodzie rozlewisk na polach. Z tych kilku keszy na obwodnicy najlepiej zapamiętam "[PMC] Wiadukt Gąsecka" OP8BLE. Wiadukt nad linią kolejową, tylko pytanie powstało: dokąd te tory? I znów jedynie podejrzenia, że pewnie gdzieś na Mazury. A tymczasem to ważna linia z Warszawy do Trójmiasta.
    Będąc w Ciechanowie nie sposób nie odwiedzić tamtejszego zamku. To już moja trzecia wizyta przy nim. Pierwszy raz jeszcze na studiach, kolejny związany z keszem. Wtedy go nie znalazłem, ale za to zwiedziłem wnętrze. No i teraz w końcu udało się z "Zamek Książąt Mazowieckich w Ciechanowie" OP8A3.
    Nie wiem jak to się stało, że do tej pory omijałem ciechanowiecką wieżę ciśnień. Wydaje się, że takich konstrukcji w Polsce nie brakuje. Ja jednak lubię je odwiedzać, choć zdarzają się z jednego szablonu. Ale tutaj mamy wieżę w kształcie torusa, na podstawie hiperboloidzie jednopowłokowej. Prawdę mówiąc obie nazwy nic mi nie mówiły, a ta hiperboloida to już w ogóle czarna magia, trudna nawet do powtórzenia. Ale tylko wystarczy spojrzeć na wieżę, by zgodzić się że za tajemniczą nazwą kryje się jedna z ciekawszych budowli w Polsce. Jeden z zagranicznych portali uznał ją nawet za jedną z bardziej imponujących na świecie. Mimo swej wielkości, a przede wszystkim wysokości, wydaje się niezwykle lekka. Aż dziwne, że ażurowa podstawa potrafi utrzymać wielką, żelazną oponę. Tym bardziej gdy była ona wypełniona wodą. Mam nadzieję, że wieże uda się w końcu jakoś sensownie zagospodarować, bo w tej chwili żal patrzeć jak rdzewieje.


    Po opuszczeniu Ciechanowa kolejny postój wypadł w Szreńsku przy keszu "filips240: Zamek w Szreńsku (w ruinie)" OP3F3. Nazwa trochę myląca bo wydaje mi się, że to ruiny pałacu. Zagłębiając się trochę w historię okazuje się rzeczywiście, że dawny zamek w XIXw. został przebudowany na klasycystyczny pałac. Przetrwał dwie wojny, a spłonął w 1948r. Wokół zachowały się budynki gospodarcze, chyba resztki bramy wjazdowej w postaci dwóch słupów. Bardzo malownicze miejsce. Ja jednak zapamiętam krakanie wron. Ten dźwięk i gołe jeszcze drzewa wprowadziły trochę ponury klimat. Nocą można by jakiś horror tu kręcić.


    Jesteśmy już prawie nad Skrwą, ale jeszcze tylko odwiedzimy Okalewo. Z daleka popatrzyliśmy na pałacyk, bliżej przyjrzeliśmy się kościołowi. Świątynia z XIXw. reprezentuje niezbyt często spotykany styl neoromański. Wtedy preferowano raczej neogotyk. Główną część zbudowano z kamienia, a coś w rodzaju naw z cegieł. I ta ceglana część jakoś nie bardzo mi pasuje. Budynek mogę dodać do swojej kolekcji: jeszcze kiedyś się zdecyduję czy mi się podoba, czy nie.
    Najciekawsza w Okalewie wydała mi się gorzelnia z keszem "Stara gorzelnia" OP4D44. Jak to zwykle bywa w dawnych budynkach przemysłowych czasami można dostrzec cegły ułożone w delikatny wzorek. Nie ma to związku z konstrukcją, chodziło o to żeby nawet na zakład produkcyjny było miło popatrzeć. Jaka różnica z dzisiejszymi identycznymi halami. Na wejście do środka się nie zdecydowaliśmy. Odstraszyły kamery w jednym z miejsc, więc może i alarm jest zamontowany. Zresztą w porównaniu do dawnych zdjęć, to na dzień wycieczki drzwi i okna były pozabijane, chociaż pewnie jakaś dziura by się znalazła.


    I w końcu jest, rzeka Skrwa, czyli prawy dopływ Wisły o długości 114km. Jak pisałem wcześniej nie wydawało mi się żebyśmy zdążyli przed zmrokiem zaliczyć przy niej ścieżkę. I pierwsza skrzynka "Skrwilno - grodzisko" OP1B29 umocniła te obawy. Zaparkowaliśmy samochód gdzieś w polu i jakąś drogą polną poszliśmy w stronę kesza. Po jakimś czasie drogę całkowicie zagrodziły nam wiosenne rozlewiska. Nie powiem, całkiem ładne, ale bez kaloszy nie było szans. Całe szczęście kawałek dalej widać łąkę jakby trochę wyżej, a za nią lasek sosnowy, a w takim to na bank będzie sucho. I rzeczywiście ze skraju tego lasku wiodła sucha ścieżka pod samo grodzisko. Trzeba tylko było przeskoczyć strumyk, lub przejść po prowizorycznym mostku z patyków. Fajnie że na grodzisko dotarliśmy w czasie kiedy nie ma jeszcze liści na drzewach. Po wejściu na koronę wału można było dobrze dotrzeć jego granice.


    W czasie wycieczki czekało nas trochę młynów, niestety nie wszystkie ciekawe. Za to przepusty wodne nieodmiennie mnie fascynowały. Dzięki nim spokojna, nizinna rzeka na chwilę zamieniała się w wzburzoną, hałaśliwą kipiel. Naprawdę piękne przedstawienie. Ale ścieżka wzdłuż rzeki to nie tylko młyny, był też maszt RTCN, przy którym maszty telefonii komórkowej to karzełki. Albo inna atrakcja w postaci cegielni. Tutaj z kolei nie można odwiedzić pieca, bo teren jest używany na jakiś skład, ale za to przy samej drodze stoi BAT. Potężna spycharka wojskowa na gąsienicach. Uwielbiam na keszerskim szlaku znajdować takie smaczki.


    Wracając do młynów, to pierwszy który mi się naprawdę spodobał to ten z keszem "Uroczy zakątek" OP4D6D. Co ciekawe młyn w całkowitej ruinie. Jedyne co z niego zostało to cztery ceglane ściany. Może to też kwestia położenia, bo budynki wsi są lekko oddalone i młyn jest jakby poza nią. Miejsce gdzie warto na chwilę się zatrzymać, nie tylko po kesza.


    Jakoś tak się zebrało, że wstąpiliśmy na tę część ścieżki, gdzie kolejne miejsca są równie piękne. Kesz "Młyn wodny Kwaśno" OP6772 przy niewielkim drewnianym mostku. Naprawdę niewielkim, bo nawet nie wiem czy samochód tu się zmieści. Po podjęciu kesza warto jeszcze podejść kawałek, co też uczyniłem, do młyna. Przed nami wyłania się duży drewniany budynek pod majestatycznymi drzewami. Miejsce jak z jakiejś bajki. 
    Ze wszystkich miejsc ścieżki najbardziej urzekło mnie "Młyn na Głowienicy" OP6771. W opisie wieje trochę grozą, bo ponoć można spotkać tu pana z siekierą, który broni dostępu do młyna. Próbowałem postraszyć nim kolegów, ale jestem chyba mało przekonujący, bo szli jak po swoje. Przed samym keszem tablica z rozjazdami, wygląda trochę surrealistycznie w środku lasu. Potem trzeba zejść na resztki kamiennego mostka. Między kamieniami plączą się korzenie i można odnieść wrażenie że to resztki jakiejś starożytnej budowli. Jak nie było wspomnianego pana to bliżej zapoznaliśmy się z młynem. Kolejny budynek który powoli odchodzi. Jeszcze trochę i drewniana część zawali się do środka. Na koniec wyszliśmy na wysoką skarpę nad Skrwą. Tutaj czterech dorosłych facetów chwilę postało kontemplując piękne widoki. To nie zdarza się często, więc miejsce musi mieć coś w sobie.


    Nieoczekiwana atrakcja czekała nas przy keszu "Młyn wodny Choczeń" OP677. Tutaj młyn owszem niczego sobie, ale ten most zapamiętam na długo. Część dla pieszych trochę wyżej i na drugi brzeg przechodzi się suchą nogą. Natomiast po części dla samochodów przelewa się nurt rzeki. Jest całkiem płytko, ale pierwszy raz coś takiego widziałem. Doprawdy fascynujący widok. Okazało się że dla kierowcy z kolei to świetna zabawa. Trzy razy przejeżdżaliśmy po moście ciesząc się jak dzieci.


    Podobało mi się też przy keszu "Wyspa w Parzeniu" OP6BA7. Jak jest wyspa, to albo łódką albo po moście. My do dyspozycji mieliśmy to drugie, za to jaki. Zostały z niego tylko stalowe belki, trochę szersze od ludzkiej stopy. Całe szczęście że było niezbyt wysoko i zmysł równowagi nie wariował po spojrzeniu w dół.


    Warto było zajrzeć po skrzynkę"Zapomniany cmentarz w Sikorzu" OP3DCB. Stare nagrobki prawie zawsze się prezentują. Szczególnie do gustu przypadł mi nagrobek 22 letniej Jadwigi Piwnickiej. Tym razem żałowałem, że nie ma jeszcze zieleni, bo na jej tle byłoby z pewnością jeszcze piękniej.


    Po trasie trafił się też niewielki urbex z keszem "Fabryka Śmierci" OP3DC. Nazwa nie jest przypadkowa bo w ruinach działał zakład utylizacji padłych zwierząt. I chyba świadomość tego sprawiła, że miejsce wydało mi się mroczne. Wyobrażając sobie padłe zwierzaki, resztki z ubojów szuflowane do maszyn czy pieców  (nie wiem gdzie, ni znam się) jakoś nie chciałem zbyt długo tu się kręcić. Niedaleko Białegostoku, jadąc na Wysokie Mazowieckie jest taki zakład, ale działający i jak wiatr zawieje to smród padliny aż łzy z oczu wyciska. Kiedy indziej zawodowo spotkałem się z ciężarówką z takiego zakładu. Z daleka wydała mi się dziwna, bo jakaś taka nietypowo błyszcząca. Z bliska myślałem, że oddam śniadanie, a tymczasem kierowca jadł kanapkę. Jak widać człowiek do wszystkiego się przyzwyczai.


    Prawie na końcu ścieżki trafiliśmy do jednej z lepszych skrzynek serii czyli "Młyn Radotki" OP64E3. Sam kesz tradycyjnie schowany za to widoki wspaniałe. Po stromy zboczu schodziło się do ogromnego jazu, a na drugim brzegu stał spory, murowany młyn. Z góry można było odnieść wrażenie, że jest się w Bieszczadach. To już nie pierwszy raz gdy płaskie z reguły Mazowsze zaskakuje mnie urozmaiconym terenem.


    Do końca ścieżki zostały jeszcze dwie skrzynki, które udało się zgarnąć przed zmrokiem. Jeszcze tylko kościół w Brwilnie i plan wykonany w 100%. A godzina jeszcze nie taka późna. Mimo to do domu strasznie daleko. Wobec tego odpalamy c:geo i jak coś przy samej drodze się trafi to się zatrzymamy. No i wyszło na to, że poza jednym wszystkie kesze miałem w kolekcji. I tak wciąż myślę jak to wszystko ogarnęliśmy w jeden dzień, przy okazji dwa razy stając w "macku", a jak było coś wartego obejrzenia to też chwilę przystawaliśmy. Teraz uświadomiłem sobie, że wszystko idealnie się udawało. Szukanie jakiegokolwiek kesza nie zabrało więcej niż kilka minut. I właśnie to najbardziej lubię w tej zabawie. Skrzynka tylko jaki miły, krótki dodatek do odwiedzanych miejsc.

wtorek, 21 marca 2017

I znów Nieśmiertelni

    Dni zrobiły się dłuższe, więc uznałem że to już czas wrócić na ścieżkę Nieśmiertelni 39. Przyznam, że już od dawna przebierałem nogami by jechać, ale jak zmierzch zapadał o 16 to wolałem się nie plątać po małych miejscowościach i ich cmentarzach. Nie ze strachu, a z obawy o skrzynki, bo przyświecanie latarką mogłoby wzbudzić podejrzenia mieszkańców.
    Rozpocząłem mało spektakularnie od kesza "Lasek na obrzeżach Skuszewa" OP85JX, ale potem już pierwsza skrzynka Nieśmiertelnych czyli "Nieśmiertelni #44 - Bonus II" OP833T. Tylko z tymi bonusami mam taki problem, że nic o nich nie mogę napisać żeby nie było spoilerów. Ale naprawdę warto było zbierać cyferki, żeby poznać kilka dodatkowych miejsc związanych z Bitwą nad Bzurą.
    W Sochaczewie oczywiście polecam odwiedzić muzeum kolejowe, o którym już pisałem. Tym razem zatrzymałem się w mieście tylko po dwie skrzynki "Nieśmiertelni #39 - Sochaczew" OP7C34 i
"Baszta Tatarska" OP8CC. Warto się po nie wybrać nie tylko ze względu na znalezienie kolejnego pudełka, ale też by popatrzyć na Bzurę z wysokiej skarpy. Rzeka jest tu już dość szeroka, a przy ładnej pogodzie rozciąga się stąd widok na parę kilometrów.

    Przy keszu "Nieśmiertelni #15 - Kocierzew" OP7BFA kolejny raz przekonałem się, że na cmentarzu warto spoglądać na mijane nagrobki. Tak natknąłem się na małą ciekawostkę, czyli grób Józefa Chełmońskiego, dziadka słynnego malarza o tym samym imieniu. Grób wygląda raczej na symboliczne upamiętnienie, bo pewnie oryginalny nagrobek w ogóle się nie zachował. Wnuk jest jednym z moich ulubionych polskich malarzy. Malował sceny realistyczne, ale jakby lekko rozmyte, niby za lekką mgłą. Wydają się jakby wyjęte ze snu. Jego "Babie lato" czy "Bociany" kojarzy chyba każdy, choć może nie z tytułu.

    Przede mną kesz "Cmentarz w Złotej" OP3786 z innej serii Wojna Pozycyjna nad Rawką i Bzurą. Mam już ją wpisaną w plany, ale tutaj nie będzie łatwo. Same tradycyjne i multaki nie dadzą mi minimum i trzeba będzie przysiąść nad quizami i może choć z dwa uda się rozwiązać. A tymczasem mogłem ujrzeć mauzoleum żołnierzy poległych w czasie Wielkiej Wojny. Takie cmentarze mogłem do tej pory oglądać głównie na terenie Mazur. Projektanci nieraz nadawali im ciekawą formę, którą można podziwiać do dziś.

  
     Przy okazji kesza "Nieśmiertelni #16 - Kompina" OP7C10 naszła mnie refleksja nad cmentarzami poświęconymi tylko żołnierzom, a mogiłom zbiorowym ulokowanymi na cmentarzach cywilnych. Te tylko wojskowe są o wiele piękniejsze. Może wynika to z faktu, że groby nie są otoczone nagrobkami z lastryko czy marmuru? A i miłośnicy porządku i symetrii na wojskowych nekropoliach mogą nacieszyć się klarownym układem.

   
     Przejeżdżałem przez Nieborów gdzie zaliczyłem dwa kesze, ale pałacu nie odwiedziłem. Zostawię to sobie na oddzielną, jednodniową wycieczkę. Zdecydowałem się za to zatrzymać się w Arkadii, by obejrzeć park romantyczny. Powstanie tego miejsca nie jest zbyt chlubne. Tereny te kupił Michał Radziwiłł za pieniądze jakie otrzymywał od zaborców, za swoje usługi w likwidowaniu niepodległej Polski. Park założyła jego żona Helena, też z nie najlepszym życiorysem. To jednak dawne dzieje, a założenie przetrwało do dzisiaj i cieszy oko. Akurat trafiłem na wiosenne porządki, przycinanie gałęzi, itp. więc nie mogłem zajrzeć w każdy kąt, ale i tak było warto tu się zatrzymać.


    Zbliżała się pora obiadowa, więc czas było poszukać jakiegoś parkingu i podgrzać to co zabrałem z domu. Znalazłem go przy keszu "Spawany most" OP26EB. I nie jest to taki zwykły most, ale zabytek klasy zero. Ta konstrukcja z 1927r. to pierwszy na świecie spawany most. A wygląda tak niepozornie, większość kierowców przejeżdżając o odległym o kilkanaście metrów nowym moście, pewnie nie zdaje sobie sprawy jaką perełkę mija.


    Nad samą Bzurą powstało ostatnio kilka keszy związanych z wrześniową bitwą, ale nie należących do ścieżki.  A że niektóre były po drodze, to nie mogłem się nie zatrzymać. Najlepiej zapamiętam "Bitwa nad Bzurą #3" OP8KPM, ale nie z powodu samego kesza, a sporego młyna wznoszącego się za nim. Najpierw poszedłem obejrzeć opuszczony dworek, potem pomyślałem że zrobię z dwa zdjęcia młyna. I tak zobaczyłem że w jednym oknie nie ma kraty. Najpierw wsadziłem głowę do środka, o na parterze zachowały się urządzenia, ciekawe jak na pozostałych piętrach? I gnany ciekawością zwiedziłem młyn do poddasza. A na każdym piętrze maszyny do mielenia zboża. I to nie jakieś zdezelowane starocie. Wydaje się wręcz że wystarczy tylko pozakładać z powrotem pasy, ustawić koło młyńskie i całość funkcjonowałaby bez problemu. Mam nadzieję że młyn nie podzieli losu pobliskiego dworku.


    W końcu zawitałem do Soboty, wieś którą znałem ze słyszenia bo leży niedaleko Piątku czyli geometrycznego środka Polski. Na geografii zawsze podawano to jako ciekawostkę. I jak się okazało warto tu zajechać nie tylko dla nazwy, ale i zespołu dworskiego. Pałac zbudowany jeszcze jako zamek obronny w XVw., doczekał się licznych przebudowań, by w XIXw. zyskać neogotycki wygląd. I w całym założeniu to on wydał się mi najmniej ciekawy, mimo że lubię neogotyk. O dawnej świetności parku świadczą pozostałości wiekowych drzew, a pod jednym jest kesz "bas09 Z czwartku na Sobotę" OP05CF. Ktoś trochę dba o park, bo drzewa mają podparte konary, bez czego z pewnością by się zawaliły. Co mnie jednak najbardziej urzekło to obora. W ścianie szczytowej część cegieł ułożona jest w krzyż. Pewnie opieka boska miała chronić przed zarazą, piorunem, itp. inwentarz. Mnie umieszczenie krzyża w takim miejscu mimo wszystko trochę rozśmieszyło.


    Wracając w końcu do Nieśmiertelnych na uwagę zasługuje cmentarz z keszem "Nieśmiertelni #40 - Walewice" OP7C36. Wejścia pilnują dwaj drewniani żołnierze naturalnych rozmiarów. Potem są mogiły zbiorowe żołnierzy, a całość wieńczy duży głaz z tablicą pamiątkową. Ale na miejscu warto też zwrócić uwagę na pobliskie wybiegi dla koni. Brama do jednego z nich to dwie rakiety ustawione pionowo. Bardzo osobliwy widok.


    Cmentarze wojenne są nie tylko śladem dawnych bitew, ale też pokazują dawną wielokulturowość Polski. Nieraz pomiędzy Polskimi nazwiskami przemknie jakieś obco brzmiące, ale przy keszu "Nieśmiertelni # 60 - Mąkolice" OP84TB mamy i niemieckie i żydowskie, jak i ukraińskie. Strzelec Dmytro Jakiw z Kołomyi. Wielu pewnie zastanawia się gdzie to w ogóle jest, może nawet myląc z Kołymą. A mnie zastanawia kim się czuł ten człowiek. Polakiem, Ukraińcem, a może na tak postawione pytanie odpowiedziałby, jestem stąd? Ten świat przeszedł do historii i dziś mamy jedynie trochę wyidealizowane wspomnienia.


    Ciekawy jest pomnik przy keszu "Koźle - W hołdzie poległym" OP5775. Zbudowany w 1985r. i chyba przez czas powstania skojarzył mi się z obeliskami na cmentarzach żołnierzy radzieckich. Sylwetka żołnierza jest kanciasta, a od samej postaci bije srogość. Co nie zmienia faktu, że mi się podobało.


    I kolejna miejscowość którą kojarzyłem z nazwy czyli Stryków. Tym razem wiąże się to z autostradami, które mozolnie budujemy od wielu lat. Myślałem że to jakaś mała wieś, a to niemałe miasteczko. Z kilku tutejszych keszy najlepszy jest moim zdanie w cegielni, czyli "Opuszczona cegielnia w Strykowie" OP82TN. Mimo że już parę w życiu ich odwiedziłem, i z grubsza wyglądają tak samo, to jednak mają swój klimat. Szczególnie warto wejść do wnętrza pieca i przespacerować się w półmroku. Jak jeszcze na zewnątrz świeci mocne słońce, to gra świateł wpadających przez nieliczne otwory jest niezapomniana.


    Noc zastała mnie w Lipcach Reymontowskich, gdzie Wł. Reymont pracował jako dróżnik i zachowała się nawet oryginalna dróżniczówka.  Po ciemku samotne keszowanie jest takie sobie, więc niedaleko torów uwiłem sobie gniazdko i poszedłem spać. Nawet całkiem miło się spało jak niedaleko przetaczały się pociągi, a ruch na tutejszej linii jest spory. Rano z nowymi siłami wyruszyłem po kolejną porcję keszy.Po dwóch szybkich znalezieniach na dłużej utknąłem przy "Marian w szkole" OP8J3N. Opuszczona szkoła nie pozwalała wpaść tylko po kesza, ale musiałem ją zwiedzi, niestety budynek jest prawie całkiem pozbawiony wyposażenia. Nawet płytki ze ścian są równo skute. A najdłużej zeszło mi doczyszczenie się z trocin po których trzeba się czołgać. Jeszcze do śliskiego materiału tak to się nie czepia, ale polar skubałem dobrych kilkanaście minut. Padło niejedno niecenzuralne słowo.


    Skierniewice minąłem tym razem od południa i teraz żałuję że nie zajechałem zobaczyć jak tam sytuacja w garnizonie, może jeszcze raz spróbowałbym z jednym multakiem? No, ale nie ma co rozpamiętywać. W pobliskim Kamionie dwie skrzynki, tylko jednej "Park w Kamionie" OP2836 nie udało się znaleźć. Dopiero jak piszę te słowa na spoilerze zauważyłem kółko. Do skrzynki zaglądałem przed wyjazdem, będąc na miejscu, i wpisując nieznalezienie. Jak to się stało że dopiero za czwartym razem je zobaczyłem. U nas się mówi że diabeł ogonem zakrył, ale chyba trzeba do okulisty iść, bo taką ślepotę ciężko wyjaśnić. Na szczęście udało się z drugim keszem "Dwór w Kamionie" OP282A. A że obok płot był częściowo powalony wszedłem sobie na teren dworu, by obejrzeć go sobie też od frontu.


    Przy okazji swoich wyjazdów mogłem się przekonać, że na Mazowszu jest dość duże zagęszczenie dworków i pałacyków. Przynajmniej w odniesieniu do województwa podlaskiego. Niestety spora część jest w złym stanie. Jeszcze pół biedy, gdy w budynku nikt nie mieszka, ale jest właściciel i zabezpiecza budynek przed wandalami. Gorzej gdy gospodarza zabraknie. Przez powybijane okna wdziera się deszcz i śnieg, niełatany dach szybko się wali i zabytek powoli znika z powierzchni ziemi. Taki los spotyka i dwór w Lisowoli z keszem "Dworek Lisowola" OP80SC. Dach już częściowo leży w środku i tylko patrzeć jak pozostaną tylko murowane ściany, których latem za krzaków i pokrzyw nie będzie nawet widać. Ten smutny widok rozwesela kesz, nieprzesadnie trudno ukryty, ale z pomysłem.


    Za to pobliska skrzynka "Transparentna stodoła" OP80TC przypomniała mi dzieciństwo, kiedy wakacje czy ferie spędzałem na wsi. To co zawarłem w logu skrzynki to mały procent wspomnień. Jakbym miał lekkie pióro to mogłaby powstać z tego książka, jak "Dzieci z Bullerbyn". Tych wspomnień w których nawet deszcz nie oznaczał nudy nic mi nie zabierze.
    Tak jakoś wyszło, że tym razem zebrało się sporo opuszczonych, acz niewielkich lokacji. Kolejna z nich z keszem "Urbeksik" OP8DGT. Wszedłem przez zarośnięte podwórko, przekraczam otwarte na stałe drzwi, rozglądam się i zastanawiam: a czy przypadkiem nikt tutaj nie mieszka. W jednym pokoju barłóg, świeczka na szafce i ślady po niewielkiej libacji. Podejrzewam że jak jest ciepło to może lokalni pijaczkowie korzystają z tego domu. Nie wieje, a i deszcz nie rozgoni towarzystwa. Dopiero jak obszedłem cały i przekonałem się, że naprawdę jest pusto, wziąłem się za szukanie skrzynki, a raczej nietypowego logbooka, co wcale takie proste nie jest.


    Na obrzeżach Mszczonowa chwilę zabawiłem, bo nie mogłem wygrzebać niby prostej skrzynki "GŁAZ MSZCZONOWSKI" OP1C9D. Nawet pośliznąłem się na mokrej glinie i wylądowałem na czterech literach. Dobrze, że w bagażniku były zapasowe spodnie. Trudy wynagrodził sam głaz, zaiste imponujących rozmiarów. Nie spodziewałem się że będzie tak wielki. Jest jeszcze niewielki smaczek w postaci sporej starej tablicy o pomniku przyrody. Dawno takiej nie widziałem, bo zwyczajnie są kradzione.


    W samym Mszczonowie chwilę zabawiłem szukając cyfr potrzebnych do zlokalizowania multaka "Nieśmiertelni # 73 - Mszczonów" OP884K. Tym sposobem zwiedziłem centrum miasteczka. Te niewielkie miasta rozrzucone na Mazowszu często nie są zbyt piękne. Chaotyczna zabudowa, duży ruch, a wieczorem wyglądające jak umarłe nie zachęcają do zwiedzania. Mszczonów należy do tej grupy która mi się spodobała. I nawet nie wiem czemu. Nie ma tu spektakularnych zabytków, współczesne budynki takie jak wszędzie, nic specjalnego, a jednak mi się podobało. Może to kwestia po prostu słońca które pięknie przyświecało i przez zbliżającą się wiosnę człek optymistyczniej patrzy na świat. Może jakbym dotarł tu w listopadzie wrażenia miałbym inne?
    Już coraz bliżej Warszawa i koniec keszowania na dziś, ale jeszcze przede mną lokalne ciekawostki. Jedną z nich są wille na Turczynku, który obecnie jest częścią Milanówka. W ogóle połapać się w jakim miasteczku się akurat jest wcale nie jest tu takie łatwe. Ale wracając do willi to tu sprawdziły się podejrzenia z Mszczonowa. W czasie szukania keszy "Bunkier na Turczynku" OP0FC5 i "Szpital na Turczynku" OP8B1K jak i foceniu obiektu miałem ładne słońce. Wille choć opuszczone, świeciły dawnym blaskiem i pojawiła się nawet myśl, że w jednej z nich można by zamieszkać. Ale wystarczyło tylko, że słońce schowało się za chmurami, a natychmiast zmienił się klimat. Opuszczone wille w otoczeniu jeszcze bezlistnych drzew wyglądały jak z filmu grozy. Do tego pewnie są nawiedzone.


    Na koniec został mi Parzniew z dwoma keszami. Jeden z nich "28 DP Parzniew" OP887E miałem już kiedyś okazję szukać. Niestety musiałem się pomylić w wyliczeniach i wylądowałem 50m. od właściwego miejsca. To kwestia ostatnich cyferek w kordach, ale wystarczyła, bym musiał wracać jeszcze raz. W planach miałem jeszcze skrzynkę z Nieśmiertelnych w samej Warszawie, nad tutejszym Balatonem. Odstraszyły mnie jednak korki w stolicy. Akurat trafiłem na czas gdy biura kończą pracę i postałem sobie nawet na S8. Pewnie zostawię ją sobie na jesień. I tak niespodziewanie w czasie dwóch wyjazdów specjalnie na ścieżkę i zaliczenia kilku keszy przy innych okazjach, nazbierało się minimum do zaliczenia. Pozostał ogromny niedosyt, dlatego wrócę jeszcze raz na szlak, po prostu dobrych rzeczy nigdy dość.

sobota, 4 marca 2017

Esełka nas wschód od Wisły

    Miałem problem z wymyśleniem gdzie tu tym razem pojechać. Spoglądałem na mapę: tu byłem, tam czemuś nie chcę, a tutaj może byłoby fajnie, ale na jeden dzień za daleko. I tak sobie siedziałem pogrążając się w problemach ludzi pierwszego świata, kiedy przypomniała mi się ścieżka na "esełce". Tym razem bliżej przypatrzyłem się projektowi i nie jest tak strasznie jak się z początku wydaje. Na zachód od Wisły jest trochę quizów i multaków, ale część może uda się rozwiązać, a kilka sztuk jak nic do głowy nie wpadnie można pominąć, mam nadzieję że bez szkody dla całości. Tak, tą cześć zostawię sobie na cieplejsze dni, kiedy będzie można przejechać się rowerem i zanocować pod chmurką. A teraz można wyskoczyć na jeden dzień na kesze związane z linią na wschód od Wisły. Wydawały się łatwiej dostępne, do tego większość to tradycyjne na kordach. Zapadła decyzja, jedziemy w sobotę rano razem z mimi29 i MiszkaWu.
    Keszowanie nie zapowiadało się najlepiej. Najpierw chcieliśmy zaliczyć kilka skrzynek w Zambrowie. To tylko 70km. od Białegostoku, ale zawsze wracając z różnych wycieczek już sił brakowało na zjechanie do tego miasta. I tak w międzyczasie większość skrzynek zaginęła (albo my nie potrafiliśmy znaleźć) i została jedna perełka "Cmentarz jeńców radzieckich" OP84RT.
    Gdzieś po drodze natrafiliśmy na niewielką, prywatna kolekcję sprzętu wojskowego. Nawet byśmy nie zwrócili na nią uwagi, gdyby nie czołg czekający na remont. Nie było innej opcji jak zatrzymanie się i przyjrzenie się mu z bliska. Najgorzej że zapomniałem jak to była wieś, na pewno gdzieś przy DK63. Chciałem założyć małego magnetyka, ale bardziej przewidujący koledzy uświadomili mnie, że pojazd pewnie niedługo trafi do remontu.


    Przez Siedlce również tylko przemknęliśmy, zatrzymując się przy dwóch keszach, które akurat były przy samej drodze i głupio było je omijać.
    Jeszcze tylko "Łukowski MIG-15" OP4669, który może gdzieś tam jest, ale wiadomo jak to magnetyk i różne żelazne zakamarki. Ciężko znaleźć i tym razem się nie udało. I w końcu jest pierwszy kesz na "esełce" "S-Ł: Przystanek Jedlanka" OP8GKE. I od razu zielona gwiazdka, choć trochę przypadkowa. Wyciągając kesza spadł nam do piwnicy, więc nie pozostało nic innego niż wejść oknem do środka by go uratować. Żadnego wybijania dziur, skorzystaliśmy z okazji, że ktoś zrobił to przed nami. I wkroczyliśmy w wspaniały, kolejowy świat. Na ścianach wciąż wiszą rozkłady jazdy, tabliczki z opisem przeznaczenia wnętrz, a nawet w jednym pomieszczeniu jakieś czynne urządzenia, wesoło mrugające diodami. Wśród tych skarbów najbardziej mi się spodobała ogromna mapa linii kolejowych w Polsce.


    Mała dygresja co to w ogóle za linia ta "esełka".  Jak podaje Wikipedia jest to dwutorowa, zelektryfikowana, południowa towarowa obwodnica Warszawy. Łączy Skierniewice z Łukowem i ma 160km. długości. Pierwsze prace rozpoczęto w 1949r. przy moście w Górze Kalwarii. Oddanie linii do użytku nastąpiło 1.X.1954r. Na torach poza krótkim odcinkiem między Czachówkiem a Górą Kalwarią nie kursują pociągi osobowe. Zainteresowani więcej faktów znajdą chociażby na stronie bazakolejowa.pl
    Wracając do keszowania przy "esełce" to kolejne miejsce ze skrzynką "S-Ł: Stoczek Łukowski: most i wiadukt" OP8GHT też mnie urzekło. Kilka razy już przejeżdżałem obok wiaduktu, ale jakoś nigdy się nie zatrzymałem. Może przywodzić na myśl te pruskie na Mazurach, głównie przez swą wielkość, bo przecież technika wykonania jest zupełnie inna. W Stoczku Łukowskim mamy surowe piękno żelbetonu i kątów prostych. Konstrukcja wydaje się lekka i aż dziw że wytrzymuje ciężkie składy towarowe. 


    Nigdy bym nie pomyślał, że zwykły przepust wodny może być piękny. Przy keszu "S-Ł: Magiczny przepust" OP8GJ4  budowniczowie nie poszli na łatwiznę i nie zadowolili się prostokątnym tunelem jaki się zazwyczaj spotyka. Zastosowali kształt jajka i przez to mamy efekt jakby rzeczywiście było to przejście do innej krainy. Keszerzy to jednak potrafią wynaleźć niezwykłe miejsca tam gdzie mało kto się spodziewa.


     Przyszedł czas na małą stacyjkę z keszem "S-Ł: Przystanek Iwowe" OP8GJ1. Słowo stacyjka nie występuje w oficjalnym nazewnictwie PKP, ale moim zdaniem lepiej oddaje rzeczywistość niż trochę bezduszny przystanek osobowy. Dwa perony zagubione gdzieś w lesie, nie ma żadnego rozkładu, bo i skąd ma być jak nie jeździ tu żaden osobowy. Tylko tablica z nazwą pozostała. Jak się potem przekonam nie tylko tam, co w takich zapomnianych miejscach jest przyjemnym widokiem.


    Ogólnie dzień na keszowanie nie był najgorszy. Nawet sporo słońca było. Tylko w drodze do kesza "S-Ł: Przepust z 1951 roku" OP8GHU poczułem że to jeszcze zima i luty. Droga od asfaltu nie była przesadnie długa, ale wystarczyło żeby mi porządnie w uszy nawiało i żałowałem że nie zabrałem zimowej czapki. Pod przepustem jeszcze tylko trochę dziwnych, szerokich kroków by butów nie zmoczyć i kesz był nasz. 
    Po krótkim pobycie przy stacji trafo pojechaliśmy do kesza "S-Ł: Przystanek Parysów" OP8GCW. Budynek taki sam jak na stacji Jedlanka, czyli PKP miało jeden wzór, który powielało. Nie zmienia to jednak atrakcyjności miejsca, bo jednak otoczenie zupełnie inne. Mam nadzieję, że budynek jeszcze postoi bo niedaleką nastawnię wykonawczą zrównali z ziemią.


    Zaliczyliśmy kolejny przystanek, wiadukt nad szosą lubelską, ale też i kościół w Parysowie wpadł do kolekcji. Trochę we znaki dał się nam jednak kesz "S-Ł: Bagienna okolica pod Pilawą" OP8G26. Od samochodu mieliśmy do przejścia zaledwie kilkaset metrów. Przy celu teren zaczął się robić coraz bardziej podmokły, aż w końcu natrafiliśmy na małe rozlewiska. Początkowo skakaliśmy z kępy na kępę, ale pod samym nasypem powitała nas regularna rzeczka. Rozdzieliliśmy się i mimi znalazł przewężenie gdzie można było przeskoczyć, a my z Miszką wypatrzyliśmy dojście do ambony przy samych torach, gdzie szło się lekkim podwyższeniem, a potem tylko po prowizorycznym mostku który zrobiliśmy z połamanej palety. Swoją drogą co paleta tam robiła? Wracając postanowiłem skorzystać z drogi mimi i po skoku ziemia się usunęła i jedną nogą wylądowałem w wodzie. But mocno nie przemókł, ale lekko wilgotny był i do końca keszowania taki pozostał. Czyli tradycja szukania skrzynek z małym wypadkiem podtrzymana.


     Jak do tej pory nie widzieliśmy żadnych pociągów, ale to się miało zmienić od skrzynek "S-Ł: Skrzyżowanie z siódemką" OP8G2K i "S-Ł: Widok na tory" OP8G2M. Na początku skromnie osobowy Kolei Mazowieckich. A potem jest to po co głównie przyjechaliśmy, czyli widok towarowego na "esełce". Poczciwa lokomotywa EU 07 ciągnął kontenery. Trochę później, jak już zaliczyliśmy obie skrzynki przetoczył się skład z pełnymi węglarkami, podobnie jak poprzedni na wschód. Wracając do keszy to ten drugi szczególnie przypadł do gustu. Trochę wuefu i wpadł w nasze ręce. Uczciwie przyznam że ja go tylko wypatrzyłem, formalności pozostawiając kolegom. Nie to żeby skrzynka była specjalnie trudna, ale miejsca dla trzech to już tam nie było.


    Małą tajemnicą pozostanie dla mnie wiadukt z keszem "S-Ł: Wiadukt Jaźwiny" OP8AY7. Prowadzi do niego wąska, polna droga, a tu nagle taka szeroka budowla. Zdecydowanie za duża nawet dla sprzętu rolniczego. Trzeba pamiętać, że budowa "esełki" nie była związana tylko z ruchem towarowym. Miała pełnić ważną rolę strategiczną przy przemieszczaniu wojsk. Może tak szerokie wiadukty w polu miały z tym jakiś związek?


    Z linią związane jest przykre doświadczenie katastrofy kolejowej, która wydarzyła się w 1981r. koło Osiecka. W tym miejscu, przy jednym z wiaduktów postawiono duży krzyż z tablicą w podstawie na której wymieniono tych, którzy stracili tu życie. 25 osób, ta liczba robi wrażenie, bo to jedna z większych katastrof w Polsce. Kolega mimi jest prawdziwym fanem kolei i ma sporą fachową wiedzę, a na podstawie tego co opowiadał to żeby doszło do zderzenia pociągów muszą być naprawdę wielkie uchybienia. Niestety te wciąż się zdarzają.


    Sympatyczna ciekawostka przy keszu "S-Ł: Pod wiaduktem 862" OP8G2H. Miejscowe "szatany" wymalowali wiadukt nazwami zespołów metalowych. W tym miejscu, gdzie i tak nikt nie zagląda niespecjalnie to przeszkadza, a dla miłośnika ciężkich brzmień taka mała niespodzianka. Tutaj przytrafił się nam także kolejny skład towarowy. Też z kontenerami, tylko tym razem większość to chłodnie.


    Niewiele skrzynek zebraliśmy poza "esełkowymi", a jedną z nich był "Dokąd Marianie?" OP8JER. Ukryty w miejscu... hmm, dość osobliwym, na szczęście nieużywanym. No i oczywiście opuszczony kościół. Z pewnością najciekawsza budowla we wsi. Czegoś mi jednak zabrakło. Chyba jest "za mało" opuszczony. I nie było jak zajrzeć do środka. Okna trochę za wysoko, a przez dziurkę do klucza widać drugie drzwi.


  Kolejnym keszem który dał nam trochę popalić był "S-Ł: Przystanek Warszówka" OP8AY6. Skończył się asfalt, więc postanowiliśmy dalej iść. Jednak Miszka szybko zdecydował, że wraca i co będziemy drałować piechotą, spróbujemy przejechać. Skończyło się na tym, że dwa razy trzeba było wypychać samochód z błota. A przy keszu okazało się, że to i tak najlepsza droga. Podziwiam człowieka mieszkającego przy przystanku. Na podwórku też stała osobówka, ale on musi walczyć przy roztopach z tym na co dzień. A miejsce jak to zwykle przy kolei zagubionej wśród pól czy lasów, niezwykle urokliwe. Cisza, spokój i tory ginące za horyzontem.


     Przed nami tak zwany gwóźdź programu, czyli most kolejowy na Wiśle w Górze Kalwarii. Najpierw chwila oczekiwania na przyczółku, bo zaraz miał się pojawić towarowy. I rzeczywiście pojawił się skład, ale tym razem ciągnięty przez Siemens Vectron. Jak już przejechał poszliśmy po kesza "S-Ł: Most nad Wisłą" OP8G2E. Trzeba po niego zejść na filar, ale to nic niebezpiecznego i nawet trochę żałowałem że się nad nami nic nie przetoczyło. Zapewniam, niesamowite doświadczenie, ale zdobyte na innym moście. Sam most zrobił na mnie ogromne wrażenie. Idąc ma się niezły widok na rzekę w obu kierunkach. Nitowana konstrukcja też niczego sobie. Przeszliśmy się po całości ze wschodu na zachód i z powrotem. Niestety jedna skrzynka chyba zaginęła. A druga kilka dobrych metrów nad kładką wydała mi się zbyt ekstremalna. Sam właziłem na wyższe konstrukcje i koledzy nawet chcieli iść. Coś we mnie jednak krzyczało, tej nie ruszaj, w ogóle nawet nie próbuj wchodzić. Może to jakieś przeczucie, ale udało mi się odwieść towarzyszy od pomysłu wspinaczki.


    Godzina jeszcze nie taka późna, ale niestety zapadły już ciemności. Po drodze wpadło jeszcze trochę keszy, ale nie ma co się oszukiwać, głównie jako punkty do statystyki. Nawet jak miejsce było potencjalnie ciekawe, to po nocy i tak niewiele widać. Mam nadzieję, że do kesza "Gotyk w Turowicach" OP3282 mimo wszystko jeszcze wrócę bo ruiny zapowiadały się smakowicie. I znów około północy wylądowałem w domu. Bardzo zmęczony, ale jak zwykle bardzo zadowolony z poznania kolejnego kawałka Polski.