piątek, 2 czerwca 2017

Marsz na Śnieżkę

    Z Jeleniej Góry na Śnieżkę wycieczka jest szybka i prosta. Dojechać do Karpacza, rano wyjść z miasteczka, wejść na górę i z powrotem na dole można być już na obiedzie. Jak jeszcze wyciąg działa to nawet z małymi dziećmi można się wybrać. Tyle teorii, bo jak wiadomo keszer zawsze jakieś inne drogi wybiera, a szczególnie te, gdzie po drodze znajdzie pochowane pudełka. Nie inaczej mogło być u mnie i na Śnieżkę postanowiłem się dostać z Jeleniej Góry śladem keszy "Geocaching dookoła Kotliny Jeleniogórskiej". Celem nie było zaliczenie ścieżki bo w planach miałem tylko jej zachodnią część, jako alternatywę dla popularnych szlaków.
    Z Białegostoku pociągiem wyjechałem o 5 rano, a w Jeleniej Górze byłem po 15. Ładnych kilka godzin w podróży, ale Polskę trzeba przeciąć po przekątnej. W mieście nie zabawiłem długo, tylko szybko ruszyłem na szlak. Początek wzdłuż Bobru do pensjonatu Perła Zachodu. To jeszcze ucywilizowane rejony. Na początku ścieżki stoi wielka wieża, która jest świetnym punktem widokowym na miasto. Zbudowana w 1911r. jest jedyną ocalałą pamiątką po istniejącej niegdyś na Wzgórzu Krzywoustego restauracji.



    Mając Bóbr po prawej stronie szedłem sobie ścieżką niczym alejką w parku. Czasem wyprzedził mnie jakiś rowerzysta, a to minąłem rodzinę z dziećmi i oczywiście po drodze zbierałem skrzynki. Obok Perły Zachodu jest imponująca elektrownia wodna, oczywiście nie tak wielka jak te najsłynniejsze, ale i tak zrobił na mnie wrażenie kilkunastometrowy spadek. Przy okazji tuż obok miałem pierwszą okazję poskakać po skałkach w poszukiwaniu kesza "Elektrownia Wodna Bobrowice I" OP876W.


    W planach miałem nocleg w wspomnianym pensjonacie, ale godzina była jeszcze w miarę młoda, wszak to końcówka maja i dzień jest w miarę długi. Postanowiłem ruszać więc dalej i noclegu szukać tam gdzie mnie wieczór zastanie. Muszę przyznać, że niektóre skrzynki sprawiły mi trudność. Nie tyle miejscem ukrycia, a dojściem do nich. Tak np. kesz "Jeleniogórski Helikon - Urania" OP810Q schowany przy skałce. Niestety brak do niej jakiejkolwiek ścieżki i gdyby można było iść normalnie przez las, to pół biedy, ale trzeba było przedzierać się przez zrąb i plątaninę pozostawionych po ścince gałęzi. Za to wszystkie trudy niweluje piękno skał, które trwają tu od wieków. A jak się jeszcze wejdzie na jedną czy drugą i stanie na wysokości czubków pobliskich drzew, to satysfakcja jest podwójna.


    Po znalezieniu kesza "GDKJ - Legenda o ucieczce więźnia z Chojnika" OP83NA  postanowiłem rozglądać się za noclegiem. Idealnym miejscem wydało mi się mijane kilka minut wcześniej niewielkie wzgórze porośnięte łąką. Miękka trawa niczym materac, na to karimata żeby zimno od ziemi nie ciągnęło, zawinąłem się w śpiwór i dopiero rano obudziły mnie jakieś straszne dźwięki dobiegające z lasu. Jakby jakiś drapieżnik dorwał ofiarę i tej już nic nie pozostało, tylko ostatnie krzyki.
    Dalej więc w drogę. Ten dzień obejdzie się bez forsownych podejść i szybkich zejść. Nie można jednak powiedzieć że się nudziłem, bo było sporo miejsc wartych zobaczenia. Na pierwszym miejscu oczywiście skałki, robiące na mnie nieodparte wrażenie. Najlepsze były te na które bez problemu da się wejść na szczyt. W dzieciństwie lubiłem chodzić po budowach, których wtedy zbytnio nikt nie pilnował i hasanie po kamieniach bardzo mi to przypomina. Do tego jakie piękne nazwy: Biesy, Skalica, Komorzyca czy Kazalnica.


    Inną niewątpliwą atrakcją są sztolnie. I to część nie byle jaka, ale pozostałe po poszukiwaniach uranu. W 1948r. podpisano porozumienie między ZSRR a Polską i radzieccy geolodzy zaczęli poszukiwania tego cennego pierwiastka, a badania sondażowe w Sudetach przyniosły pozytywne wyniki. Po rozpoczęciu wydobycia złoża dość szybko się wyczerpały, ale pozostały sztolnie. To niesamowite jak szybko po wejściu zmienia się klimat. Na samym skraju, na granicy słońca i cienia grasują roje komarów i muszek. Wystarczy jednak parę kroków do wnętrza i klimat jest zupełnie inny. Temperatura spada o kilka stopni, ściany robią się mokre a poziom wilgoci szybuje w górę. Najlepsze są odgłosy kapania dochodzące z głębi. Miarowe kap, kap zamiast uspokajać swoją regularnością, podsuwa wyobraźni stwory które czają się w tym niegościnnym miejscu.


    Nie można zapomnieć o widokach, których mam teraz sporą kolekcję. Myślę że trochę niedoceniane są wyżynne łąki i pola. Z jednej strony jeszcze niżej położone wioski, z drugiej majestatyczne góry na horyzoncie. Łagodne przejście z cywilizacji w najwyższe rejony, gdzie tylko las, a potem krzewy. Jednak nic nie może się równać z  widokami górskimi. Wejście na jakikolwiek szczyt i spojrzenie dookoła, dostarcza niezapomnianych wrażeń. Majestat gór i nieskończoność morza, te dwa tak różne widoki zawsze mi uświadamiają jak małym jest człowiek wobec przyrody.


    W Górach Izerskich najwyższy szczyt jaki zaliczyłem to Wysoki Kamień, gdzie obecnie jest schronisko. I zaczęło się długie schodzenie, po drodze mijając takie ciekawostki jak torfowiska wysokie. Najbardziej  żałuję, że nie zatrzymałem się dłużej przy skrzynce "GDKJ żyły kwarcu w Górach Izerskich" OP82BH. Pobliską kopalnię kwarcu obejrzałem tylko ze ścieżki i drogi. Myślałem że jest czynna bo słyszałem zza hałd jakieś rozmowy, pewnie inni turyści. Dopiero w domu dowiedziałem się, że kopalnia jest zamknięta i można podejść bliżej, a po zdjęciach widać, że jest na co popatrzeć. Od kopalni już asfaltem do Rozdroża pod Cichą Równiną. Stoi tam spora wiata, gdzie rozłożyłem się na noc. Zresztą nie tylko jak tę noc postanowiłem tu spędzić. Jak się okazuje miłośników spania gdzie popadnie jest całkiem sporo. Dobrze że znalazłem miejsce pod dachem, bo w nocy padało i była burza.


     Następnego dnia wyruszyłem dość późno jak na mnie, bo o 7 rano. Myślałem że do Jakuszyc dalej będę szedł asfaltem, ale na szczęście szlak szybko skręcił w las i odtąd miałem miłą dla nóg drogę gruntową. Do tej chwili żyłem przekonaniem, że Jakuszyce to jakaś większa wieś, a okazało się, że to tylko dzielnica Szklarskiej Poręby z kilkoma budynkami usługowymi dla turystów. Za to tutaj jest najwyżej położona stacja kolejowa w Polsce, którą sobie obejrzałem. Po uzupełnieniu zapasów smakołyków w stacji paliw znów wszedłem w las. Zielony szlak doprowadził mnie do leśnego zbiornika retencyjnego. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Kamienne murki, sztuczne kaskady, jakieś zbiorniki wyrównawcze, wszystko to wyglądało jak jakieś rewitalizowane ruiny osady leśnej.


    W tym miejscu zmieniono przebieg szlaku zielonego, a ja poszedłem jego starym przebiegiem, tak jak wyznaczyły mi skrzynki. Stara droga leśna ulega powoli degradacji przez spływającą wodę. Odsłonięte zostały wielkie kamienie, po których skakałem sobie coraz wyżej. Dobrze że nie było dużego nachylenia terenu i nie było to zbyt męczące. Dzięki temu miałem możliwość docenić piękno dawnego szlaku.


    Po osiągnięciu Przedziału na Śląskim Grzbiecie czas było schodzić do wodospadu Kamieńczyka. I tutaj GPS bardzo mi pomógł. Początkowo miałem iść dalej leśną drogą i to się zgadzało. Z czasem miałem odbić na wschód, według mapy też drogą. Idę już spory kawałek, a drogi nie widać. Włączyłem GPS i widzę, że minąłem ją jakieś 200m. wcześniej. Wydaje mi się to niemożliwe, ale wracam, a tam jakaś ścieżynka w dół. Nie  było wyboru i uważając by się nie pośliznąć i zjechać na tyłku zszedłem aż do Kamieńczyka. Ależ to oblegane turystycznie miejsce. Jedna wycieczka schodzi i zaraz pojawia się nowa. Tutejszej skrzynki nie było nawet jak szukać, ale mogłem sobie popatrzeć na najwyższy wodospad w polskich Sudetach.


    W schronisku obok wodospadu wypiłem kubek herbaty i ruszyłem dalej. Kupiłem bilety do Karkonoskiego Parku Narodowego i... chciałoby się napisać: wstąpiłem w królestwo dzikiej przyrody. Tymczasem w górę wiodła mnie droga z trylinki, którą można podjechać nawet zwykłym autem. Czasem gdy przystawałem dla odpoczynku odwracałem się i miałem ładny widok, co rekompensowało znojne podejście. Chwilę posiedziałem przy schronisku na Hali Szrenickiej i dalej coraz wyżej. Niestety osiągnąwszy Szrenicę widok miałem jedynie na kilkanaście, czasem kilkadziesiąt metrów. Niestety na wysokości ponad 1300m. tego dnia już niewiele zobaczę. Ale nie ma co narzekać, bo trafią się niższe odcinki i tam jeżeli chodzi o widoczność będzie lepiej.


    I znów tym co mnie zachwyciło były skałki, jakich sporo minąłem między Szrenicą a Przełęczą Karkonoską. Co prawda przy dwóch nie znalazłem kesza, ale zawsze miałem przyjemność z łażenia po owych skałkach. Najbardziej podobało mi się na Czarciej Ambonie. Uważając da się wejść na szczyt, na którym to jednak nie spędziłem zbyt dużo czasu ze względu na porywisty wiatr. Ze skałki tajemniczo wyglądała wieża przekaźnikowa, którą początkowo wziąłem za schronisko. Oddalona o kilkanaście metrów tonęła w chmurach. Tutaj też góry mnie zaskoczyły. Bo zaledwie przeszedłem Śnieżne Kotły od innej strony, a wiatr rozwiał chmury i mogłem podziwiać groźne urwiska z wspomnianą stacją prawie na ich krawędzi.


    Po dotarciu na Przełęcz Karkonoską swoje kroki skierowałem do schronisko Odrodzenie. Zamówiłem tu obiad, a w planach miałem nocowanie. Jednak rzut oka na mapę z zaznaczonymi czasami przejścia na Śnieżkę i do Karpacza, a potem spojrzenie na zegarek i długo się nie namyślając, zdecydowałem sie że idę, najwyżej do miasteczka będę schodził już o zmierzchu. Szybkie podejście na Śląski Grzbiet i już mogłem sobie iść bez większych zmian w wysokości. Do tego ciekawa ścieżka. Dla wygody ułożono kamienie, które płaską strona wyznaczają szlak. Mimo to trzeba uważać gdzie się nogę stawia, a ja się cieszyłem że było sucho, bo po deszczu wędrówka po nich może być trochę karkołomna.


    Duże wrażenie wywarł na mnie Wielki i Mały Staw. Znów lekko uśmiechnęło się do mnie szczęście i wiatr przegonił chmury. Strome zbocza opadające w stronę wody to jeden z piękniejszych widoków, jakie zobaczyłem w czasie wycieczki. Tutaj ulepiłem jeszcze śnieżną kulkę, bo w zagłębieniach zalegał wciąż śnieg. Dwa kamyczki jakiś mikropatyk i zostawiłem za sobą miniaturowego bałwanka.


    Znów wyszedłem na porządną, brukowana drogę, zmorę dla stóp. Gdzie się dało tam szedłem gruntowym poboczem, niestety nie zawsze to było możliwe.  W końcu jest, ścieżka w prawo wiodąca na szczyt Śnieżki. Z każdym metrem w górę wiatr przybierał na sile. Można było odczuć jak potężnym żywiołem potrafi być powietrze. Do tego widoczność na kilkanaście metrów. I takie też warunki zastałem na szczycie. Oprócz mnie było jeszcze tylko dwoje miłośników gór. Z powodu warunków, ale i późnej pory nie zabawiłem tu zbyt długo. Jeszcze tylko selfik i można schodzić.


    Do Karpacza już tylko z górki co znowu też wcale lekkie nie jest jak długo idzie się stromym zejściem. Za to jakby wycieczka była planowana w najdrobniejszym szczególe, bo do miasteczka zszedłem akurat jak się ściemniło. Niestety dalej już tak różowo nie było. Załapałem się na ostatni autobus do Jeleniej Góry, tylko nie wiedziałem o której będzie pociąg do Białegostoku. Okazało się że musiałem przenocować na dworcu, o czwartej rano Kolejami Dolnośląskimi do Wrocławia, a stamtąd już tylko godzina czekania na bezpośrednie połączenie z rodzinnym miastem. Teraz myślę, czy nie wrócić na szlak "GDKJ", ale chyba nie bo i inne góry czekają na poznanie od keszerskiej strony. Przy okazji przepraszam, że nie opisałem prawie żadnej skrzynki, ale w czasie tej wycieczki zeszły na dalszy plan. Jednak polecam wszystkie, każdą oceniłem na ocenę znakomitą, zresztą poukrywane w takich miejscach, że inaczej być nie mogło.

1 komentarz:

  1. Aleś pechowo trafił z tą mgłą. A raczej chmurą. ;)

    OdpowiedzUsuń